Artykuł
Czynniki zachowawcze i postępowe w dobie ostatniej
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Zygmunt Balicki

 

 

 

Pierwodruk w: Dziesięciolecie Przeglądu Wszechpolskiego, (red. Roman Dmowski), Kraków 1905.

 

 

W okresie, w którym się kształtowały stopniowo dzisiejszo kierunki polskiej myśli polityczno], panowało powszechno niemal przekonanie, że zachowawczość – konserwatyzm, jak zazwyczaj z cudzoziemska prąd ten nazywano – z istoty swej wyklucza pojęcie twórczości w dorobku narodowym, że twórczość wszelkiego rodzaju i na wszystkich polach jest wyłącznie własnością tak zwanej ogólnikowo „postępowości”. Opierano się przy tym na następującym sylogizmie: ponieważ każda twórczość jest z istoty swej postępem, a postępowość stanowi tylko świadomy jego wyraz, wszystko, co jest tej postępowości przeciwne, a więc tym samem konserwatywne, nie może być w żadnym razie twórczym.

Opinia ta była daleko szerzej rozpowszechniona i głębiej utrwalona, niż się zazwyczaj sądzi, a i dziś jeszcze, gdy już myśl polityczna zaczyna rozpatrywać zjawiska pod innym kątem widzenia, szeroki ogół teoretyzujących umysłów w gruncie rzeczy podziela ten pogląd. Genezy jego szukać trzeba na gruncie Królestwa: tam, przy braku wszelkiego życia politycznego w okresie popowstaniowym, konserwatyzm i postępowość obracały się wyłącznie w dziedzinie tradycji, wierzeń religijnych i narodowych, obyczajowości, nauki i w części sztuki. Zagadnienia polityczne i społeczne wysuwało na porządek dzienny nie życie, ale naukowo-polityczne zainteresowanie się tym, co pochłaniało uwagę społeczeństw zachodnich, starcia zaś, które na tym tle powstawały, były to starcia nie prądów rzeczowych, ale poglądów mniej lub więcej oderwanych od życia.

Z dwóch walczących ze sobą obozów, jeden bronił dawnych wierzeń i tradycji, ale po wielkiej przegranej bardzo już okrojonych, uproszczonych i zwulgaryzowanych. Przy braku wszelkiego życia publicznego, konserwatyzm, atakowany u podstaw, broniący się tylko od zalewu z zewnątrz i z wewnątrz, z natury rzeczy kurczyć się musiał, zwyrodniał i przestał być twórczym. Pod tym względem podnoszone przeciwko niemu zarzuty były słuszne, słuszne w danym wypadku, bo na obalenie zbyt pośpiesznego uogólnienia, powstałego w umyśle przeciwników, że konserwatyzm z istoty swej twórczym być nie może, nie miał już ani sił, ani nawet czasu. Co gorsza, sam w to uogólnienie uwierzył i wiądł w tym przeświadczeniu, że konserwatyzm jest rzeczywiście bezwzględnym stróżem przeszłości, rzecznikiem unieruchomienia stosunków form i pojęć.

Czy brak twórczości w obozie konserwatywnym znalazł przynajmniej kompensatę w twórczości obozu postępowego? W mniemaniu tego ostatniego – tak, i to w całej pełni, w rzeczywistości – nie, i fakt ten rzuca właśnie jaskrawe światło na zapoznaną i zaciemnioną istotę postępu twórczego.

Cały arsenał myśli, pojęć i sądów, którymi prąd nowy uderzał w tradycję pod wszelkimi jej postaciami, był bezpośrednio zapożyczony od społeczeństw obcych. Zapożyczono zaś bynajmniej nie to, co stanowiło rzeczywistą treść życia tych społeczeństw, ale przede wszystkim to, co się rzucało najsilniej w oczy powierzchownemu spostrzegaczowi, a więc to, co najdalej odbiegało od panujących na miejscu pojęć i stosunków. Wwóz obcych wytworów życia i ducha odbywał się nie tyle bez wyboru, ile właśnie z wyborem togo, co było najnowszym, co nie weszło w krew i w ciało zachodnich społeczeństw, nie zostało wypróbowane, sprawdzone i zasymilowane, ale co było pomysłem zakwestionowanymi jeszcze i spornym, wzbudzającym na miejscu starcia i walki. Nazywano „ostatnimi wynikami” to, co zaledwie «pierwszymi hipotezami» nazwać się godziło. Otóż przenoszenie żywcem takich nabytków na grunt zgoła odmienny, nie jest pod żadnym względem pracą twórczą, bo ani zdolności twórczych nie wymaga, ani wyższych form życia nie stwarza. Nie próbowano nawet poznawać zachodnio-europejskich społeczeństw i uczyć się od nich, ale zadawalano się naśladowaniem tego, co tylko w suchej i spaczonej formie naśladowanym być mogło, jako wyrosłe na innym gruncie, w odmiennych warunkach kultury i położenia kraju.

Nie wszystko nowe jest twórczym: będzie ono nim wtedy tylko, gdy zapładnia duchowo i społecznie formy istniejące, nieruchome już skostniałe, gdy jest wielkim bodźcem do dalszego, organicznego ich rozwoju, nie może przeto typem swym zbyt daleko od nich odskakiwać, ani być czymś zasadniczo im obcym i odmiennym. Zapłodnienie pomiędzy gatunkami różnymi, o ile w ogóle jest możliwe, wydaje formacje potworne, niezdolne do życia. To samo w dziedzinie duchowej. Idee, teorie i pojęcia tak różne od panujących, że stanowić mogą tylko ich negację, niszczą co najwyżej dorobek dotychczasowy, ale same, niezdolne zapuścić korzeni w głąb społeczeństwa, pozbawione soków prawdziwie żywotnych, przeżywają tylko własne swe zasoby, jałowieją i kostnieją. Tak zwany prąd postępowy, który co najwyżej nowatorskim nazwać by można, podkopał uczucia narodowe i religijne wśród znacznej części naszej inteligencji, zastępując pierwsze kosmopolityzmem, a więc prostą negacją uczuć narodowych, drugie – pseudo-naukowością przystosowaną specjalnie do negacji religii; swym materializmem filozoficznym powstrzymał rozwój naukowej myśli, swym materializmem historiozoficznym i dogmatyczną teorią Marksa zabił rozwój myśli społecznej, swą propagandą walki klas utrudnił wewnętrzną konsolidację narodu.

Radykalizm formalny i negacyjny drogą przeciwieństwa rodzi konserwatyzm formalny, również negacyjno zajmujący stanowisko wobec wszystkiego, co go wyprowadza z zastoju. Niepodobna zrozumieć naszego obozu konserwatywnego w Królestwie przez pierwszo dwudziestopięciolecie po powstaniu bez tego oświetlenia. Kurczył się on pod ciosami, karlał i sam nie wiedząc kiedy schodził na grunt przeciwników: przyjął indywidualistyczną i apolityczną ich teorię pracy organicznej, przesiąkł narodowym i religijnym sceptycyzmem, słowem zatracił narodową stronę swego konserwatyzmu, która początkowo nadawała mu pewną żywotność.

A jednak naród, jak w Królestwie, pozbawiony przez lat dziesiątki wszelkiego życia publicznego, wynaradawiany, niszczony, dezorganizowany, a nawet wprost tępiony mechanicznie i duchowo, jeżeli chciał przetrwać i żyć, musiał być przede wszystkim zachowawczym wobec samego siebie. Na pierwszym planie powinien był stawiać wszystko, co wiązało go z przeszłością dziejową, z tradycyjnymi podstawami organizacji społecznej, skoro teraźniejszością żyć nie mógł, ani zadzierzgać nowych węzłów tej organizacji; powinien był dążyć do utrwalenia wszystkich istniejących ogniw społecznych i rozszerzania spoistości wewnętrznej; powinien był na koniec budzić zachwiany swój instynkt samozachowawczy oraz nabyte zdolności do kierowania własnym losem; wszystkie zaś te, otrzymane w spuściźnie zadatki powinien był rozwijać i doskonalić stopniowo, drogą narastania i organicznego rozwoju, unikając wstrząśnień, eksperymentów, dezorganizacji wewnętrznej i radykalnych przeobrażeń, bo wszystkiego tego wróg choć cokolwiek czujny nie mógłby nie obrócić i nie wyzyskać natychmiast na swoją korzyść. Naród w tym położeniu musi być zachowawczym, ale zachowawczość jego winna być twórczą i zwróconą przede wszystkim ku utrwaleniu i rozwojowi bytu narodowego. Powiem więcej, droga ta jest drogą normalnego rozwoju, z której nie może schodzić żaden naród, nawet państwowo niezależny, a nam narzucać się ona była powinna z podwójną siłą dogmatu polityki narodowej.

Wymaga to bliższego uzasadnienia i rozwinięcia. Społeczeństwo, jako organizm żywy, czy jak kto woli, jako organizacja narodu, w której wszystkie części trzymać się muszą w harmonijnym połączeniu, a wszystkie funkcje dostrajać do siebie wzajemnie, rozwija się czy postępuje jedynie i wyłącznie przez doskonalenie i wzbogacanie swej organizacji fizycznej i duchowej. Co się ma rozwijać i doskonalić musi przede wszystkim istnieć i byt swój utrwalić, ale i odwrotnie – organizm, który ma przetrwać, musi również wciąż się rozwijać i doskonalić. Zachowawczość przeto i twórczość w życiu narodu są ze sobą jaknajściślej związane, przenikają się wzajemnie tak, że rozdzielone być nie mogą bez istotnej szkody dla samej jego żywotności. Doskonalenie odbywa się przez narastanie form nowych, drogą rozwoju już istniejących, a w społeczeństwie normalnym dokonywające się przeobrażenia nie mają nawet dla pokoleń współczesnych charakteru czegoś nowego; na zewnątrz tylko, w perspektywie czasu i przestrzeni, wyrastają formy rzeczywiście nowo, przyczyniające się do wzbogacenia dorobku ludzkości. Japonia, która przez ostatnio lat 30 odbyła niesłychany w dziejach postęp, przyswoiła sobie na wszystkich polach nowe rzeczy, jedynie pozostawiając niewzruszoną tradycyjną swą narodową organizację, wierzenia, obyczaje i rdzeń form swego bytu. Francja w okresie wielkiej rewolucji, przeciwnie - zburzyła całą swą dotychczasową organizację ale równie silnej a nowej utrwalić nie zdołała, przeniosła tylko na swój grunt zapożyczony z Anglii parlamentaryzm, a zachowała z dawnych urządzeń to, co najbardziej domagało się reformy – centralizację biurokratyczną i rutynę administracji; od tego też przewrotu datuje się stopniowy, choć powolny jej upadek. Przykład twórczości zachowawczej w Europie daje nam Anglia, która przez całe swoje dzieje nie łamała nigdy ani swej organizacji, ani zasad swego ustroju, ale wciąż rozwijała je organicznie, nie naśladowała nikogo, była zawsze sobą, zawsze w zgodzie ze swą przeszłością. Tylko takie narody nie starzeją się i nie upadają.

Dążąc ustawicznie do utrwalenia bytu narodu i jego organizacji wśród zmieniających się warunków wewnętrznych i zewnętrznych, przystosowuje się ciągle i rozwija formy dawne, rozgałęzia je, wzbogaca i przeobraża, ale czyni się to pod naciskiem z wewnątrz płynącej potrzeby, nie przez naśladownictwo, nowatorstwo lub doktrynę postępu.

U nas w okresie popowstaniowym zapanowały poglądy wprost przeciwne.. Starano się, jak gdyby zapomnieć o tym, żeśmy wchodzili dopiero w okres prawdziwej niewoli i zamiast organizować opór przeciwko niej, wzięto się do przedyskontowywania i kwestionowania wszystkich podstaw narodowego bytu. Upowszechniło się mniemanie, że społeczeństwo nasze, ażeby sobie lepszą przyszłość zgotować, winno przeciąć wszystkie swe tradycje przeszłości a stać się przede wszystkim „postępowym”, i to nie w znaczeniu pracy twórczej na zalegających polach, ale jak najpostępowszym i jak najradykalniejszym w pojęciach, odbiegać uczuciem i myślą jak najdalej od tego co było i jest, a gotować mniemane formy przyszłości. Realne atoli warunki bytu nie pozwalały na wcielanie tych nowych form w życie publiczne, a sami postępowcy nie umieli i nie próbowali nawet ich realizować, zamiast więc postępu rzeczywistego, zamiast rozwoju i doskonalenia organizacji społeczeństwa, mieliśmy istną pogoń za postępom teoretycznym, ideowym, któremu nie odpowiadały żadne zjawiska w życiu, otrzymaliśmy więc w rezultacie tylko dezorganizację narodowego ducha. Przez każdy wyłom w nim uczyniony wciskały się obce wpływy i pojęcia, stosunki obcego nam typu, kult obcych, często wrogich narodowi dążeń, a władze wyzyskiwały zręcznie to osłabienie odporności wewnętrznej i, wchodząc w grę obiegających pojęć, obracały hasła postępu na rzecz wynaradawiania lub choćby wynaturzania żywiołów bardziej im podatnych.

Przykłady lepiej twierdzenie to wyjaśnią. Od 25 lat prowadzą socjaliści propagandę swych zasad wśród robotników naszych ognisk przemysłowych, wbijają im w głowę wszelkie «najnowsze» teorie socjalistyczne, szerzą antagonizm klasowy, tępią w nich poczucie i dążenia narodowe w imię międzynarodowej solidarności proletariatu. Przez taki sam okres czasu, od 1800 do 1825, a więc na półtora stulecia przed „najnowszymi teoriami socjalistycznymi”, robotnicy angielscy, pozbawieni podobnie jak nasi, prawa zmów i związków, tropieni i prześladowani, postawili na nogi całą sieć tajnych bractw robotniczych, które walczyły o interesy swoje i swego zawodu i szerzyły zasadę samopomocy. Uznanie prawa koalicji w 1825 r. odbyło się bez przewrotu jako sankcja faktycznego stanu rzeczy, a tajne bractwa wystąpiły od razu jako jawne związki zawodowe, które stanowią dziś potęgę i chlubę ruchu robotniczego w Anglii. Co nasi socjaliści w analogicznych warunkach zrobili ? przerabiali duszę robotnika i w zakresie swego wpływu przerobili ją tak, że dziś nie rozumie on nie tylko interesu narodowego, ale nawet swego własnego, że nie posiada żadnej organizacji prócz partyjnej, że pierwszy lepszy członek „Bundu” lub Moskal z Rosji może mu narzucić strajk chroniczny, leżący, być może, w interesie żydów lub Rosjan, ale niewątpliwie nie w jego własnym; nie zrobili nawet nic dla podniesienia jego kultury i oświaty, tak, że w Zagłębiu np. daje posłuch agentom rządowym rosyjskim.

Inny przykład: jednym z najpierwszych postulatów postępowości było wyzbycie się „szowinizmu” wobec Rosjan i bratanie się żywiołów rewolucyjnych. W imię tej zasady zerwano tamę, wzniesioną instynktowo, a utrzymywaną świadomie przez społeczeństwo polskie, która jedna mogła zabezpieczyć nas od rusyfikacji rządowego, czy radykalnego pokroju; to też literatura rosyjska zalała nasze szkoły, młodzież przyjmować zaczęła obyczaje i pojęcia idące ze Wschodu, język rosyjski uzyskał obywatelstwo na jej zgromadzeniach, domagano się na nich „praw” dla młodzieży rosyjskiej, a nauczyciele rządowi szkół średnich wyzyskiwali szeroko i skutecznie te prądy liberalnego humanitaryzmu w calach rusyfikacyjnych i robili prawdziwe spustoszenie wśród młodego pokolenia. Dziś widzimy owoce tego „postępu”: cały obóz, stojący pod jego sztandarem, postawił dążenia konstytucyjne rosyjskie po nad dążenia narodowe i urządza krwawe rozruchy na komendę rosyjską lub głośno je popiera.

Prąd postępowości już dla tego nie mógł być pod żadnym względem twórczym, że nie brał za punkt wyjścia narodu jako całości organicznej, którą rozwijać i doskonalić należy, ale różne grupy i odłamy z zachwianym poczuciem narodowym lub wręcz go pozbawione, które same się kształtowały według wzorów obcych i mechanicznie przenieść usiłowały te wzory na grunt społeczeństwa polskiego. W takich warunkach importowane nabytki nie tylko nie mogły odegrać roli twórczej, ale stawały się czynnikami rozkładu, nawet niezależnie od swej treści, już dla tego samego, że były obce. Żydzi są niewątpliwie największymi konserwatystami w swoim środowisku, skoro wszakże tylko schodzą ze swego odosobnienia na arenę życia tego narodu, wśród którego przebywają, stają się od razu najzagorzalszymi rzecznikami postępowości we wszystkich jej formach. Jak to wytłumaczyć? Tak samo, jak fakt, że żydzi, wychowani w pojęciach o „narodzie wybranym”, będąc więc z natury swej największymi szowinistami na świecie, występują nie tylko jako najzawziętsi wrogowie wszystkiego, co u innych szowinizmem mianują, ale wprost rozkładają nasze uczucia narodowe. W obu wypadkach stają w roli czynnika obcego miejscowemu społeczeństwu, w roli grupy posiadającej własne interesy, odmienne od jego interesów, często z niemi sprzeczne. Będą hołdowali konserwatyzmowi, o ile on dotyczy zachowania ich właściwości religijnych i plemiennych, ale będą rzecznikami postępowości w zastosowaniu do społeczeństwa, wśród którego żyją, bo tego rodzaju postępowość, rozluźniająca organiczną spójnię narodu, leży w całości w ich własnych interesach. Wnoszone przez nich pierwiastki, obce narodowi, a przez to dla niego nowe i zrywające radykalnie z przeszłością, łatwo dają się przedstawić jako ostatni wyraz postępu. Z wyjątkiem wypadków szczegółowych i specjalnych, taki właśnie charakter ogólny nosił cały prąd postępowy u nas, czy był pochodzenia żydowskiego, rosyjskiego, czy niemieckiego.

Obóz konserwatywny w Królestwie, jak widzieliśmy, nie umiał nic przeciwstawić temu prądowi prócz biernego obstawania przy przeszłości, której obraz w jego własnych oczach zmąciły ostatnie wypadki. Już od r. 1876, od czasu odczytów, wygłaszanych przez Stanisława Tarnowskiego w Warszawie, ulegał on wzrastającemu wciąż wpływowi konserwatyzmu zachodnio-galicyjskiego. Wpływ ten, chociaż niósł w sobie zaczyn myśli politycznej, nie tylko go nie odrodził, ale stał się sam mimowolnym czynnikiem przytępionych już instynktów zachowawczych, i to dzięki właściwościom stańczykowskiego programu.

Program ten zaczął od podkopania i przerwania tradycji narodowej. Opozycja przeciwko taktyce powstańczej doprowadziła go do tego, że zwrócił się całą siłą przeciw pojęciom, którymi od lat stu karmiło się i zasilało uczucie narodu. Zamiast pogłębić i rozszerzyć tę tradycję na budujące okresy pracy obywatelskiej w czasach Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, a zarazem uznać to, co było zachowawczego pod względem narodowym w ruchach zbrojnych i nie-zbrojnych, postawił on na jej miejsce wskazania na wskroś nowe – program Wielopolskiego. Wskazania te przedstawiał ogółowi nie jako nową taktykę w polityce narodowej, ale jako łamiące samą istotę narodu dążenie do rozbicia go na trzy odrębne organizmy, szukające nowych form bytu w zespoleniu z państwami obcymi, a zachowujące tylko łączność kulturalno-plemienną. Był to najsilniejszy, bo z wewnątrz pochodzący cios, jakiego doznał od rozbiorów instynkt samozachowawczy narodu. W trójlojalizmie rozpłynąć się miał nasz własny lojalizm polski, a zachowawczość narodowa zejść do poziomu zwykłego konserwatyzmu klasowo-partyjnego. Religijność nowego obozu, pozbawiona organicznego związku z gruntem narodowym, stała się czysto wyznaniową i zamiast wzmacniać poczucie polskie, zaczęła je raczej osłabiać; obrona stałości form społecznego ustroju zamieniła się w obronę wąskich, klasowych interesów warstwy ziemiańskiej, a potrzeby i wymagania państwowości obcej wzięły górę nad potrzebami i wymaganiami własnego społeczeństwa. Konserwatyzm w Królestwie dostrajał się według możności do nadanego mu z Galicji, a rozszerzonego na Poznańskie schematu, ale szło mu to niezręcznie, bo było nieszczerym, to też gdy doszedł do szczytu swych wpływów w r. 1897, zdobył się tylko na wielką manifestację rosyjskiej raczej niż polskiej zachowawczości i lojalności. Ciągnęła go w tym kierunku od dawna inna jeszcze grupa, posiadająca fizjognomię własną – grupa petersburskich Polaków. Ta nie miała żadnych zachowawczych ani narodowych przesądów: dobry jej był każdy wstecznik, postępowiec czy socjalista, byle się zgodził stanąć niepodzielnie i nieodwołalnie na gruncie państwowości rosyjskiej i traktować kwestię polską w zaborze rosyjskim jako kwestię wewnętrzną państwa. Za tym poszła wielka akcja zbliżenia i przenikania się społeczeństwa polskiego i rosyjskiego na wszystkich polach, przemycana pod firmą politycznego zbliżenia narodów. Oczywiście mogło się to odbywać jedynie na gruncie i w imię haseł liberalnych, którym Kraj petersburski hołdował zawsze, a które stanowiły zarazem pomost pomiędzy nim a postępowcami i socjalistami. Wpływ Kraju na konserwatystów w Królestwie zatarł do reszty ich program w sprawach wewnętrznych i narodowych, postawił zaś na jego miejscu „ugodę” w czystej niejako swej formie, która miała starczyć za program i wypełniać sobą aspiracje narodowe.

Jak widzimy, zarówno obóz konserwatywny jak i postępowy, jeden na pół świadomie, drugi z całą samowiedzą, biły taranem w instynkt samozachowawczy narodu, poddawały wątpliwości i krytyce wszystkie jego składniki, rzucały na pastwę rozumowania i rezonowania to, co tylko jako siła bezwiedna jest potęgą. Wypowiedziano walkę samej zasadzie zachowawczości narodowej, to też o wydobyciu z niej sił twórczych nie mogło być mowy.

W tym stanie rzeczy zależało wprost od społeczeństwa, od jego żywotności i zdolności do dalszego narodowego rozwoju, czy miał się zrodzić kierunek, któryby z jednej strony stanął na straży rozkładającego się instynktu samozachowawczego narodu, z drugiej – podjął zadanie wzmocnienia wewnętrznej jego spójności i organizacji, tudzież nakreślenia wskazań zachowawczej a zarazem twórczej polityki narodowej, zadanie, które inne kierunki nie tylko zostawiły odłogiem, ale wprost zepchnęły z widowni myśli publicznej. Kierunek ten powstał zrazu jako bezpartyjny i przez ten właśnie swój charakter był instynktownym wyrazem potrzeby odbudowania zrębów zachowawczości narodowej. Mówię – instynktownym, gdyż działalność, którą rozpoczął była daleką od uświadamiania sobie tej swojej roli, odbywała się raczej pod popularnym, jedynie dostępnym dla ówczesnego młodego pokolenia hasłem narodowego, ale właśnie narodowego postępu, każdy atoli krok jego stawiany w tym kierunku, był w istocie rzeczy mozolnym odbudowywaniem zachowawczości narodowej, ale odbudowaniem, twórczym.

Zaczęto od nawiązania tradycja narodowej, przerwanej na ostatnim powstaniu. Powstanie było wystąpieniem całego narodu w obronie swego bytu, a przeto – błędną czy nie, z punktu widzenia polityki – nie mogło być z tej tradycji skreślone bez podkopania jej ciągłości. Ale z tradycji powstańczej nowy kierunek wziął bezpośrednio to, co miało znaczenie budujące na chwilę bieżącą, mianowicie organizację narodową, pośrednio zaś objął pozostawiony przez nie spadek, nie zlikwidowany pomimo uwłaszczenia – sprawę uobywatelenia ludu.

Praca nad zbliżeniem kulturalnym trzech zaborów, zapoczątkowanie ogólno-polskiego ruchu narodowego i jednolitej dla całej Polski polityki były pierwszym krokiem na drodze zespolenia w jedną całość, zachwianą już w sposób zastraszający wzrastającą rozbieżnością charakterów i dążeń trzech dzielnic. Była to pierwsza od rozbiorów próba świadomej ich konsolidacji w jeden zwarty naród.

Walka, którą kierunek narodowy rozpoczął na dwa fronty, z jednej strony z kosmopolityzmem socjalistycznym, z drugiej – z abdykacją lojalistyczną, miała początkowo za punkt wyjścia jedynie i wyłącznie zachowawczość narodową: pierwszy zbijał nie z punktu widzenia konserwatyzmu ekonomicznego, ani interesów klas posiadających, drugą – nie w imię taniego antylojalistycznego liberalizmu, ale oba prądy zwalczał ze stanowiska patriotyzmu polskiego i polskiej myśli narodowej.

Rozkładowy radykalizm szedł od młodzieży, na nią więc przede wszystkim zaczęto oddziaływać, by wychować nowe pokolenie, stojące mocno na gruncie narodowym, jednolite pod względem swego typu na całym obszarze Polski, silne charakterem, wolne od grasującego doktrynerstwa. Od tej młodzieży zaczął się pierwszy odpór dany zalewowi kosmopolityzmu, z niej wyszedł zastęp ludzi, zaprawionych w zorganizowanym działaniu, zdolnych całe życie poświęcić sprawie publicznej, umiejących „żyć dla Ojczyzny a nie tylko ginąć dla niej”, trzeźwych w polityce i nawykłych do mierzenia jej przy pomocy jedynego najwyższego sprawdzianu – interesu narodowego.

Praca oświaty narodowej, prowadzona w jednej wielkiej organizacji, obejmującej zarówno lud wiejski, jak robotników i inteligencję, przyczyniła się do zatarcia uprzedzeń, wyłączności i niechęci klasowych, uchroniła włościan przed propagandą rządową i demagogiczną polityką waśni wewnętrznej, sianej w imię carskiej opieki nad ludem, dała temu ludowi narodową tradycję, narodowe poczucie, na koniec wprzęgła go do pracy obywatelskiej w jedynej organizacji samorządu, jaką posiadamy – w gminie i na tym polu wydala w czasach ostatnich znakomite owoce. Działalność na Unii przywróciła polskości znaczną większość tej ludności kresowej, którą do niedawna za straconą uważano.

Kierunek demokratyczno narodowy zwrócił się do ludu wiejskiego, jako do warstwy najsilniejszej, z której wypłynąć może odrodzenie narodu, która dostarczy mu nowych zastępów, silnych, zdrowych w swych instynktach, zdolnych do organizacji, a zarazem bardziej od innych warstw odpornych na wszelką demoralizację, skądkolwiek by pochodziła, zwrócił się więc do ludu w imię zachowawczości narodowej, w rezultatach zaś swej pracy dziś już osiągnął znaczny i realny postęp w samodzielności tej warstwy, w jej obywatelskim i narodowym wyrobieniu.

Całą tę różnostronną działalność przeciwnicy z innych obozów, zarówno z konserwatywnego jak z postępowego, nazywali «kulturalną», z tym dodatkiem, że w życiu politycznym naszego społeczeństwa praca ta w grę nie wchodzi. Świadczy to, że po za obozem demokratyczno-narodowym, żaden inny nie posiada nawet koncepcji budującej pracy narodowej i nie zdaje sobie zupełnie sprawy z ważności, z konieczności wypełniania tego rodzaju zadań dla zapewnienia bytu i zabezpieczenia przyszłości narodu.

Nie była to praca kulturalna, jak oświata elementarna, instytucie gospodarcze lub propaganda wstrzemięźliwości, choć i tej nie zaniedbywano, jeno praca na wskroś narodowa, narodowo-zachowawcza, ale w najwyższym stopniu twórcza zarazem. Nie stała ona na straży tego co jest, ale tego co być powinno, ażeby zachować byt narodu, jego charakter, jego organiczną spójnię, jego zdolność do życia i do pełnego rozwoju w przyszłości. To, co kierunek dem.-narodowy wniósł tytułem dorobku do zasobów narodu, były rzeczy wysoce płodne i twórcze, których społeczeństwo, pozostawione naturalnemu swemu biegowi lub wyłącznym wpływom pozostałych kierunków, nigdy by nie osiągnęło. Już z tego jednego względu rozwijany przezeń program nie był bynajmniej odbiciem tego, co już w społeczeństwie istniało, przeciwnie, dawał on mu raczej to, czego mu brakło, a co zdobyć i posiąść musiało pod grozą zwyrodnienia i stopniowego zaniku instynktu zachowawczego i samowiedzy narodu, jako żywej organicznej całości. Powstał w ten sposób ośrodek myśli publicznej, troszczący się o całokształt spraw i potrzeb narodu, poczuwający się do moralnej odpowiedzialności za wszystko, co się w społeczeństwie dzieje, i w miarę sił, środków i wpływu, regulujący stosunki narodu, a przynajmniej jego samowiedzę, przez budzenie poczucia grożących mu niebezpieczeństw i hamowanie rozkładowych skłonności, rozwijanie natomiast tych, które są konieczne dla utrzymania jego odporności i zdolności do dalszego rozwoju.

Wychodzący z tych założeń kierunek rozwinął się stopniowo w stronnictwo polityczne, które nie goniąc pod żadnym względem za oryginalnością i nowością, przeciwnie, trzymając się przede wszystkim gruntu zachowawczości narodowej, wprost dzięki szczególnym warunkom naszego bytu, stworzyło z siebie typ stronnictwa oryginalny i nowy, odbiegający swym charakterem daleko od szablonu stronnictw współczesnych. Jeden przykład więcej, mówiąc nawiasem, że zachowawczość twórcza prowadzi siłą rzeczy do oryginalności form społecznych, jest przeto najsilniejszym czynnikiem postępu, zasługującego istotnie na to miano.

Nie można się dziwić, że istota charakteru stronnictwa tak niewspółmiernego z innymi nie tylko była przekręcaną na punkcie wszystkich swych dążeń, ale rzeczywiście niezrozumianą ze strony przeciwników, przykładających do niego swą własną miarkę wartości politycznych. Czy można nawet wymagać, by inne stronnictwa, urobione na uproszczoną modłę stronnictw zachodnich, rozumiały jego demokratyzm, polegający na organizacji samorzutnej społeczeństwa, odpornej na wszelką ingerencję obcego państwa, powołujący najszersze warstwy społeczeństwa, przede wszystkim do pełnienia obowiązków narodowych, z których dopiero wypływają ich prawa, jako legalna forma pełnienia tych obowiązków; jego demokratyzm antyliberalny, oparty na hierarchii powszechnych funkcji społecznych, a nie na równości zatomizowanych jednostek, poddanych jedynej hierarchii rządowej; jego demokratyzm na koniec, wykluczający zarówno panowanie tłumów, jak i panowanie nad tłumami. Czy mogli go zwłaszcza rozumieć ci, których rzekomy demokratyzm jest tylko zamaskowanym liberalizmem, dającym się wyczerpać prawami oderwanego od społeczeństwa „człowieka i obywatela”, wykonywanymi za pomocą powszechnego głosowania? Czy mogli oni również pojąć jego stanowisko narodowe, pozbawione wszelkich frazesów patriotycznych, przechowujące tradycje ruchów narodowych, a nie przygotowujące powstania, gotowe nawet wszelkie niewczesne porywy zwalczać, krytyczne wobec przeszłości, na której się opiera, nie apelujące ani do humanitaryzmu, ani do sprawiedliwości państw zaborczych, tłumaczące nawet fatalną konieczność tej ich polityki; jego pojęcie niepodległości, jako wytycznej w dziejowej polityce narodu, która każdy jego krok dzisiejszy oświeca, chociaż sama może nie być w danej chwili przedmiotem bezpośrednim polityki realnej, na koniec jego pojęcie narodu, jako żywego, realnego organizmu, a nie zbiorowości jednostek, mówiących jednym językiem i posiadających z tego tytułu wspólną kulturę. Wszystko to były pojęcia zbyt złożone dla tych, których cały wysiłek myśli był skierowany na upraszczanie pojęć politycznych, na stosowanie w szczegółach do własnego społeczeństwa, gotowego już wszech-narodowego szablonu, obróconego w puste hasła symboliczne bez treści.

Program wychodzący z zachowawczości narodowej musi być integralny, skoro bowiem obejmuje całość istniejących stosunków, powiązanych ze sobą w jeden organiczny kompleks, musi uwzględniać wszystkie strony życia, rozwijać je równomiernie, kładąc szczególny nacisk na luki i niedobory, które wypełnić lub nadrobić trzeba. Program, biorący za punkt wyjścia postęp, tak jak go u nas rozumieją, pozostanie zawsze fragmentarycznym, będzie się ubiegał o różne postulaty, jak głosowanie powszechne, ośmiogodzinny dzień roboczy, prawa polityczne kobiet itp., nie patrząc na to w jakim stosunku stoją te postulaty do całości życia narodowego, jak się ich urzeczywistnienie na tym życiu odbije. Istnieje kilka takich «koników» postępu bezwzględnego, równie zbawczych po wszystkie czasy i miejsca, a w gruncie rzeczy dających społeczeństwu tylko złudzenie i blichtr postępu, jak system jednoizbowy lub głosowanie powszechne Bułgarii. Przypomina to kulturę małomiasteczkowej panienki, która żadnego wychowania ani wykształcenia nie odebrała, ale którą nauczono grać na fortepianie i malować kwiaty.

O kulturę właśnie polityczną, o wychowanie i wykształcenie społeczeństwa, na wszystkich polach równomierne, troszczy się przede wszystkim kierunek demokratyczno-narodowy. Stąd pochodzą niektóre jego rysy znamienne, poczytywane przez postępowców za konserwatywne. Rozpowszechniło się u nas mniemanie, oparte zresztą na spostrzeżeniach z niedawnej przeszłości, że kultura i realizm w dziedzinie polityki stanowią nieodłączną cechę zachowawczości. Kultura polityczna przejawia się w charakterze programu, w ścisłości politycznego myślenia, w poziomie prasy, w taktyce walki z przeciwnikami, w tonie polemiki, słowem we wszystkich tych właściwościach, których się nabywa tylko w długiej praktyce poważnego życia publicznego; realizm polityczny polega przede wszystkim na trafnej ocenie faktów i położenia, na unikaniu złudzeń i przesady, na braniu w rachubę tego jedynie, co osiągniętym być może, na koniec na ścisłym obrachunku każdego kroku i zupełnej jego celowości, a więc na takich celach, które daje tylko głębokie poczucie odpowiedzialności za swe czyny. Niewątpliwie, nie są to żadne znamiona zachowawczości, ale wyrobienia politycznego, pewnego wyższego poziomu praktyki życia publicznego, powiedziałbym wprost – znamiona postępu na tym polu. Nasze kierunki postępowe atoli zdołały związać ściśle w umysłach ogółu pojęcie postępowości z pojęciem o brutalności w wystąpieniach, o demagogicznej argumentacji, o ujmowaniu programu w formę żądań, często zupełnie nierealnych, o naciąganiu i przeinaczaniu faktów, o nie rachowaniu się z celowością i następstwami własnych czynów – słowem z pojęciem o pewnej pierwotności politycznej. Pierwotność tę przedstawia się chętnie jako gorący temperament, zapał, siłę przekonań, wiarę w siebie, na koniec jako idealizm, brzydzący się wszelkim oportunizmem. W ten sposób odwrócono role tych dwóch czynników w życiu narodowym i zaliczono do objawów wszetecznictwa ten, który jest czynnikiem rzeczywistego postępu i który jedynie nosi w sobie zadatki twórczości politycznej, mianem zaś postępowości ochrzczono pierwotność i brak kultury w polityce.

Konflikt pomiędzy zachowawczością narodową a postępowością wszelkich odcieni ujawnił się najsilniej w ostatnich czasach na tle ruchu politycznego.

Jeżeli, jak to widzieliśmy wyżej, grupa petersburskich ugodowców traktowała kwestię polską jako sprawę wewnętrzną państwa rosyjskiego, a więc mówiąc popularnie, wprowadzała Polskę do środka Rosji, postępowcy chwili obecnej posunęli się o krok dalej, nie tylko bowiem nie traktują stosunków polsko-rosyjskich jako sprawy naszej zewnętrznej polityki, ale nadto uważają kwestię swobód obywatelskich i reform konstytucyjnych w państwie jako naszą sprawę wewnętrzną, potrzebną nam jako obywatelom państwa rosyjskiego, nie jako uciskanemu narodowi, i w ten sposób wprowadzają Rosję do środka społeczeństwa polskiego.

Stanowisko podobne da się pomyśleć tylko wtedy, gdy się nie uważa narodu za żywy organizm, obdarzony strukturą wewnętrzną z podziałem i wzajemną zależnością funkcji, ale za zbiorowisko równych sobie pod względem wartości społecznej jednostek, obdarzonych jednakowymi prawami, niezależnych od siebie i nie poczuwających się do żadnych obowiązków wobec całości, a co za tym idzie, nie obarczonych wobec niej żadną odpowiedzialnością.

Jest to koncepcja narodu na wskroś rosyjska, przy której cała struktura społeczna przenosi się w dziedzinę organizacji państwowej, obywatele zaś mają w stosunku do niej tylko prawa, których im odmawiają. Tam, gdzie tego rodzaju zasada przenika cały ustrój, jak w Rosji, wytwarza się niezgłębiony antagonizm między społeczeństwem a rządem, a w chwilach krytycznych, jak obecna, nawet między narodem a rządem. Ten ostatni przez wieki całe tępił wszelką wewnętrzną strukturę i organizację społeczeństwa, by mieć z niej jedną rozdrobnioną na atomy masę poddanych, a wziąć w monopol państwowy całą odpowiedzialność polityczną i całą troskę o byt Rosji. Z chwilą gdy organizacja państwowa, zawieszona niejako w powietrzu na rusztowaniu biurokratycznym przestaje należycie spełniać swe zadania, a w społeczeństwie budzi się poczucie praw, pomiędzy tymi dwiema siłami powstaje przepaść niezgłębiona, a ponieważ są to siły niewspółmierne na różnych zupełnie funkcjach wychowane, ponieważ biurokracja z dynastią na czele nie jest zdolna wejść do społeczeństwa i zlać z nim machiny państwowej, społeczeństwo zaś nie jest zdolne do wyłonienia z siebie organizacji rządowej, następuje fatalny nieunikniony stan chronicznej anarchii, której końca przewidzieć trudno, gdyż wiekowych potworności nie prostuje się na poczekaniu.

I taką to koncepcję społeczeństwa, narodu i państwa przenoszą z Rosji nasi postępowcy na grunt własny, przenoszą w tych warunkach, gdy rząd nie zdołał jeszcze rozbić do szczętu naszej wewnętrznej organizacji społecznej i gdy jest rządem obcym i wrogim. Według nich prawa narodowe dają się rozłożyć na prawa ludzkie i obywatelskie, obie więc kwestie są organicznie ze sobą związane, i należy dobijać się pierwszych na gruncie walki o konstytucję rosyjską. Niewątpliwie prawa narodowe dają się rozłożyć na prawa człowieka i obywatela, ale tylko w ten sposób, w jaki żywy organizm można rozłożyć chemicznie na pierwiastki (ten stan właśnie przedstawia społeczeństwo rosyjskie wobec swego rządu), ale syntezy tych pierwiastków nikt nie dokona i z sumy uprawnionych pod każdym względem jednostek – narodu nie stworzy. Bo brak im będzie dwóch rzeczy: tradycyjnej spójni wewnętrznej i organizacji.

Wpływy ruchu opozycyjno-rewolucyjnego w Rosji działają rozkładająco na nasz organizm narodowy, rozbijają część jego na atomy i wciągają w orbitę równie zatomizowanego społeczeństwa rosyjskiego. Już ruchy demonstracyjne i strajkowe nie tylko były zorganizowane pod tymi wpływami, ale typem swym naśladowały zupełnie ruchy rosyjskie, ich bezplanowość, żywiołowość tłumu, wywołaną sztucznie, ich polityczną bezcelowość, brak wszelkiego planu działania i wszelkiej odpowiedzialności za swe czyny. Ruch ten, zwrócony w całości ku Rosji, powstał dla niej, trwa w jej interesach, na nią też wyłącznie liczy. Obóz postępowy stanął już de facto zupełnie na gruncie prowincji państwa rosyjskiego, co gorsza – związał wszystkie swe interesy i wszystkie swe nadzieje z niepewnymi losami zwycięstwa ruchu rosyjskiego. Wierzy w nie ślepo, wierzy w rewolucję w Rosji, w jej odrodzenie polityczne i tylko tą przyszłością żyje. Na wiarę we własny naród i jego siły niema tu już miejsca, może on być co najwyżej narzędziem celów wspólnych.

I to stanowisko dopiero rzuca należyte światło na jego postulat autonomiczny. Autonomię taką dzisiaj już stworzył:, Królestwo urządza na własnym gruncie, według własnego planu we własnej administracji i kosztem najżywotniejszych interesów własnego społeczeństwa, chroniczne rozruchy miejscowe, składające się na obraz powszechnych rozruchów w całym państwie. Jest w tym niewątpliwie autonomia, tylko niema w tym narodu, ani jego interesów, ani celów i dążeń odrębnych.

Tam, gdzie takie grozi niebezpieczeństwo narodowi, instynkt jego zachowawczy, ujęty w formę świadomą, stać się musi punktem wyjścia wskazań politycznych. Nie może się on wylać w formę negacyjną, jak negacyjnym jest prąd postępowy w stosunku do panującego systemu, bo negacja negacji dałaby tylko stwierdzenie tego, co jest dzisiaj; nie może być również konserwowaniem tego, co było, bo była od stu lat prowadzona dezorganizacja naszego życia narodowego i społecznego, płynąca z państwowości obcych musi być na wskroś twórczym i budującym, ale za cel swej budowy brać naród i tworzyć własne swe formy bytu przezeń i dla niego.

 

 

Najnowsze artykuły

Literatura a życie polskie

Stefan Żeromski

Data dodania: 2017-11-27

Kongres Wiedeński

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27

Skarbiec Historii Polski - przedmowa

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27