Artykuł
Wiek XIX
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Wojciech Dzieduszycki

 

Pierwodruk: Kraków 1900.

 

Ostatni raz w tym stuleciu przemawiam na uroczystości Mickiewiczowskiej[1]. Godzi się przeto spojrzeć myślą na cały okres czasu, który się będzie nazywać w historii polskiej wiekiem Adama Mickiewicza. Przez tych sto lat nie stało nam zwycięskich hetmanów, nie było wielkich królów; chwałą narodu był poeta, który kochał i cierpiał za cały naród, któremu było na imię „milion.” Wszystko czym żył Naród, wiara i obyczaj, żal za przeszłością szczęśliwą, boleść teraźniejszości ponurej, rozpacz chwilowego zwątpienia i niezłomna nadzieja przyszłego zbawczego cudu, wszystko to żyło w jego duchu i w jego przepięknym słowie i z tego ducha i słowa spływało na całe. pokolenia, jako zdrój ożywczy wiary, nadziei, miłości. Żyliśmy i żyjemy Mickiewiczem. Myśl poety za życia trudziła się wciąż Ojczyzną – a gdyśmy się dziś znowu zeszli, aby uczcić jego pamięć, spytajmy się, czy duch poety nieśmiertelny, kiedy spojrzy dziś na swoją Ojczyznę, czyniąc obrachunek z tego, cośmy w ciągu stu lat stracili i zarobili, zasmuci się jedynie niedolą, Czy znajdzie też pociechę i otuchę w narodowych zdobyczach? Zdajmy sobie sprawę z tego, czyśmy postępowali i dojrzewali, czy upadali tylko od sta lat, od chwili, kiedy Mickiewicz dwuletnim dzieckiem pierwsze kroki w Nowogródku stawiał, kiedy świeżo wymazano Polskę z mapy Europy, granicami inaczej jak dziś pociągniętych rozbiorów, wołając głośno, że narodu polskiego już nie ma, że jego nigdy nie będzie, a utwierdzając we wszystkich częściach dawnej Rzeczypospolitej jednakowy ucisk, oparty na jednakowym zaprzeczeniu wolności i narodowości polskiej? Spytajmy się, czyśmy się także podźwignęli jako naród i pokrzepili, czyśmy tylko bolejąc marnieli, od owej chwili przed stoma laty, kiedy młodzież jedynie gromadząca się we Włoszech, pod sztandarami wodzów francuskiej rewolucji, wznosiła protest przeciw rozbiorom i świadczyła światu, że „Polska jeszcze nie zginęła?” A jeśli na zapytanie słuszną dać chcemy odpowiedź, nie możemy naszym tylko przypatrzeć się dziejom, musimy stuletnią przypomnieć historię Europy; nie wystarczy poznać, trzeba także porównać – nie tylko przeszłość z przyszłością, ale Polskę z Europą; a wtedy tylko będziemy mogli wiedzieć, zrozumieć, przeczuwać. Temu sto lat Europa była rozdartą na dwa przeciwne obozy, toczące z sobą bój śmiertelny. Rewolucyjna demokracja francuska, wychowana przez filozofów wierzących w praktyczną wszechmoc rozumu ludzkiego, gardząc całą rodzaju ludzkiego przeszłością, zamarzyła o biegiem panowaniu samego rozumu, wolności, cnoty i braterstwa, a rozpuściła na świat nieznany wpierw w dziejach huragan rozpasanych namiętności; wylawszy w ojczyźnie swojej morze krwi, obaliwszy trony i ołtarze, poprowadziła przeciw tyranom zbrojne zastępy, wzywając narody do wolności, a zwyciężając, tworzyła na przekór historii i tradycji rzeczpospolite o fantastycznych nazwach i niebywałych granicach. Nie naprawiała a przewracała wszystko dokoła; zaufała mocy rozumu, a rozum ją zdradził.

W miejsce wolności i braterstwa dala Francji najbezwzględniejszy, krwawy despotyzm, oddając swoją ojczyznę w ręce, najpierw krwawych olbrzymów zbrodni, a potem drobnych, łakomych, nieuczciwych sekciarzy; w imię wolności niosła po za granice Francji ucisk i podbój, urągający z wiary, obyczaju i języka oswobodzonych, a oddający ich mienie na pastwę chciwych zwycięzców. Z demokracją rewolucyjną walczyły sprzymierzone trony w imię tradycji monarchicznej, feudalnej i chrześcijańskiej, kłamanej tylko, obumarłej, sponiewieranej. Te trony, podobnie jak rewolucja, zawierzyły nauce racjonalistycznej francuskich filozofów, a patrząc ze wzgardą na to, co przyniosły wiara, dzieje i natura, narzucały ludom swoim przemocą rewolucyjne także formy, w imię oświeconego absolutyzmu; pozbawiały swoich poddanych tradycji najdroższych, starych swobód, religijnych pociech, rzekomo dla dobra ludów, a w istocie dla wygody policyjnej a sceptycznej biurokracji; szlachcie zamienionej w próżnujących dworaków, zostawiły czcze i odtąd zgoła niesłuszne przywileje, zabroniwszy spełniania społecznych obowiązków; opierając własne prawa na historycznej prawowitości i na Bożej łasce, urągały wierze w Boga, jako przesądowi, potrzebnemu chyba dla tłumów, a prawowitości urągały, stawiając natomiast przemoc, ilekroć im to dogadzało; gdy niszczyły odwieczne dziejowe państwa, kiedy rozbierały Polskę, kiedy przyjmowały od rewolucji w podarku Wenecję, terytoria papieskie, wolne miasta i duchowe księstwa Niemiec, były tak zaślepione, iż nie dostrzegły, jako pod własnymi stopami rozkopują grunt tradycji i międzynarodowego prawa, będący jedynym dla monarchicznych państw uświęceniem.

I tu i tam była nieprawda, było próchno. Znalazł się. tedy zrodzony wśród rewolucji bohater, równy Aleksandrowi Wielkiemu i Juliuszowi Cezarowi, bóg wojny, Napoleon i zapanował nad rewolucją i nad tronami. Niewidziane odnosił zwycięstwa, nowe narodom nadawał prawa, mogło się przez chwilę zdawać, że się spełni jego marzenie: że nowy poczet królestw od niego, jak niegdyś od Karola Wielkiego żywot swój wywodzić będzie. Ale pycha równa geniuszowi zgubiła Napoleona; i on wzgardził dziejami, tradycją, uczuciami i wolą narodów, a zaufał jedynie, nie już rozumowi filozofów, tylko sobie i swojej gwieździe. Ukazem narzucał na przemian wiarę i niewiarę, dla zabawy walił i stawiał trony, wyswobadzał i ujarzmiał narody, aż powstały przeciw niemu społem i króle i narody. Runął, ale pozostawił sławę niezmierną, która wiek napełniła sobą, która upajała Mickiewicza i późniejsze pokolenia, jakby widmem żywego Cezara.

Po upadku olbrzyma uzurpatora podzielili się jego płaszczem prawowici monarchowie, nie dotrzymawszy słowa, danego ludom w czasie walki. Choć mówili o sobie, że są restauratorami, nie wskrzesili bynajmniej dawnego, przedrewolucyjnego ładu, a z pogardą równą dla nowych zasad rewolucji i dla starego prawa narodów, pokrajali Europę fantastycznie, dogadzając tylko swemu łakomstwu i jakimś dyplomatycznym lub strategicznym względom, a nie baczyli, że mądrze piętrzą domy z kart, pozbawione siły, przeszłości i przyszłości. Powstały w środkowej i wschodniej Europie państwa sztuczne, w których uprawnienie ludy uwierzyć nie mogły, których nikt nie mógł tak kochać, jak się kocha przez przodków przekazaną ojczyznę. Wrócono niby do systematu opiekuńczego, oświeconego absolutyzmu, ale lękając się powrotu rewolucyjnych zdarzeń, lękano się u poddanych śmielszej myśli i gorętszego uczucia. Zaufaniem rządów mogli się tylko cieszyć fagas albo samolub; zaprzątano narody egoistycznym dobrobytem i zabawą, myśli o dobru publicznym zabroniono jak zbrodni, wszystkich najdzielniejszych łamano więzieniem, wygnaniem, szubienicą.

Takie rządy znosiły biernie tylko nieoświecone tłumy wiejskie; klasy oświecone wszędzie szemrały, spiskowały, powstawały, pod hasłami romantycznego liberalizmu, jaki znamionował większą część XIX stulecia, a zawsze ruchome i nowinek chciwe rzesze miejskie popierały usiłowania niezadowolonych, spodziewając się ziszczenia demokratycznych ideałów wielkiej rewolucji. – Liberalni nie walczyli już pod hasłem racjonalizmu, naigrywającego się z przeszłości i zapoznającego znaczenie dziejowego rozwoju; znajdywali echo w duszy narodów, dopominając się powrotu do historycznych państw, wynosząc narodowy język i obyczaj, a nieraz także przodków wiarę; w stanowych instytucjach przeszłości dopatrywali się zarodku prawdziwej wolności, a żądali wszędzie naśladowania angielskiej konstytucji, sięgającej początkiem średnich wieków. – Przez cale dziesiątki lat toczyła się walka z policyjnym absolutyzmem, pełna bohaterskich poświęceń. Konstytucjonalizm wraz z demokracją zwyciężyły najpierw w narodowych państwach Zachodu, znalazły potężnego szermierza w szlachetnym marzycielu, jakim był brataniec wielkiego Napoleona, z konieczności chwilowej, we Francji pan absolutny, poza Francją wielki robotnik romantycznej rewolucji. Szereg wielkich wojen skończył się równocześnie upadkiem Napoleona III i powstaniem wielkich państw narodowych w Niemczech i we Włoszech, a konstytucyjne swobody i ustrój demokratyczny zapanowały wszędzie, poza granicami samej tylko, ale ogromnej Rosji, która na północy pozostała po dawnemu monarchią absolutną i policyjną.

Po zwycięstwie parlamentaryzmu i zasady narodowości, nie stało już ideału narodom Zachodu i może się wydać, że nie mają już od trzydziestu lat historii; prowadzą chyba wojny za morzami, podbijając Indy Azji i Afryki dla nieludzkiego zysku, zasłaniając czasem jawne bezprawie kłamanym frazesem o szerzeniu cywilizacji. Posiadają gorąco pożądane, krwawo wywalczone dobra, wymarzony raj konstytucyjny i z rozczarowaniem patrzą na to, że przecie prawdziwego raju nie ma na świecie, że nędze i troski są jak były, że występek i bezprawie tylko nową przybrały postać. Po parlamentach nie zasiadają najlepsi z narodu, tylko ci, którzy zapobiegliwością zdobyli mandaty i dla marnej, a często trywialnej kłótni stronnictw, zaprzepaszczają nieraz publiczne dobro; rządy odpowiedzialne zawdzięczają zazwyczaj swoje istnienie intrydze albo misternemu przekupstwu; wolna prasa służy interesom spekulantów, albo żyje tym, że pochlebia najgrubszym namiętnościom rzeszy; rządy nie łamią już szlachetnych jednostek okrutną przemocą, ale władną tłumami, rozsiewając drukowane kłamstwa między łatwowiernych; a rozszerzywszy na wszystko administracyjną opiekę i zaciążywszy nad wszystkim brzemieniem podatków, wprzęgły wszystkich w swój biurokratyczny i militarny rydwan, wszystkich obywatelskiej pozbawiły niezawisłości; stawszy się zaś rozdawcami niemal wszechmocnymi znaczenia i sławy, wynoszą na czele społeczeństwa usłużnych, ludzi z charakterem i samodzielną myślą umiejąc wtrącić w zapomnienie. Nowe pokolenia nie pamiętają dawnych ucisków, a widząc dzisiejszą nikczemność, stają się obojętnymi dla dobra publicznego, biernie posłusznymi administracji samolubami, dbałymi o prywatne jedynie korzyści, pozostawiając politykę politykom z zawodu, to jest intrygantom albo krzykaczom ulicznym. Miejsce męża stanu zajął taki politykujący człowiek, coraz mniej wart i coraz mniej szanowany. Wśród szarej obojętności i mdłego zniechęcenia, wymyślono pod koniec wieku formułę o nieuniknionej Europy dekadencji; nawet młodzież pieści się z rozpaczliwym pesymizmem – chełpi się tym, że do upadającego należy pokolenia.

Nad wszystkim górują kwestie społeczne i ekonomiczne interesy. Już początek wieku słyszał nieznane dotąd ludzkości hasła, rzucone przez angielskich ekonomistów, głoszących nowe przykazanie: ,,Pamiętaj, abyś się bogacił!” Ludzkość posłuchała chętnie nawoływania, zamieniającego w obowiązek pożądliwość przyrodzoną. Łakomstwo bywało zawsze jedną z najpotężniejszych sprężyn działania ludzkiego; bywało jednak niegdyś nagannym, wstydliwym, a stało się chwalebnym a przeto jawnym; jemu gwoli zniesiono wszystkie szranki, broniące powszechności przed chciwością, sprytem przemożnych, uznano kredyt za wielką dźwignię społeczeństw, odwołując prawa lichwie przeciwne; znosząc cechy i feudalny ustrój wsi, zabroniono rzemieślniczych i agrarnych związków; złamano tym niejedno twarde nadużycie, ale każdego osamotniono człowieka, każąc mu o własnych jedynie siłach walczyć o byt, zwyciężać albo ginąć. Gonitwa za pieniądzem stała się treścią życia, majątek został głównym źródłem społecznego znaczenia. Kłaniamy się wszyscy przed złotym cielcem; zbytek najwyuzdańszy prywatny wydał się rzeczą dozwoloną, omal że nie pożyteczną; wrzeszczą i kłamią jedni, aby gromadzić skarby, albo zachować jakimkolwiek sposobem nabyte; wrzeszczą i kłamią drudzy, aby przebojem wydrzeć skarby tym, którzy je nabyli.

Jednak ta apoteoza sobkostwa i ta szalona gonitwa za mamoną nie pozostały bez znakomitego pożytku dla ludzkości posiadającej- już wielkie skarby wiedzy; matematyczne i przyrodnicze nauki uprawiane namiętnie dla utylitarnych celów dokazały niewidzianych cudów, będących wielką a słuszną chlubą stulecia; za pomocą pary i elektryczności pomniejszono, zniesiono prawie odległości na ziemi, umożliwiono ład administracyjny niebywały zgoła, zwalczono srogość głodu i powietrza; przez tysiączne wynalazki uczyniono dawne zbytki dostępnymi dla wszystkich, polepszono byt najuboższych, książkę i dziennik rozrzucono po całej powierzchni świata, uczyniono wreszcie wojnę pomiędzy państwami Europy rzeczą tak straszną, że jej groza stała się najlepszą pokoju rękojmią. Wśród wielkiej a stałej obfitości pomnożyła się ludność naszej części świata w dwójnasób, mimo nieustannej fali emigrantów płynących za morze; wsie urosły w dostatek, powstały ogromne miasta, świetne porządkiem i bogactwem, choć może malowniczej pozbawione piękności. Opanowanie natury jednak nie ze wszystkim przyczyniło się do szczęścia rodzaju ludzkiego; walka o dobrobyt stała się niesłychanie zaciętą, gorączkową, pomiędzy ludźmi uzbrojonymi w dzisiejsze maszyny, których działanie wydałoby się było cudem przodkom naszym, choćby filozofom osiemnastego stulecia. Człowiek osamotniały, wydarty ze związków rodzinnych i stanowych, narażony na najnaglejsze zwroty szczęścia, nie ma czasu wypocząć, odetchnąć, pomyśleć o religijnym albo poetycznym ideale; wśród walki bez wytchnienia, prowadzi po ogromnych miastach, fabrykach i biurach, albo na kolejach i parowcach, życie ze wszystkim sztuczne, przeciwne naturze ludzkiej, oderwane od przyrody uzdrowicielki, a widzi jak nieraz występek chytry gromadzi kolosalne fortuny, wyzyskując cnotliwą prostotę; zwątpił tedy niejeden o cnocie, honorze i obowiązku, a sarka na szczęśliwych szalbierzy, przeto tylko, że im zazdrości. Wydoskonalona administracja ujęła człowieka w obieże żelazne szkoły, wojska, urzędu, pozbawiając go swobody i osobistej godności. Rodzina stała się ciężarem, którego unikają samoluby, a ludność przestała się mnożyć we Francji, mnoży się coraz wolniej w Anglii i Niemczech; mnożą się pod koniec stulecia wymyślne zbrodnie, podjęte z zimną krwią i samobójstwa – nawet u dzieci, a domy obłąkanych goszczą w swoich murach coraz liczniejszych gości.

Nie wierząc w nic jak tylko w dobrobyt, a pozbawieni politycznych ideałów, złorzeczą zwyciężeni w walce o byt wolności i ładowi społecznemu i gromadzą się celem zdobycia skarbów w cudzym będących ręku. Socjaliści chcą w tym zamiarze państwo uczynić wszechmocniejszym jak dotąd, anarchiści chcą je zburzyć, a przeciw nim stają zadowolnieni bogactwem, głosząc wbrew oczywistości, że ład dzisiejszy jest doskonały. – Z każdym dniem staje się natarcie wydziedziczonych silniejszym, opór bogatych mniej pewnym siebie. Zadania społeczne, myśli reformy zaprzątają wszystkie myślące głowy i wiemy, że rozwiązanie kwestii społecznych będzie głównym politycznym przyszłego stulecia zadaniem.

Narzekano nieraz na prozę dziewiętnastego stulecia. Tą prozą było osamotnienie ludzkich jednostek, administracyjna sztuczność państw, biurokratyczna rutyna, jednostajna gwarność miast, był nią papier, dławiący stosami swymi prawdę życia, był nią szczęk maszyn, zagłuszający życie przyrody; ale wielkiej dziejowej poezji nie brakło zaiste dziewiętnastemu wiekowi; nie masz wspanialszej epopei nad Napoleońską, a pełno było później wzruszających a potężnych dramatów rewolucyjnych. Wśród mocy wzbudzonych namiętności nie brakło tedy pobudki do artystycznej twórczości i wiek ostatni nie potrzebuje się powstydzić swojej sztuki, a jeśli pominiemy niemiecką poezję, rzec możemy śmiało, że we wszystkim prześcignął wiek osiemnasty, choć może nie stworzył tak dojrzałych i nieznikomych arcydzieł jak czasy odrodzenia. W muzyce dotarł do szczytu, w poezji bywał potężnym w swoim lirycznym niepokoju, poważne wydał dzieła malarstwa i rzeźby. W wieku dziewiętnastym trwały cztery epoki, istniały cztery szkoły artystycznej twórczości. Na początku dogorywał styl zwany klasycznym, a może lepiej akademickim, syn prawy racjonalizmu poprzedniego stulecia; w literaturze bywał retorycznym, rozumującej myśli dawał pierwszeństwo, lubował się w wytoczonym gładko wierszu i periodzie, a w salonowym słów doborze,– poezję nawet zamieniał w narzędzie dla propagandy abstrakcyjnego humanitaryzmu; mimo niezmiernego słów marnotrawstwa, łudził się tym, że naśladuje starożytność jędrną; mimo niedostatków, wydawał w Niemczech arcydzieła. W budownictwie, malarstwie i rzeźbie chciano poprawić proste antyczne formy, nadając im konwencjonalny, niby czuły polor salonów. I w tych sztukach dotrwał styl akademicki w Niemczech połowy stulecia.

Romantyka zjawiła się najpierw w Anglii i opanowała cały ląd stały, wraz z zamiłowaniem w angielskich ustawach; stworzyła literaturę narodową, albo prawiącą o dalekich, na poły barbarzyńskich ludach, lubującą się w malowniczym słowie i malowniczym opisie, łamiącą stare formy, liryczną zawsze i jedynie, tam nawet, gdzie chciała niby być epiczną, albo dramatyczną; była wyrazem walki z biurokratycznym ładem, przeczącym uczuciom i historii narodów i wydała wspaniałe rewolucyjne odezwy; osobę poety wysuwała na pierwszy plan i kazała słuchać wiecznej skargi duszy, łaknącej ideału i swobody, a uciskanej srodze przez powszednią prozę. Wierna lirycznej swojej naturze, stworzyła zawczasu romantyka w muzyce najwspanialsze dzieła, niesłusznie zazwyczaj klasycznymi zwane, pozostając i następnie potężnym źródłem natchnienia dla muzyki Wagnera. Później nieco kazano budownictwu szukać gotyckich i romańskich wzorów, malarstwu ilustrować narodowe dzieje, stare ludowe, albo egzotyczne obyczaje.

W miarę jak się kończyła walka o wolność, narodowość i demokrację zupełnym zwycięstwem albo ciężką klęską, odraczającą na długo nadzieje, gasło zajęcie bohaterami, starzała się i ustępowała romantyka, a sztuki zaczęły dogadzać otrzeźwiałemu i zmaterializowanemu społeczeństwu, podając mu własny, wierny wizerunek, rozpatrując się w nowopowstałej rzeczywistości. Nastał tedy, trzeci z rzędu, naturalizm, płodny w rodzajowe powieści i obrazy, w rodzajową nawet rzeźbę i muzykę, a stawiający dla natychmiastowej jedynie potrzeby, ogromne, żelazne, tymczasowe gmachy kolejowe i wystawowe. Jedni głosili zasadę sztuki dla sztuki, chlubiąc się wymyślną techniką, albo dokładnym najdrobniejszych szczegółów oddaniem; inni, poważniejsi, starali się piórem lub pędzlem wykryć usterki społeczne, albo nędze ludzkie; niektórzy byli wymownymi socjalizmu rzecznikami.

Nie brakło poważnych dzieł naturalizmu, wydał się jednak zbyt jednostajną strawą, a dolewał tylko prozy do prozy powszedniego życia, ciężącej nieznośnie na młodych pokoleniach; po jego spadek sięgał tedy, u schyłku stulecia, rodzący się nowy kierunek, który nie wiem jeszcze na pewne, czy mam nazwać impresjonizmem, czy też symbolizmem; żąda uznania praw osobistej wrażliwości artysty, odzywa się najpierw do wrażliwości czytelnika lub widza, a w barwie i myśli szuka dziwnego częstokroć symbolu uczuć i pragnień jednostki lub tłumu; gubi się często w dziwactwie i niejasności, zbyt często na chaotycznym poprzestał szkicu, stworzył już jednak dzieła piękne, wzruszające do głębi; doczeka się może geniuszów, którzy z toni uczucia wydobędą postacie wieczyście prawdziwe; ręczy nam już pierwocinami swymi za to, że wbrew niedawnym przepowiedniom, nie umilknie w dwudziestym wieku poezja, nie zgaśnie sztuka.

Nie same tylko przyrodnicze i matematyczne nauki wielkich doczekały się tryumfów w dziewiętnastym wieku. W pierwszej jego połowie słynęła niemiecka filozofia, chcąca wysiłkiem rozumu z góry przewidzieć wszechświata budowę i prze znaczenie; niejednemu myślicielowi wydało się istotnie, że on sam myślą swoją jad świata ustanowił, że wszelka rzeczywistość jego myśli wysiłkiem. Karkołomna spekulacja stawiała coraz zwrotniejsze i coraz mniej istotne gmachy, aż się wreszcie wśród próżni zawaliły, odstręczając na długo ludzi od wszelkich metafizycznych roztrząsań, nie bez szkody dla rozumowego rozwoju pokoleń i dla istotnej stulecia cywilizacji.

Romantyczny prąd pchnął uczonych ku badaniom historycznym. Rozpatrzono obyczaj wieków minionych, stworzono wspaniałe muzea dla sztuki przeszłości, ożywiono dzieje starożytności i średnich wieków, wykopano zapadłe cywilizacje pierwotnego Wschodu, a w mądrości prastarych narodów szukano klucza do rozwiązania zagadki wszechświata. Nawet opisowe nauki przyrody uprawiano w sposób historyka, albo archeologa, szukając śladów zamierzchłej przeszłości, pytając się o początek pierwszy i o rozwój planety naszego i świata jestestw żywotnych, tworząc zrazu nowe geologii i paleontologii nauki, gruntując potem teorię ewolucyjną, wyprowadzającą nieznacznie przodków człowieka od najpierwotniejszych praświata organizmów. Miejsce metafizycznej zajęła historiozoficzna spekulacja, przenosząca prawa ewolucji od zwierząt i roślin do języków, narodów, religii i cywilizacji, głosząca dogmat koniecznego postępu, radująca się wielką przyszłością, do której ludzkość dojdzie fatalnie, choćby bez zasługi, choćby mimo błędów i zbrodni.

Nic łatwiejszego, jak przewrócić logiczny porządek, i zastosowawszy metodę historyczną do nauk przyrodniczych, zastosować przeciwnie metodę przyrodniczą do nauk historycznych i psychologicznych. Uczynił to pozytywizm, za dni artystycznego naturalizmu, skoro się ludzkość oddala jedynie staraniu o chleb powszedni i gonitwie za bogactwem. Spekulacje metafizyczne zawiodły, nędze dnia dzisiejszego zaprzeczyły idealnej wierze w postęp konieczny, myśl i natchnienie opadły, znużone wysiłkiem, a cuda techniki umiejętnej a utylitarnej dawały świadectwo skuteczności badań doświadczalnych. Pozytywizm przezwał tedy dzieciństwem wszelkie dociekanie rzeczy niezmysłowych, kazał poprzestać na wiedzy o tym, co namacalne, wyrzekając się wszelkiego dogmatu, głosił dogmat materialistyczny, człowieka mienił wydoskonalonym zwierzęciem, cnoty instynktami, wiarę i bohaterstwo niegdyś tylko potrzebnym złudzeniem, poezję i sztukę przestarzałą zabawką; czyniąc z myśli i woli ludzkiej wydzieliny masy mózgowej, zaprzeczył wolnej woli i odpowiedzialności człowieka, a nie dostrzegając w przyrodzie nic nieśmiertelnego i nic doskonałego, widząc wszędzie walkę i nienawiść, zaprzeczył tak nadziei w nieśmiertelność osobistą, jak wierze w nieskończony postęp, uznał boleść koniecznością, a przerzucając się w pesymizm, nazwał istnienie koniecznym udręczeniem, od którego jedno tylko unicestwienie wyswobodzić może.

Na takim zwątpieniu ludzkość poprzestać nie mogła, bo człowiek z natury religii jakiejś potrzebuje: przekonany o ułomności własnego rozumu, chwyta się dogmatu podanego z powagą nieomylności, a przyjmuje tylko dogmat rozwiązujący zagadkę bytu obietnicą sprawiedliwości i szczęścia. Wielu tedy nie chciało słuchać naukowego pesymizmu i wytrwało przy wierze dogmatycznej w postęp dokonany za pomocą rewolucji, skoro socjaliści tę pewność w formie nieomylnego dogmatu głosili. Przyrodnicze doświadczenia napotkały u człowieka na zjawiska duchowe, odsłaniające moce duszy, nie dające się tłumaczyć za pomocą materialnych hipotez; więc inne znów rzesze chwyciły się tych odkryć, aby uwierzyć w mistyczne natchnienia, albo zgoła w czary i pogańskie zabobony. Najliczniejszy zastęp zwrócił do wiary ojców, a katolicyzm okazał się najsilniejszym z wyznań chrześcijańskich, zbrojny w nieomylność Papieży, w powagę tradycji dziejowej i w urok poetycznych symbolów. Gdy wielki Papież postanowił ująć w swoje ręce sprawę demokratycznych rzesz, pragnących sprawiedliwości, powstał silny prąd wiary i żądzy katolickiej organizacji i stanął z hasłami chrześcijańskiego socjalizmu do walki z socjalizmem bezwyznaniowym i rewolucyjnym, do walki, która zapewne gwałtowne i wstrząsające przybierze rozmiary i znamionować będzie wiek przyszły.

Zdałem sobie sprawę z dziejów Europy i mogę teraz odpowiedzieć na pytanie, czym Ojczyzna nasza w tym stuleciu w Europie była? Czy traciła na sile i wartości w porównaniu do innych narodów? Czy doganiała je przeciwnie, pozostawszy wpierw w tyle? Czy jej próby i cierpienia ją gubiły, czy hartowały? Czy lepszą w przyszłości, czy też gorszą mamy wróżyć dolę? Czy pozostały dla nas sama tylko gnuśna rozpacz i podłe odstępstwa? Czy przeciwnie dzieje wieku wskazują nam obowiązek twardej pracy i męskiej nadziei?

Mówiłem już: Temu lat sto państwa polskiego nie było już; imię polskie skazano dyplomatycznie i administracyjnie na zagładę, nikt się urzędowo nie nazywał Polakiem. Kraje niegdyś w skład Rzeczypospolitej wchodzące były bardzo pustymi i ubogimi w porównaniu z resztą Europy; cała ich ludność wynosiła dziesięć milionów mieszkańców, między tymi było katolików łacińskiego, czyli „polskiego” obrządku cztery do pięciu milionów, około dwu milionów unitów na Rusi Czerwonej i Białej, bo Katarzyna już wpierw zniszczyła unią cerkiewną pod swoim berłem na Wołyniu i Podolu. Świadome poczucie narodowe istniało tylko u jednego stanu, jeśli stanem nazwać można szlachtę posiadającą ziemię, wspominającą dawne niezmierne swobody, szlachtę, do której liczono i dumnych magnatów i ludzi nieróżniących się mieniem i obyczajem od włościan. Był patriotyzm u chrześcijańskich mieszczan Warszawy, Wilna, Krakowa, ale miasta polskie zbyt mało znaczyły, aby zaważyć mogły, skoro na ogromnej kraju przestrzeni największym miastem była Warszawa, licząca 60.000 mieszkańców.

W ogóle żydzi zasypywali mieszczaństwo, a pozostali obcymi dla narodu. Lud wiejski, niezmiernie ciemny i zupełnie bierny, pozostawał w poddaństwie i najczęściej w nienawiści dla swoich panów, ulegając bez szemrania nowym, obcym rządom. Ogół był przywiązany do religii przodków, u dołu może tylko do jej obrzędów, a nieliczna garstka zamożniejszych i oświeceńszych chełpiła się Wolteriańskim niedowiarstwem, a wiodąc najczęściej bezczynne i hulaszcze życie, dawała licznymi rozwodami gorszący dowód rozluźnienia obyczajów. U rozumniejszych była boleść patriotyczna, ale dawały się często słyszeć głosy cieszące się rozbiorem i spodziewające się, że Niemcy i Moskale trochę porządku zrobią.

Jako nabytek cywilizacyjny posiadaliśmy starą, poważną literaturę złotego wieku, pełną obietnicy, zmarnowanej później; wspomnienie samodzielnej niegdyś i głośnej nauki prawie zatracone, pomniki starej sztuki zaniedbane, ohydnie przerobione, zapoznane, pamięć wspaniałej sejmowej i wojennej tradycji, znieważonej wiekiem swawoli i gnuśności. Dopiero od lat kilkudziesięciu, wśród strasznego już politycznego nieszczęścia, wskrzeszali literaturę rozumni akademiccy pisarze, Francuzów naśladowcy, zwracali się niektórzy do nauki, powstała garstka eleganckich malarzy, wznowiono chlubnie na Wielkim Sejmie tradycję parlamentarną, odezwało się rycerskie męstwo w konfederacji barskiej i Kościuszkowskim powstaniu. Łudzą nas tylko powieściopisarskie opisy o magnackich majątkach. Ogromne ziemskie fortuny same jedne sterczały wśród ubogiego kraju o podupadłych miastach; były to jednak fortuny podupadłe, zadłużane srodze, włoście zaniedbane, nie niosące intrat; magnaci utrzymywali w ostatnich czasach Rzeczypospolitej hulaszcze dwory z politycznej potrzeby, za długi, starostwa i niestety, obce subsydia, a fortuny ich waliły się nagle, po rozbiorach. I pod gospodarskim względem znaleźli się jednak pod koniec osiemnastego stulecia ludzie, którzy usiłowali kraj dźwignąć rozumnym gospodarstwem i przemysłowymi przedsięwzięciami.

Początki poprawy za Stanisława Augusta nie pozostawały pod żadnym względem bezowocnymi. Znaleźli się patrioci, którzy u wstępu dziewiętnastego wieku lepsze polityczne sprowadzili warunki. Dzielni żołnierze stworzyli legiony i wiernie służąc orłom Wielkiego Napoleona „za Dąbrowskiego przewodem, złączyli się z narodem” i stworzyli niepodległe Księstwo Warszawskie. Rozumni statyści, na których czele stał Czartoryski, uzyskali od Aleksandra I narodowe instytucje dla Litwy i Rusi, podlegających jego berłu, a gdy Napoleon runął, stworzono Królestwo Kongresowe z Sejmem, ze skarbem i wojskiem polskim, zasłynęły na Litwie i Wołyniu polskie szkoły, Poznańskie obszerną posiadło autonomię , Kraków był Rzeczpospolitą.

Dzieło kongresu wiedeńskiego było jednakże w Polsce tak sztucznym i nieszczerym, jak wszędzie, zapoznawało świętość historycznych wspomnień, połowiczną tylko dawało swobodę narodowego rozwoju, konstytucyjną wolność nadało małej części kraju, a rząd potem nie szanował nadanej. Były w Polsce te same powody do niezadowolenia, które istniały w większej części Europy; rządy, wiedząc o tym dobrze, zaczęły prześladować tych, których o gorętszy patriotyzm posądzano, a prześladowania coraz sroższe dodawały żaru do rewolucyjnego ognia. Patriotyzm rozszerzył się i pogłębił; gorętsi uwierzyli, że jest ich obowiązkiem brać udział w powszechnym rewolucyjnym ruchu, doświadczeńszym wydało się zdradą sprzeciwiać się powstaniom. Nastał tedy długi okres walk o niepodległość, konstytucję i demokrację, spisków, orężnych powstań i emigracji, pełen ofiarności i bohaterstwa – a niestety także domowej poswarki. Liczono na powstanie całego ludu, liczono na pewno, że wyswobodzone narody Zachodu przyjdą Polsce z pomocą i dopomagano im w rewolucyjnej robocie – Wszystko okazało się daremnym i wszystko zawiodło; zburzone wszędzie dzieło roku 1815 – ostało się jedynie w Polsce, a nastało prześladowanie imienia polskiego, trwające dotąd mimo to, że Polacy wyrzekli się od lat czterdziestu prawie i spisków i powstań. Pognano niezliczone tłumy na Sybir, wytępiono pod rządem rosyjskim unię, niszczono zaściankową szlachtę, wykluczono Polaków z urzędu, wygnano nasz język z urzędu i szkoły, na Litwie zakazano głośnej po miastach polskiej rozmowy, skrępowano Kościół, zabroniono katolikom nabywać dobra w połowie dawnej Rzeczypospolitej. Prusacy pozazdrościli sąsiadom sławy i wydali u siebie podobne hasło wytępienia narodu, do którego się bezwzględne stosują czyny. Polacy nie doznali rozczarowania po ziszczeniu swoich nadziei, poczuli przeciwnie przemoc i żyją dotąd pod bezwzględnym policyjnym uciskiem, jakiego inne ludy Europy nie zaznały. Tylko pod berłem austriackim stało się inaczej. Przy sprzyjających okolicznościach, pod przychylnym monarchą, dano nam warunki swobodnego narodowego życia – choć bez skarbu i wojska. Znaleźli się mężowie stanu, którzy tu umieli odnowić dobre, dawne sejmowe tradycje. Nie brakło rozmaitej nędzy, nieodstępnej od politycznego życia, zawiści i niezgody domowej, karierowiczów, szukających w polityce wyniesienia tylko, wichrzycieli nadużywających imienia ojczyzny, spekulantów, robiących nieuczciwie majątek pod pokrywą patriotyzmu. Żadnej nie uniknęliśmy ułomności, ale daliśmy dowód zdolności do życia politycznego i mamy mężów, wywierających wpływ nie tylko w kraju. Istnieje choć jedna prowincja rządzona przez Polaków i w polskiej mowie, bierzemy udział w politycznych dziejach świata i nawet politycznie znaczymy więcej, niż temu lat sto.

Wywłaszczono ogromne przestrzenie polskiej ziemi; połowie dawnej Rzeczypospolitej – ojczyźnie Mickiewicza! nałożono moskiewską szynele i tak ją zgnieciono, że wyda się przejezdnym jakoby była trupem, a przybysz na jej grobie gościł. My wiemy jednak, że żyje, a świadczy o tym światu ucisk wyjątkowy, który trwa dalej i Bóg raczy wiedzieć, jak długo trwać będzie. – Jest wielu chłopów Unitów, którzy dotąd znoszą prześladowanie za wiarę z podziwu godną stałością; jest wielu takich, którzy zapomnieli o tym, że byli katolikami; a powstały i trwają na Rusi – rodzą się podobno na Litwie prądy narodowe, Polsce wrogie, a co najmniej obce.

A jednak nie wymieraliśmy wcale, mnożyliśmy się dwakroć szybciej od okolicznych narodów; pomnożyliśmy się w czwórnasób, a możemy dziś dwa razy silniej liczbą w Europie zaważyć. – Wielka część dawnej Polski jest dziś krajem ludnym, dobrze uprawnym, a nadmiar ludności wysyła po za swoje granice – na zarobek, za ocean – na osiedlenie. Obok potomków szlachty wyrosło potężne, oświecone, bogate, narodowo świadome mieszczaństwo polskie, jakiego nie mieliśmy wpierw nigdy. Istnieją naprawdę wielkie miasta polskie, a Warszawa, serce narodu, siódme czy ósme miejsce zajmuje w Europie i rozwija się dalej, szybciej od innych stolic. Nie myśmy poczynili wielkie, mechaniczne wynalazki, które zmieniły oblicze Europy, ale umiemy z nich korzystać i posiadamy mnóstwo pracowników, technicznie umiejętnych, zatrudnionych w kraju i daleko po za jego granicami; nie posiadamy takiej sieci kolejowej jak narody Zachodu, ale wbrew przewidywaniom Mickiewicza, wytworzyliśmy wielki, kwitnący przemysł. Pragnęliśmy usilnie w ciągu stulecia narodowego i obywatelskiego uświadomienia ludu wiejskiego i narażaliśmy się na straszne klęski, łudząc się tym, że się lud milionowy obudził. Dziś włościanin usamowolniony i uwłaszczony, biedny jeszcze i ciemny, ale zarabia i oświeca się powoli, w Wielkopolsce zna już dobrze swoje obowiązki wobec Ojczyzny; w innych ziemiach budzi się, rusza, patriotycznych haseł używa. Doczekaliśmy się gorąco upragnionego przebudzenia, a wielu pośród nas przelękło się srodze ziszczenia swoich nadziei. Lud jest demokratycznym w swoich żądaniach, bo inaczej być nie mogło; bardzo dotąd niedoświadczony, łatwo słucha haseł zwodniczych, daje się uwieść do czynów nierozważnych; podobny do pacholęcia, działającego po raz pierwszy samodzielnie, może łatwo wyrządzić szkodę i sobie i domowi swemu. Ale szkody przeminą, doświadczenie niejednego nauczy, a nic nie zrównoważy wielkiego znaczenia, jakie ma i mieć będzie świadomość narodowa wielomilionowego Indu, umiejącego się upominać o swoje prawa i strzec swojej narodowości. To rękojmia przyszłości, przy której możemy być spokojni, że naród przetrwa klęski i że lepszej doczeka się doli.

Romantyczny prąd w sztuce odpowiadał i lirycznemu usposobieniu i położeniu narodu polskiego, który, pozbawiony niepodległości, musiał namiętnie ukochać swój obyczaj, szukać pociechy w rozpamiętywaniu dawnej chwały, w oczekiwaniu zbawczego w przyszłości cudu, a bolejący i przywiązany do wiary ojców wierzył łatwo w proroctwa, otaczał aureolą świętości swoich bohaterów i męczenników; to też romantyka zjawiła się u nas wcześnie, przetrwała chwilę, w której się od niej odwrócono na Zachodzie, wydała najwspanialsze w Polsce owoce, u nas tylko potrafiła być naprawdę epiczną, wydala prawdziwe i doskonałe arcydzieła. Nie darmo taką czcią otaczamy poetów, bo byli największą chlubą, a niepoślednią siłą narodu. Na czele prześwietnej plejady stanął największy poeta polski Adam Mickiewicz, geniusz pierwszorzędny, o którym powie kiedyś potomność, że był największym poetą stulecia. Późniejszy naturalistyczny zwrot wpłynął na polską literaturę, sprawiając, że powieść wystąpiła na pierwszy plan, że bywała najczęściej obyczajową; ale wbrew teoriom niektórych krytyków, powieści, które najsilniej narodem wstrząsły, pozostały romantycznymi, opisywały uidealizowaną przeszłość, na pociechę znękanych pokoleń. Prąd nowy, symboliczny odezwał się w ostatnich leciech silnie, a liryzmem swoim trafił do naszej duszy, patrząc w lud, przeczuwając nową przyszłość, i wydał już poetów pełnych obietnicy dla literatury XX wieku.

Muzyka, jak najliryczniejsza i bardzo swojska, zakwitła wraz z romantyczną poezją. Z umarłych już zdobył sobie Chopin wielkie na świecie imię; w narodzie tylko znany, ale nie mniej zasłużonym jest Moniuszko, a dziś żyjący muzycy rokują na pewne, że świetna tradycja nie zaginie. Później nieco wystąpiły malarstwo i rzeźba. Malarstwo także romantycznej długo trzymało się tradycji i już w drugiej stulecia połowie wydała drugiego, obok Mickiewicza, bohatera polskiej sztuki, Jana Matejkę. Matejko wskrzesił widomie minioną chwałę, po nim zeszli dzielni artyści na tematy rodzajowe, krajobraz i portret; kusi ich dziś nowa szkoła, na której znajdą blask barwy czarujący, jeśli zechcą na plamistych szkicach nie poprzestać.

Na wszystkich polach dźwignęła się oświata polska. Z nauk pociągała i pociąga historia, prawiąca o wielkiej przeszłości, szukająca powodów upadku; posiadaliśmy w dziedzinie dziejopisarstwa narodowego znakomitych uczonych pisarzy, a cały zastęp poważnych pracowników bada obecnie przeszłość naszą. Po raz pierwszy prawie zjawili się w Polsce filozofowie; może nie byli dość samodzielni, ale wpłynęli na cywilizację narodu, usiłowali wytłumaczyć zagadkę bytu i znaczenie Polski w dziejach ludzkości. Polscy ekonomiści i prawnicy zdobyli sobie sławę europejską i powagę u obcych. Mieliśmy w ciągu całego stulecia uczonych, a znakomitych miłośników ojczystej przyrody; mieliśmy i mamy podróżników, którzy zbadali dalekie lądy, poznali mowę i wiarę nieznanych narodów, wykopali, pomniki klasycznej przeszłości, a odkąd zwłaszcza krakowska Akademia środek i ognisko dla nauki polskiej stworzyła, mnoży się zastęp ludzi uprawiających nauki ścisłe, ze znakomitym dla ludzkości pożytkiem; nie brak także głośnych w nauce lekarzy; na każdej niwie, na której ludzie pracują nad postępem wiedzy ludzkiej, zapisały się polskie nazwiska na prawdziwą chwałę narodu, czego już od wieków nie bywało.

Z wielu błędów starych nie uleczyliśmy się; przybyło kilka nowych; jesteśmy po dawnemu lekkomyślni i wielu marnuje na próżności, hulance i lenistwie grosz przez ojców złożony, traci ziemię niegdyś krwawym trudem zdobytą, nie pomnąc, że to nie tylko własne, że to narodowe mienie przepada; zbyt często teatralnym zadawalniamy się pozorem, nie szukając istotnej, zasługi; bywamy zbyt czuli na zdanie ościennych, nie wyrabiając w sobie własnego wytrawnego zdania i należytej narodowej godności. A co już najgorsza, żyje dotąd stara zawiść, która się i niegdyś miotała na zasłużonych, skoro się twardej jęli pracy, żyje zamiłowanie w obmowie, żyją stanowe niechęci; Polak gotów wichrzyć w przymierzu z wrogiem, byle innym nie dać wyróść zasługą około Ojczyzny.

A czego nie bywało, nauczyliśmy się u obcych dziwnej chełpliwości, wynoszącej własną nieudolność, sobkostwo. i występek własny, jako rzeczy godne podziwu; mnożą się egoiści z zasady, którzy unikają nawet rodzinnych obowiązków, aby móc, po marnym życiu, do marnego zejść grobu; mnożą się szalbierze, spekulanci, którzy oszukując, śmią nieraz swoje niecne czyny w płaszczyk publicznej przyoblec zasługi. Wyrosła przy tym jakaś potępienia godna pobłażliwość, nie dbała o cnotę i honor, dopuszczająca, aby błyszczeli, aby się chlubili i uczciwym ludziom narzucali, tacy, których by niegdyś wykluczono z towarzystwa zacnych obywateli, awanturnicy, czy to salonowi, czy to demokratyczni, o których nie wiadomo, z czego żyją, albo o których wiadomo, że żyją niecnie.

Jest jednak i moralny postęp niezaprzeczony. Życie rodzinne spoważniało; nierównie mniej jak niegdyś jest małżeńskiego zgorszenia. U możniejszych i oświeceńszych wzmaga się poczucie obowiązku względem ubogich i ciemnych. Wzrosła zdolność do twardej, jednostajnej pracy wraz z oświatą; mimo wielu marnotrawców, jesteśmy jako naród bez porównania zasobniejsi, niż niegdyś, posiadamy obok ogólnego oczytania, coraz częściej naukowe wykształcenie; ilość książek i dzienników pomnożyła się niezmiernie, a jeżeli służą czasem zawiści i kłamstwu, roznoszą jednak także zamiłowanie do rzeczy polskich; marzenie Mickiewicza spełnione i Pan Tadeusz bywa już wiele czytany pod chłopską strzechą. Mamy wielu pośród wykształconych, którzy nie posiadają religijnej wiary, ale nie chełpią się niedowiarstwem dla popisu, a pomiędzy ową ogromną większością, która pozostała wierną Kościołowi bywa religijność rozumna, oświecona i tym silniejsza; zaś wszyscy rozumni wiedzą, że losy naszego narodu silnie związane z losami katolicyzmu, że w religii znajdzie lud najsilniejsze źródło istotnego patriotyzmu, że za jej pomocą najpewniej nauczy się obywatelskiej pracy, dźwignie swój dobrobyt i swoją oświatę, zdobędzie ową godność w Ojczyźnie, na którą zasłuży, dorówna narodom Zachodu, a prześcignie je, jeśli powagę obowiązków swoich zrozumie.

Jesteśmy tedy i będziemy; dach Mickiewicza nieśmiertelny, gdy patrzy na Polskę swoją, smuci się jej uciskiem i utrapieniem, ale cieszy się życiem i żywotnością, ręczącą za przyszłość. Przebolejemy. Pod każdym względem – gdy o polityce zapomnimy – rzec możemy sumiennie, żeśmy inne, starsze narody doganiali, żeśmy je w niektórych rzeczach już dogonili, żeśmy się w innych rzeczach do nich zbliżyli, żeśmy nigdy liczbą i cywilizacją tak wysoko nie stali, żeśmy odrobili niejedno ostatnich wieków Rzeczypospolitej zaniedbanie. W polityczne kombinacje nie powinniśmy się bawić; nie od nas zależą, tylko od nieobliczonego biegu dziejów: jeżeli nadejdą niespodzianie, a nas zastaną zdrowych, silnych i rozumnych, padnie z nich korzyść dla nas; w przeciwnym razie, jeśli najpomyślniejsze zewnętrzne okoliczności zastaną naród mdły, schorzały, bezmyślny, nie pomogą temu narodowi. Znaczenie polityczne jest tylko jednym, choć niezmiernie ważnym dobytkiem żyjącego narodu, a bywa wynikiem jego sił, skutkiem społecznej pracy, a nie ich źródłem i początkiem. Dzieje także ostatniego wieku pouczają nas o tym wymownie, że niepodległością obdarzony naród, nie zasługujący na niepodległość, niedojrzały, ani szczęścia, ani ładu, ani siły w tej niepodległości nie znajdzie; piękną barwą na mapie odmalowany, nędznie marnieje.– Naród poważnie pracujący wybije się przeciwnie na wierzch dziejów samą pracą powszednią– nie wiadomo, w jaki sposób i w jakich formach.

Zresztą pomnijmy, że to, co niegdyś wyłącznie historią nazywano, politykowanie i wojowanie, coraz mniej wyłącznie o losie narodów stanowić będzie, że czas wyłącznie politycznych formacji mija, ze w dwudziestym wieku nastanie czas krystalizacji społecznych i że w nim bardziej jak kiedy, zwycięzcami będą najcnotliwsi, najzdrowsi, pracą zasobni, a wiedzą bogaci. Nie zakreślajmy sobie tedy na jutro politycznych programów, zajmujmy się politykowaniem o tyle, o ile się tego społeczna potrzeba koniecznie domaga, nie w polityce przede wszystkim pokładajmy nasze na przyszłość nadzieje; nakreślmy sobie zdrowy program pracy narodowej, społecznej i cywilizacyjnej, wykonujmy ten program sumiennie i wytrwale, a nie zginiemy; żyć będziemy na pewne, na pewne zwyciężymy i zajmiemy chlubne miejsce wśród przyszłości, której się ustroju domyślić nie zdołamy.

Szukajmy siły w niezłomnej wierze i nadziei przodków, a w miłości Ojczyzny, którą każdy ukocha wszystkich w narodzie, a wszyscy każdego; oddajmy się gorliwie pracy około ładu, ale dla jego dobra, nie dla własnego wyniesienia; karćmy swoje błędy, ale dla poprawy, nie dla zadośćuczynienia zawiści; gromadźmy dostatki, ale nie dla osobistej tylko korzyści i nie sprytem spekulanta, tylko wytwórczą pracą dla narodu i nie używajmy dostatków dla próżności, a obracajmy je na powszechny pożytek; uprawiajmy pilnie naukę, ale nie dla pozoru, nie dla poklasku u ościennych, tylko dla wzmożenia wiedzy i mocy; poświęcajmy się literaturze i sztuce, ale nie dla popisu misterną techniką i kuglarską sztuką, tylko na to, abyśmy mogli szlachetnieć w obcowaniu z ideałem, bez którego żaden naród żyć nie godzien.

Mickiewicz prorokował wraz z bracią swoimi wieszczami o przyszłym, zbawczym dla narodu cudzie. My nie kuśmy Boga, nie liczmy na cuda, z założonymi rękoma marnując prawdę dla złudnej a nie męskiej nadziei. Cud przyjdzie oczekiwany, ziści się nam, gdy pracą trzeźwą i miłością ludzi, piękna i prawdy, na to zasłużymy. Zarabiać trzeba w pocie czoła na takie dziejowe cuda, a zapłata za trud narodu cnotliwy i rozumny ominąć go nie może. Tylko kto tego godzien, cudu się doczeka. – Wy młodzi, bądźcie godni cudu!

 



[1] Mowa wypowiedziana na uroczystości Mickiewiczowskiej, urządzonej przez stowarzyszenie „Ognisko” w Wiedniu.

Najnowsze artykuły