Artykuł
Dwie epoki
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Mowa wypowiedziana w 1913 roku w archikatedrze lwowskiej w pięćdziesiątą rocznicę powstania styczniowego

 

 

Cóż to za miłość, która rada by dla siebie zabrać wszystko, by wszędzie zwycięsko królować?

Co to za miłość, która kołacze do serca młodzieńca, gdy on roi i snuje plany przyszłości, kołacze mu do serca i mówi: Wyrzeknij się dla mnie wszystkiego, a sam pójdź za mną!

Co to za miłość zawistna, która ściga człowieka aż do jego progów i świątyń rodzinnych i tam nawet, gdzie szczęście swoje budował, gdzie w nim się sam rozwielmożył i utrwalił, tam nawet ona mu woła: Żonę porzuć i dzieci twoje, i starych rodziców twoich, i dom twój, i zagon rodzinny, a wszystko to dla mnie poświęć i pójdź za mną!

I myślicie może, że na tym poprzestanie? Chyba jej nie znacie. Jej tego wszystkiego nie dosyć, wszystkie ofiary, jakich pożąda, są dla niej tylko wstępem i prologiem do najwyższej i już ostatniej. Tyleś mi dał – woła ta miłość pożądająca – a jednak nie dostaje mi jeszcze jednego; nie dostaje mi ciebie samego; nie dostaje mi jeszcze ofiary z życia twojego; daj mi i to, daj mi je przede wszystkim!

Oto miłość ojczyzny, nad którą tylko jedna miłość jest wyższa, a ta jest jej korzeniem i zaprawą – miłość Boża.

I co za odpowiedź otrzyma ojczyzna na to swoje wołanie o prawo takie bezwzględne i takie wszechstronne, tak ze wszystkiego grabiące i odzierające?

„Pójdźmy, by umrzeć mężnie za bracią naszą” (I Mach. IX, 10) – woła Judasz Machabejczyk; odpowiedź to za tysiące, za wszystkie wieki i za wszystkie czasy.

„Pójdźmy, by umrzeć!”

Patrzcie, jaka to odpowiedź krótka. Nie targuje się ona z wołaniem ojczyzny; nie daje jej części tylko, żeby część drugą sobie zachować; nie pieści się nawet swoją ofiarą; nie roztkliwia się też sama nad sobą; odpowiedź to, w której pochowało się uczucie, skryła się wyobraźnia, w której ofiara wyrażona jest przez rozkaz, skierowany do siebie i do innych: Pójdźmy i umrzyjmy! Oto miłość tak nienasycona, taka bezwzględna, żądna krwi i taka wszechwładna! Skinie, a w lot idziesz za nią, by wszystko swoje złożyć pod jej stopy. A kiedy przechodzi przez pobojowiska, kiedy żegna pozdrowieniem ginących za nią, oni jeszcze w gasnącym wejrzeniu mają dla niej uśmiech, oni za starożytnym powtarzają mędrcem: „Słodko jest umierać za ojczyznę!”.

Kiedyż mam wspominać na takie ofiarne poświęcenie, jeśli nie dzisiaj? I gdzież, jeśli nie na grobach ofiar bohaterskich mam ciebie wynosić, o miłości ojczyzny?

To ty nam zabrałaś tyle młodzieży w 63 roku; to ty tyle porywu szlachetnego i szczytnego obudziłaś; ty krwią w nierównej walce zabarwiłaś pola, już i tak krwi syte; ty byłaś tym wołaniem i tym okrzykiem na ustach w zastępach młodocianych: Morituri te salutant[1].

I jeszcze w tym jest osobliwa miłość ojczyzny, że im mniej ta ojczyzna daje, tym bardziej pociąga ku sobie. Polsko! Gdy piękną byłaś, wolną i wielmożną, gdy ku twej obronie wzywali królowie, iluż to się ociągało, iluż i ile razy wolało o sobie myśleć i o sporach domowych, aniżeli o tobie, a dopiero gdy jesteś bez krasy, dopiero gdyś okuta w kajdany, gdyś nie wolna, cierpiąca, uciskiem targana, synowie twoi ochotnie wołają: Wszystko ci damy! Damy i pracę, i poświęcenie, i życie nasze; pomieniamy się z tobą – ty nam daj swój ucisk i swoje kajdany, a my pragniemy cię uwielmożyć wolnością. Pomrzemy, byłeś ty żyła!

Gdyby mi wolno było zakończyć to przemówienie hołdem, jaki składam wespół z wami i narodem bohaterstwu, jakże bym też rad to uczynił i na tym urwał słowo moje do was. Ale chwila dzisiejsza domaga się czegoś więcej jeszcze od każdego, ktokolwiek chce stać się jej tłumaczem.

Naród, któremu w smutnym udziale przypadło kurhany i groby przeszłości oblegać, domaga się, by z mogił szło dlań światło. Za ubogi on na to, aby w swoje rocznice smutne czy weselne czcić tylko pamięć swoich bohaterów. Wspomnienia umarłych muszą się obrócić w naukę dla żywych, mogiły zaś przeszłości drogowskazami stać się mają na przyszłość. Cóż dopiero mówić o wspomnieniu dzisiejszym; takie ono jest jeszcze świeże, tak obciążone zagadnieniami, a tak znowu związane z przeczuciami przyszłości, które aż rozsadzają pierś narodu. Doprawdy nie wiedzieć, ku czemu obrócić te wspomnienia, czy je w przeszłość skierować, czy w dzisiejszą chwilę, też czy w przyszłość? Bo przeszłość i przyszłość, jak i obecna chwila równe sobie do nich roszczą prawa.

Niechaj więc hołd nasz, złożony pamięci bohaterów, stanie się przygrywką dla przędzy tych myśli, które się z tej epoki dziejowej wysnuwają.

Lecz jakże trudno jest zimnym sądem historii nie mrozić rozbolałych uczuć; trudno to osądzać przeszłość, trudno wydawać wyrok na rok 63. Ale gdybym nawet stał się nieubłaganym rzecznikiem historii i gdybym wezwał przed jej trybunał zamarłą przeszłość, to się nie zadowoli tym słuchacz i jeszcze o dzisiejszą upomni się chwilę. Rzekną mi wtedy: „Dlaczego to stajesz w pół drogi? Dlaczego wspomnień ubiegłych z dzisiejszą dobą nie połączysz?”. I nowa rodzi się tu dla mnie trudność, bo przecież chwila obecna tyle w sobie kryje wrażliwości, tyle niepokojów, tyle zmieszanych obaw i nadziei. A jeszcze trudniej mi jest biec w przyszłość, którą tak ołowiane zasłoniły chmury, w przyszłość tak burzliwą, gdzie wszystko trząść się zdaje w swych posadach, wszystko wskazuje na wielkie przewroty.

A niech bym ja znowu, aby siebie wykupić z tych wszelkich trudności, pominął to, co razi, a rozdmuchiwał jedynie uczucie i wyobraźnię, toć wtedy, choćbym wtórował nawet i najśmielszym nadziejom narodu, czyż mi nie powiecie: „Toć to błyszczący tani frazes, którym nas głaszczesz, ale i zwodzisz, a tymczasem nam zdrowej nauki potrzeba!”.

W tym trudnym dla mnie zadaniu chcę dziś odważyć me słowo na wadze prawdy Bożej i interesu narodu, wedle moich sił słabych i mego rozumienia, modląc się, bym na wzór Mardocheusza „mówił to, co należało ku pokojowi narodu swego” (Ester, X, 3).

 

I.

 

Łatwo i trudno jest mówić o roku 63-cim. Łatwo – bo sąd już o nim wydała historia; trudno – bo trudno osądzić szlachetne i szczytne porywy. Wszakże to wówczas, w imię porywu wołano: Bagnetom przeciwstawimy kije, armatom – bagnety. Czyż w tym jednym haśle nie tkwi i symbol i charakter cały 63-go roku? Był wówczas poryw miłości ojczyzny, który aż wyzywał wszelakie obliczenie i rachunek, i lekceważył sobie wszystkie przygotowania i potrzebę poręczeń u sojuszników. I oto macie już tu osądzenie historii. Właśnie w tym, w czym zapał pociągał najbardziej, bo swoim nadmiarem, w tym tkwiło i zarzewie wszystkich katastrof i nieszczęść; w tym też kryła się straszna tragedia całego narodu i tych, co się dlań oddali.

Do was się zwrócę, wy czcigodni weterani, okoleni aureolą miłości i męczeństwa dla ojczyzny. Gdybym niejednego z was zapytał dziś, kiedy wspomnienia młodzieńcze tak żywo się budzą z pomroku przeszłości, gdybym się zapytał, co one wam mówią? Bieglibyście pamięcią waszą do owych wypadków, jak i do waszego młodocianego zapału, do waszych rojeń wiośnianych, a stamtąd zawrócilibyście się i przypadli do dzisiejszej chwili, ażeby zawołać: Jakież bolesne zestawienie! Tyle obudzonych nadziei, a tyle po nich rozczarowania! Tyle siejby ofiary i krwi, a tak straszliwe żniwo łez, cierpień i ran. A wszystko, dlatego że posiew był przedwczesny, więc i żniwo zmarniało. I westchnęlibyście głęboko i mówilibyście przez łzy wasze: Ach! Gdyby się to dało dzisiaj odrobić, co się wówczas stało! Albo gdyby się to było przed dobyciem miecza wspomniało na radę i przestrogę mędrca: „Mąż i lud cierpliwy lepszy od mocnego i ten, który się posiada, od zdobywcy miast” (Przyp. XVI, 32). Jednym tchem wyrywają mi się te słowa sądu i krytyki, choć je ubieram we wspomnienia wasze, lecz ledwo z ust wypuszczone, a już rad bym je z drogi zawrócić. Muszę jednak mówić, choćby przeciw sercu samemu, choć żal mi się robi szlachetnego i ofiarnego porywu, który się dawał w całopaleniu i miłosnej ofierze. Lecz nie rozpaczam; bo jeśli nie można przed surową krytyką obronić szczytnej miłości, to można ją jednak wyrozumieć i wytłumaczyć. Ci, którzy do boju nierównego dali się nieopatrznie porwać, jeśli zgrzeszyli, to zgrzeszyli tylko przez nadmiar miłości.

W przysłowiach innych narodów trzeźwy zmysł broni się przed wszelakim nadmiernym porywem: Ne quid nimis[2] – mówił Rzymianin; podobne też przysłowie miał Grek[3], miały je inne narody.

Myśmy takich przysłów nie znali. My mieliśmy raczej przysłowia, które wyrachowaniu przeciwstawiały poświęcenie i zapał. Poezja romantyczna utrafiała w psychologię narodu, kiedy kazała mierzyć siły na zamiary, albo gdy wołała, że czucie silniej mówi do niej „niż mędrca szkiełko i oko”.

Jakżeż łatwo w podobnych skłonnościach narodowej duszy o nieopatrzność i przesadę! Jakże łatwo, zwłaszcza tam, gdzie niewola i ucisk budziły pytanie: dlaczegóżby nie popróbować pokruszenia kajdan? Wszak i najgorsza próba zawsze jest lepsza niż beznadziejne dzisiaj.

Nie wynośmy się więc dumnie sądem naszym nad tę epokę szczytnego porywu i zapału i nie mówmy: My byśmy byli trzeźwiejsi niż ongi nasi ojcowie. – Jeśli dziś ustrzec się umiemy szkodliwych skutków nadmiaru serca, to w znacznej części dzięki temu, że żyjemy po wypadkach 63-go roku, i że patrząc wstecz, widzimy to, czego oni nie widzieli, i wiemy o tym, o czym oni nie wiedzieli.

Dziś już wiemy, doświadczeniem pouczeni, że jeśli szczytnym jest zapał, to mu jeszcze przez to nie wolno niszczyć obliczeń i przestróg rozsądku; dziś wiemy, że ofiara nie rozgrzesza z nieopamiętania, z nieprzemyślenia i z nieprzygotowania; dziś wiemy, że jeśli nawet niesie się ofiarę z życia, wprzód ojczyznę i Boga zapytać trzeba, czy przyszła na to chwila, i czy się ofiarą, choćby najszczytniejszą, raczej cierpień ojczyźnie i bólów nie przymnoży.

I nie sądźmy, najmilsi, i żeśmy rozumniejsi, żeśmy mądrzejsi, żeśmy trzeźwiejsi od przodków naszych, dlatego że umiemy ich sądzić. Pytajmy się raczej, czy też zdołamy im sprostać w wyrzeczeniu się i ofierze całopalnej dla ojczyzny? Pytajmy się raczej, czyśmy nie dlatego trzeźwiejsi, żeśmy bardziej od nich wyrachowani, ale też i mniej niż oni miłujący? Nie nam to, nie nam wywyższać się nad ów szczytny, idealny poryw 63 roku i nie nam to odsądzać go dumną, zadowoloną z siebie krytyką. Źle to zapewne jest grzeszyć miłością, bo wszelki nadmiar szkodliwy; ale dla takiego zbytku potrzeba dusz wielkich, które stać na to było, ażeby w ofierze wyszły ponad same siebie i prawie, że wyzywały niebezpieczeństwa. A nieraz to tak zachwalane zimne wyrachowanie ma korzeń swój w samolubstwie. Ażeby zaś grzeszyć nadmiarem samolubstwa, na to wystarczy wyzuć się z sumienia i z serca, zapomnieć o tym, co dobro publiczne, a wszystką miłość włożyć w kult samego siebie.

Skoro dobiłem nareszcie zimnego rozrachunku z doświadczeniem i z historią, to wolno mi już będzie, bez żadnych więcej zastrzeżeń, głosić i sławić porywy bohaterskie. Bo jakże rzadkim gościem jest na świecie uniesienie ofiarne. Niechaj ono zawsze na nowo się jawi, niechaj dla uschłej ziemi będzie rosą, a dla świata zamglonego promieniem świetlanym!

Jak poezja w krainie piękna schodzi na nasze powszednie szare dni, ażeby człowieka ze zwyczajnością przejednać i do niej nawrócić; jak ona złoci świat, by już inaczej odtąd nań patrzeć, by w miejsce prochu wdzięk kwiatów i słońca oglądać: podobnie się dzieje w krainie ducha i w świecie moralnym. Tam to duch wyrzeczenia się i poświęcenia zstępuje w ten świat, schylony ku ziemi, opity swoimi doczesnymi korzyściami, ażeby roztoczyć nad nim tęczowy blask ofiary i czarem jej opromienić już nie samo tylko serce człowiecze, ale wprost ludzkość całą. Patrząc na takie serca, ludzkość nawraca ku słowom Ewangelii i woła: „Nie samym chlebem żyje człowiek” (Mat. IV, 4).

Wejrzyjmy teraz w historię naszą wewnętrzną, ciągnącą się od powstania aż po nasze czasy.

Po roku 63 poczyna się dla narodowej myśli okres, w którym naród po klęsce strasznej wchodzi w siebie, bada jej przyczyny i układa nowe programy. I chroni się społeczeństwo przed wybujałością idealizmu pod skrzydła realnej pracy.

Był to zwrot zdrowy i konieczny. Wyniósł on z bolesnych rozczarowań i krwawych przeżyć i poświęceń wiele twórczości w poglądach, wiele karności w uczuciach i wiele nałogu szlachetnego w szary codzienny wysiłek. Wszystko to z wielkim uznaniem podnieść należy.

Lecz i ten zdrowy kierunek miał swoje niebezpieczeństwa. Sądziliśmy bowiem w tej nowej epoce naszego narodowego życia, że winniśmy chować duszę pokolenia w takiej trzeźwości, by w niej wytrzebić wszelki poryw i zapał w pracy publicznej. Sądziliśmy nawet, że tylko wtedy zdrowo się będziemy rozwijać, jeśli się we wszystkim przeciwstawimy temu, co tchnie uniesieniem i porywem. Wtedy to rok 63 zostaje osądzony, a sąd ten staje się sądem tak nieubłaganym i tak nielitościwym, że rani wprost serca naszych szlachetnych obrońców narodowej wolności.

I pytam was, czcigodni weterani, czy to pod wpływem sądów tych nie krwawiły się wasze serca? Czy przegrawszy raz na polu walki, nie przegrywaliście wciąż na nowo w tej milczącej walce z własnym społeczeństwem, które nie czyny już, lecz wprost serca wasze osądzało? Ale w ogóle powstaje zgrzyt nieporozumienia pomiędzy obydwiema epokami, zbiegłą a dzisiejszą. – I jakże to je ze sobą pogodzić?

 

II.

 

Wysilajmy się, jak chcemy, na rozumowania i przekonywania; tłumaczmy albo oskarżajmy; sądźmy lub też usprawiedliwiajmy; zawsze jednak pozostanie rozdźwięk między nimi i jakiś zgrzyt w głosie tak jednej, jak drugiej epoki. Epoka dzisiejsza obróci się do minionej z wyrzutem bólu i żalu: Tyś to mi wgniotła hen, aż do kości te kajdany, któreś rozkuć obiecywała; ty, za obiecaną wolność ucisk nam większy jeszcze ducha sprowadziłaś; zamiast słońca blasku, tyś nas w ciemnicę wtrąciła i przez twoją to winę stało się to, co się stało, bo przez twoją nieopatrzność, przez twój brak wyrachowania, przez odwagę lekkomyślną, przez poryw naiwny wtrąceniśmy w odmęt boleści. Kochałaś i miłowałaś, to pewno, aleś też i nadmiarem zgrzeszyła!

Epoka zaś roku 63-go rozbolała rzeczy: Jużeś mię osądziła i jużeś potępiła, ale czyż to ty, oskarżycielko moja, samaś od winy jest wolna? Wytykasz mi mój poryw, lecz czy sama nie grzeszysz nadmiarem rachunku? I miłości mej urągasz? Czy żeś to nieraz nad poświęcenie nie przeniosła samolubstwa? Jam znieść nie mogła wędzidła najeźdźcy i targnęłam się na jego obrożę, lecz ze zgorszeniem dzisiaj patrzę, jak ty się do niej przymilasz. Jam z poświęceniem życia broniła się przeciw najeźdźcom narodu, lecz ciebie to dziś widzę, jak ty się nazbyt łatwo z wrogami układasz i jak wchodzisz z nimi w kompromisy, wprost zagrażające czystości, świeżości i samodzielności narodowej duszy. Ty ją nieledwo sprzedajesz wrogom za miskę soczewicy, za ich uśmiech zdradliwy, za karierę, za order, za władzę. Jam grzeszyła przez nadmiar protestu, odrazy i oburzenia, ty zaś usypiasz naród i sumienie zdradliwym haszyszem twojej narodowej filozofii i mądrości, którąś przezwała trójlojalizmem[4].

I jakże tu pogodzić te dwa głosy i te dwa spierające się chóry, gdzie to za każdym oskarżeniem tyle prawdy przemawiać się zdaje? Jakże je pogodzić, skoro te głosy i ich echa odzywają się w naszych własnych duszach?

Jakże tu nam być rozjemcami, skoro we własnej sprawie i we własnym odczuciu rozsądzać nam przychodzi? Każdy z nas nieomal w swym sercu nosi te dwie epoki, ich pokusy i niebezpieczeństwa i ich wzajemne rozdźwięki. Nie nam to, nie nam wyrok wydawać przystoi i wolno. Sędzią naszym i rozjemcą niech będzie kto inny. Na to żeśmy się dziś zebrali przed ołtarze Pańskie, by w obliczu Pana i Króla i Rządcy naszych dziejów dzisiaj stanąć, by winy nasze Jemu zwierzać i przed Nim je spowiadać. Na to żeśmy się zeszli, by do Pana wołać: Miserere mei Deus, secundum magnam misericordiam Tuam[5] (Ps. L, 1).

Niechże On sędzią naszym się stanie i rozjemcą. Jego zaś Kościół niechaj nam będzie tą miedzą duchową, na której wyrównanie między przeszłością i przyszłością nastąpi. Nie darmo to kierownik narodowego rządu w 63 r. i kierownik powstania, Traugutt[6], wskazywał narodowi, walczącemu o swą wolność, na przystań Kościoła katolickiego; nie darmo to w testamencie za wolność ginącej epoki wskazał on narodowi na tę twierdzę duchową, ostoję i kotwicę. Czuł on bowiem i rozumiał, że szczytny, a po ludzku zmarnowany poryw narodowy w Kościele odżyje i w ziarno rodzajne się zmieni.

Nie szukajcież więc winnych, nie pytajcie więcej, kto sprawcą jest powstania, ale zbierzcie raczej katusze i cierpienia męczeńskie epoki i wrzućcie je w łono Kościoła; rzućcie je tak, jak się w tygiel złotniczy wrzuca ciemną i czarną rudę.

Bo patrzcie, najmilsi: tu na ołtarzach naszych ofiaruje się w tej chwili i ofiaruje zawsze Ofiara najczystsza – Chrystus Jezus. Z Jego Krwią, na Golgocie wylaną, a tu zaofiarowaną, łączy się w duchu ofiary i na nowo odżywa wartość krwi, wysączonej z serca narodu. Po ludzku i dla ziemi jest to krew zmarnowana, ale tu ona wzbiera w strumień żywota. Miesza się z kielichem najczystszej Ofiary, ażeby użyźnić cierpiącą duszę narodu i stać się przyczynkiem w kielichu jego ekspiacyjnej ofiary. Więc i ten poryw szlachetny i szczytny, więc i ta krew kwiatu naszej młodzieży, więc i te wszystkie cierpienia narodowe, które się za nią powinęły, tu z osłon śmierci w siejbę się przemieniają żywota. Tą tarczą przesłoni się epoka ubiegła przed pociskami epoki nowej.

Do was to, uczestnicy powstania 63 r., odezwałem się był przed chwilą, ażeby szarpnąć za strunę waszych serc smętną i żałosną. Ale teraz podnieście wasze oczy i serca! –podnieście w górę, by przyjąć zapewnienie, że ofiara wasza nie jest daremna i stracona. Krew niewinnie przelaną Bóg przyjął do skarbca ofiar za ojczyznę i naród, jako krew ekspiacji, aby dla ziemi krew ta stała się użyźnieniem. Przyjmijcież to zapewnienie, że wasze sztandary, chociaż postrzępione i obryzgane krwią, mają swe miejsce w panteonie narodowej nadziei.

Światu zaś one przypominają, że nie masz przedawnienia dla niesprawiedliwości i krzywdy, a sumienie pogwałcone narodu nigdy się z nią nie pogodzi. W świętych męczeńskich sztandarach, w swej krwi wylanej, w swej żertwie ofiarnej staje się ono wciąż żywym i widocznym wyrzutem dla sumienia Europy i jest jej, acz cichym, ale tak wymownym mścicielem i sędzią.

 

***

 

Nie tylko przeszłość nasza, ale i dzisiejsza chwila łączą się razem z sobą i sprzęgają u stóp ołtarzy Pańskich i w ognisku Przenajśw. Ofiary. I nie tylko krew przelana w 63 r., lecz i wszystkie inne cierpienia i męczeństwa tu są wyrażone i przez Krew Przenajśw. Zbawiciela stają się żywotne i rodzajne. Jakże mi tu nie wspomnieć ciebie, ludu podlaski, który wysączałeś z piersi krew iście męczeńską, broniąc swojej wiary[7]? Jakże mi nie przypomnieć ciebie, droga młodzi w Poznańskiem, któraś w niczym nie ustępowała osiwiałym w boju wyznawcom i ochotnie wstąpiłaś w szeregi męczeńskie, walcząc o pacierz i katechizm polski, a wraz z tym i o polską mowę. Stańcie tu dziś wszyscy, wy męczennicy nasi, którzy zastawiając się za wiarę i Chrystusa, zastawiacie się przez to samo i za ducha i za duszę Polski. Przyjdźcież dzisiaj, wy wszyscy, ażeby w duchu połączyć się z Ofiarą, którą zanosimy do Boga; lecz przyjdźcie także, ażeby śmiało i głośno odezwać się do dzisiejszego pokolenia i zawołać tym, którzy za odrobinę władzy, za krztę politycznych wpływów, gotowi oddać duszę ludu i narodu. Powiedzcie im: Nie przez słowa nasze, ale przez krew naszą protestujemy przeciwko zamachowi wyrachowania na miłość i na ducha ojczyzny. Nie wolno wam czynić tego, nie wolno usypiać czujności narodu, nie wolno trwonić jego najdroższych skarbów. Nie wolno wam gasić świętych płomieni, które się skrzą w sercu Polski, i przymierzyć się z duchem obcym nam i wrogim. Krew nasza, przelana za wiarę, rozdziela Wschód od Zachodu, anarchię i rewolucję od porządku i ładu, a panowanie przemocy od ducha sprawiedliwości i miłości. Bez ducha wewnętrznego i bez przewodniego ideału narodowego wszelka wasza praca, choćby najlepsza, i myśl choćby najzdrowsza, będzie tylko politycznym kupiectwem, które nic nie zbuduje; wszelkie poczynania i wszelkie pomysły pójdą wtedy na marne.

Lecz niechaj i dzisiejsza epoka przyjdzie do głosu w tej rozprawie przed Panem i Bogiem, niechaj i jej oddana będzie słuszność w tym, co w zarzutach czynionych epoce minionej jest sprawiedliwym i uzasadnionym; bo nie można i nie wolno jest iść za porywami, choćby najszczytniejszymi, bez przemyślenia i przygotowania, z dziecięcą niemal lekkomyślnością. Nie wolno jest takiego porywu za wzór przyszłości narodu stawiać. Idzie on bowiem w poprzek myśli Bożej i w poprzek pracy narodowej. Bóg chce, ażeby naród w pokutnym swym pochodzie urabiał się powoli, pod wpływem Jego łaski, jak ziarno ewangeliczne, które z wolna wystrzela w łodygę, a potem w kłos i owoc. Zapowiedziany nam przez Skargę[8] ów dzień trzeci zmartwychwstania nadejdzie, lecz Pan sam czas jego naznaczy. Nie przyśpieszajmy tej chwili żadnym gwałtem. Nie nam to ku sobie naginać drogi i wyroki Boże. Niechaj w Duchu Święty, który ożywia Kościół i w dusze łaskę światła zlewa, ułoży się do miary woli Bożej duch narodu, który zawsze się waha i kołysze pomiędzy dwoma przeciwieństwami: bo albo grzeszymy nadmiarem idealizmu, albo toniemy w wyrachowanym samolubstwie. Nasz poryw tak bardzo podobny do wichru, który się naraz zerwał na ulicy, wznosi się i zabiera ze sobą proch i kamienie z siłą wielką, lecz też i z nagła opada. Nie wiedzieć, skąd się wziął i kiedy, nie wiedzieć, kiedy odszedł. Jak zaś naszemu porywowi nie dostaje obciążenia go przez rozum i wyrachowanie, tak znowu w kupiectwie naszym łatwo zatracamy wszelkie poczucie idealne i zmysł nadprzyrodzony, i tak nisko nachylamy swoje czoła ku ziemi, że tracimy sprzed oczu gwiazdy na niebie i busolę przewodnią naszych dróg narodowych. Wtedy to kurczymy się w sobie i zacieśniamy, a wrodzony nam poryw narodowej duszy przekształcamy w zaciekły fanatyzm, w którym zamykamy nasze niskie, ciemne, kupieckie stragany.

 

***

 

Szczepmy w swoich sercach nadprzyrodzone życie łaski. Ono stanie się nam szkołą, w której duch narodowy odnajdzie szczęśliwe połączenie idealizmu i realizmu. A ile razy ogarnia zniechęcenie i zechce ciągnąć naród ku nagłym i niewczesnym wysiłkom, tyle razy nakazuje duch Pański radzić się Pana, tak jak radził Dawidowi, i pytać, czy już nadchodzi godzina, którą On sam upatrzył. A jeśli jeszcze nie nadeszła, to wtedy miałkie nasze uczucie poddajmy pod zakon woli Bożej i wołajmy: „Bądź wola Twoja!”

Czekajmy więc i bądźmy cierpliwi, ale czekajmy w Panu i w Panu się spodziewajmy. Nadzieja nasza w Nim jest. Ach, ileż to, najmilsi, tkwi mocy, ile przekształcającej siły w chrześcijańskiej nadziei. Patrzcie na żywe przykłady jej śladów, jakie znać w naszej wieszczej poezji, która się wywinęła z wewnętrznych walk i zapasów naszych poetów.

Wszakże to ci sami wieszcze, którzy na swej gęśli unieśli wszystkie brzemiona narodu, przedtem pełni niewiary w siebie wołali, że duch ich „upadł w tę próżnię zwątpienia, gdzie światło wszelkie w noc wieczną się zmienia, gdzie trupem gniją arcydzieła męstwa, gdzie gruzem leżą wiekowe zwycięstwa”. Lecz ledwo dotknęli się ust i serca Chrystusowego, a jakaż czarowna przemiana dokonała się i w nich i w ich pieśni! Już ojczyzna nie jest im więcej samym tylko „Krajem – miejscem – domem – obyczajem, ale wiarą” (Przedświt[9]).

Już w niej goreje dla nich myśl nieskończona – Boża, co ich nad wszelkie unosi przemiany. Już jej cierpienia z grobów prowadzić mają do życia, już przemiana duchowa Polski misję niesie i apostolstwo dla poganiejącego świata. I to, co przedtem przeklinali – jej krzyż i upadek – teraz temu błogosławią, toż wywyższają. Jak św. Paweł[10] w swoich okowach, tak oni chlubią się w okowach ojczyzny i wywyższają przed niebem i ziemią. A poezja była tu tylko tłumaczem tego, czego naród w Bogu doświadczył, i czego się uczył w szkole krzyża. I oto na tej miedzy duchowej pogodzą się z sobą obie epoki. Kiedyś zejdą się w jedno i trzeźwe obliczenie i szczytny zapał, ażeby utrafić już w tę chwilę, o której śpiewał poeta, że obwieści ją nam wielki dzwon dziejowy, a którą Judasz Machabeusz swoją i narodu swojego nazywał godziną. Mamże li jeszcze o tym mówić i to przypominać, że z tą samą pójdziemy na jej spotkanie ofiarą, z jaką poszli bojownicy 63 roku, ale z już innym zgoła obliczeniem?

Lecz zanim ta chwila wybije, przyzwijmy dla naszej trzeźwości za sprzymierzeńca ducha dawnego poświęcenia, którego pamięć dziś święcimy. Potrzeba go zawsze, gdy przychodzi życie oddać za ojczyznę; lecz nie mniej nam go potrzeba na szare i codzienne życie. O, i jak potrzeba! Bo przecież dwojaka jest śmierć: jest śmierć żołnierza na polu walki; ale jest jeszcze inna śmierć, niekrwawa, śmierć wewnętrzna, śmierć sobie codzienna.

Taką śmierć miał na myśli św. Paweł, kiedy mówił: Quotidie morior – codziennie umieram (I Kor. XII, 31). Śmierć na polu obowiązku narodowego, śmierć samemu sobie liczy też tysiączne bojowe posterunki i codziennie swoich rycerzy do walki przyzywa. I widzę w Polsce dookoła wszędy pobojowiska, one to czekają na tych, co umierają swemu lenistwu, swojej wygodzie i przykładają rękę do pługa, aby poczuciem obowiązku na swym posterunku, aby zbożną działalnością społeczną zasilić organizm ojczyzny; one oczekują tych, co umieją umrzeć swojej próżności, aby się oddać pracy nierozgłośnej, cichej, ukrytej, a tak niezbędnej w organizacjach narodowych.

Czekają na tych, co umierają swoim ambicjom i wyżej nad nie kładą interes narodu i ojczyzny. Jakże to nam takich potrzeba! Bez tej śmierci sobie najszczytniejsze hasła miłości ojczyzny stają się przedmiotem zbytu i targu.

I tych tam oczekują, co umieją umrzeć swoim wybujałym i samolubnym poglądom i nie narzucają swojej fizjonomii duchowej ojczyźnie, ale w skupieniu raczej szukają i śledzą, czego się ona od nich domaga. Szczęśliwy naród, który ma takie bojowiska walki i umie między miłośnikami swymi wykazać cichych bojowników i bohaterów narodowego obowiązku. Z takiej śmierci jakże bogate pleni się życie!

Zróbmy więc dziś rzetelny rachunek z sobą i z naszym narodowym sumieniem.

Gotowiśmy łacno naszą ziemię krwią zraszać. O szczytna gotowości wspaniałej ofiary! – Lecz czyśmy równie gotowi zaprawiać ją potem codziennej, szarej, lecz wytrwałej pracy, skupiającej się przy życiu wstrzemięźliwym, karnym i obowiązkowym?

Gotowiśmy przelewać krew za cały naród! I znowu przychodzi zawołać: Jakże szczytna gotowość! Jakże wspaniała ofiara! – Ale czyśmy gotowi potem codziennego, społecznego trudu skupiać te ogniwa duchowe i ekonomiczne, które zespalają lud z całym społeczeństwem, które kojarzą i łączą klasy społeczne we wspólnych ideałach ojczyzny?

Gotowiśmy za ideę ojczyzny do największych ofiar! Mienie, życie, węzły rodzinne, wszystko dla niej! – Ale czyśmy gotowi do strzeżenia tego ideału, choćby już od wewnątrz? Czyśmy nie skłonni przez sztuczne sojusze zacierać linie i kontury narodowego ideału, którego węgłem jest moralność publiczna, religia i zdrowy zmysł narodowy?

Śmierć na polu walki i śmierć wewnętrzna w codziennym trudzie i ofierze wzajemnie się dopełniają i tworzą razem pełny owoc miłości ojczyzny. Bo śmierć samemu sobie w pełnieniu codziennej powinności jest ciągłym przygotowaniem i jakby ciągłym stanem pogotowia dla chwili, w której Bóg swoje zmiłowanie okaże narodowi. W tym świetle pojęta rocznica dzisiejsza nie jest tylko rocznicą zawodów i rozczarowań. Jest ona bowiem wspomnieniem, jubileuszem tych uczuć i pragnień, które przywarły na zawsze do duszy narodu pomimo wszystkich ludzkich odmian. Jest ona wspomnieniem i przypomnieniem tego niespożytego pierwiastku miłości, który się nie starzeje, ani odmienia, lecz ustawiczną młodość i wiosnę rozlewa w dusze.

Stąd rocznica 63 roku pomimo wszystkich klęsk staje dziś przed narodem, by mu powiedzieć słowy poety: „Niechaj żywi nie tracą nadziei!”[11].

 

III.

 

Lecz cóż ty nam dziś o nadziei mówisz? – powie mi kto z was. Zali masz oczy zamknięte na to, co dokoła nas się dzieje? Czy nie widzisz kajdan na rękach narodu? Czy nie słyszysz jęku, dobywającego się z piersi jego? Zali nic nie wiesz o ścieżkach pokrzyżowanych albo zawieją zmiecionych?

Wiem o tym wszystkim. Aby zaś wam wykazać, że nie na ziemskim obliczeniu buduję nadzieję ratunku, sam roztoczę przed oczy wasze obraz niedoli Polski. Obaczycie i poznacie, że nie umniejszam zła, a barw ciemnych nie przemaluję na jasne. Twarda jest prawdziwie i ciernista nasza droga.

Żywo się nam odsłaniają przed oczy czy Dziady, czy inne poematy naszych poetów i wieszczów, gdzie to po pierwszych chwilach niewoli narodu ucisk raz po raz się znaczył śladami gwałtu i nękań. Komu w oczach nie stają owe kibitki, gnane na Sybir, albo kajdany na rękach młodzieńców – albo inne rysunki i obrazy, w które tak obfituje martyrologium narodu.

I po dziś dzień są zdarzenia, które jak obraz za ramki, tak włożyć można w owe poetyczne i dramatyczne sceny.

Ale także z tych czasów przekazane nam były wybuchy brutalne, które wszakże od czasu do czasu tylko następowały.

Podobne wybuchom choroby, które nieraz w początkach mają znamiona groźniejsze, ale dla zdrowia stają się dopiero wtedy groźne, kiedy do organizmu się sprowadzą i tam już nie narzucają się więcej na oczy, lecz z wolna podkopują organizm.

Pochody na Sybir – to jedna tylko ścieżka cierniowa narodu, którą wszyscy widzieli i dlatego tę jedną głównie opiewali, a w obrazach swoich malowali.

Lecz ileż to jest ścieżek cierniowych, które wciąż krwawią serce narodu. Wróg, ćwicząc się w sposobach ucisku na nas, nauczył się być ostrożniejszy. Umie hamować wybuchy swojego gniewu; umie bystrzej i lepiej przemyśleć plan naszego zniszczenia. Wrogowie nasi są dziś ostrożniejsi: dla swoich gwałtów mają zawsze jakąś osłonę, jakieś pozory usprawiedliwienia; nienawiść zaś ich mniej się na oko burzy; zimną już jest dziś i wyrachowaną. Jest zimną, ale niewyziębioną, bo nienawidzi nas wróg dziś tak, jak nienawidził wczoraj. Nienawidzi zaś nienawiścią najzacieklejszą krzywdziciela wobec pokrzywdzonego.

Ale cóż to ja powiedziałem, iż wróg się stał ostrożniejszy? Iż stara się przed światem usprawiedliwić swój ucisk? Na to mi historia postawi i przeciwstawi słowo straszliwe, które nazwę po imieniu: wywłaszczenie. I pada to słowo jak grom w jasne słońce dzisiejszej cywilizacji i kultury; przeciska się ono aż do ustawodawstwa i prawa, i państwo, które się szczyci, że zmysł prawny najbardziej rozwinęło, w imię prawa wydziedzicza z prawa i ziemi spokojnych swoich obywateli. A jednak to wielkie bezprawie, które jest hańbą dzisiejszej kultury i obnażeniem przed światem przepojonej nienawiścią duszy wroga, mieści w sobie, jak w symbolu, wszystkie te sposoby, jakie względem nas stosowała. Bo przecież wciąż nas wywłaszczano: wywłaszczano z narodowego języka; wywłaszczano z narodowych uczuć; wywłaszczano z samej nawet religii, a gdyby to było możliwe, wywłaszczono by nas z samego nazwiska, z samego prawa do bytu, rozwoju i życia.

Duch prześladowczy wroga nie oszczędził nam żadnej boleści i żadnego prześladowania. Targnął się na ziemię, targnął na język, targnął na nasze świętości. Nienasycony w swojej nienawiści, nie zadowoli się nawet tym, iż ofiarą jego prześladowania jest dojrzałe pokolenie; on się obróci nawet ku dziecku, ażeby na usta dziecięce, otwierające się ku modlitwie i wzywaniu Boga w ojczystym języku, przyłożyć twardą, żelazną pięść przemocy, gwałtu i ucisku.

Targnie się też wróg i na najdroższy skarb narodu, na spuściznę jego tradycji, na jego nadzieję, na młodzież. Nie wywozi on jej więcej w kibitkach na Sybir, nie wywozi przynajmniej tak licznie jak w 31 r. Pozostawia ją w domu, pod swoim nadzorem. Nie nęka więcej jej ciała, bo się przekonał, że jego ucisk brutalny rozpłomieniał w młodzieży święty zapał i miłość narodu. Bierze się więc na sposoby inne: oszczędza ciało, ale za to truje dusze. Truje on młodzież naszą przez swoją rozkładową literaturę, którą ona na ławie szkolnej w pełni chłonąć musi. Truje zaś ją przede wszystkim przez wykładaną naukę historii, w której koślawi i przeistacza historyczną prawdę, tak że młodzież widzi zamiast Polski jej karykaturę. Truje wreszcie młodzież przez swój system ucisku, przemocy i szpiegostwa. Bystro odgadnął wróg, bo nienawiść zawsze jest bystrą, iż takie metody są najlepsze i najlepiej do celu prowadzą. Udało mu się. Szatański jego plan w niejednym sercu polskiego młodzieńca przyjął się; kąkol zasiany wschodzić począł. Znienawidziła młodzież swojego wroga; ale jad, przez niego w jej duszy zaszczepiony, stał się nieraz zaczynem nienawiści narodowej tradycji i narodowego ducha. Biedna ta, omamiona młodzież nie odczuwa już więcej krążenia tej krwi duchowej, jaka płynie z narodowej świadomości. Nazwą tylko i językiem jest jedną z narodem, ale obcą mu jest myślą i duszą swoją. Nienawidzi wprawdzie wroga, a jednak swojskim jej jest ów duch rozkładu, który ożywia ciemięzcę. I ta młodzież nieszczęśliwa staje się apostołką idei przewrotu, jakie tyran jej wszczepił. A jak dzieci Noego natrząsały się ze swego ojca, tak te dzieci nieszczęśliwej matki-ojczyzny natrząsają się z niej.

Ale trudno to jest rozliczać się z wszelkim cierpieniem. Kiedy dziś patrzę na 50-letnią siejbę nienawiści naszych wrogów; kiedy oglądam spustoszenia, jakie poczynili, na myśl mi przychodzą słowa Matatjasza, który biadał nad swoim narodem: „Teraz wzięła moc pycha i karanie, i czas wywrócenia, i gniew rozgniewania” (I Mach. II, 49), albo też powtarzam za Jeremiaszem: „Biada mnie nędznemu, bo przyczynił Pan boleści do boleści mojej, wypracowałem się we wzdychaniu moim, a nie znalazłem odpocznienia” (Jerem. XLV, 3). Albo znów za Matatjaszem: „Ci widzieli złości, które się działy między ludem judzkim i w Jeruzalem. I rzekł Matatjasz: Biada mnie, przy czym się narodził, abym widział skruszenie ludu mego i skruszenie miasta świętego i aby tam siedział, gdy podane jest w ręce nieprzyjacielskie? Świątynia jest w ręku cudzoziemców: kościół jego jako człowiek bezecny. Naczynia chwały jego zabrano w niewolnictwo: starcowie jego pobici po ulicach, a młodzieńcy jego polegli od miecza nieprzyjacielskiego. I któryż naród nie odziedziczył królestwa jego i nie odzierżał łupów jego? Wszystko jego ochędóstwo jest odjęte: a które było wolne, stało się niewolnicą. A oto nasze miejsca święte, i piękność nasza, i chwała nasza jest spustoszona, a poganie je plugawią. Na cóż nam tedy jeszcze żyć? — I rozdarł Matatjasz odzienie swoje a synowie jego oblekli się w włosiennicę i bardzo płakali” (I Mach. II, 6-14).

 

***

 

Lecz skądże to spośród tych ciemnych chmur dobędzie się dla nas promień nadziei? Skąd i z której zabłyśnie on strony? Czy może liczyć będziemy na naszych wrogów, że się w końcu ockną i system swój odmienią? Ależ to byłoby tylko nowym i strasznym dla nas złudzeniem. Bo i cóż by im mogło odmianę nakazać? Czy może litość? I któż by w sercach, w których nienawiść bucha jak wulkan, szukał choć iskierki tylko litości? Może sumienie? Ale właśnie na naszej sprawie wrogowie nasi doszczętnie głos swego sumienia stłumili, a przemoc i ucisk za mądrość i prawo obwołali. Pozostawałoby więc nam tylko liczyć na to, że własna korzyść wroga nakaże mu wreszcie nawrócić się ku nam.

Istotnie tak by być mogło, tak by nawet być musiało. Właśnie w obecnej chwili, jeden z naszych ciemiężycieli[I] dla względów politycznych narzuca się na obrońcę Słowiańszczyzny i przemawiać poczyna językiem mściciela uciśnionych i przez przemoc deptanych. I głośno przed Europą i światem wspomina on sprawiedliwość dziejową, przywołuje na świadectwo sumienie i prawo.

Któż więc nie widzi, że do takiej roli i do takiego dziejowego posłannictwa warunkiem jest niezbędnym, by ci, którzy podnoszą głos w obronie drugich, wprzód z kajdan zwolnili uciśniony przez siebie naród? Chyba pojmie i zrozumie sam ciemięzca, iż jeśli tego nie chce uczynić dla głosu sumienia albo serca, winien to uczynić dla siebie samego. Zarówno godność jego własna, jak jego plany i zamiary wołają do niego: I któż ci uwierzy, że dłoń opiekuńczą szczerze wyciągasz ku pobratymczym ludom, że dbasz naprawdę o ochronę Słowiańszczyzny, skoro ty sam u siebie, w swoim własnym domu uciskasz naród słowiański i to pierworodny pośród wszystkich przez swoją kulturę i cywilizację? Pytałem się, kto by tego nie widział i kto by tego nie rozumiał, iż tak, a nie inaczej postąpić należy? A jednak nie widzi tego, ani rozumie nasz wróg i ciemiężyciel. On z prześladowaniem naszym tak się był sam zespolił, tak bardzo poniżył i stępił swą duszę i tak się zatwierdził w swoich drogach, iż stały mu się one drugą naturą i niewzruszoną zasadą. Daremne nadzieje! Już on z tej drogi nie zejdzie. Z niej też, jak widzimy, nie schodzi.

Lecz i drugi wróg[II], więcej przemyślny i wyrachowany od tego pierwszego, gdy się dziś widocznie gotuje do wielkiej rozprawy ze swoim sąsiadem, winien by też usłuchać głosu tego bożyszcza, w które jedynie wierzy, przezwanego rozumem stanu. Brzemienne wypadki, które się dziś, choć z dala, ale wyraźnie rysują, wołają nań: Zaprzestań drażnić tych, którzy u ciebie na własnej mieszkają ziemi. Przestań twe ofiary piec w żywym ogniu, nie zmuszaj ich, wobec niepewnego jutra, by raczej wszystkiego innego próbować były zmuszone i za cenę wszelką z tego kotła cierpień pragnęły wyskoczyć i uciec.

Ale ciemiężyciel nie słucha dziś nawet ni głosu rozsądku, ni swego rozumu stanu. Pycha i duma tak go upoiły, iż wierzy bezwzględnie w swój triumf i poczytałby sam sobie za słabość, gdyby się z nami liczyć począł.

Po jednej i po drugiej stronie system ucisku względem nas nie tylko się nie rozwalnia i nie słabnie, ale raczej zacieśnia i mnoży. Ci sami, którzy sobie poczynają wygrażać pięściami i wobec siebie stają jak dwaj zapaśnicy, odmieniają swe role, kiedy o nas idzie. Zdawałoby się, jak gdyby polskiej sprawy używali za jedyny i ostatni pomost łączności wspólnej, jaki im pozostał; zdawałoby się, jakoby wśród zgrzytu broni łudzili się i oszukiwali wzajemnie zapaśnicy nastrojem uczuciowym, jaki w nich budzi sprawa polska. Oczywiście nie dla nas jest ten nastrój; chowają go oni dla siebie, wskazując na nas, jako na widmo, im samym grożące. Wspominaniem wspólnego niebezpieczeństwa kłamią oni sobie przyjaźń i czułość i dbałość wzajemną o swe interesy. I tak oszukują siebie wzajemnie.

A więc, najmilsi, jak widzicie, nasze prześladowanie stało się dziś wrogom naszym już wprost polityczną koniecznością. Ażeby odwrócić podejrzenia od samych siebie, oni silą się wzajemnie na wynajdywanie coraz to nowych sposobów ciemiężenia nas; nie błyśnie nam zatem od nich żaden promień nadziei.

Może więc pomogą nam inni? Trudno tu cokolwiek przewidywać; lecz właśnie rocznica dzisiejsza ostrzega nas, byśmy nie byli nazbyt łatwowierni. Przecież nieszczęsna tragedia 63 r. poczęła się stąd, żeśmy zaufali w pomoc i obietnicę państw obcych. Były one jednak złudne i nieszczere. Francja obudziła wówczas u Polaków nadzieję na pomoc, jaką im da; kiedy zaś Czartoryski[12] przyszedł do cesarza[13] upomnieć się o nią w chwili dla nas najbardziej krytycznej, odmówiono mu jej. Wychodząc z komnat cesarskich, Czartoryski spotyka w przedpokojach jednego z książąt i mówi o swym żalu i zawodzie; ten zaś, dobrze wtajemniczony we wszystko, rzecze: „Od dawna przewidywałem, że się tak stanie i uprzedzałem wielu pośród was, ale cóż miałem z nimi począć, skoro woleli pozostać ze swymi złudzeniami”.

Duch dyplomacji jest wobec Polski zawsze ten sam i w niczym się nie odmienił. Pozbawiona wszelkiego zmysłu dla wyrozumienia niesprawiedliwości dziejowej, zimna dla nas i nieczuła, gotowa jest jednak zawsze lekkomyślnie i dla własnej tylko korzyści, obietnicami dla nas szafować. Na tym jednym tylko jej zależy, ażeby nas nakłonić do ofiar, które są dla niej chwilowo korzystne albo potrzebne. Lecz jakże nieskoro jest jej potem poczynionych obietnic dotrzymać, a nawet nie poczuje się do żadnej odpowiedzialności za udzielone przez siebie rady albo obudzone nadzieje. Każdej chwili umyje ona po piłatowsku ręce od naszej sprawy, skoro naiwni i oszukani przypomnimy jej zobowiązania. Co więcej, gotowa jest ona nawet ścigać i prześladować tych, których łudzącymi słowy popchnęła na krwawe pole ofiar.

Niechże smutne doświadczenia 63 r. przemówią do nas dzisiaj. Czekamy na jasną linię polityczną ze strony tej dyplomacji, na której chwiejność, niestałość i niepewność patrzymy codziennie. Spodziewamy się wielkiego po niej i odważnego czynu? – a przecież widzimy, że władnie nią dziś przemożnie duch lęku i strachu. Może jednak odważniejszą od dyplomacji będzie rewolucja? Czyżby więc jej należało zawierzyć opiekę nad losami ojczyzny? Idźmy znowu po odpowiedź do historii. I właśnie rok 63 nam ją daje.

Zapewne, powstanie 63 roku nie było dziełem rewolucji, jak to dziś głoszą z emfazą zwolennicy tego obozu; ale wedle twierdzeń ojca Kajsiewicza[14], znającego ówczesne stosunki wybornie, dla rewolucji przyśpieszono chwilę jego wybuchu, bo Garibaldiemu[15] zależało wówczas na wywołaniu ruchu w Austrii i powstania w Polsce; łączyło się zaś to z jego planami zdobycia Wenecji.

Skończyło się na obietnicy nic nieznaczącej pomocy, i to jeszcze niedotrzymanej. „Czego chcecie – miał powiedzieć Garibaldi – abym popierał Polskę, korzącą się przed papieżem, ja, który z papieżem walczę?”

Przynajmniej szczere powiedzenie; między Polską katolicką a rewolucją jest bowiem istotnie przepaść. Może nie będzie Polsce zbywać na umizgach rewolucyjnych, mniej szczerze – wprost nieszczerze podszywających się pod jej białego orła u tych, co dobrze dziś świadomi tego, że między nimi a Polską przepaść.

Nam sprawa Polski jest wszystkim; dla nich, jak to dziś sami wyraźnie przyznają, głównym ideałem walki jest pomszczenie i pomnożenie rewolucji rosyjskiej, dla której sprawa Polski parawanem jest i narzędziem.

Nam ucisk Polski z dwu stron zarówno bolesny.

Oni w swych mowach czy pismach jakże oszczędzają jednego z uciskających, jakże niedwuznacznie, choć ostrożnie go bronią! Jak gdyby głównym ich zamiarem było odebrać ziemie Polski drugiemu przeciwnikowi, lecz na to tylko, by je wcielić w kraje pierwszego i tak wzmóc państwo, w którym urodziły się rewolucyjne posiewy, a i gdzie dla siebie spodziewają się znaleźć w przyszłości przystań pełną i port.

Dla nas Polska nie da się odłączyć od jej tradycji, od jej religijnych i narodowych ideałów, od tego wszystkiego, co fizjonomię duchową narodu wytwarza, i co jest myślą włożoną w naród i jego przeznaczenie i jego posłannictwo.

A dla nich? Czyż tych ideałów w programach swoich nie skreślają? Czyż na nie właśnie nie plwają?

Wyszliście może tam szukać oblicza Polski? Maską jest ono tylko; pod nią się kryje twarz ponura i oblicze widma rewolucji internacjonalnej!

Krótki więc jest nasz rachunek z rewolucją.

Kiedy u nas słowo „Polska” łączy się z ideą narodową i tym wszystkim, co ją podsyca i karmi – u nich wołanie o Polskę łączy się z tym, co jest jej ducha i narodowej idei zaprzeczeniem.

I tak być musi, boć inaczej rewolucja zaprzeczyłaby samą siebie. Czyż więc wolno ideały narodu pod takie złożyć skrzydła? Czy wolno, co więcej, duchowe kierownictwo stamtąd dać sobie narzucić?

Biada byłoby społeczeństwu i narodowi, który by stał się podobny do okrętu bez kompasu i steru – wpada na jego pokład, kto chce, i obejmuje komendę, nie wykazując się upoważnieniem ani uzdolnieniem. Bierze władzę i kierownictwo, bo nie masz stróża, albo nie masz mężnych i odważnych, co u steru czuwają, a ci, co są – bezmyślnie i z bojaźni dają sobie narzucić i ster i przodownictwo. Kto wpadnie pierwszy, ten i rządzi: krzykacz? – To krzykacz... Rewolucjonista? – To rewolucjonista...

Przeszedłem z wami wszystkie pozycje w rachunku narodowym, na których się mogła oprzeć rachuba nadziei. I żadna nie dopisała. Więc znikąd nadziei? Z ziemi zapewne nie! Ale za to jedyna, niezawodna nadzieja jest z nieba.

Naród zawiedziony tyle razy, tylekroć rozczarowany, zawsze samotny i opuszczony na drodze ziemskich nadziei, wołać może z Ojcem zadżumionych poety: „I nie zostało mi nic, oprócz Boga!”[16].

I dobrze, że nawet na złudzenia nowe go nie stać; dobrze, że ta prawda o jedynej nadziei w Bogu tak się doń przybliżyła, iż nic już od niej narodu nie przegradza.

I nie myślmy znowu, że nadzieja w Bogu ma naród uczynić bezczynnym, tylko marzącym i wyczekującym – bo jakkolwiek godzina zbawienia dla narodu w ręku jest Opatrzności – na jej przybliżenie i wydzwonienie pracuje naród. On przez ekspiację win swoich, przez pracę duchową ujmuje poniekąd w ręce swoje własne losy.

Gdy zaś przyjdzie czas, kiedy Opatrzność potrafi sama się posłużyć i stosunkami i środkami, choćby urągając wszelkim ludzkim rachunkom i obliczeniom, ani się nikt nie spodzieje, jak Bóg zdoła przeprowadzić i urzeczywistnić myśli swe i plany.

Ślicznie i głęboko Bossuet[17] kończy swe pomnikowe dzieło o historii świata uwagą o rządach opatrznych Bożych, którym służyła cała jego praca. „Nie myślał o tym Aleksander Wielki[18], że pracuje dla swoich wodzów – ani też myślał o tym, że przez swe zwycięstwa swoje własne królestwo zrujnuje; kiedy Brutus[19] wszczepiał w lud rzymski miłość bezbrzeżną wolności i on nie myślał, że rzucał w umysły nasiona tej wyuzdanej swobody, która sprowadzi kiedyś straszliwą tyranię, jakiej on wypowiedział był właśnie walkę. Kiedy Cezar[20] pochlebiał swoim żołnierzom, nie miał on bynajmniej zamiaru żołnierstwa uczynić następcą swoim i panem swego królestwa. Jednym słowem: nie masz prawie ludzkiej potęgi, która by pomimo swej woli nie służyła innym celom, a nie swoim. Bóg jest jeden, który umie wszystko poddać swojej woli. To, co wobec naszych niepewnych zamiarów jest przypadkiem, to w zamiarach wyższych, Bożych i odwiecznych, jest zamierzonym celem, który w sobie mieści wszystkie przyczyny i wszystkie z nich wypływające skutki. Stąd Apostoł nazywa Boga Królem królów i Panem nad pany” (Histoire universelle).

Lecz i dziś, czy nie oglądamy oczyma własnymi dzieł opatrznych Bożych w dziejach ludzkości?

Kto jeszcze przed czasem niedawnym marzyłby o wymiarze sprawiedliwości dziejowej na Kosowem Polu[21]?

Albo znowu, czy nie oglądamy dziś zjawiska, które choć drobne, ale jednak niezwyczajne: wszak wszystkie gabinety Europy zaprzątnięte są tym, aby małemu kraikowi przywrócić niepodległość[III][22]. I wierzyć się nie chce, że taki tu zgodny chór Europy.

Była to ta sama Europa, która prawo do życia przyznała tylko silnym, a słabym narodom każe przepadać. Lecz zmuszona ona zostaje stosunkami do tego, by przyznać w tym jednym wypadku, że narodowość samodzielna jest niezbędną, aby jej równowagę zachować. Przyznaje publicznie to, czemu upornie przeczyła; wyznaje poniewolnie prawdę, której urągała, że w każdym narodzie żyje wolna myśl Boża. I Bóg ją przymusza, aby ją z ust wykrztusiła, by nad spełnieniem jej pracowała.

Ludens est Deus in orbe terrarum! (Prov. VIII, 31).

Prawdziwie igra Bóg w rządach wszechświata, znajdując zawsze „niby gniazdo słabe – wedle słów Izajasza – siłę narodów” (X, 14), igraszką i niby zabawką przeprowadzając swe zamysły i plany.

O przyjmijmy więc nadzieję naszą w Panu, mówmy za Jeremiaszem: „Pan jest ze mną jako walecznik mocny, przeto, którzy mię prześladują, upadną i osłabieją” (Jerem. XX, 11).

On mocen jest wszystko, małodusznym i wahającym się On powie, jak ongi rzekł do narodu wybranego przez usta Izajasza:

„Izali skróconą i maluczką się stała ręka moja, żebym nie mógł wykupić; czyliż nie ma we mnie mocy ku wybawieniu?” (Izaj. L, 2). A nie tylko może, ale i chce nas wybawić.

Chce nas zbawić już dla samej sprawiedliwości. „Podnieście ku niebu oczy wasze, a spojrzyjcie pod ziemię na dół” – gdyby wszystko ustało, „sprawiedliwość moja nie ustanie” – mówi Bóg przez Izajasza proroka (LI, 6).

Gwałt dokonany nad Polską woła wciąż o wymiar sprawiedliwości Bożej. Przez gwałt ten prawo Boże zostało zdeptane.

Miałżeby Bóg być nieczułym na zgwałcenie swego prawa, jak nieczułymi są ludzie?

Akt ten bezprawia wprost wyzywa rządy Boże we wszechświecie. Bo łączy się z nim zakłócenie moralnego porządku w sumieniu Europy. I nie było to przesadą poezji, gdy sprawę Polski w dziedzinie moralnej czyniła sprawą obchodzącą świat. Ona istotnie się łączy z losami duchowymi świata – jak się łączy złe spełnione z sumieniem, jak się łączy nadwerężony porządek z potrzebą restytucji. Europa była na Polski pogrzebie w chwili jej rozbioru, ale obchodziła tym samym i własny swój pogrzeb, gorszy jeszcze i straszniejszy. Tam ciało grzebano narodu – tu zaś Europa grzebała swoje sumienie i swojego ducha. Gwałt spełniony na Polsce staje się początkiem gwałtów, które będą usprawiedliwiane w imię zasady: siła przed prawem.

Tak to Polska rozdzielona, która miała wzbogacić łupem swym narody zaborcze, zubożyła duszę Europy, ba, wypaliła ją.

Polska, którą się utuczono, by życie mieć obfitsze, staje się przyczyną śmierci duchowej świata. Miałżeby więc, pytam, Bóg obojętnie patrzeć na ten akt bezprawia, który wstrząsnął sumieniem całej Europy, zabił je i zagasił, tak że dziś jej sumienie jest niby wulkanem zagasłym? Miałżeby obojętnie patrzeć na ten akt, który dziś rodzicem jest i rodzicielem wszystkich bezprawi, jakie w imię dyplomacji popełniają się na świecie? Miałżeby nie patrzeć na to bezprawie, które zachwiało moralną równowagą świata?

Miałżeby się więc Pan nie ulitować narodu swojego?

I miałżeby Bóg pamiętać tylko o winach i karach, a zapomnieć zmiłowania swego? Miałżeby Bóg w karaniach, przepowiedzianych przez swojego sługę Skargę wiernie i co do joty, pomnieć na ich ziszczenie, a przypomnieć, że przecież te same usta i to samo natchnione serce kaznodziei w imię Jego zapowiadało narodowi dzień trzeci, dzień zmartwychwstania?

Miałżeby Bóg być nieczułym, pytam dalej, na tyle krwi wysączonej i wylanej? Miałażby ta krew martwa dla oka na ziemi, zdeptana przez wroga – wyzyskana dla tym sroższego systemu ucisku, nie zaważyć na szali w ekspiacyjnym kielichu ofiar? Miałżeby Bóg ten naród, który w historii swej tyle miał żywych znaków Jego zmiłowania i cudów, na zawsze odtrącić od siebie?

Zlituje się Pan...

A wtedy jak pierwszy akt rozbioru narodu był aktem opatrznym Bożym, takim też będzie i ten akt drugi zmartwychwstania narodu.

Jak wtedy Bóg wybrał i opatrzył sobie czas, tak go sam opatrzy i wybierze w przyszłości.

Jak wówczas dyplomacja i narody były narzędziem w Jego ręku, tak będą nim i na przyszłość. Jak wtedy rozstrój i występki sprowadziły gniew Pański, tak teraz skupienie i odrodzenie i nadprzyrodzona wiara sprowadzi zmartwychwstanie.

Kiedy ono nastąpi?

Nie jestem prorokiem i nie mnie o tym wyroki wydawać. Nie wiem! – Ale to jedno wiem, że jak wola Boża wyraźnymi zgłoskami pisaną była w przeszłości, tak nam Bóg wyraźnie ją napisze i w przyszłości, i nie będzie potrzebował naród na niepewne i ryzykowne iść obliczenie; to wiem także, że nie dozwoli Bóg, byśmy wolność jako podarunek przyjmowali od tych, co ideałom narodu i Bożym przeciwni, a tak pokaże się jawnie, że On sam jest, który sprawiedliwość wymierza.

Ufajmy więc i zaufajmy Panu.

 

***

 

Nie chcemy, o Panie! odważać podwoi do tajemnic, jakimi przyszłość okrywasz narodów; chcemy natomiast zbroić się w cierpliwość oddania. Ale wolno nam błagać Cię, Panie! Przyśpiesz dzień zmiłowania Twego, Kielich ofiar dopełnij Ty sam, o Panie! i rzecz do Polski, jakoś rzekł do narodu wybranego przez Izajasza proroka: „Oto wziąłem z ręki twojej kielich uśpienia, dno kielicha gniewu mego, nie przydasz, abyś go więcej piła. A dam go w rękę tych, którzy cię poniżyli” (Iz 51, 22, 23).

Błagalny to głos, który woła i bije ku niebu: Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny! zmiłuj się nad nami!

Tyś Święty, o Panie! Więc powstań na ucisk bezprawia i krzywdy.

Tyś mocny; skoro i kiedy zechcesz, Ty zmożesz, bo jak Twój prorok powiedział: znalazła ręka twoja niby gniazdko jakie mdłe i słabe siłę i moc narodów.

Tyś nieśmiertelny! i narody, w Twojej łasce i prawdzie spowite, Ty wciąż odmładzasz i odnawiasz nieśmiertelnego życia zdrojem.

I z wszystkich cierpień narodu – i z wszystkich łez, krzywd i bólów, ze wszystkiej krwi przelanej, ze wszystkiej katuszy i wszystkiej nadziei idzie ku Tobie, o Panie, głos błagania: zmiłuj się nad nami!

I nie moje to tylko wołanie; nie tych też tylko tu obecnych; ale z części wszystkich rozdzielonych i rozdartych narodu wołanie potężne i głębokie, a proste wstępuje przed Ciebie:

Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami!... Amen.

 

 



[I] Rosja.

[II] Niemcy.

[III] Albania.



[1] Nawiązanie do słów pozdrowienia, jakie mieli rzekomo kierować przed walką do cesarza gladiatorzy: „Ave, Cæsar, morituri te salutant” (łac. „Witaj Cezarze, idący na śmierć cię pozdrawiają”). W rzymskich relacjach pojawia się ono w opisie wyreżyserowanej bitwy morskiej na Jeziorze Fucyńskim w 52 r. Pozdrowienie to stało się popularne dopiero w czasach nowożytnych – chętnie do niego nawiązywano zwłaszcza w dziełach literackich.

[2] Łac.: wszystko w miarę (nic za wiele).

[3] Tj.: meden agan.

[4] Trójlojalizm – koncepcja wyrażana m.in. przez konserwatystów z kręgu stańczyków (formułowana m.in. Stanisława Koźmiana), będąca odpowiedzią na sytuację narodu polskiego po klęsce powstania styczniowego, zakładająca lojalność wobec władz trzech zaborców, wykorzystywanie legalnych możliwości działania w poszczególnych zaborach i wyrzeczenie się polityki spiskowej, a zwłaszcza powstańczej.

[5] Łac.: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości”.

[6] Romuald Traugutt (1826-1964) – oficer armii rosyjskiej, uczestnik rosyjskiej interwencji na Węgrzech w 1849 r. i wojny krymskiej, dyktator powstania styczniowego (od 17 października 1863 r.), aresztowany przez Rosjan 10 kwietnia 1864 r., został skazany na karę śmierci, wykonaną w warszawskiej Cytadeli.

[7] Prześladowania unitów podlaskich władze carskie rozpoczęły po upadku powstania styczniowego, dążąc do wchłonięcia Kościoła unickiego w Królestwie przez Kościół prawosławny. Większość wiernych i księży unickiej diecezji chełmskiej decydowała się raczej przejść na obrządek łaciński (co również było zakazane i karane) niż na prawosławie. W 1875 r. ostatecznie zlikwidowano Unię w Królestwie, ale działania władz carskich zmobilizowały społeczeństwo polskie dla wsparcia podlaskich unitów.

[8] Piotr Skarga (1536-1612) – polski kaznodzieja, jezuita. Miał duży wpływ na Zygmunta III Wazę. Jego słynne Kazania sejmowe to jedne z najważniejszych dzieł w dziejach polskiej myśli – stanowią słynny apel o naprawę Rzeczypospolitej i przestrogę przed jej możliwym upadkiem jeśli do owej naprawy nie dojdzie.

[9] Przedświt – poemat mesjanistyczny napisany przez Zygmunta Krasińskiego w latach 1841-1843, wydany anonimowo w Paryżu w 1843 r.

[10] Paweł Apostoł, Paweł z Tarsu (ok. 10-ok. 65) – święty, najważniejszy misjonarz i teolog wczesnego chrześcijaństwa, zwany Apostołem Narodów, autor Listów świętego Pawła, główna postać Dziejów Apostolskich.

[11] Juliusz Słowacki, Testament mój.

[12] Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861) – polski książę, dyplomata, myśliciel polityczny o poglądach konserwatywno-liberalnych; w młodości przyjaciel cara Aleksandra I i rosyjski minister spraw zagranicznych, w trakcie powstania listopadowego prezes Rządu Narodowego, po klęsce insurekcji twórca na emigracji w Paryżu prężnego ośrodka politycznego i kulturalnego zajmującego się sprawą polską (Hôtel Lambert) m.in. poprzez akcje propagandowe i misje dyplomatyczne.

[13] Napoleon III (1808-1873) – cesarz Francuzów (1852-1870), bratanek Napoleona I, wychowany na emigracji. W 1848 r. został wybrany prezydentem Republiki. W wyniku konstytucyjnego zamachu stanu (1851) i wygranego plebiscytu ogłosił się cesarzem (1852). Początkowo odnosił sukcesy gospodarcze i polityczne, jednak jego rządy zakończyły się przegraną wojną z Prusami, wzięciem do niewoli samego cesarza i jego detronizacją (formalnie w 1871, choć władzę stracił już w 1870 r.). Po zwolnieniu z niewoli resztę życia spędził w Anglii.

[14] Hieronim Kajsiewicz (1812-1873) – polski ksiądz, współzałożyciel zakonu Zmartwychwstańców i jego generał, krytyk idei rewolucyjnych, jeden z najwybitniejszych kaznodziei XIX wieku, porównywany z Piotrem Skargą, mający wszakże wielu przeciwników, zwłaszcza w środowiskach radykalnych, których idee i działalność konsekwentnie przez lata potępiał (m.in. głośno występował przeciwko zaangażowaniu duchowieństwa w spiski). Jego najważniejszymi dziełami były kazania O rządach Opatrzności, O pokucie, O trojakim życiu i trojakim patriotyzmie, O cudownym rozszerzaniu się i trwaniu wiary Chrystusowej z powodu ostatnich walk Kościoła katolickiego w Polsce, O ważności męczeństwa, O jedności z miłości bożej, O postępie religijnym, a także List otwarty do braci księży grzesznie spiskujących i do braci szlachty nie mądrze umiarkowanych.

[15] Giuseppe Garibaldi (1807-1882) – włoski rewolucjonista, żołnierz i polityk, z uwagi na zasługi położone na rzecz zjednoczenia państwa uchodzi za bohatera narodowego Włoch.

[16] Juliusz Słowacki, Ojciec zadżumionych w El-Arish.

[17] Jacques Bénigne Bossuet (1627-1704) – francuski biskup, teolog, pisarz i historyk, ważna osobistość na dworze Ludwika XIV, zwolennik monarchii absolutnej, autor m.in. Discours sur l'histoire universelle (1679).

[18] Aleksander III Macedoński (356-323 p.n.e.) – król Macedonii z dynastii Argeadów (od 336 r. p.n.e.), syn Filipa II, po którym odziedziczył silne, scentralizowane państwo, dysponujące doświadczoną armią i mające dominującą pozycję w Grecji. Aleksander wykorzystał te atuty, prowadząc ekspansję w Azji – rozbił imperium perskie (wielkie zwycięstwa pod Issos i Guagamelą) i zajął jego ziemie. Planował dalsze podboje – m.in. pragnął zająć Indie, ale wskutek niezadowolenia armii i trudnych warunków musiał poniechać rozpoczętej inwazji. Jego plany pokrzyżowała śmierć.

[19] Brutus, Decimus Iunius Brutus Albinus (81-43 p.n.e.) – rzymski polityk i wódz, zasłużony oficer Cezara, później członek jego najbliższego otoczenia. Republikanin, przyłączył się do spisku przeciw Cezarowi i wziął udział w zamordowaniu go w Idy Marcowe 44 r. p.n.e. Zginął w walkach z Antoniuszem.

[20] Gajusz Juliusz Cezar, Gaius Iulius Caesar (102-44 p.n.e) – rzymski wódz i polityk. W młodości stronnik popularów, z których przywódcami – Mariuszem i Cynną – był spowinowacony. Zdobył dla Rzymu Galię. Wraz z Pom­pejuszem Wielkim i Krassusem utworzył tzw. I triumwirat, zapewniający im rządy w Rzymie. Po śmierci Krassusa w wojnie z Partami doszło do walki Cezara z Pompejuszem, zakończonej tryumfem tego pierwszego, po którym stał się de facto jedynowładcą państwa – korzystał z dotychczasowych form ustrojowych (był konsulem i dyktatorem), ale w niewielkim stopniu liczył się z senatem i narzucał mu nowe rozwiązania (np. dożywotnia dyktatura przyznana mu w 44 r. p.n.e.). Został zamordowany w Idy Marcowe. Był autorem cenionych dzieł O wojnie domowej i Wojny galijskiej.

[21] Na położonym w Kosowie Kosowym Polu rozegrało się kilka ważnych bitew – najbardziej znana w 1389 r., gdy sułtan Murad I pokonał wojska serbskie i sojusznicze, co przesądziło o podboju Serbii przez Turcję. W 1448 r. Turcy pokonali wojska węgierskie, co umocniło ich hegemonię na Bałkanach. W 1915 r. wojska serbskie przegrały na Kosowym Polu bitwę z siłami austriacko-węgierskimi, niemieckimi i bułgarskimi.

[22] W 1912 r. albański Kongres Narodowy we Wlorze ogłosił deklarację niepodległości. Mimo chęci podziału Albanii między Serbię i Grecję, zachowała ona – także dzięki wsparciu państw zachodnioeuropejskich – niepodległość.

Najnowsze artykuły

Gdzieś na antypodach czy jednak znacznie bliżej? (wywiad)

Rafał Habielski

Data dodania: 2017-06-26

O duchu rewolucyjnym. Wybór pism.

Hieronim Kajsiewicz

Data dodania: 2017-06-08