Artykuł
Stronnictwo krakowskie o styczniowym powstaniu
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Pierwodruk: Lwów 1895.  Przedruk: T. Romanowicz, Dwie opinie. Wybór pism, Kraków 2007.

 

Mnoży się literatura historyczna styczniowego powstania. Do niedawna mieliśmy tylko wiele pamiętników, w których spośród osobistych wspomnień niełatwo wyłuszczyć ziarno historycznej prawdy. Dla opracowań całości za mało było źródłowych materiałów. Do dyplomatycznej historii powstania – a raczej do historii błędów i zdrad europejskiej dyplomacji wobec walczącej Polski, klasycznym zawsze pozostanie wydane jeszcze w roku 1866 dzieło Klaczki Etudes de diplomatie contemporaine[1]. Gillera cztery tomy Historii powstania[2] – pisane zaraz po katastrofie, są tylko wstępem, zawierającym rozbiór różnych pism o powstaniu i historię ruchów od upadku listopadowego powstania aż do śmierci Mikołaja[3]. Właściwa historia styczniowego ruchu miała się zacząć w piątym tomie. Limanowskiego dwutomowa książka i jej w małej książeczce streszczenie – pisane jeszcze były na podstawie zbyt małego zasobu źródłowych materiałów[4]. Lisickiego[5] panegiryk na Wielopolskiego[6], który nawet autorów Teki Stańczyka oburzył, podaje obfite dokumenty do historii tych wypadków, które poprzedziły i wywołały powstanie. Znane dzieło Berga zawiera obfity materiał, a jest pisane bez tej namiętnej nienawiści, jaka zazwyczaj cechuje publikacje rosyjskie o Polsce[7]. Oparte ono jednak na źródłach, tak z największą ostrożnością używać ich można. Puzyrewskiego książki nie mieliśmy jeszcze w ręku[8] – ma ona być dla historii i rosyjskich działań wojskowych w roku 1863 i 1864 bardzo poważnym źródłem, jako oparta na dokumentach urzędowych. Obfitymi, chociaż nieco jednostronnymi, źródłami rozporządzał autor, kryjący się pod literami Z.L.S.[9], który w szeregu monografii zamierza dać całkowitą a na szeroką skalę zakrojoną historię ruchu od roku 1861 do 1864. Zaczął od czterotomowej książki Ostatnie chwile powstania – po czym pojawiły się pierwsze trzy tomy Historii dwóch lat obejmujące rok 1861. Oczekiwać należy historii roku 1862 i właściwych dziejów samego powstania. Pomimo fałszywej tendencji – dzieło to z wielu względów zasługuje na uwagę. Wreszcie, poważne, choć nie zawsze dość krytyczne Wydawnictwo materiałów do historii powstania 1863-1864 liczy już 5 tomów. Przygotowują się dalsze[10].

Najnowszym zjawiskiem na tym polu jest książka p. Stanisława Koźmiana Rzecz o roku 1863[11]. Jak u Z.L.S., powieściopisarz wziął górę nad historykiem, z czego wynikła i wada największa jego książki: brak historycznej przedmiotowości, i jej największa zaleta: barwność, żywość i siła opowiadania – tak u p. Koźmiana nad historykiem wziął górę dziennikarz i felietonista szkoły Figara. To nie historia, to szereg felietonów. Talentu piętno wyciśnięte na pierwszym zwłaszcza tomie – połysków myśli, nieraz bardzo świetnych, niemało – zręcznej, a czasem dowcipnej gry słów aż nadto, bo ona nieraz myśl zastępuje – gruntowności bardzo mało – systemu i ładu w książce żadnego, tendencja zdążająca do apoteozowania tego, co „grupa krakowska” po upadku powstania czyniła, nazbyt widocznie z całej książki przebijająca. Nowych faktów niewiele – prawie wszystko podane w formie wspomnień osobistych, stąd pamiętnikowa więcej niż źródłowa wartość książki. Do zachowania się europejskiej dyplomacji wobec powstania nie ma w książce p. Koźmiana nic takiego, czego by nie było w przytoczonym już znakomitym dziele Klaczki. Prawdziwą natomiast wartość dla charakterystyki ludzi i działających na nich sprężyn mają te ustępy książki, w których autor kreśli drogi i sposoby oddziaływania dyplomacji nie tyle na sam przebieg powstania, ile na „grupę krakowską” za pomocą paryskiego „hotelu Lambert”. Nazwą „grupy krakowskiej” obejmuje autor tych, którzy później skupili się około krakowskiego „Przeglądu Polskiego” a która stosunkami swoimi mogła wywrzeć i rzeczywiście wywierała wpływ na zachowanie się konserwatystów polskich wobec powstania.

Piękność formy, lekkość stylu czynią tę książkę poczytną; reklama, jakiej zaraz po wyjściu tomu użyto, przyczynia się do jej rozpowszechnienia. Tym większy przeto obowiązek krytycznego rozbioru dzieła, które w pięknej formie najbardziej zgubne polityczne nauki podaje. A czyni to z tym większą nadzieją skutku, że autor pozyskuje sobie pierwszym tomem sympatię czytelnika, przez pełne skruchy przyznanie się do „omyłek”, do współwiny w klęskach roku 1863 i 64, że nie oszczędza siebie i swoich przyjaciół, robi zatem wrażenie wielkiej szczerości i ma pozory bezstronnego sądu. Wszak byli już tacy, którzy w konserwatywnych dziennikach o pierwszym tomie pisząc, owo przyznanie się do winy podnieśli do wysokości bohaterstwa.

W tym naszym krytycznym rozbiorze nie możemy trzymać się porządku, a raczej nieporządku, w jakim dzieło wychodzi. Wydany przed kilku miesiącami tom pierwszy zawiera wspomnienia autora od chwili samego wybuchu powstania. Wspomnienia te odnoszą się głównie do zachowania się „grupy krakowskiej” wobec powstania i do pobudek jej postanowień w różnych stadiach tego wielkiego dramatu, aż do jego tragicznego rozwiązania. Potem pojawił się tom drugi, w którym autor daje opowieść wypadków, które poprzedziły i wywołały powstanie – a więc: stan umysłów w Polsce po śmierci cara Mikołaja, początki rządów Aleksandra[12], manifestacje, rządy Wielopolskiego – brankę. Dlaczego opowieść powodów jest przedmiotem drugiego tomu, a opowieść skutków przedmiotem pierwszego? Dlaczego naprzód idzie rok 1863, a potem lata 1801 i 1802? Dlaczego więc tom drugi nie jest pierwszym, a pierwszy drugim? – to tajemnica autora. Może były jakieś nieznane nam ku temu pobudki. Dla nas w każdym razie ta kolej, w jakiej autor rozpoczyna opowiadanie od końca, jest poparciem wypowiedzianego powyżej zdania o braku ładu i systemu w tym dziele. Dodajmy jeszcze, że w tomie drugim też same wypadki opowiedziane są dwa razy, raz treściwie, drugi raz obszernie, że ten tom drugi właśnie rozpoczyna się od rozdziału, zawierającego teoretyczny, zasadniczy rozbiór zagadnienia naszego porozbiorowego żywota, rodzaj politycznego wyznania wiary autora, co z natury rzeczy albo na czele dzieła, jako apriorycznie wypowiedziana przewodnia myśl książki, albo w końcu dzieła, jako wynik badań, miejsce znaleźć było powinno. Dla rozumienia dzieła całego, jego dążności, jego myśli przewodniej, dla wprowadzenia do naszego krytycznego rozbioru tego ładu i systemu, którego daremnie szukalibyśmy w książce, zaczniemy nie od pierwszego, ale od drugiego tomu i od jego zasadniczego wstępu.

W pierwszym rozdziale drugiego tomu swego dzieła zastanawia się p. Koźmian teoretycznie nad powodami upadku i warunkami odrodzenia się państw w ogóle; rozwinięte tu pomysły i wysnute
z nich wnioski stosuje do położenia porozbiorowej Polski.

Trzy są, powiada – powody i trzy stopnie upadku państwa: zewnętrzne, potężniejszy sąsiad lub zmowa kilku sąsiadów, przegrana wojna itp.; wewnętrzne, polityczne, społeczne, religijne, etyczne, ekonomiczne, wojskowe, które są zarazem objawem choroby, rozkładu, braku żywotności; wreszcie kombinacja i połączenie obu rodzajów przyczyn, zewnętrznych i wewnętrznych razem.

Drugi stopień upadku jest groźniejszy dla przyszłości, niż pierwszy, trzeci jest najcięższy, najwyższy.

„Od stopnia upadku zależną jest zdolność i możność podźwignięcia i podniesienia się”.

Państwo, które upadło skutkiem przyczyn zewnętrznych tylko, albo takie, którego upadek był spowodowany tylko wewnętrznymi powodami, łatwiej może odzyskać kształt państwowy niż to, którego upadek spowodowała kombinacja wewnętrznych i zewnętrznych przyczyn.

„Upadek państwa polskiego był stopnia trzeciego, najwyższym, bo spowodowany został zewnętrzną i wewnętrzną przyczyną; nastąpił wskutek osłabienia własnych sił oraz wzmożenia się sił sąsiadów, wskutek niemocy własnej i przewagi obcych”… „Był to zatem okaz wyjątkowy, w dziejach jedyny, trzeciego stopnia upadku państwa, stopnia najwyższego”.

A zatem… Zanim do wniosku tego dojdziemy, zastanówmy się nad samą podstawą rozumowania p. Koźmiana. Cała ta teoria o trzech powodach i trzech stopniach upadku państw stoi na bardzo kruchych nogach. Jest ona sztucznie ad hoc utworzona ku temu, aby posłużyła politycznemu celowi, jaki sobie autor wytknął w swej książce. Na poparcie swych twierdzeń nie przytoczył autor ani jednego przykładu z dziejów. Starannie unika on drogi indukcji, gdyby bowiem wszedł na nią, musiałby się przekonać, że cała jego teoria krytyki nie wytrzyma. Co on nazywa w Polsce wyjątkowym, jedynym w dziejach powodem i stopniem upadku państwa, to jest, przeciwnie, z małymi bardzo wyjątkami regułą, iż upadek państw następuje wskutek jednoczesnego działania zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych powodów.

Czyż inaczej upadła Grecja? Nie były tam oczywiste objawy zupełnego upadku sił państwowych, społecznego rozstroju, demoralizacji ogólnej, które tak mądrze wyzyskał zaborca? Czyż Rzym, zanim padł pod ciosem napierającego z zewnątrz świata germańskiego, nie był w stanie zupełnego wewnętrznego rozkładu? Państwo węgierskie padło tak samo jak Polska skutkiem wewnętrznej przez oligarchię spowodowanej niemocy i skutkiem tureckiego z zewnątrz najazdu. Dzisiejszy, stopniowo dokonujący się, upadek państwa tureckiego w Europie jest znowu kombinacją wewnętrznych i zewnętrznych przyczyn. Wszak pomimo wielkiej niemocy wewnętrznej państwa tego, trzeba było bitwy pod Navarinem, aby utraciło Grecję, trzeba było Plewny i Szipki, aby utraciło Bułgarię.

Przykładów takich można by przytoczyć więcej, a wszystkie one dowodzą, że prawie zawsze na upadek państw składa się kombinacja obu przyczyn, że zatem prawie zawsze upadek jest stopnia najwyższego, w tym pojęciu, jakie p. Koźmian stopniowi upadku państwa nadaje.

Ale można przytoczyć jeszcze inne przykłady dowodzące, jak bezpodstawną jest ta teoria, to jest przykłady państw, które były zupełnie do upadku dojrzałe, a uratowały się tylko tym, że nie było ciosu z zewnątrz: Niemcy w wojnie trzydziestoletniej, Moskwa po Fiodorze Godunowie, Anglia po rewolucji. W tych wszystkich przypadkach państwo zupełnie było do upadku dojrzałym, a nie upadło tylko dlatego, że nie znalazł się zdobywca, który byłby sięgnął po zdobycz.

Ale mamy jeszcze przykłady państw, które były już na samym brzegu przepaści i to zarówno z wewnętrznych, jak zewnętrznych okoliczności, a jeżeli się na jej dno nie stoczyły, nie zawdzięczają tego ani własnej sile wewnętrznej, która upadek powstrzymała, ani brakowi przemożnych sił u sąsiadów, ale zupełnie innym okolicznościom. Cóż w roku 1683 uratowało od upadku Austrię, szarpaną węgierskimi buntami, zagro­żoną od potęgi tureckiej? Ani własna siła, ani słabość nieprzyjaciela, jedynie tylko okoliczność, że Jan III odrzucił propozycję Ludwika XIV, który mu ofiarował przymierze francuskie i subsydia na odebranie Austrii Śląska. Co byłoby się stało z Prusami po bitwie pod Jeną, gdyby Austria była chciała, biorąc odwet za Śląsk, na spółkę z Napoleonem[13] postąpić z Prusami tak, jak Fryderyk[14] na spółkę z Katarzyną postąpił z Polską? I gdyby, oddając Galicję za pruskie zdobycze, odbierając Prusom cały zabór Polski, była stworzyła silną, chociaż nie całą jeszcze Polskę – zamiast słabego Księstwa Warszawskiego? A Francja po Sedanie! Przenieśmy ją w tym stanie, w jakim się wówczas znalazła, na miejsce Polski, przełóżmy tylko jej geograficzne położenie i zapytajmy, co byłoby się z nią stało, gdyby była wtedy otoczona trzema państwami, które by się na jej rozbiór zmówiły? Pozbawiona armii, która setkami tysięcy broń złożyła i w nieprzyjacielską poszła niewolę, pozbawiona rządu, który w chwili strasznej klęski wojennej przeobrażał się z monarchicznego w republikański, szarpana następnie domową wojną z komuną paryską, nie mogłaby była losu Polski uniknąć. Uratowało ją tylko jej geograficzne położenie, uratowało ją morze, Pireneje i Alpy, uratowała ją okoliczność, że Prusy nie znalazły wspólników do rozbioru.

Więc nie tylko wewnętrzna słabość, nie tylko przemoc nieprzyjaciela, ani nawet sama obu tych powodów kombinacja bywa przyczyną upadku państw. Przyczyniają się do tego inne jeszcze okoliczności. Geograficzne położenie państwa, ogólna konstelacja międzynarodowej polityki w chwili, gdy na państwo cios jakiś zewnętrzny spada, są także bardzo silnym czynnikiem, który albo chroni państwo od całkowitego upadku, albo ten upadek ułatwia i przyspiesza.

Tego wszystkiego p. Koźmian nie widzi, tego w swej teorii o upadku państw nie uwzględnia – dlaczego? Bo mu to wszystko przeszkadzało w dojściu do apriorycznie postawionego, a nie indukcyjnie z dziejowych faktów wyprowadzonego wniosku, że upadek Polski był „stopnia najwyższego”, że był on „wyjątkowy, w dziejach jedyny”.

Wykazaliśmy, że nie jedyny, że były inne państwa, które upadły z tych samych powodów, tj. z kombinacji wewnętrznych i zewnętrznych przyczyn, a nawet, że ta kombinacja jest raczej regułą.

Upadek Polski był wszakże istotnie wyjątkowy, ale zupełnie z innego powodu i w innym niż u p. Koźmiana znaczeniu.

Wyjątkowym w upadku Polski nie był stopień tego upadku, nie jego głębia, nie jego powód, wyjątkową była okoliczność, iż upadek ten nastąpił w chwili wewnętrznego odradzania się narodu i państwa. Nastąpił wtedy, kiedy z organizacji państwa usunięto jej kardynalne błędy, kiedy wprowadzać zaczynano niebywały dawniej ład w maszynę państwową, kiedy duch narodu nie „podniecenia” tylko doznawać (o tym podnieceniu lubi p. Koźmian prawić), ale prawdziwie odradzać się począł, otrząsać się z wad, dobywać na jaw najpiękniejsze cnoty publicznej przykłady, kiedy rozumów politycznych Polsce przybywało, kiedy pojęcie „obywatelstwa” dotąd tylko w klasie szlacheckiej zaklęte, poczęło szersze warstwy społeczne ogarniać, a Rzeczypospolitej, wchodzącej na drogę sprawiedliwości w ustawach i urządzeniach, nowe siły przybywały. Upadek w chwili odradzania się – to było w naszym losie zupełnie wyjątkowe, w dziejach jedyne, a nie, jak p. Koźmian twierdzi, stopień tego upadku.

A jeszcze inna okoliczność nadaje temu upadkowi cechę, jeżeli nie jedynego w dziejach, to w każdym razie nie powszedniego, tj. że był on nie tylko utratą politycznego bytu, ale zarazem rozdzieleniem organizmu narodowego na trzy, w trzy różne państwowe mechanizmy wcielone części. I to, a nie ów przez p. Koźmiana wyrozumowany „stopień” upadku jest okolicznością, która odrodzenie dotychczas tak bardzo utrudniała.

Głębi upadku państwa nie można zresztą mierzyć samymi tylko upadku tego powodami, nie tylko tym, co się działo przed katastrofą i w czasie katastrofy, ale miarą jest tutaj, i to może najpewniejszą, to także, co się dzieje po katastrofie. A to tym bardziej, jeśli się ma do czynienia z państwem, które nie jest sztucznym tworem polityki, mechanicznym różnych składników zlepkiem, ale jest narodem, jest organizmem, jest owocem kulturalnej pracy licznych, narodową jednością złączonych pokoleń. Stopień objawionej po upadku siły żywotnej i mocy odradzania się daje dopiero istotną miarę stopnia i głębi upadku, nie zaś okoliczność, czy upadek państwa spowodowany był zewnętrznymi czy wewnętrznymi powodami, czy też kombinacją obu. Gdyby upadek Polski był istotnie co do swego stopnia „najwyższym” i „jedynym w dziejach”, to oczywiście nie byłby możliwym fakt, że już w 12 lat po rozbiorze nastąpiło częściowe odrodzenie w Księstwie Warszawskim, a następnie w pół-niepodległości Królestwa Kongresowego. A niech nam nie zarzucą, że to nie było dziełem Polaków, ale dziełem Napoleona pierwsze, a Aleksandra i kongresu drugie. To było przede wszystkim dziełem legionów, owocem objawionej czynnie żywotnej siły i świadomej celu polityki narodu.

Z błędnej teorii o powodach upadku państw, z równie błędnego, zupełnie mechanicznego odmierzania stopnia upadku państw tym, czy owe powody były zewnętrzne, czy wewnętrzne, czy jedne
i drugie łącznie, dochodzi autor do
wniosku, że skutkiem „naj-wyższego stopnia upadku” z wszystkich upadłych państw było Polsce najtrudniej odrodzić się i powstać w kształcie państwowym.

„Zbadajmy teraz – pisze autor po postawieniu powyższej tezy – o ile w praktyce i w dziejach stwierdzają się powyższe prawdy, to jest, o ile okazało się, że dzieło odbudowania państwa Polskiego otoczone było trudnościami, którym sprostać może byłyby mogły tylko wielkie cnoty i zdolności polityczne”.

Nie chcemy zastanawiać się dłużej nad tym ostatnim zdaniem, wystarczy krótka wzmianka, że chyba nigdy jeszcze dzieło odbudowania upadłego państwa nie było łatwym i że zawsze dziełu takiemu tylko wielkie cnoty i zdolności polityczne sprostać mogą. Ale po owej zapowiedzi „zbadania”, o ile „w praktyce i w dziejach” mniemane prawdy p. Koźmiana się sprawdzają, mieliśmy prawo oczekiwać istotnego badania, tj. dochodzenia faktów i wyprowadzenia z nich wniosków. Zamiast tego mamy znowu zupełnie dowolnie skonstruowaną teorię i apriorycznie skonstruowane wnioski.

Posłuchajmy:Czym duch dla człowieka, tym dla społeczeństwa jest myśl wspólna. Duch odróżnia człowieka od zwierzęcia, myśl wspólna odróżnia społeczeństwo od gromady zwierząt; ona daje mu wyższy, wzniosły cel”.

„Dla społeczeństwa, które przestało istnieć w kształcie państwowym, najwznioślejszym, najszczytniejszym celem musi być odzyskanie tego kształtu, a siłą ożywczą myśl i dążenie do niepodległości”.

Tu oczywiście najzupełniejsza z autorem zgoda. Ale myśl tę wypowiada autor tylko ku temu, aby ją zaraz sofistycznym rozumowaniem wywrócić. Oto powiada: „Nie już tylko najpotężniejszym środkiem, ale koniecznym warunkiem odzyskania kształtów państwowych, jest zachowanie bytu narodowego. Dla społeczeństwa zatem podbitego i państwowo upadłego najwznioślejszym i najszczytniejszym celem jest odzyskanie niepodległości, ale najpierwszym obowiązkiem być musi zachowanie bytu narodowego. Środek tutaj, będący warunkiem niezbędnym, tak dalece zespolony jest z celem, tak dalece jest istotą celu, że kto by chciał wyzuć się z pierwszego dla dopięcia drugiego, poświęciłby oba i działałby wbrew powołaniu społeczeństwa nie tylko zgubnie, ale niszcząco. Gdyby zatem siłą ożywczą stały się dla społeczeństwa, które przestało być państwem, myśl i dążenie do niepodległości, pochłaniające byt narodowy, siła ta zamiast twórczą, byłaby niweczącą cel ze środkiem, bo byt narodowy jest warunkiem koniecznym.

Stąd utrzymanie bytu narodowego musi się stać celem dla siebie i stać się siłą ożywczą, musi zapanować i górować nad wzniosłością i szczytnością odzyskania niepodległości”.

Autor więc przyjmuje „jako pewnik”, że dążenie do najwznioślejszego i najszczytniejszego celu odzyskania niepodległości musi być „podporządkowane zachowaniu warunku koniecznego, to jest bytu narodowego”. I tutaj stawia autor dylemat prawdziwie rozpaczliwy: upadek ducha publicznego w Polsce w XVII-tym stuleciu był sromotny i doprowadził do upadku państwa polskiego. Odrodzenie tego ducha, objawiające się w usiłowaniach odzyskania niepodległości, wtrącało ród stopniowo w coraz gorsze położenie, bytowi narodowemu dotkliwe zadawało ciosy.

„Upadek ducha publicznego był haniebny, odrodzenie się takowego stawało się niebezpieczne. Upadek prowadził do zguby, odrodzenie niweczyło lub oddalało ratunek”.

Cóż więc robić? – pyta autor. – Czy bezpieczniej żyć w upadku ducha, czy korzystniej w odrodzeniu prowadzącym do katastrof? Naród ani „w jednym wypadku ani w drugim do celu dojść by nie mógł”. Jest że więc nierozwiązalna zagadka? Nie, „widocznym jest wobec klęsk spowodowanych przez upadek ducha i przez jego odrodzenie, że wskazaną była droga inna, pośrednia, którą w braku wykształconego zmysłu politycznego wynaleźć powinno doświadczenie.

A tą drogą pośrednią jest owo podporządkowanie celu środkowi; jest postawienie środka jako cel. Nie odzyskanie niepodległości, ale zachowanie bytu narodowego ma być celem, ono jest tą prawdą, która stoi pośrodku dwóch fałszów, upadku ducha i wybujałości ducha, która chroni organizm od apatii i gorączki, która jest więc obowiązkiem i politycznym rozumem, a tym samym celem stać się musi”.

Oto jest wyznanie wiary p. Koźmiana i myśl przewodnia jego książki, oto droga, jaką polityce narodowej wytycza „grupa krakowska”.

Rozumowanie, za pomocą którego p. Koźmian do tego wyniku dochodzi, grzeszy brakiem historycznej ścisłości, sam wniosek ostateczny brakiem ścisłości politycznej.

Cel, do którego się ma dążyć, któremu się ma poświęcić wszystką pracę i ofiarność narodu, który ma być przewodnią myślą całej polityki narodowej, powinien być przede wszystkim jasno określony, jeżeli nie mamy zejść na manowce. Zapytujemy tedy: co znaczą wyrazy „byt narodowy”, oderwane od pojęcia państwowego kształtu?

Do odpowiedzi na to pytanie jest obowiązany ten, kto jako cel narodowi stawia zachowanie bytu narodowego bez niepodległości. Odpowiedzi tej u p. Koźmiana nie znajdujemy nigdzie. A łatwo zrozumieć, że w tych wyrazach mieścić się może cała ogromna skala pojęć od najszerszego samorządu, od pół-niepodległości Królestwa Kongresowego przed listopadem, aż do najciaśniejszego określenia tego bytu jako egzystencji pewnej ilości jednostek, jeszcze po polsku mówiących.

Autor, jak powiedzieliśmy, nie wyjaśnia nigdzie, co rozumie przez ów „byt narodowy”, którego zachowanie ma się stać celem narodowej polityki w miejsce dążenia do niepodległości. A i jemu samemu rzecz jest niejasną. W rozdziale pierwszym mówi zawsze o „zachowaniu” lub „utrzymaniu” bytu narodowego, więc o czymś, co jest, co tylko konserwować należy. W drugim rozdziale mówi, że „dążenie do niepodległości wykluczało kompromisy między społeczeństwem polskim a rządami rozbiorowymi, czyli skuteczniejsze i najrzeczywistsze środki wzmocnienia bytu narodowego”. Tu zatem byt narodowy jest znowu przez autora pojęty jako coś, co jest – ale co już wzmacniać, a nie jak poprzednio tylko zachowywać należy. Ale zaraz na następnej stronicy, mówiąc o okresie od roku 1831 do 1856, powiada: „Nikt nie chce próbować odzyskania bytu narodowego poświęceniem idei bytu państwowego”. Tutaj już ten byt narodowy ma być odzyskany – a wszak odzyskiwać można tylko to, co utraconym zostało!

U samego p. Koźmiana zatem ten „byt narodowy” raz jest czymś, co mamy, co tylko zachowanym albo wzmacnianym być potrzebuje – a drugi raz czymś, cośmy już utracili. Cóż jest prawdą? czy mamy ów byt narodowy – czy go już nie mamy? czy go zachować trzeba, czy dopiero odzyskiwać? I co naprawdę, według p. Koźmiana, ma być narodowej naszej polityki celem i myślą przewodnią? I jaka wartość programu, który na czele swym stawia pojęcie tak dalece nieokreślone, że sam autor w dwojaki sposób je pojmuje?

Powiedzieliśmy, że pojęcie to może obejmować całą, ogromną skalę różnych stopni bytu. Przypatrzmy się teraz, jak ta skala przedstawia się w praktyce.

W Galicji mamy dość szeroką skalę tego bytu. Mamy samorząd wprawdzie bardzo ograniczony, ale w każdym razie o pewnej ilości spraw krajowych i narodowych nie tylko radzie, ale i w sposób obowiązujący uchwalać możemy, mamy język polski w życiu publicznym i w rządowych instytucjach z pewnymi ograniczeniami zabezpieczony, mamy rodaków na wszelkich urzędach, mamy poważną możność pracy nad wzmocnieniem sił społeczeństwa w ekonomicznym, zdrowotnym, intelektualnym, moralnym względzie. To jeszcze nie najwyższy stopień takiego bytu bez niepodległości, ale w każdym razie stopień dość wysoki.

W zaborze pruskim już się ta skala bardzo obniża. A przecież nie można powiedzieć, żeby i tam nie było bytu narodowego. Możemy w ciałach reprezentacyjnych prawa nasze stwierdzać – możemy w stowarzyszeniach pracować, mamy większą nawet niż w Galicji swobodę prasy, a więc możność propagandy polskiej myśli, a w miarę naszej własnej zapobiegliwości, pracowitości i przezorności możemy ekonomicznie się wzmacniać.

W Królestwie już o żadnych prawach narodowych i politycznych mowy nie ma. Ale jest ośmiomilionowa ludność jędrnie polska – polska nie tylko z mowy, ale i z ducha, mająca w ręku swym bardzo poważne zasoby ekonomiczne, jest liczna inteligencja polska, która piśmiennictwo polskie wysoko podnosi – jednym słowem: jesteśmy, a zaprawdę nie jesteśmy jakimś drobnym żywiołkiem, ale rzeczywistą siłą.

Ale i w krajach zabranych, zwłaszcza na Litwie, a także, chociaż w mniejszym stopniu, na Rusi – jesteśmy – i nikt, kraje te znający, nie powie, że tam nie ma poważnej liczby jednostek mówiących
i myślących po polsku, a przedstawiających zawsze pewną ekonomiczną i społeczną siłę, pomimo srogich przeciw niej ukazów.

Byt narodowy, zawsze z zastrzeżeniem, że mówimy o nim po myśli p. Koźmiana, tj. niezależnie od państwowych, politycznych kształtów, jest więc na całej przestrzeni dawnej Rzeczypospolitej, wszędzie bowiem jesteśmy, jako większa lub mniejsza społeczna i narodowa siła.

Zachowanie tego bytu ma być celem, którego narażać nie można. A z tego wniosek prosty: tak samo jak p. Koźmian odrzuca ideę niepodległości, bo ona naraża sam byt, tak samo musi się odrzucić i potępić to wszystko, co w jakikolwiek sposób czynniki bytu tego narazi, bo on jest celem sam dla siebie. Czynnikiem tego bytu jest każda polska jednostka, jest zasób zawartej w niej inteligencji, albo choćby tylko siły do zwykłej pracy, jest oczywiście zasób sił ekonomicznych, kapitałów, ziemi itp. w ręku tej jednostki. Wszystko zatem, co tę jednostkę i tę w niej i w jej imieniu tkwiącą siłę naraża, to wszystko jest odrzucenia i potępienia godne tak samo, jak dla p. Koźmiana odrzucenia i potępienia godne jest dążenie do niepodległości. Ty, Polaku, żyjący w Królestwie, nie waż się chłopu polskiemu dać polską książkę do ręki albo zgoła dziecko jego w swoim dworku wiejskim uczyć czytania po polsku, bo możesz za tę „propagandę nieprzyjazną rządowi” w drodze administracyjnej być wydalony, a twój majątek obłożony karami i kontrybucjami, a to byłoby oczywiście osłabieniem bytu narodowego. Ty, kapłanie polski, nie waż się odmówić władzy, gdy żąda od ciebie, byś w polskim i katolickim kościele rotę przysięgi wierności odczytywał w rosyjskim języku, bo za ten opór władzy możesz się rychło znaleźć tam, gdzie ks. biskup Hryniewiecki za swe męstwo pokutował, a ubytek kapłana polskiego spośród owieczek polskich to także osłabienie czynników bytu narodowego. Ty, właścicielu prywatnego pensjonatu w Warszawie, nie waż się do dziecka, oddanego ci na naukę, przemawiać po polsku lub uczyć go w polskim języku, bo ci za to zamkną pensjonat, a jak wszystkim Polakom pozamykają pensjonaty, to się tym znowu osłabi czynniki narodowego bytu…

To są konsekwencje, do których z konieczności dojść by musiało nasze społeczeństwo, gdyby się w nim przyjęła teoria p. Koźmiana. Pozbawione idei wyższej, celu wznioślejszego, pozbawione tej myśli, o której sam p. Koźmian powiada, iż ona musi być myślą wspólną narodu, który stracił byt państwowy, obniżone w swych aspiracjach do samego konserwowania tego, co jest, ażeby, broń Boże, przez dążenie do czegoś więcej nie osłabić owego bytu, który ma być celem, społeczeństwo musiałoby się najzupełniej zmaterializować i zdemoralizować. A to zmaterializowanie szukałoby usprawiedliwienia w teorii o zachowaniu bytu, bo każda polska jednostka jest tego narodowego bytu czynnikiem i konserwując siebie przede wszystkim, jeszcze by się chełpić mogła, że spełnia obywatelski, patriotyczny obowiązek.

Mówi p. Koźmian o „jedności narodowej bez jedności geograficznej” i zdaje mu się, że gdybyśmy byli umieli pojąć pierwsze bez drugiego, nie bylibyśmy narodowego bytu narazili.

Jest w Polsce polityk, który od szeregu lat postępuje drogą przez p. Koźmiana wskazaną. Pragnął on ratować i wzmocnić byt narodowy poza kwestią geograficznej jedności. Tak dalece narodowość od państwowości oddzielał, że pragnąc przekonać rząd pruski i cesarza Wilhelma o swojej szczerości, mówił nawet publicznie o „Prusakach mówiących po polsku”, zamiast mówić o Polakach zmuszanych przez rząd do mówienia po niemiecku a myślenia po prusku. I zdawało się, że tą dyplomacją zdoła p. Kościelski istotnie jakieś znaczniejsze ustępstwa dla ciemiężonej polskości uzyskać. Ale stało się, że Koźmianowską teorię „jedności narodowej bez jedności geograficznej” p. Kościelski wziął zupełnie na serio i na bankiecie lwowskim mówił głośno i pięknie o tej narodowej jedności. A skutek? Podobało się Prusakom, że p. Kościelskiemu nie potrzeba jedności geograficznej dla jego polityki, ale że poważył się mówić o jedności narodowej, tego mu wybaczyć nie mogą. I oto cała niby ugodowa polityka jest już zachwiana. Z tego zaś może się p. Koźmian przekonać, że teoria jedności narodowej bez jedności geograficznej, gdyby nawet uchowaj Boże została przez Polaków przyjęta jako przewodnia myśl polskiej polityki, nie będzie miała tego skutku, żeby złagodziła tych, co nas ciemiężą i prześladują i stworzyła nam lepsze niż obecnie warunki bytu w zaborze pruskim, a cóż dopiero w rosyjskim! Tego skutku nie osiągnie, ale na pewno osiągnie inny: osłabi nas moralnie, złamie tę właśnie siłę, która nam dozwoliła w tamtych dwóch zaborach przetrwać ciemięstwa i bezprzykładną przeciw nam zwróconą eksterminacyjną politykę rządów, bo nam odejmie tę myśl wspólną, o której sam p. Koźmian powiada, że ona odróżnia społeczeństwo od gromady zwierząt.

Ta polityka wyrzeczenia się idei niepodległości, ażeby ratować jakiś nieokreślony, od pojęcia praw narodowych oderwany byt narodowy, ma tyle słabych stron, że z którejkolwiek strony światło na nią rzucić, zawsze się okaże jej bezpodstawność. Kto ma się wyrzec imieniem narodu tego prawa do niepodległości i tej idei niepodległości? Czy jaka reprezentacja? Tej nie ma w trzech czwartych częściach naszej Ojczyzny, a te dzielnice, w których ona jest, czyż mają prawo w imieniu reszty Polski przez swoje reprezentacje to uczynić? Powie może p. Koźmian: cały naród swoim postępowaniem politycznym, swoim piśmiennictwem, zachowaniem się wszelkich do narodu tego należących jednostek, gdziekolwiek na nie zwrócone są oczy. A czy nam i wtedy uwierzą? Nie uwierzą nam tak samo, jak ks. Bismarck[15] nigdy nie uwierzył p. Kościelskiemu[16] i nigdy mu nie zaufał. Tu trzeba się liczyć z całym psychicznym nastrojem narodu, a nastroju tego sztucznie wywołać nie można. Naród zresztą, a zwłaszcza naród własnego rządu pozbawiony, to nie zbiór figurek szachowych, a polityka jego to nie partia szachów, w której figurami tymi dowolnie poruszać można. Naród tylko na jakiś czas ulegnie tym, co nim jak figurkami na szachownicy poruszać by chcieli. Ale wymagać od niego, aby cały, bez wyjątku, uległ ich wpływowi wtedy, gdy mu każą wyprzeć się tego, co było dlań i jest świętością i artykułem wiary, co cały szereg pokoleń tego narodu ożywiało, co z historyczną koniecznością wynika z samego faktu istnienia tego narodu, bez czego on przestałby być narodem, to znaczy żądać od niego rzeczy niemożliwej. Toteż rządy rozumne, gdy szły do zgody i kompromisu z podlegającymi im obcymi narodami, nie wymagały od nich takiego wyrzeczenia się narodowo-państwowej idei, ale przyjęły z góry sprawiedliwość za zasadę swego z narodami tymi postępowania i tej zasadzie sprawiedliwości czyniły zadość, nie żądając od narodu poniżającego zrzeczenia się praw. Przykładu takiego postępowania daleko szukać nie potrzebujemy. Wszelkie inne postępowanie uniemożliwia to, co p. Koźmian nazywa kompromisem między narodem a obcymi rządami, bo jeszcze nigdy obłuda podstawą trwałej zgody się nie stała.

Byt narodowy bez praw narodowych może być nieraz i jest teraz właśnie w Polsce pod zaborem rosyjskim faktem, który nawet bardzo długo trwać może, faktem, który znosić się musi tak długo, dopóki go zmienić nie można. Ale celem on się nigdy stać nie może, ani treścią jedyną narodowego programu. Wtedy bowiem życie duchowe narodu byłoby pozbawione swej ożywczej myśli, swego wyższego namaszczenia. Odejmij polskiej poezji, literaturze całej, sztuce tę ideę, która była zawsze jej natchnieniem, a poziom cały tego duchowego życia narodu obniży się i życie samo zmarnieje.

Na wewnątrz więc stracimy potężny czynnik życia samego, bytu, siły narodu, stracimy tę moc przetrwania i przezwyciężenia ciemięstw, którą nam tylko wyższa narodowa idea dać może. Na zewnątrz, od rządów wręcz narodowi nieprzyjaznych nie zyskamy nic, bo nam one wierzyć nie chcą, w szerokim zaś świecie politycznym zapomną o nas zupełnie i żadna konstelacja polityczna, która mogłaby dla nas w danym razie stać się korzystną, nie przyda nam się na nic, bo nikt już i nigdy w rachubę brać nie będzie narodu, który się swej narodowej myśli zaparł. Będziemy wtedy okazem etnograficznym, przestaniemy być politycznym narodem.

Pan Koźmian nie rozumie naszych porozbiorowych dziejów, kiedy pokolenia porozbiorowe potępia za to, że nie chciały przyjąć tej polityki kompromisów z rządami, którą autor ze swojej bardzo sztucznej, apriorycznej argumentacji wywodzi. Były czasy, kiedy naród brał zupełnie na serio wszelkie rosyjskie koncesje. W Królestwie Kongresowym, w chwili zorganizowania go na podstawie oktrojowanej konstytucji, wszystko bez wyjątku weszło zgodnie na drogę spokojnej pracy wewnętrznej. Zaszło tylko nieporozumienie: naród wziął na serio tę konstytucję, którą car nadał tylko na to, ażeby ją potem sam łamał i unicestwiał. Nie wytrzymała Rosja ani trzech lat całych na drodze szczerego tej konstytucji dotrzymania. Jeszcze spisków żadnych w Polsce nie było, kiedy owo nieporozumienie wyszło na jaw i zaczęło się pogwałcanie nadanych przez carat praw. Są to sprawy aż nazbyt wiadome, by się nad nimi szerzej rozwodzić. Stwierdzić wystarczy fakt, że spiskowanie zaczęło się dopiero wtedy, kiedy na podstawie faktów stracili Polacy wiarę w szczerość rządu i cara, i kiedy zaczęto faktycznie jedno prawo konstytucyjne po drugim ograniczać i znosić. Utworzyła się opozycja sejmowa, która przecież w tych warunkach była nieunikniona. Opozycja ta, zupełnie uprawniona, drażniła znowu rząd, ten coraz bardziej drażnił cały kraj, aż przyszło do związków, których odkrycie wywoływało ciężkie kary i prześladowania. Te znowu oddziaływać musiały na kraj drażniąco. I w ten sposób najzgodniejsze z początku usposobienie kraju zamieniło się w wręcz przeciwne, aż wyczerpana cierpliwość i zawiedzione nadzieje doprowadziły do listopadowego wybuchu. Naród więc był na drodze zgody i kompromisu, rząd zeszedł z tej drogi. A jak zobaczymy w dalszym toku, na tej samej drodze do kompromisów był kraj po raz drugi od śmierci Mikołaja I aż do roku 1860, tylko rząd go odtrącił. Bo do kompromisu trzeba dwóch stron i jeżeli rząd obcy kompromisu nie chce albo zawarty już kompromis zrywa, wtedy recepta p. Koźmiana albo nie przyda się na nic, albo musiałaby być tak zrozumiana, że kompromis na tym polega, żeby naród bezwarunkowo wszystko uznał i w pokorze przyjął i nie upomniał się już nie tylko o wyższy stopień praw, ale nawet o poszanowanie tych skromnych praw, które mu przez sam obcy rząd nadane zostały.

Zdaniem p. Koźmiana porozbiorowe pokolenia podkopywały byt narodowy przez dążenie do niepodległości. Tymczasem – rzecz dziwna – po każdym naszym ruchu, pomimo ciężkich i krwawych klęsk i długo trwających prześladowań, coś wielkiego przybywa do narodowego dorobku. Po roku 1831 wspaniały rozkwit poezji i literatury i początek odradzania się dziejopisarstwa w Polsce, a zarazem rozbudzanie mieszczaństwa polskiego do nowego życia. Po roku 1863 powstanie sztuki polskiej, rozpoczęta i coraz świetniejsze owoce przynosząca praca nad oświatą ludu, zupełnie dokonane uświadomienie ludu w Wielkopolsce. Więc były wprawdzie w każdym nieudanym ruchu bardzo ciężkie straty, ale nie było „podkopania bytu narodowego”.

Kiedy p. Lisicki w swoim dziele o Wielopolskim potępił emigrację i literaturę emigracyjną, pisarz, do p. Koźmiana najbardziej politycznie zbliżony, w ten sposób wyraził się o potępionym przez Lisickiego pokoleniu: „Prac ich sukcesem było przechowanie myśli polskiej i polskiego uczucia, które, dzięki tym ludziom, wszystko przetrwało i doszło aż do nas, przechowanie pamięci Polski nie w nas samych tylko, ale w świecie, który, choć nie mówi i nie dba, owszem, choć się wypiera i wyrzeka, sprawy za skończoną i zamkniętą przecie do dziś dnia nie uważa” („Przegląd Polski” z roku 1880). Te piękne i trafne słowa Stanisława Tarnowskiego[17] najzupełniej i najściślej stosują się do całej naszej porozbiorowej polityki ku odzyskaniu niepodległego bytu skierowanej. Ale twierdzimy, że nie tylko pod względem utrzymania samej „myśli polskiej i polskiego uczucia” pokolenia porozbiorowe szczycić się mogą rzeczywistym prac swych i ofiar sukcesem.

Pisząc w sto lat po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej, miał p. Koźmian za sobą doświadczenie całego stulecia. Na doświadczeniu tym oparty, mógł był i powinien był sprawdzić ściśle wartość i trafność swojej ponurej teorii politycznej. Zanim z tą teorią wystąpił, powinien był zbadać ściśle, czy prawdą jest, że idea niepodległości i dążenie do jej urzeczywistnienia niszczy najkardynalniejszy jej warunek: „byt narodowy”. I gdyby był się zastanowił nad stanem narodu polskiego w chwili ostatniego rozbioru i porównał go z dzisiejszym, byłby musiał dojść do wyniku, że mimo całego już stulecia niewoli, mimo wszystkich klęsk, jakich doznaliśmy, podstawy narodowego bytu są dziś znacznie silniejsze, niż były wówczas. Mieliśmy wtedy tylko szlachtę jako naród politycznie żyjący, a z tą szlachtą zdemoralizowana i demoralizująca ówczesna magnateria czyniła co chciała. Mieszczaństwo dopiero budzić się poczynało. O wielkim zaś dniu Racławic przecież nikt nie mógłby twierdzić, że on był dowodem, iż Rzeczpospolita rozporządza już całą siłą ludową. To był dopiero wspaniały początek i wskazówka świetna dla polskiej inteligencji, którędy droga.

Dzisiaj ta podstawa narodowego bytu znacznie rozszerzona. Dzisiaj poczucie obywatelstwa i narodowości i obowiązku patriotycznego sięga o wiele szerzej i głębiej. Lud polski w zaborze pruskim jest tak na wskroś patriotyczny, tak narodową ideą przejęty, że go nam już nikt nie odbierze i nic już nim nie zachwieje, nawet ciężka dla ludu konieczność okupywania tego patriotycznego poczucia wielkimi nieraz ofiarami. Oświata ludu w Galicji czyni wielkie postępy, świadomość narodowa budzi się w ludzie. Mieszczaństwo, w chwili Konstytucji Trzeciego Maja rozbudzone, jest dziś szczerze polskim i patriotycznym. Siły duchowe Polski, jej zasoby inteligencji, suma sił umysłowych i fachowych uzdolnień, którymi naród rozporządzać może, toż to wszystko dziś potężniejsze, niż w chwili rozbiorów. Przez ten wiek klęsk i ofiar piśmiennictwo nasze wzrosło olbrzymio, umiejętność polska na wszystkich bez wyjątku polach postępuje równym krokiem z współczesną nauką, sztuka polska w tym czasie zrodziła się i zdobyła sobie pierwszorzędne stanowisko. Za oceanem rośnie w amerykańskim wychodźstwie siła, która coraz lepiej się organizuje i przestaje być – jak do niedawna – czynnikiem bezwartościowym w naszym życiu. Sztuki rządzenia sobą uczymy się praktyką polityczną i autonomiczną w tej tu dzielnicy Polski, sztuki panowania nad sobą, aby niewcześnie nie porywać się do czynu, do którego nie ma środków dostatecznych, uczy nas doświadczenie. Słowem: liczebnie, społecznie i ekonomicznie my dziś silniejsi, niż byliśmy przed wiekiem. A silniejsi też i moralnie: kto zna stan moralny społeczeństwa polskiego z czasów rozbiorów, kto czytał współczesne pamiętniki, kto przeglądał spisy sprzedawczyków, których legie całe stały na żołdzie ambasadorów państw zaborczych, a rekrutowały się na „szczytach społeczeństwa”, musi przyznać, że dziś coś podobnego byłoby wprost niemożliwe.

Więc nasza stuletnia polityka porozbiorowa, nasze bezskuteczne usiłowania odzyskania bytu niepodległego, nasza tym duchem natchniona literatura, to wszystko nie było bezowocne. Spotkały nas wprawdzie na tej drodze ciosy bardzo dotkliwe, klęski ciężkie, rany krwawe i głębokie, zniszczenie tysięcy egzystencji, to wszystko prawda. Ale fałszem jest twierdzenie, że owe usiłowania zachwiały bytem narodowym, bo ten byt dziś silniejszy, niż był kiedykolwiek.

A przy stwierdzeniu tego faktu upada cała teoria p. Koźmiana o potrzebie wykreślenia niepodległości z naszego programu, z naszego katechizmu narodowego. Nie odzyskał nigdy bytu państwowego naród, który go odzyskać nie chciał, który ideę tę zatracił czy to przez próżniactwo ducha i upadek ducha, czy też, jak chce p. Koźmian, przez fałszywe rozumowanie na fałszywej oparte historii. Tą drogą też, którą p. Koźmian wskazuje, zatracimy sam byt, bo bez tego wyższego natchnienia, jakie daje idea niepodległości, ani w sobie dosyć siły i zapału do pracy, ani dosyć energii do obrony nie znajdziemy i zaskorupimy się z czasem w zupełnie egoistycznym życiu jednostek, ani też na zewnątrz nic znaczyć nie będziemy.

Nie wynika z tego, abyśmy mieli każdą chwilę naszego obecnego żywota politycznego za stosowną uważać do tego, aby podjąć czyn bezpośrednio odzyskanie niepodległości na celu mający albo, jak chciał Mierosławski[18], abyśmy każdej chwili chcieli i mogli robić „ruchawkę w Polsce”. Ta teoria, zdaje się, że wraz ze swym twórcą bezpowrotnie już jest pogrzebaną. Nie wynika z tego, abyśmy nie mieli mądrze, roztropnie, cierpliwie, wyzyskiwać wszystkie okoliczności dozwalające nam lepiej i skuteczniej pracować nad wzmocnieniem podstaw narodowego bytu i nad spotęgowaniem sił narodowych. Nie wynika z tego, abyśmy mieli z dumą i uporem odrzucać dawane nam lepsze warunki politycznej egzystencji w ramach tego, co stworzyły rozbiory, odrzucać niższe stopnie praw, niższe szczeble bytu politycznego, dlatego że nie możemy od razu osiągnąć najwyższego. To wszystko jest rzeczą polityki, która jest sztuką wyzyskiwania korzystnych okoliczności.

Ale wyrzeczenie się idei niepodległego bytu to samobójstwo, którego naród sam na sobie nie dokona nigdy. Do książki p. Koźmiana, zwłaszcza zaś do jego krytyki dziejów porozbiorowych najzupełniej stosuje się, co powiedziano o książce Lisickiego: „Całość jest do czytania przykrą i niezupełnie zdrową, czytających bez krytyki a do zwątpienia skłonnych (zwątpienie czasem bywa rzeczą wygodną) naprowadzić by mogła na myśl, że cały dotychczasowy patriotyzm polski był wielkim, marnym głupstwem, a jedynym hasłem przyszłości jest: »Point des reveries«, hasła zaś tego odezw brzmiał »Boże caria chrani«” (Stanisław Tarnowski w „Przeglądzie Polskim” z roku 1880).

Książka p. Koźmiana ściśle zawiera to, co hr. Tarnowski zarzuca p. Lisickiemu. Ona nie tylko mogłaby naprowadzić na myśl, ale ona stara się udowodnić, że „cały dotychczasowy patriotyzm polski był wielkim, marnym głupstwem”, skoro sili się na dowód, że kierunek, jaki ten patriotyzm wziął, tj. dążenie do niepodległości, niweczy byt narodowy. Ona nie tylko pośrednio może naprowadzić na myśl, że jedynym hasłem przyszłości jest „Point des reveries” ona wprost stawia rozpaczliwie ponurą politykę zrzeczenia się niepodległości dla zachowaniu „bytu” i stara się potrzebę tej polityki sofistycznymi wywodami uzasadnić. Że zaś my tę politykę uznawaliśmy zawsze za zgubną i dla narodu zabójczą, a ani wypadki, ani postępy, jakie uczyniła nasza historiografia, ani liczne nowe źródła do historii porozbiorowej nie dały podstawy do zmiany tego naszego, nie dla potrzeb chwilowej polityki wyrobionego, ale na studiach dziejów naszych i obecnego stanu narodu opartego przekonania: raz przeto jeszcze – a bodajby po raz ostatni – z tą, wcale nie nową teorią, musieliśmy stoczyć polemikę.

Zatrzymaliśmy się dłużej nieco przy pierwszym rozdziale drugiego tomu pracy p. Koźmiana, jest on bowiem programowym, roztrząsa całe zagadnienie naszego porozbiorowego życia politycznego, zaznacza zarazem tendencję całego dzieła. I przekonamy się zaraz, że nie przedmiotowy, spokojny sąd historyka kieruje piórem p. Koźmiana w opisie wypadków dziejowych, którym książkę poświęcił, ale owa tendencja polityczna, do której stara się te wypadki naciągnąć.

W drugim rozdziale drugiego tomu kreśli p. Koźmian „stan społeczeństwa polskiego” (jak pisze w nagłówku) od roku 1831 do 1856. Nie „stan społeczeństwa”, bo na to składa się mnóstwo czynników, o których tam ani mowy, ale polityczne usposobienie polskiego społeczeństwa. Ale mniejsza o ściślejszą lub mniej ścisłą nomenklaturę, gdy idzie o rzecz samą.

„Okres od roku 1831 do 1856 – pisze autor – zapełniony został dążeniem bezsilnym do niepodległości, jeszcze więcej marzeniem o niej, a zmarnowanym dla rozwoju i wzmocnienia bytu narodowego. Dążenie do niepodległości wykluczało kompromisy między społeczeństwem polskim a rządami rozbiorowymi, czyli najskuteczniejsze i najrzeczywistsze środki wzmocnienia bytu narodowego. W epoce tej spisek zajmuje też wybitniejsze miejsce w życiu narodu niż praca”.

Dwadzieścia pięć lat – ćwierć wieku – zmarnowane dla rozwoju i wzmocnienia bytu narodowego! To byłoby istotnie coś strasznego! Surowszego wyroku na całą jedną generację wydać chyba nie można! Szczęście tylko, że opinia ta jest stanowczo błędna, wyrok zupełnie niesprawiedliwy. Przez te ćwierć wieku od upadku listopadowego powstania do bytności cara Aleksandra w Warszawie rozwinęli się, spotężnieli i pracy ducha swego dokonali Mickiewicz[19], Słowacki[20] i Krasiński[21]; w tym okresie Lelewel[22], Moraczewski[23], Szajnocha[24] uczyli nas dziejów; Libelt[25], Cieszkowski[26] i Trentowski[27] siali ziarna prawd filozoficznych i politycznych; Korzeniowski[28] i Kraszewski[29] wprowadzili książkę polską, a z nią mowę polską i zamiłowanie rzeczy ojczystych tam, gdzie przed nimi wszechwładnie panowała francuszczyzna i niemczyzna; Korzeniowski i Fredro[30] stworzyli polski dramat i komedię. Czyż literatura narodowa jest niczym dla bytu narodowego, skoro okres naszych dziejów, w którym literatura ta zakwitła, jest według p. Koźmiana zmarnowany dla tego bytu? I znowu zapytujemy autora, co on przez „byt narodowy” rozumie? Przez te ćwierć wieku zniemczone dawniej mieszczaństwo galicyjskie (wszak we Lwowie u mieszczan język niemiecki do roku 1846 i 1848 był językiem salonowym!) przejrzało i zrzuciło z siebie niemczyznę. Przez te ćwierć wieku idea reformy społecznej przez usamowolnienie i uwłaszczenie włościan dojrzewała coraz silniej w umysłach społeczeństwa, nie wyjmując tych, którzy na tej reformie chwilowo ciężko ucierpieć musieli, szlachty. Przez te ćwierć wieku, gdy tylko najmniejsza dana była sposobność realnej pracy ekonomicznej, starano się z niej korzystać: galicyjskie Towarzystwo Kredytowe Ziemskie, Galicyjska Kasa Oszczędności we Lwowie, Towarzystwo Gospodarskie itp.

Nad tym wszystkim przechodzi p. Koźmian do porządku dziennego, tego wszystkiego uznać on nie chce, cały ten okres zmarnowanym uznaje, dlaczego?

Bo mu ten okres nie stosuje się do jego formułki politycznej „kompromisu z rządami” jako „najskuteczniejszego środka wzmocnienia bytu narodowego”.

Fakt, że kompromis taki wówczas nie nastąpił, jest według p. Koźmiana skutkiem tej okoliczności, iż ówczesne pokolenie polskie dążyło do niepodległości i kompromisu nie szukało.

Jednostronność stanowiska autora nigdzie może tak silnie jak tutaj na jaw nie występuje. Powiedzieliśmy: do kompromisu potrzeba dwóch stron. Czyż druga strona była wtedy skłonną do kompromisu? Czy wśród reakcji, jaka wówczas powszechnie panowała, ta druga strona mogła być skłonną do kompromisu, dopóki wypadki jej nie zmusiły do zerwania z reakcją? Przeciwnie, ze strony rządów czyniono w tych czasach wszystko, co tylko było możebne, ażeby w narodzie polskim nawet myśl kompromisów powstać nie mogła. Ciemięstwo polityczne, dążność do wynarodowienia Polaków, absolutny brak wszelkiej swobody u narodu o tak silnym i głęboko zakorzenionym poczuciu i zamiłowaniu wolności, jak naród polski, ciężkie więzy cenzury nałożone na myśl polską w kraju, skutkiem czego schroniła się ona w znacznej części na emigracji, ściganie polskiej mowy w szkołach (galicyjskie Sprachzeichen), prześladowanie nie za spiski tylko, ale za wszelki objaw polskości, przeszkody stawiane nawet ekonomicznemu rozwojowi polskich krajów, czyż to wszystko były czynniki i okoliczności, wśród których mogła w polskich umysłach powstać idea kompromisu?

Przeciwnie: według powszechnych doświadczeń dziejów, według zupełnie pozytywnej, bo doświadczeniem stwierdzonej psychologii narodów, takie postępowanie rządów wszędzie ten sam wywołuje skutek: niezadowolenie, opór, skrycie się ducha narodowego w spiskowe tajnie, rozpacz wreszcie i wybuchy jej gwałtowne. Tak było wszędzie, gdziekolwiek uciski takie padły na naród żyjący i żywotny. Czy mogło być w Polsce inaczej?

Jacyż my, którym dziś tak wiele w tym kraju wolno, prawdziwie śmieszni, gdy z wysokości naszej wydajemy sąd o tym pokoleniu, które z taką straszną reakcją walkę staczać musiało, ażeby w tej walce ratować najistotniejsze bytu narodowego warunki, znajomość polskiej mowy, polskiego piśmiennictwa, polskich dziejów! Jacyż my wobec tego pokolenia niewdzięczni, skoro zamiast uznać olbrzymią jego zasługę w tym, iż takimi ciężkimi ofiarami uratowało myśl narodową i ducha polskiego, i mowę polską, i nam te skarby nie tylko nie uszczuplone, ale przeciwnie, pomnożone i spotężniałe przekazało. My na mogiły, pod którymi pokolenie to spoczęło, ciskamy straszny wyraz: zmarnowane!

Rządy wykluczały kompromisy, rządy swoją reakcyjną polityką stwarzały to błędne koło, z którego dla narodu w najistotniejszych znamionach swej narodowości zagrożonego nie było legalnego wyjścia, rządy swym postępowaniem doprowadzały naród do czynów rozpaczy, po których oczywiście zawsze coraz sroższa następowała represja. A potem przychodzi mędrzec, historyk i polityk, wytwarza sobie oderwaną od pozytywnych danych teorię „kompro-misów” i potępia – kogo? Nie ciemięzców, lecz ciemiężonych; nie tych, którzy powód dali do rozpaczy, ale tych, którym rozpacz odjąć mogła spokojny sąd o sile środków rozporządzalnych; nie tych, którzy żelazną stopę na żywej piersi narodu położyli, ale tę pierś nieszczęsną!

I oto w dalszym ciągu swej opowieści kreśli p. Koźmian wcale zręcznie i prawdziwie te wpływy, które w okresie od 1831 do 1856 działały na naród polski i stworzyły nastrój psychiczny, jaki widzimy w przed styczniowym ruchu, pomija tylko konsekwentnie jeden a najsilniejszy z nich, wpływ rządów wynaradawiających i tyrańskich. Mówi o wychowaniu całych pokoleń w idei niepodległości,
o poezji polskiej, która zresztą – według naszego zdania – taką być musiała, jaką była, inaczej nie byłaby polską; o ówczesnym dziejopisarstwie; legendzie napoleońskiej, jej ożywieniu się w Polsce z chwilą wstąpienia na tron Napoleona III[31], o „myślach napoleońskich”, w których sprawa polska niepoślednie zajmowała miejsce. O tym wszystkim mówi, tylko nie o ówczesnym systemie rządów zaborczych w Polsce, bo gdyby był ten system skreślił szczegółowo a wiernie, inaczej byłaby musiała wypaść odpowiedź na pytanie, co wykluczało kompromisy między narodem polskim a rządami.

Takie, do programu niepodległości nastrojone, usposobienie umysłów w Polsce zastała zmiana tronu w Rosji, śmierć Mikołaja I, objęcie rządów przez Aleksandra II (marzec 1855). Ta chwila jest dla autora punktem wyjścia do dalszej opowieści i dalszych błędnych rozumowań. Wtedy to, kiedy w Rosji zaszła nie tylko zmiana tronu, ale i systemu, nie tylko zmianą osoby na tronie, ale też zasad i kierunków powinno było, według p. Koźmiana, społeczeństwo polskie obrać ową, w pierwszym rozdziale wskazaną „pośrednią drogę”. Powinno było poświęcić ideę niepodległości dla ratowania „bytu narodowego”, wejść na drogę kompromisu i stale na niej wytrwać.

Autor czyni tu porównanie między Galicją w roku 1860 a Królestwem w roku 1856 i twierdzi, że Królestwo powinno było wtedy przyjąć tę politykę, jaką przyjęła Galicja w znanym adresie do ministra stanu Schmerlinga[32] z dnia 31 grudnia 1860 roku.

Pomijamy już, że w adresie tym Galicja niczego się nie wyrzekała i nie wypierała ani własnym, ani całego narodu imieniem, bo do tego nie miała prawa. Ale z innych też względów porównanie to jest błędne, a zastosowanie recepty galicyjskiej z roku 1860 do stosunków, w jakich się Królestwo znalazło w roku 1855 i 1856, zupełnie niemożliwe.

Po klęsce poniesionej we Włoszech w roku 1859 wchodzi Austria w swej wewnętrznej polityce na nową drogę. Uznaje, iż dalej nie można rządzić bez udziału ludów w skład monarchii wchodzących, a tym mniej wbrew uprawnionym tych narodów dążeniom. Zaczyna więc – powoli jak zawsze – do swego systemu rządowego wprowadzać prawo w miejsce dowolności; swobody w miejsce politycznych powijaków, krępujących ludność; konstytucjonalizm w miejsce biurokratycznego absolutyzmu. Dyplom cesarski z 20 października 1860, którego twórcą był Gołuchowski[33], stawia jako program przyszłego ustroju monarchii „takie instytucje i prawne stosunki, które odpowiadają zarówno historycznemu poczuciu prawnemu i istniejącym między naszymi królestwami i krajami różnicom, jak i wymaganiom ich niepodzielnego, ścisłego związku”. Była zatem w dyplomie październikowym zapowiedź nie tylko konstytucyjnego ustroju monarchii, ale też i samorządu krajów.

Rychło jednak po wydaniu październikowego dyplomu Gołuchowski upadł, a miejsce jego zajął Schmerling. Ta zmiana zapowiadała stanowczo: umiarkowanie liberalny konstytucjonalizm, ale zarazem cofnięcie się z autonomicznej polityki dyplomu październikowego na drogę centralizmu, który jest w Austrii równoznaczny z germanizacją. A że była to chwila silniej rozbudzającego się narodowego ducha w całej Polsce, że dla Galicji niepodobieństwem było nie wstąpić na drogę polityczną, skoro stanęła otworem, przeto krokiem pierwszym na tej drodze stał się adres, na który się p. Koźmian powołuje. Powstał on jako akt opozycji przeciw schmerlingowskiemu centralizmowi, jako silny objaw narodowego poczucia praw, dążącego do uznania w nowym, już nie absolutystycznym, już nie ciemiężącym systemie. Austria weszła na drogę umożliwiającą kompromis, Galicja skorzystała z tego, w adresie stwierdziła swoje prawa narodowe i postawiła swoje żądania.

Całkowicie odmiennym, a nawet diametralnie przeciwnym było położenie w Królestwie w chwili zmiany na tronie carskim po śmierci Mikołaja. Królestwo usiłowało wtedy pierwsze wejść na drogę kompromisu, rząd carski ten kompromis odrzucił. Przypomnijmy znane fakty, na których twierdzenie to opieramy. W marcu 1855 umiera car Mikołaj. Jaką zmorą ciążyły rządy jego na Polsce, poświadczają wszystkie z tych czasów źródła. Polakom zdało się, że sama śmierć tego żelaznego despoty to możność swobodniejszego oddechu. A to tym bardziej, że następca jego używał opinii liberalnego i sprawiedliwego człowieka. Naród odetchnął i czeka.

Czeka do maja roku 1856, do przyjazdu cara do Warszawy. Przez ten czas nie padło ze strony cara ani słowo, ani lekka zapowiedź zmiany systemu, możności zatem kompromisu. Ale Polacy sami wchodzą na tę drogę, którą p. Koźmian dziś, po 38 latach za najlepszą na ową chwilę uznaje, na drogę kompromisu. Składają się na to wszystkie w Królestwie czynniki, które mogły być brane w rachubę. Przyjęcie, jakiego car w maju 1856 roku doznał w Warszawie, było takie, że i trudno nam dziś wyobrazić sobie i zrozumieć, jak mogła sama tylko nadzieja, żadnym aktem urzędowym nowego cara nie zachęcona, wywołać takie zapomnienie tyloletnich krzywd, taki entuzjazm dla naczelnika państwa, które było krzywd tych sprawcą; przyjęto cara z niekłamanym, żadnymi nakazami lub działaniami policji nie wywołanym sztucznie zapałem.

Ludność cała, nie tylko tak zwane „pospólstwo”, ale też i cała inteligencja, nieprzeliczonym tłumem zalegała ulice, którymi car przejeżdżał i wydawała entuzjastyczne okrzyki. Domy ozdobione świątecznie, balkony zapełnione wystrojonymi damami. Słowem, Warszawa, cała Warszawa przyjęła cara tak, że on sam z zadziwienia wyjść nie mógł i zadowoleniu swemu kilkakrotnie dał wyraz. Szlachta zjechała się z całego kraju i wydała bal, który świetnością swoją przewyższał wszystko, co Warszawa od dawna zapamiętała. Gdy car podczas balu zszedł do sali, w której odbywała się wieczerza, wszyscy powstali, wnieśli kielichy i okrzyk „niech żyje car” zatrząsł ścianami sali balowej w pałacu namiestnikowskim. Car był oczarowany.

To były znamiona zewnętrzne, demonstracyjne. Pierwsza demonstracja w Warszawie po rządach Mikołaja była demonstracją na rzecz cara. Próbowano jednak nadać temu wyraz ściśle polityczny. Jak gdyby przeczuwano receptę, jaką p. Koźmian po 38 latach Królestwu na owe czasy zapisze, ściśle się do niej zastosowano. Jak Galicja roku 1860, tak Królestwo w roku 1856 wybrało drogę adresu. Jezierski – ten sam Jezierski, który w roku 1830 jeździł do Petersburga dla próbowania kompromisu między carem a powstaniem, polecił publicyście, piszącemu pod pseudonimem Schedo-Ferroti, napisać memoriał o położeniu Królestwa, z żądaniami: 1) amnestii i powrotu Sybiraków, 2) udziału obywateli w rządach przez wybieralność sędziów pokoju, 3) uniwersytetu polskiego w Warszawie. Chyba już niepodobna mniej żądać. Memoriału tego kancelaria carska nie doręczyła carowi, który jednak został o nim przez Gorczakowa zawiadomiony[34].

Wielopolski ułożył inny adres i chciał, na czele kilku reprezentantów szlachty, carowi go wręczyć. Adres ten miał się domagać przywrócenia stanu rzeczy z roku 1815. Ale margrabia nie chciał narażać się na publiczne głośne odtrącenie, nie mógł zresztą niespodziewanie cara adresem zaskoczyć. Zapytał więc drogą gabinetową i otrzymał odpowiedź, że car adresu nie przyjmie. Droga adresu zatem, ta sama, na którą po czterech latach weszła Galicja, była niemożliwą z tej prostej przyczyny, że car adresu przyjąć nie chciał. Ale nie koniec na tym. Przyjmując szlachtę, która mu dziękowała za przyjęcie balu, powiedział car ową po wieczne czasy pamiętną mowę, która była źródłem wszystkich dalszych wypadków: „Co mój ojciec zrobił, dobrem jest! Pragnę dobra Polaków, ale Polacy sami muszą mi to umożliwić. A więc żadnych marzeń panowie! – żadnych marzeń!” A nazajutrz powtarzając to samo, dodał: „Wolę chwalić i wynagradzać, niż ganić i karać, ale kiedy będzie potrzeba, potrafię być srogim i będę srogim”.

Było to straszliwie jasne! Nie może ulegać najmniejszej wątpliwości, jak w tej mowie cara rozumieć wyraz „marzenia”. On się odnosił nie tylko do tej niepodległości, której p. Koźmian wyrzec się radzi, ażeby „byt” ratować, ale do wszelkiego samorządu. Tylko to zrozumienie jest możliwe wobec tego, że 1) słowa te były wypowiedziane po nieudanych próbach Jezierskiego i Wielopolskiego przedstawienia carowi najskromniejszych życzeń; 2) że były wypowiedziane w bezpośrednim związku, z uznaniem za dobre tego, co zrobił car Mikołaj, który zniósł samorząd Królestwa, a zostawiwszy cień tego samorządu w tak zwanym „statucie organicznym”, tego statutu nigdy w życie nie wprowadził, car Mikołaj, który oddał królestwo na łaskę czynownictwa. Marzeniem zatem uznał car zmianę i naprawę tego, co na Królestwie przez ćwierć wieku tak strasznie ciążyło – marzeniem życzenia Wielopolskiego – marzeniem sprowadzone do najskromniejszych rozmiarów prośby Jezierskiego. Poszło też za tym, że również marzeniem okazał się po kilku latach ten stosunek między carem a narodem, jaki mógł rozmarzyć cara w chwili, gdy ludność Warszawy takim zapałem go przyjmowała i gdy szlachta Królestwa na sali balowej z pełnej piersi wzniosła okrzyk – niech żyje car.

Ale nie poprzestał car na samym tylko zakazie marzeń. Zapowiedział, że będzie karać, że potrafi być srogim. Co mu dało powód do tych słów? Co mu mogło podyktować wyrazy, które nawet ze względu na chwilę, kiedy je car wypowiedział, były nieprzyzwoite? Wszak zwrócone były do gospodarzy balu, na którym car był gościem, i były odpowiedzią na podziękowanie z ich strony, że car raczył przyjąć ich gościnę. Nie będziemy się spierali z p. Koźmianem, czy wyrazy je sevirai były „przestrogą”, jak chce p. Koźmian, czy też groźbą. Zdaje nam się, że w tych zwłaszcza okolicznościach one tylko jako groźba zrozumiane być mogły. Ale mniejsza o to, te wyrazy bowiem miały tylko to znaczenie, że były niepotrzebnym drażnieniem spokojnej zupełnie ludności, wśród której wówczas ani śladu spisków lub jakiejś niepokojącej agitacji nie było. Ale wprost polityczną wagę miały wyrazy „point des reveries”, wypowiedziane po próbach Jezierskiego i Wielopolskiego i równocześnie z pochwaleniem antypolskiego działania cara Mikołaja. Były one bowiem stanowczym, zupełnie wyraźnym, żadnej wątpliwości nie pozostawiającym odrzuceniem kompromisu.

Porównywać zatem tę sytuację z tą, w jakiej była Galicja w chwili podania adresu z 31 grudnia 1860, to znaczy sądzić powierzchownie, tendencyjnie, wręcz przeciw oczywistemu świadectwu faktów. Mówić, że Królestwo powinno było wejść na drogę kompromisu, kiedy ono faktycznie na nią wchodziło, ale przez cara brutalnie odtrąconym zostało, to znaczy jednostronnie składać zawsze całą winę na naród polski, kiedy ona spada w znakomicie wyższym stopniu na carską politykę.

Po pierwszym pobycie cara w Warszawie Polacy pod zaborem rosyjskim przez całe trzy lata wytrwali w postawie zupełnie spokojnej, legalnej, uległej nawet. Nie zmienili jej po omówionych wyżej dwóch tak bardzo drażniących i niepolitycznych przemowach cara, nie zmienili jej, gdy zaszły fakty tak bardzo oburzające, jak oknutowanie chłopów w Drenowiczach za to, że wysłali do cara prośbę o pozwolenie im, by „otwarcie” wyznawać mogli wiarę unicką swych ojców, albo „bezlitosne oćwiczenie całej męskiej ludności” wsi Pawłów za zamiar powrócenia do unii, albo podobny fakt z kilku wsiami w powiecie wołkowyskim, gdzie między innymi we wsi Porowcewo trzech chłopów umarło pod rózgami (Z.L.S., Historia dwóch lat). Ci nieszczęśliwi chłopi, którzy ginęli pod knutem i rózgą, także chcieli kompromisu z rządem carskim, ze swej strony jeden tylko stawiając warunek: by ich nie zmuszano do odstąpienia od wiary ojców! Ich widnokrąg nie sięgał ani do niepodległości, ani nawet do autonomii, ani do jakichkolwiek praw politycznych, im tylko szło o pozostawienie ich przy unii. Gdyby im to przyznano, byliby z pewnością według recepty p. Koźmiana pogodzili się z rządem rozbiorowym. I za te żądania spadły na nich knuty.

Naród – powiedzieliśmy – wytrwał na drodze spokojnej i legalnej. Cara przybywającego powtórnie do Warszawy przyjął znowu entuzjastycznie, Wilno w przyjęciu cara posunęło się tak daleko, że nawet Z.L.S. upadlającym nazywa to, co z tego powodu pisali Odyniec[35] i towarzysze! Spisków, związków tajnych, agitacji nawet, po rok 1859 ani śladu.

A rząd? Rząd rosyjski nie uczynił ani kroku, aby z tego usposobienia Polaków skorzystać. Nie ma śladu, żeby w tym czasie próbowano jakiegokolwiek porozumienia, żeby np. tych, którzy chcieli polityki, dziś przez p. Koźmiana na owe czasy zalecanej, a więc Jezierskiego lub Wielopolskiego, zapytano o potrzeby i życzenia kraju. Traktowano Królestwo zawsze jako kraj podbity, z którym rząd carski robić może co mu się podoba. Gdzież tu było pole do kompromisu?

Ustępstwa, uczynione w tej porze Polakom – były minimalne. Otwarcie akademii medyczno-chirurgicznej w Warszawie miało zastąpić przywrócenie uniwersytetu, czego kraj cały tak gorąco pragnął. Pozwolenie na założenie Towarzystwa Rolniczego! Rzecz smutna istotnie i charakteryzująca położenie kraju, że zezwolenie na taką instytucję już za koncesję uważać musiano. Amnestia wreszcie! W 35 lat po powstaniu amnestia miała już bardzo małe znaczenie, a co gorsza, wpływ uspokajający, jaki mogła wywrzeć na umysły, został sparaliżowany samą treścią aktu, nadającego amnestię. Jest znamieniem rządu, stojącego na niskim poziomie moralnym, że nawet łaskę, którą świadczy, czyni nieznośną, że nawet, gdy chce zrobić coś dobrego, czyni to w formie oburzającej i drażniącej. W akcie amnestii powiedziano kłamliwie, że emigracja polska podawała do rządu rosyjskiego „liczne prośby o dozwolenie powrotu do kraju z wynurzeniem żalu za chwilowe obłąkanie”, że proszący oświadczali, iż „wielu z pomiędzy wychodźców, a szczególniej ci, którzy opuścili kraj po rokoszu 1831, wstrzymują się z podaniem podobnych próśb jedynie z niepewności o przyszły ich los w kraju”. Tej emigracji, która dumnie zawsze czoło nosiła, która się wyznawała wierną reprezentantką obrażonej godności i podeptanych praw narodu, podawać amnestię w takiej formie, obrażającej jej zasady, jej uczucia, jej godność, do łaski dodawać kłamstwo, szyderstwo i zniewagę, było krokiem w najwyższym stopniu niepolitycznym. Tak podana amnestia zamiast stać się aktem gojącym rany, łagodzącym umysły, rozjaśniającym sytuację, przeciwnie, wywołała głośne protesty, oburzyła, rozdrażniła. Kto chce kompromisu, inne zaprawdę znajdzie tony w swych publicznych aktach i oświadczeniach.

A jednak naród trwał dalej w postawie spokojnej i legalnej, aż przyszły wielkie wypadki europejskie, które nie mogły pozostać bez wpływu na umysły w Polsce. Wojna włoska była pierwszym, zwycięskim krokiem Napoleona III na drodze polityki narodowościowej, pierwszym aktem urzeczywistnienia „myśli napoleońskich”, w których, obok włoskiej, wyraźnie stała kwestia polska. Wrażenie tych wypadków było elektryzujące. Ożyła znowu w Polsce potężnie legenda napoleońska. Idea swobód narodowych zdawała się rozporządzać siłą najpotężniejszego wówczas w Europie mocarstwa. Przypomniano sobie w Polsce, że w czasie kongresu paryskiego mówiono o Polsce, że cesarz Napoleon stawiał wobec zwyciężonej w Krymie Rosji pewne żądania co do losu Polaków, że uzyskał pewne przyrzeczenia. Nie na samą zresztą Polskę wypadki włoskie podziałały elektryzująco, to samo widzimy wówczas wszędzie, gdziekolwiek narodowość przez obce rządy była uciśnioną.

Mimo to jednak, w latach 1859 i 1860 jeszcze była możność skierowania ruchu polskiego na tory spokojne, nierewolucyjne. Związków, spisków, w całym znaczeniu tego wyrazu, jeszcze nie było. Były rozmaite kółka, przeważnie młodzieży akademickiej, ograniczające się jednak do spraw takich, które w każdym nie policyjnym i nie despotycznym państwie byłyby uznane za zupełnie legalne. Autor Historii dwóch lat już te ówczesne kółka „rewolucyjnymi” nazywa. A na poparcie tego nie może przytoczyć nic innego nad to, że we Lwowie i Krakowie młodzież podpisywała wówczas adres
z prośbą o język polski na uniwersytetach, a w Warszawie „smar-kacze” zmuszali kupców i rzemieślników do umieszczania na swych sklepach szyldów tylko w polskim języku! Ci „rewolucjoniści”, którzy takie tylko mieli pragnienia, albo ci, którzy zostawali pod wpływem Narcyzy Żmichowskiej[36] i wraz z nią uznawali, że nie pora w Polsce na spiski i powstanie, nie byli chyba niebezpiecznymi ani dla Rosji, ani dla polskich polityków „kompromisowych”. Tymczasem Rosja ze zwykłą sobie dumą o kompromisie nie myślała, bo wyobrażała sobie, że z Polakami porozumiewać się nie potrzebuje, skoro ma władzę i siłę, a polscy politycy kompromisowi wówczas, gdy naród jeszcze wcale nie był zrewolucjonizowany, nie uczynili ani kroku na drodze uzyskania czegoś dla kraju. Margrabia Wielopolski zajęty był wtedy wyłącznie procesem o zapis Świdzińskich[37], kładąc przez to podwaliny do swojej kolosalnej niepopularności w kraju, zamiast w Warszawie i w Petersburgu torować drogę swojej polityce. Tę politykę kompromisu nieszczerze przyjął rząd rosyjski, a wykonania jej szczerze podjął się margrabia wtedy dopiero, kiedy, jeżeli może niezupełnie niemożliwą była, to przynajmniej olbrzymimi najeżoną trudnościami, bo już wtedy między rządem rosyjskim a narodem, o prawa swoje się upominającym, stanęła zaporą krew przelana na ulicach Warszawy, a wszelkie ze strony rządu poczynione ustępstwa były wymuszone przez ruch i demonstracje.

Reformy autonomiczne, gdyby były dane krajowi w czasie między 1856 a 1861, byłyby musiały podziałać uspakajająco, wywołać chęć wyzyskania ich dla wzmocnienia sił narodu i dla zagojenia ran, zadanych przez rządy mikołajowskie; dane zaś po krwawych wypadkach z lutego i kwietnia 1861 były tylko zachętą dla ruchu, który mógł o sobie powiedzieć, iż on te reformy zdobył i na rządzie wymusił.

Nie będziemy opisywali tych znanych, a tak wyjątkowych w dziejach wypadków, w których bezbronny tłum samym nastawieniem piersi na strzały obcych żołnierzy zdobywa dla kraju prawa polityczne, niedawno jeszcze przez cara „marzeniem” nazwane. Ani nie będziemy iść śladem opowieści p. Koźmiana, która przez cały tom drugi wlecze się dość leniwo i nieporządnie wśród częstego powtarzania się i przeskakiwania z przedmiotu na przedmiot. Podniesiemy tylko te chwile najważniejsze, które ówczesnemu ruchowi narodowemu z pewną fatalną koniecznością nadawały pewny kierunek rewolucyjny.

Taką pierwszą chwilą były wypadki 25 i 27 lutego, demonstracja w rocznicę grochowskiej bitwy, strzały dane do ludu bez rozkazu z zamku, a tylko z animuszu generała Zabłockiego. Była to chwila, w której wszystko złożyło się na to, ażeby ci, którzy urządzili manifestację, uczuli się zwycięzcami. Przestrach Gorczakowa wobec krwi przelanej, solidaryzowanie się całego społeczeństwa w proteście przeciw aktowi gwałtu i w żałobie, wspaniały pogrzeb pięciu ofiar, ustąpienie policji z ulic i wzorowe utrzymanie porządku przez straż obywatelską, ulegalizowanie przez namiestnika owej „delegacji” w resursie wybranej, która stała się do pewnego stopnia rządem obok rządu, to wszystko zapowiadało, iż albo trzeba bezzwłocznie ruch uśmierzyć przez nadanie rzeczywistych reform, które by mogły opinię uspokoić, albo ruch ten musi pójść na drogę rewolucyjną. Czuli więc wszyscy, iż trzeba się chwycić środka, który w roku 1856 został przez cara odrzucony, to jest adresu, przedstawiającego rządowi życzenia i potrzeby kraju. Spokojnie dziś sądząc, przyznać musimy, że w walce o treść adresu, słuszność była po stronie margrabiego Wielopolskiego, który chciał w adresie wyrazić życzenia jasno określone, a nie tych, którzy zwyciężyli ze swoim projektem adresu, obracającego się tylko w ogólnikach.

Namiestnik Gorczakow wysyła adres, a rychło potem wysyła do Petersburga radcę stanu Karnickiego z projektem reform, ułożonym przez Wielopolskiego. I staje się rzecz nieprzewidywana, niespodziewana. Rząd zgadza się na reformy obejmujące: uniwersytet polski w Warszawie pod nazwą „Szkoły głównej”, Radę stanu, Rady gubernialne, z wyboru pochodzące, Rady municypalne również
z wyboru w Warszawie i innych znaczniejszych miastach, i komisję wyznań i oświecenia, której dyrektorem prezydującym mianowany Wielopolski.

Z tą chwilą rozpoczyna się prawdziwie tragiczna rola historyczna margrabiego Wielopolskiego. Chciał służyć Rosji i Polsce, Polska go odepchnęła, Rosja po dwóch latach odrzuciła, jak nieużyteczne narzędzie. Chciał pogodzić Rosję z Polską, a tylko głębszą między nimi przepaść wykopał. Chciał być w swym postępowaniu zupełnie legalnym, skończył na najnielegalniejszym środku branki, którą sam nazwał proskrypcją. Przyszedł do władzy z programem samorządu kraju, a patrzeć musiał na to, jak nie tylko ten wymarzony przez niego samorząd, ale nawet owe szczątki odrębności Królestwa, jakie przed nim istniały, zwycięski carat brutalną branką niweczył. Rosja spodziewała się po nim – jak słusznie zauważył p. Koźmian – że uspokoi ruch, bo do złamania ruchu przemocą carat nie potrzebował Wielopolskiego, a on w rezultacie doprowadził do krwawej, półtora roku trwającej walki. Zawiódł więc nadzieje Rosji, nie ziścił w Polsce nawet tych nadziei, jakie w nim mała garstka zwolenników jego pokładała. Dlaczego?

Przyczyny tej zarówno p. Koźmian, jak i panegirysta Wielopolskiego, p. Lisicki, jak i Z.L.S. szukają zawsze poza margrabią, poza jego usposobieniem i postępowaniem i dochodzą ostatecznie do wniosku, że wszyscy byli winni prócz jednego Wielopolskiego. On jeden miał rozum za całą Polskę, on jeden miał sekret zbawienia, on jeden jasno widział, gdy wszyscy inni to albo „katy i mordercy własnej Ojczyzny” (Z.L.S.) a „szaleńcy” według p. Koźmiana, albo rozsądni i uczciwi, którzy w tym wypadku „pomylili się”.

P. Koźmian tak daleko posuwa się w tym kierunku, że pisze o postępowaniu Wielopolskiego: „O ile niezrównanie postępował w Petersburgu i szczęśliwie, o tyle w Warszawie niezręcznie i nieszczęśliwie, tak dalece, iż przychodzi się do wniosku, że różnica pochodziła nie od człowieka, ale od politycznego wykształcenia dwóch społeczeństw”.

To już jest prawdziwie potworne! Więc ażeby powodzenie Wielopolskiego w Petersburgu a niepowodzenie w Warszawie, jego tam szczęśliwą, a tu nieszczęśliwą rękę wytłumaczyć bez uszczerbku dla jego wielkości, p. Koźmian wydaje sąd, że społeczeństwo rosyjskie jest politycznie lepiej wykształcone od polskiego, iż Moskale są mądrzy, więc rozumieli „wielkiego” męża stanu, a Polacy głupi, pojąć go nie chcieli! Zapomina p. Koźmian, że margrabia w Petersburgu miał do czynienia nie ze społeczeństwem rosyjskim, ale z carem i kilkoma ministrami, że zatem wyprowadzenie stąd wniosku o politycznym wykształceniu społeczeństwa rosyjskiego jest jednym więcej przykładem płytkości rozumowań i lekkomyślności wydawanych orzeczeń, jakich w książce tej pełno. A rzecz dziwna, że wszystkie tak wydawane sądy p. Koźmiana wychodzą – jak w tym także wypadku – na szkodę i krzywdę społeczeństwa polskiego. Nie społeczeństwo rosyjskie, ale car i rząd jego przyjął program Wielopolskiego – czy szczerze, to inne pytanie – a przyjął go nie z powodu jakiejś wyższości swego politycznego wykształcenia, ale pod naciskiem rad i próśb Napoleona III, który parł Rosję do ustępstw dla Polski, a głównie pod naciskiem wypadków warszawskich, które w Petersburgu nie mniejsze jak w całym świecie wywarły wrażenie.

Owoż wbrew zdaniu p. Koźmiana, Lisickiego i Z.L.S. twierdzimy, że między przyczynami niepowodzenia polityki Wielopolskiego w Polsce, między powodami, dla których wypadki rozwinęły się aż do krwawej katastrofy, osobistość margrabiego, jego osobiste wady, błędy przez niego popełnione, pierwszorzędną odgrywają rolę.

Niepopularność, którą margrabia wniósł ze sobą do rządu, on ją sam jak gdyby umyślnie wytworzył, sam był jej sprawcą, a co więcej, będąc u rządu, czynił wszystko, ażeby ją utrzymać, a nawet zwiększyć; nie uczynił nic, żeby ją usunąć.

Sam był jej sprawcą, przede wszystkim znanym swym pismem „list szlachcica polskiego do ks. Metternicha”[38], pismem, w którym bez żadnych nawet warunków i zastrzeżeń pcha Polskę w objęcia Rosji i oddaje ją na usługę panslawistycznej, zaborczej polityki caratu. Tego kierunku kraj przyjąć nie mógł, pomimo całego rozgoryczenia do Austrii za rok 1846. Drugim powodem tej wielkiej niepopularności Wielopolskiego była znana sprawa o bibliotekę Świdzińskich, w której, śmiało rzec można, kraj cały bez różnicy opinii stanął przeciw margrabiemu, działającemu tutaj wbrew woli swego przyjaciela i spadkodawcy, wbrew interesowi kraju. Do tych dwóch faktów przyłączyła się jego nieskończona duma, jaskrawo występująca przy każdej sposobności. P. Koźmian tę dumę charakteryzuje jako „uprawnione, choć niebezpieczne przeświadczenie swej wyższości nad własnym społeczeństwem, niezręczność okazywania go umyślnie czy bezwiednie”. Naszym zdaniem takie przeświadczenie o swej wyższości nad całym własnym społeczeństwem nie jest nigdy uprawnione, zawsze szkodliwe. Kierować społeczeństwem, a zwłaszcza polskim nie potrafił ten, komu pycha „serce spod żeber wykradła”. Wielopolski miał powiedzieć – co i p. Koźmian przytacza – „że dla Polaków można czasem coś dobrego zrobić – z Polakami nigdy”. Kto taką wzgardę dla narodu objawia i kto tak tego narodu nie zna, że w sądzie o nim do takiej wzgardy posunąć się może, ten narodem tym rządzić nie potrafi.

A jednak, niepopularność nawet tak wielką, jaką się „szczycił” (dosłownie: szczycił!) Wielopolski, można, dostawszy się do rządu, czynami usunąć. Bardzo wielką niepopularność wniósł ze sobą Gołuchowski do lwowskiego pałacu namiestnikowskiego. I on był dumny i szorstki nieraz. Wszelkie początkowe na rzecz jego manifestacje były sztucznie wywoływane i raczej wyrozumowane, niż naprawdę przez społeczeństwo odczute. A jednak po pewnym czasie usposobienie to zmieniło się radykalnie, kiedy społeczeństwo ujrzało czyny i kiedy sam Gołuchowski, mimo całej swej dumy, nie kierował się ową teorią Wielopolskiego, że z Polakami nic dla nich dobrego zrobić nie można.

Margrabia Wielopolski przeciwnie. W pełnym pyszałkowatości przeświadczeniu o swojej nad całym społeczeństwem wyższości, wszystkich odtrącał, drażnił, wszystkimi pomiatał. Nie uczynił nic, ażeby przynajmniej złagodzić niechęć, jaką w całym kraju sprawą Świdzińskich przeciw sobie obudził, aby pozyskać zaufanie. Wskazane tu było przede wszystkim porozumienie się z ludźmi kierunku konserwatywnego, ci zaś skupieni byli w Towarzystwie Rolniczym pod przewodnictwem Andrzeja Zamojskiego[39]. Wobec wielkiej popularności „pana Andrzeja” i znaczenia, jakie miało w kraju Towarzystwo Rolnicze, jasną było rzeczą, że kto chce ruch uśmierzyć i na legalne tory wprowadzić, musi tę siłę konserwatywną mieć po swojej stronie. Margrabia przeciwnie, zaraz po wejściu do rządu popełnia czyn, który musiał całą tę siłę przeciw niemu zszeregować.

Po zamianowaniu dyrektorem komisji oświecenia przybył margrabia do Warszawy 24 marca 1861, w samą kwietnia niedzielę, objął urzędowanie 27, w Wielką Środę. W dzień Wielkiej Nocy, 31 marca, czyni margrabia krok pierwszy do porozumienia i przybywa na święcone do Andrzeja Zamojskiego, a w następną zaraz sobotę, więc szóstego dnia po zgodzie, ogłasza dekret, rozwiązujący Towarzystwo Rolnicze.

Posłuchajmy, jak to opisuje p. Koźmian: „Wielopolski przybył do Zamojskiego na święcone. Po chwili Zamojski, Wielopolski i kilku członków komitetu idą do osobnego pokoju. Następuje dłuższa narada, rozmowa o wspólnej pracy i działaniu. Wielopolski wzywa do niej, podaje do niej rękę, Zamojski okazuje zadowolenie”.

„Nastąpiło rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego. Odtąd zapanował otwarty antagonizm; głuchy istniał od początku. Wielopolski ani słowem nie dał był do zrozumienia podczas święconego, że rozwiązanie jest postanowione. Zamojski poczytał to za zdradę”.

A czymże to innym było, jeżeli nie zdradą, popełnioną przeciw osobom, z którymi margrabia porozumiewał się podczas owego święconego? Treści owej rozmowy i narady nie znamy. Ale p. Koźmian stwierdza, że Wielopolski podawał rękę do wspólnej pracy, a Zamojski okazywał zadowolenie. Więc oczywiście jakieś, jeżeli nie porozmienie, to przynajmniej zbliżenie nastąpiło, a tymczasem w tej chwili, kiedy margrabia prezesowi Towarzystwa Rolniczego komitetowi rękę podaje do zgody, już jest u niego postanowione rozwiązanie tego Towarzystwa, które było ukochanym dzieckiem Zamojskiego, w którym on widział tak dzielny środek podźwignięcia kraju i rzetelnej dla kraju pracy. I margrabia „ani słowem nie daje do zrozumienia”, że ten zamach na Towarzystwo ma nastąpić! Pytamy, czy można tak postępować z ludźmi, z którymi się chce porozumienia i zgody? Czy takie postępowanie może obudzić zaufanie? I czy nie miał Zamojski racji, gdy to potem zdradą nazywał? A nie można twierdzić, że margrabia idąc na owe święcone, nie myślał jeszcze o bliskim rozwiązaniu. Wszystkie źródła stwierdzają, a p. Koźmian za nimi powtarza, że Wielopolski, podczas rokowań o wejście do rządu, rozwiązanie Towarzystwa postawił jako warunek. Gorczakow o warunku tym mówił: „nie mówmy o tym teraz” – bo się obawiał następstw. Ale margrabia nalegał. Zaraz po święconym u Zamojskiego przystąpił do wykonania swego zamiaru.

„Margrabia zredagował dekret, znoszący Towarzystwo Rolnicze, nie na posiedzeniu całej rady administracyjnej, jak chciało prawo, ale sam, i gotowy już protokół pojedynczo zwoływani do Zamku członkowie Rady podpisywać musieli; przekonał się jednak zaraz, jak w samym rządzie niektóre osoby są temu przeciwne. Gorczakow wahał się z położeniem swego podpisu na odnośnej uchwale Rady administracyjnej; jak gdyby w przeczuciu widział przed oczyma swej duszy nowe zaburzenia, może nową krew, która miała zatruć mu ostatki jego życia. Drzewiecki, dyrektor komisji oświecenia, wprost i stanowczo odmówił swego podpisu, raz dlatego, że dekret nie był legalnie sporządzony, a potem, że nie chciał przyjmować solidarności z aktem, który uważał za zły i zgubny dla kraju” (Historia dwóch lat). Toteż bezzwłocznie dostał dymisję z urzędu dyrektora.

Ale gdybyśmy nawet pominęli te okoliczności, które towarzyszyły rozwiązaniu, ową rozmowę na święconym, po której Zamojski musiał rozwiązanie uznać za zdradę, owo nieprawidłowe postępowanie na radzie administracyjnej i przełamywanie słusznego oporu członków Rady, sam fakt rozwiązania Towarzystwa był wielkim błędem politycznym. Przypominamy, że zezwolenie na zawiązanie Towarzystwa było jednym z pierwszych ustępstw rządu dla kraju za nowego panowania, a cofnięcie tego ustępstwa uczynił Wielopolski jednym z pierwszych aktów swego rządu!

Przypominamy, że Towarzystwo liczyło przeszło 2000 członków, a śmiało rzec można cały kwiat inteligencji, że było bardzo popularnym w kraju, że prezesem miało Andrzeja Zamojskiego i od wojny z tą siłą rozpoczyna margrabia swoją polityczną akcję!

W ręce Towarzystwa Rolniczego złożoną była sprawa włościańska, która wtedy w umysłach polskich pierwsze zajmowała miejsce, była przedmiotem troski całego społeczeństwa. Rozwiązując Towarzystwo, nie dając równocześnie krajowi żadnego reprezentacyjnego ciała (bo przecież Rady stanu takim ciałem uznać nie można), margrabia postąpił znowu według swojej maksymy, iż „z Polakami” nic dla nich dobrego zrobić nie można. Skoro zaś rozwiązanie kwestii włościańskiej było przez cały kraj odczutą i zrozumianą najistotniejszą potrzebą społeczną danej chwili, to odejmując krajowi możność zajmowania się tą sprawą za pomocą legalnego organu, margrabia dał tylko silniejszą podnietę tym, którzy tę kwestię innymi drogami rozwiązaną mieć chcieli.

Dla p. Koźmiana jednak rozwiązanie Towarzystwa było „czynem politycznego rozumu”, a to z powodu, że Towarzystwo „popełniło błąd główny, odrzucając w komitecie adres Wielopolskiego, wniesiony przez Tomasza Potockiego[40], przyjmując redakcję Stawiskiego. Tym sposobem bowiem gwoli ruchu i w duchu spisku, zamiast stanąć na gruncie określonego przez rząd kompromisu, przyjęło ogólnikowy program, w którym mieściło się to wszystko, co do zerwania z rządem doprowadzić musiało. Stąd przyczyna dalszych błędów białych; stąd konieczność dla komitetu i Towarzystwa pójścia z ruchem i na rzecz spisku. Przestawało być władzą moralną kraju, bo w usługach rewolucji moralnej pracowało by odtąd dla celów spisku”.

Całe to rozumowanie jest bardzo naciągane. Że adres, określający jasno życzenia kraju był lepszym od mglistego i niejasnego, to niewątpliwe, ale z tego bynajmniej nie wynika, żeby adres Stawiskiego był zdolnym pewniej do zerwania z rządem doprowadzić, niż projekt Wielopolskiego. Wszak w projekcie tym powiedziano, „że jedyną spójnią między monarchą a narodem jest konstytucja z roku 1815”, a dalej następuje dowód, że ta konstytucja dotąd legalnie zniesioną nie jest. A wszakże, jeżeli co musiało być w Petersburgu w ogóle i przez cara samego źle przyjętym i wywołać jakąś odpowiedź, która by była tylko sytuację bardziej zaostrzyła, to owo twierdzenie, iż konstytucja roku 1815 jest jedyną spójnią między carem a narodem, twierdzenie, z którego przecież z nieprzepartą logiką wypływa, że przez zerwanie tej spójni, przez faktyczne zniesienie konstytucji, car i carat utracił prawo do Królestwa. Że adres Stawiskiego nie stał się przeszkodą do kompromisowej polityki Wielopolskiego, dowodzi fakt, iż pomimo adresu zdecydowano się w Petersburgu na ustępstwa. Czy adres Wielopolskiego nie byłby temu przeszkodził, tego nie wiemy, chociaż wątpliwość pod tym względem jest w myśl powyższej naszej uwagi dopuszczalna.

Nie można też zrozumieć, za pomocą jakiej logiki twierdzić może p. Koźmian, że Towarzystwo Rolnicze, gdyby przyjęło projekt adresu Wielopolskiego, byłoby stanęło „na gruncie określonego przez rząd kompromisu”? Wszak wtedy, gdy się traktowała sprawa adresu, Wielopolski nie był jeszcze w rządzie, nie mógł działać w imieniu rządu ani żadnej dawać rękojmi, że żądania, w jego adresie zawarte, będą przez rząd przyjęte.

Z różnicy tych dwóch adresów wyprowadza p. Koźmian wniosek, że Towarzystwo „pracowałoby odtąd dla celów spisku”. A cóż się stało po rozwiązaniu i wskutek rozwiązania? Oto właśnie to, czego przez rozwiązanie miano uniknąć, to jest, że Towarzystwo pracowało faktycznie na rzecz spisku. Jedni z Towarzystwa po rozwiązaniu przystąpili wprost do ruchu, większość utworzyła tak zwaną „organizację białych”, która była dla polityki margrabiego o wiele więcej szkodliwą, niż jawnie istniejące Towarzystwo.

Skutkiem zatem tego „czynu politycznego rozumu”, jakim według p. Koźmiana było rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego, było to, iż obok poczynającej się wówczas na większą skalę organizacji czerwonych, powstała druga tajna organizacja białych. W ten sposób konserwatywna część społeczeństwa, z którą przede wszystkim szukać należało kompromisu, popchniętą została przez margrabiego na drogę tajnego działania, co stało się bardzo silną podnietą ruchu. Dalszym skutkiem rozwiązania było, iż dało ono powód do wielkiej manifestacji 8 kwietnia i do owej pamiętnej rzezi na ulicach Warszawy, wobec której bledną wypadki 27 lutego. Że margrabia nie przewidział, iż z powodu rozwiązania Towa­rzystwa krew popłynie, można zrozumieć. Ale jeżeli nie przewidział, że rozwiązaniem tym przyczyni się do zrewolucjonizowania kraju więcej, niż wszystkie dotychczasowe starania czerwonych uczynić to mogły; jeżeli nie wiedział, że dekret ten podpisując, kopie przepaść między sobą a partią „białych”, bez której już tylko bagnetem można było w kraju rządzić; jeżeli nie rozumiał, że od czasu lutowych wypadków najstaranniej unikać trzeba wszystkiego, co rozdrażnienie spotęgować może, to zaprawdę nie świetnie to świadczy o jego politycznym rozumie. Wszak przewidywanie następstw jest pierwszą znamienną cechą prawdziwego męża stanu. Jeżeli wyobrażał sobie, że ludzie w ogóle, a już szczególniej w Polsce, pozwolą
z sobą tak postępować, jak on postąpił z Zamojskim, gdy na owym święconym mówił o porozumieniu, a zaraz potem rozwiązał Towarzystwo; jeżeli sądził, że do wprowadzenia kraju i rządu na drogę kompromisu, wystarcza mu wątpliwe zresztą zaufanie rządu, a bez zaufania kraju obejść się może, to dowodzi, że rządzić nie umiał i politykiem nie był. Bo nie rządzi się i nie prowadzi się polityki pisaniem dekretów, ale ludźmi i przez ludzi. A kto stoi zupełnie odosobniony, kto się w tym odosobnieniu lubuje, kto zaufania budzić nie umie i nie chce, ten tylko siłą rządzić potrafi, póki mu się ta siła w ręku nie skruszy.

Rozwiązanie Towarzystwa zostało potępione jednomyślnie przez całą opinię kraju. „Ludzie najspokojniejsi, najchłodniejsi, unosili się, nawet przyjaciele serdeczni i wielbiciele margrabiego z pewnym oburzeniem wewnętrznym i bólem patrzyli na ten krok jego, którego pojąć ani wytłumaczyć sobie nie mogli, nie przypuszczali bowiem, by Wielopolski był zdolny swe urazy prywatne mścić publicznie i ze szkodą interesów najdroższych kraju” (Hist.). Jeżeli zaś kto całą opinię kraju uważa – jak p. Koźmian – za zbałamuconą, to już chyba zbałamuconym nie był najwierniejszy margrabiego przyjaciel i wielbiciel, który nim pozostał do końca, A. Z. Helcel[41], a który jednak pisał, że „polityki rozwiązania Towarzystwa Rolniczego zrozumieć nie mogliśmy”, i który „stracił wiarę nie w dobre chęci Wielopolskiego, ale w zdolność praktycznego zastosowania głębokiej, teoretycznej znajomości sztuki rządzenia”.

Rozwiązaniem Towarzystwa Rolniczego oburzył margrabia na siebie cały kraj, a przede wszystkim szlachtę, przemową do duchowieństwa (2 kwietnia) oburzył całe duchowieństwo. „Jestem członkiem rządu najjaśniejszego pana; nigdzie, o ile to we mnie będzie, a tym bardziej w moim zakresie, rządów żadnych w rządzie nie uznam. Spod ustaw postanowionych nikomu samowolnie wyłamywać się nie dam”. Ta groźba zupełnie niepotrzebna, niczym nie prowokowana, ten ton wobec biskupa co najmniej bardzo niewłaściwy, tym bardziej oburzyły, że w dwa dni później, przyjmując żydowską zwierzchność wyznaniową, miał dla niej margrabia same tylko miodowe słowa. Posypały się protesty ze strony duchownych, które oczywiście znowu oddziałały na opinię kraju w sposób dla margrabiego najgorszy. Nastąpiły wypadki 8 kwietnia. Krew zbroczyła ulice Warszawy. Już nie 5 ofiar jak 27 lutego, ale według jednych 84, według innych 200, padło pod strzałami żołnierzy moskiewskich.

Od tej chwili wypadki zaczynają się stanowczo przechylać na stronę ruchu. Wielopolski został zupełnie odosobniony. Stronnictwo „białych” przeprowadza formalną w kraju organizację, na której czele staje „dyrekcja”. Stronnictwo ruchu dotąd w rozlicznych kółkach rozstrzelone, zaczyna się coraz bardziej skupiać w sobie, systematycznie organizować, dąży do wytworzenia tajnej władzy, która w końcu jako „komitet centralny”, a następnie jako „Rząd Narodowy” obejmuje rzeczywiste rządy kraju obok władz carskich. Oba więc kierunki, umiarkowany i skrajny, stoją zorganizowane, margrabia tylko stoi sam, bez stronnictwa, oparty jedynie o władzę rządową, o siłę bagnetów, zbroczonych świeżo krwią bezbronnych. Wszystko w kraju przeciw niemu się zwraca, tak że właściwie stał z jednej strony odosobniony margrabia, z drugiej kraj cały. „Czas”, który wtedy w niezwykle wielkiej liczbie egzemplarzy do Królestwa się dostawał, najgorętszą przeciw margrabiemu prowadził opozycję, systematycznie stanowisko jego podkopując. Nic może tak jaskrawo nie charakteryzuje stopnia tej powszechnej przeciw margrabiemu niechęci, jak listy Andrzeja Koźmiana (ojca autora książki, o której mowa), który był jednym z filarów paryskiego Hotelu Lambert, a więc tej emigracji, którą autor nazywa „rozsądną” w przeciwstawieniu do „szalonej”. Oto, kiedy w czerwcu 1861 umarł wielki włoski mąż stanu, Camillo Cavour[42], A. Koźmian ubolewa nad tym, że Włochy taką stratę poniosły i że Polska ma jeszcze swego margrabiego Wielopolskiego! Jeżeli tak się zapatrywali
i wyrażali „rozsądni”, to skądże i za co takie zawsze gromy i potępienia na „szalonych”?

To zachowanie się konserwatystów polskich wobec margrabiego i ta ich przeciw niemu systematyczna opozycja jest jednym z najciekawszych zjawisk tego okresu przedpowstaniowego. Wszak ci konserwatyści, którzy w kraju chcieli „organicznej pracy”, musieli w konsekwencji chcieć dla kraju spokoju, nie mogli też nie rozumieć tego, że ta spokojna praca musi się oprzeć o przyznane przez rząd koncesje, które szersze do niej otwierały pole. Z tego zaś konsekwentnie wypływała polityka korzystania z reform Wielopolskiego, wejścia w jego system, wspólnej z nim pracy. Również i ci, którzy z Paryża chcieli prowadzić politykę oparcia się o obcą pomoc, a wiedzieli wówczas bardzo dobrze, że chwila, w której Napoleon III stara się o sojusz z Rosją, nie jest taką, w której by się tej obcej pomocy spodziewać można, powinni byli na razie na tej samej znaleźć się drodze.

Jeżeli tedy jedni i drudzy, którzy w gronie swym mieli ludzi bardzo światłych, rozumnych, wytrawnych, weszli na drogę, która stanowczo nie była zgodną z ich konserwatywnymi przekonaniami; jeżeli w wysokim stopniu przyczyniali się do podniecenia ruchu, którego ostatecznej konsekwencji tak bardzo się dla kraju obawiali; jeżeli – tak stanowczo i z taką prawie namiętną niechęcią odtrącali człowieka, który przedstawiał punkt oparcia dla ich konserwatywnych przekonań, to czemu to zjawisko przypisać? Było w nich tak mało patriotyzmu, że świadomie przykładali rękę do tego, co zgubne dla kraju uznawali? Tak mało rozumu politycznego, że nie przewidywali następstw swego postępowania? Tak mało charakteru politycznego, że dla popularności nie umieli stawić czoła ruchowi? Te same smutne pytania same się nasuwają i nic łatwiejszego, jak dzisiaj, po faktach, wydać wyrok potępienia, który o wiele więcej byłby usprawiedliwiony wobec tych, którzy działali niewątpliwie niekonsekwentnie, niż wobec stronnictwa ruchu, które działało według swoich przekonań.

A jednak wyroku takiego wydawać się nie powinno. Wyjątkowych chwil w dziejach i ludzi działających w takich chwilach nie można mierzyć tą samą miarą, jaką się przykłada do ludzi i wydarzeń
w czasach normalnego, spokojnego toku wypadków. Rewolucji nie robi kilku ludzi, którzy się na to zmówili, rewolucję wywołuje psychiczny nastrój narodu. A od chwili wypadków włoskich ten psychiczny nastrój w narodzie polskim był tak wyjątkowy, a tak zrozumiały, że daremne by dziś było poszukiwanie „winowajców” i takie rozdzielanie „winy”, jakiego się p. Koźmian podejmuje. Naród pod wpływem tych okoliczności zewnętrznych, o których mówiliśmy poprzednio, domagać się począł swych praw. Widzi gdzie indziej świetne zwycięstwo idei narodowości, widzi w całej Europie, nawet w konserwatywnej Austrii, zwrot ku swobodom politycznym i uznaniu praw narodowych. Pierś jego rozpiera pragnienie swobody. Warszawa to serce kraju objawia, manifestuje to pragnienie swobody. Lud bez broni występuje na ulice; pieśnią narodową i religijną woła o te prawa, które mu odjęto. Padają strzały, krew bezbronnych popłynęła. Duch stolicy, a za nim duch całego kraju podnosi się do pojęcia ofiary, którą zdobywa się prawa… I wypadki zdają się przyznawać mu słuszność. Władza despotyczna, sile swej zawsze ufająca, cofa się, chwilowo ustępuje zupełnie z ulicy. Mija miesiąc zaledwie, a carat skłania się do ustępstw. Niestety, ustępstwa te, które przed paru laty jeszcze byłyby na razie wystarczyły, teraz dla podniesienia ducha w narodzie są za małe. Niestety, wykonanie ich złożono w ręce człowieka, który – słusznie czy niesłusznie – znienawidzony był w narodzie. Niestety, człowiek ten zamiast koić, drażni i jątrzy, niweczy stworzoną przed kilku laty prawdziwie narodową instytucję. I oto zaledwie dziesięć dni minęło od wejścia do rządu margrabiego, lud podrażniony znowu z pieśnią na ustach wychodzi na ulice miasta i znowu krew się leje, ale już nie małą strugą, jak przed dwoma miesiącami. „W krwawym starciu przywrócony porządek” – powiada margrabia do przedstawiających mu się urzędników sądowych. Ale ta krew stanęła między narodem a rządem – a tego rządu reprezentantem był margrabia.

Te zaś fakty zestawiwszy, można ubolewać, że po tym krwawym starciu nie nastąpiło uspokojenie, ale nie można nikogo w Polsce potępiać za to, że się nie solidaryzował z rządem i systemem, który się zbroczył krwią bezbronnych. Bo stworzona została sytuacja, w której uczucie naturalnie bierze górę nad chłodną rozwagą. I nie trzeba na to było specjalnych polskich „wad i grzechów”, tak samo byłoby się stało u każdego żywego narodu. Temu ulegli także i konserwatyści polscy. Stali się niekonsekwentnymi jako politycy, bo im uczucie polskie nie pozwalało przystąpić do rządu, który za całą sztukę rządzenia miał brutalną siłę i który z niej tak krwawy zrobił użytek.

Tym się też tłumaczą różne inne z owych czasów objawy, które dla p. Koźmiana (a nie mniej i dla Z.L.S.) są niepojęte, dlatego właśnie, że nie biorą oni dostatecznie w rachubę czynników psychicznych. Dziwi się p. Koźmian w kilku miejscach swej książki, dziwią się pisarze duchem mu pokrewni, czym się to stać mogło, że „spisek” ogarnął tak szerokie warstwy społeczeństwa, że wszyscy byli mu posłuszni, że cała rządowa organizacja policyjna i żandarmska okazała się bezsilną, bo „spisek” o wszystkim, co ta rządowa organizacja przedsięwziąć chciała, był zawiadomiony przed wykonaniem, a przeciwnie – władza nie wiedziała nigdy, co spisek uczynić zamierza. A jednak, tak łatwo to zrozumieć, gdy się wie, że od dni kwietniowych były w Warszawie właściwie tylko dwa obozy: polski i rosyjski, że całe społeczeństwo polskie stanęło solidarnie przeciwko tej władzy, która na ulicach Warszawy krew bezbronnych przelała. Organizacja narodowa w tych czasach nie była jeszcze ujęta w formy tak ścisłe, jak później za komitetu centralnego i Rządu narodowego, ani też nie była tak liczna. A jednak służył jej każdy: urzędnik, woźny, stróż kamieniczny, sługa będący na służbie u Rosjanina, dziewczyna sklepowa, kelner, służył nawet bez wciągnięcia w organizację, bez zaprzysiężenia, służył, bo w tym rządzie, co rzeź kwietniową wyprawił, widział wroga, a w każdym, kto temu rządowi szkodzić chce, widział brata, któremu rękę podać trzeba. Ileż to razy od ludzi zupełnie nieznanych otrzymywali członkowie organizacji ostrzeżenia, ileż razy zdarzało się, że ktoś ścigany przez policję, nieznanemu przechodniowi wsunął papiery w kieszeń, szepnął adres, pod którym papiery mają być oddane i nie tylko nie było zdrady, ale polecenie zostało najściślej wykonane. Cała ludność zajęła stanowisko odporne i obronne, cała tworzyła solidarny obóz, z którym walka była zaiste trudną.

P. Koźmian jednak, któremu zawsze przyświeca ideał silnej władzy, chociażby to była władza obca i tyrańska, zarzuca władzy, że była słabą, zarzuca Wielopolskiemu, że nie umiał wyłowić naczelników „spisku”, ażeby łeb uciąć hydrze.

Przeciw temu „zarzutowi” musimy margrabiego wziąć w obronę wobec jego wielbiciela. Na dobrej chęci schwytania przywódców ruchu, ukarania ich i zrobienia nieszkodliwymi, z pewnością margrabiemu nie zbywało. A jeżeli mu się to nie powiodło, nie dowodzi to ani słabości, ani niezręczności jego i podwładnych organów rządowych, dowodzi tylko, że za tymi przywódcami ruchu i za tą organizacją narodową stała ludność cała – i na każdym kroku przychodziła im w pomoc. W każdym razie jest bardzo charakterystyczne, że jedynym zarzutem, który p. Koźmian margrabiemu zupełnie poważnie czyni i od którego go nie zwalnia, jest, że nie umiał być dość stanowczym i dość surowym przeciw własnym rodakom.

Toteż w konsekwencji tego stanowiska p. Koźmian zupełnie usprawiedliwia i chwali pomysł branki, zarzuca tylko błędy w wykonaniu. „Pomysł, acz spóźniony, mógł być skuteczny, ale wykonanie chromało od początku do końca. I znowu myśl była rozumna, działanie nieodpowiednie”… „Trzeba było zaślepienia rozsądnych i zachowawczych żywiołów albo zupełnego zniknięcia ich ze społeczeństwa, aby nie dojrzeć w ówczesnych okolicznościach korzyści takiego poboru, i zohydzić go”.

Więc branka była według p. Koźmiana myślą rozumną, a korzyści tego poboru tylko zaślepieni mogą nie uznawać.

Trudno nam naprawdę zapanować nad oburzeniem, gdy na te równie niedorzeczne, jak niecne twierdzenia mamy odpowiadać. Dreszcz przechodzi na myśl, że znalazł się w Polsce pisarz, który
z zimną krwią z tą proskrypcją się solidaryzuje. Pan Koźmian mówi na czele drugiego tomu o trzech stopniach upadku i twierdzi, że upadek Polski był upadkiem trzeciego, najwyższego stopnia. Gdyby jego sposób myślenia się w umysłach polskich przyjąć, byłby to upadek nie trzeciego, ale jakiegoś setnego stopnia, istotnie „wyjątkowy i w dziejach jedyny”.

Ale o tej stronie sprawy możemy więcej nie mówić. Ubliżylibyśmy czytelnikowi, gdybyśmy przypuszczali, iż pochwalanie owej branki nie obudzi w nim uczucia takiego oburzenia, któremu zaprawdę najwymowniejsze nawet usta dość silnego wyrazu dać nie zdołają. Mówmy więc o rzeczy z tego stanowiska, czy pomysł branki był istotnie „rozumny” i czy był „korzystny”.

„Reskryptem z 26 października 1862 roku ogłosił rząd po raz pierwszy od wojny krymskiej konskrypcję, ale na wyjątkowych zasadach”. Na czymże polega ta wyjątkowość? Rada administracyjna Królestwa w reskrypcie z 6 grudnia 1862 roku wyraźnie to wypowiada: „Ponieważ jednym z głównych celów tego poboru jest pozbycie się części ludności, która postępowaniem swoim przyczynia się do zamieszania porządku społecznego, przeto Rada każe brać osoby źle zanotowane w ostatnich wypadkach, bez względu na to, czy wypadnie wziąć z jednego miasta lub jednego wyznania więcej popisowych, aniżeli z drugiego”. Uwolniono od poboru wojskowego „włościan czynszowych, czeladź dworską i właścicieli ziemskich; polecono zaś brać osoby wykazane przez policję i to wbrew ukazowi z 15 marca 1859, zaprowadzającemu losowanie”. Nie był to zatem legalny pobór do wojska, w którym prawo orzeka, kto się ma stawić, a los wskazuje, kto z zobowiązanych ma być wzięty, było porywanie do wojska tych, których policja wskaże jako źle zanotowanych. Taki przez policję wskazany może posiadać wszelkie prawne warunki uwolnienia od służby, musi być jednak wzięty, jeżeli się wydaje niebezpieczny. A do tego dodajmy uwolnienia powyżej przytoczone, podyktowane oczywistym zamiarem kokietowania z włościanami i właścicielami ziemskimi. Była to więc proskrypcja w pełnym tego słowa znaczeniu, i jeżeli prawda, że Wielopolski sam ją tak nazwał wobec wielkiego księcia Konstantego, to świadczyłoby tylko, iż margrabia zupełnie jasno zdawał sobie sprawę ze znaczenia tego środka, który na jego wniosek został przez rząd przyjęty i wykonany.

Czy – ze stanowiska Wielopolskiego rzecz sądząc – był to krok „rozumny” i „korzystny”? Oczywiście celem branki miało być stłumienie całego ruchu. Ale czy można było przypuszczać, że nawet przy bardzo zręcznym, sprężystym wykonaniu ten cel zostanie osiągnięty? Ażeby stłumić ruch, który miał już wtedy swoją władzę w komitecie centralnym i swoją rozgałęzioną organizację, na to trzeba było przede wszystkim uchwycić tych, którzy stali na czele, a więc członków komitetu centralnego i jego główne organa wykonawcze. Skądże pewność, że przeprowadzając proskrypcję osób „źle notowanych” i to tylko kategorię wieku popisowego, uchwyci się właśnie czoło organizacji? Rząd miał przez półtora roku dość czasu do przekonania się, iż w działaniu swym przeciw organizacji postępuje po omacku, że policja ma ponotowane osoby, które manifestacyjnie zachowały się na ulicach, ale o samej organizacji nie mają wyobrażenia. Mógł zatem margrabia przewidzieć, że na najszerszą nawet skalę przeprowadzona proskrypcja nie osiągnie zamierzonego celu. Jakoż istotnie, ocalał komitet centralny, ocalało czoło organizacji. Był jednak w ruchu czynnik jeszcze jeden, który się uchwycić nie dał, a tym była cała ludność stolicy, stojąca po stronie organizacji i dająca jej na każdym kroku czynne poparcie. Z tej ludności można było wyrwać kilka tysięcy młodzieży, a zostałyby zawsze zastępy gotowe na wezwanie komitetu centralnego uzupełnić luki powstałe w organizacji. Proskrypcja zatem nie była krokiem rozumnym, bo nie prowadziła do celu. Nie była krokiem korzystnym, bo i to można było przewidzieć, że wywoła ona u zagrożonych proskrypcją rozpacz, która łatwo może doprowadzić do ostateczności, u pozostałych rodzin rozgoryczenie, oburzenie, rozdrażnienie, do najwyższego posunięte stopnia. Jeżeli zadaniem, które sobie postawił Wielopolski, miało być uspokojenie ludności, to naprawdę aktem gwałtu, jakim miała być proskrypcja, takiego celu się nie osiąga. To już – ze stanowiska p. Koźmiana – o wiele „rozumniejszymi” były i większą „korzyść” przedstawiały środki zarządzone przez Murawiewa na Litwie[43], te bowiem były zupełnie radykalne i cel swój osiągnęły…

Branka faktycznie wywołała powstanie. Rząd narodowy znał doskonale stan zupełnego braku przygotowań do tego, ażeby powstanie mogło jaką taką siłę w pierwszej zaraz chwili rozwinąć. Wszak broni nie było! Zakupioną już broń zabrała, a tych, co ją kupowali, zaaresztowała Francja! Nie było oficerów rozlokowanych po kraju tak, ażeby mogli pierwszymi zaraz ruchami powstania pokierować
i ująć je w jakie takie karby wojskowego ładu. Komitet centralny zatem powstania w styczniu nie chciał. Sprzeciwiał mu się nawet w chwili wykonywanej branki. Ale młodzież zagrożona proskrypcją schroniła się do lasów, organizacja wywarła na komitet presję i to nie tylko warszawska, ale organizacja całego kraju reprezentowana przez wojewódzkich komisarzy komitetu. Proskrypcja wykonana w Warszawie w nocy (!) z 14 na 15 stycznia, nakazaną była dla całego Królestwa na 27 stycznia. Hasłem się stało: lepiej zginąć, niż dać się porwać i pod naciskiem całej krajowej organizacji, komitet centralny ogłosił powstanie.

Branka była zatem ostatnim, największym błędem Wielopolskiego. Celu nie osiągnęła, bo go osiągnąć nie mogła, skutek jej był wręcz przeciwny zamierzonemu. „Wrzód pękł” – według wyrażenia margrabiego. Powstanie bez przygotowań, bez broni, bez planu, bez dostatecznej liczby oficerów, z bajecznie małą liczbą walczących w pierwszych zwłaszcza chwilach nie miało żadnej szansy zwycięstwa już nie tylko bez obcej pomocy, ale też i dłuższego trwania. […]

Książka p. Koźmiana nie jest historią ruchu narodowego lat sześćdziesiątych. Nazwa Rzecz o 1863 jest większą niż treść książki, która raczej powinna była być zatytułowana: Udział konserwatystów krakowskich a szczególniej p. Koźmiana i jego przyjaciół w powstaniu roku 1863. Historyczna i źródłowa wartość książki prawie żadna, z dzieła Klaczki, z Materiałów do historii powstania, z kilku monografii zaczerpnie czytelnik o wiele więcej i bardziej wiarygodnych wiadomości. Dążność polityczna, przedstawiona i rozwinięta w pierwszym rozdziale drugiego tomu, wręcz zgubna, bo stawia jako program wyrzeczenie się idei państwowej, idei niepodległości dla ratowania „bytu narodowego”, którego istoty autor nie określa. Sąd zaś autora o wypadkach, a sąd ten, jak widzimy z pierwszego rozdziału pierwszego tomu, był głównym celem książki, do najwyższego stopnia stronniczy, niesprawiedliwy i płytki.

Nie było powstanie, jak chce przedstawić p. Koźmian, robotą „szalonych” konspiratorów i agitatorów, było sumą i wynikiem całego szeregu faktów historycznych, które do niego doprowadzić musiały.

Æwierćwiekowy ucisk mikołajowski doprowadził naród do prawdziwie rozpaczliwego przygnębienia.

Śmierć Mikołaja, objęcie rządów przez nowego cara, poprzedzonego opinią wolnomyślności, wiadomość, iż podczas kongresu paryskiego wywarto na Rosję nacisk w kierunku ulg narodowych dla Polaków i uzyskano pewne przyrzeczenia, rozbudza nadzieje Polaków.

Młody car doznaje entuzjastycznego przyjęcia ze strony całej bez wyjątku ludności Warszawy, szlachta polska garnie się do niego, konserwatyści próbują wnieść memoriały i adresy z przedstawieniem życzeń kraju, słowem: Królestwo samo wchodzi na zalecaną mu dziś przez p. Koźmiana drogę kompromisu z zaborczym rządem.

Car odrzuca kompromis, adresów nie przyjmuje, dążenie do narodowych praw nazywa marzeniem, które każe odrzucić, zapowiada „srogość”, chociaż jeszcze nikt winy żadnej nie poniósł, naród mimo to trwa na drodze legalnej, zachowuje się spokojnie, czeka trzy lata.

Wybucha wojna włoska, pierwsze czynne a zwycięskie podniesienie przez Napoleona idei narodowości, ruch narodowościowy podnosi się w całej Europie, Austria wchodzi na drogę konstytucjonalizmu i uznania praw narodowych, ruch z konieczności udziela się Polakom pod zaborem rosyjskim.

Rząd carski mimo to nie wchodzi na drogę ulg i kompromisu z narodem, który uważa jako podbite, niewolnicze plemię, skutkiem tego rozdrażnienie wzrasta, lud warszawski wychodzi na ulicę dla zamanifestowania poczucia praw narodowych, pierwsza krew bezbronnych zbracza ulice Warszawy.

Rząd, przerażony tą krwią, cofa się, oddaje część swej władzy w ręce ciała na pół reprezentacyjnego, powstałego na skrwawionym bruku stolicy, uznaje przez to i siłę, i prawo narodu, dotąd ciemiężonego.

To zwycięstwo „ulicy” staje się też pośrednio zwycięstwem głównego reprezentanta polityki kompromisowej, carat późno nieco przychodzi do przekonania, że trzeba kraj uspokoić przez częściową formę jego administracji.

Do rządu wchodzi Wielopolski i przynosi tam ze sobą niedostateczne, częściowe reformy, ale z nimi razem wnosi do rządu swoją olbrzymią niepopularność, swoją nieograniczoną pychę, swoją fatalną maksymę, iż „z Polakami nic dla Polaków dobrego zrobić nie można, tylko bez nich”.

Zaczyna też rządy swoje od aktu, który był pierwszym jego wielkim błędem, który wszystkich przeciw niemu oburzył i który sprawił, że od tej chwili stanął po jednej stronie Wielopolski sam, po drugiej kraj cały, od rozwiązania Towarzystwa Rolniczego.

Następstwem tego błędu była manifestacja 8 kwietnia, stłumiona w strumieniach krwi. Cała opinia w Polsce, nie wyjmując bliższych margrabiego przyjaciół, zwraca się przeciw niemu. Cały bez wyjątku konserwatyzm polski staje wraz z partią ruchu przeciw Wielkopolskiemu. „Czas”, reprezentujący opinie tak zwanych „rozsądnych”, czyni wszystko, co tylko dziennik uczynić może, ażeby stanowisko margrabiego podkopać, trwa w tej polityce do samego wybuchu powstania, podsyca ruch.

Wreszcie margrabia ucieka się do nielegalnego środka wyjątkowego poboru wojskowego, doprowadza do rozpaczy zagrożoną tym poborem młodzież i przyspiesza przez to wybuch powstania, bez należytych przygotowań.

Konserwatyści – „rozsądni” – przerażeni wypadkiem, do którego sami swoim kilkuletnim postępowaniem w wysokim stopniu się przyczynili, nie wiedzą, co robić. Przez trzy tygodnie wahają się między potępieniem powstania a wzięciem w nim udziału, i czekają hasła z Paryża! Tymczasem krew płynie, a krew to dziwny sok! Wśród konserwatystów samych zaczynają niektórzy już mówić o „popieraniu” powstania. Wreszcie konwencja prusko-moskiewska wyprowadza gabinet paryski z dotychczasowej obojętności wobec sprawy polskiej. Z Paryża wychodzi hasło: „wytrwajcie!”. Konserwatyści idą na to hasło, przystępują do powstania, i oni, którzy wczoraj jeszcze myśleli, jakby to powstanie potępić, teraz starają się nim owładnąć i z największą szkodą dla powstania samego i z najzgubniejszymi skutkami dla dalszych losów narodu istotnie na przebieg sprawy wpływ wywierają. Stwarzają dyktaturę, której nieunikniony upadek był pierwszym wielkim ciosem, paraliżującym zapał walczącego narodu. Wydają hasło „przewlekania”, które przeszkadza rozwinięciu większych sił i większej energii, zamienia walkę w zbrojną demonstrację, wprowadza do niej czynnik demoralizacji żołnierzy i wodzów. Przyjmując dane z Paryża hasło „rozszerzenia granic powstania”, najniepotrzebniej przenoszą walkę na Ruś, rozpraszają siły zamiast je skupić wszystkie w Królestwie…

W ten sposób dla tego powstania, do którego swoim kilkuletnim postępowaniem w wysokim stopniu się przyczynili, ich przystąpienie stało się arcyszkodliwym, a co najważniejsze: rozszerzyli rozmiary klęski.

Tak się przedstawia rzecz choćby tylko na podstawie własnych zeznań p. Koźmiana. A wobec tego stronniczym a i śmiesznym zarazem staje się ten sędzia, który „rozdzielając odpowiedzialności”, mówi o „błędach szalonych” i o „pomyłkach rozsądnych”, zamiast oceniać wypadki w dziejowym związku z tym, co je poprzedziło; który źródła powstania szuka w samym tylko „spisku”, zamiast uznać, iż tym „spiskiem” był w tym wypadku cały naród, który wreszcie wszystko naokół usprawiedliwia i uniewinnia, tylko swego własnego narodu zrozumieć nie chce…

Poza tym nieusprawiedliwionym i stronniczym sądem o ludziach i wypadkach stoi ponura i rozpaczliwa p. Koźmiana o zerwaniu z programem niepodległości dla zachowania nieokreślonego bliżej „bytu narodowego” teoria, z którą rozprawiliśmy się w pierwszej części naszych uwag i łącznie z nią fałszywy zupełnie pogląd na dotychczasowe porozbiorowe usiłowania i prace, które p. Koźmian „zmarnowanymi” dla bytu narodowego uznaje.

Teorii tej politycznej i tego na stuletnie dzieje poglądu naród nigdy nie przyjmie. Ciężkimi nauczony doświadczeniami, przygnieciony jak cała Europa ciężarem militaryzmu, który wyklucza wszelką „ruchawkę”, świadom zresztą tego, iż zanim będzie mógł dojść do politycznego odrodzenia, musi przejść przez odrodzenie duchowe, musi wielu dawnych wad się pozbyć, a przede wszystkim dla sprawy narodowej pozyskać silną ludową podstawę, naród polski niezawodnie ustrzec się potrafi wszelkiego nieopatrznego przedsięwzięcia, które by naraziło owoce długoletniej pracy pokojowej. Ale nie wyrzeknie się nigdy swego politycznego ideału, nie zrzeknie się prawa do politycznego bytu, bo wie, że z chwilą, w której by to uczynił, popaść by musiał w zupełne zmaterializowanie, zatraciłby najlepszą cząstkę swej odpornej siły, która go dotąd przy życiu trzymała i że wtedy finis Poloniae stałoby się po raz pierwszy straszliwie realną prawdą. […]

Krytyczne nasze sprawozdanie o książce p. Stanisława Koźmiana uzupełnić musimy uwagami o tomie trzecim, który dzieło całe zamyka. W uwagach tych krócej streścić się możemy, tom trzeci bowiem niewiele zawiera nowych rzeczy, a w znacznej części jest tylko powtórzeniem, rozwałkowaniem, a poniekąd obroną myśli i poglądów wypowiedzianych w pierwszych dwóch tomach. Układ tomu trzeciego stwierdza w zupełności, co pisaliśmy o braku ładu i systemu w pierwszych dwóch tomach. Tom pierwszy, który ma być pierwszą częścią dzieła, zawierał jakoby historię powstania od jego wybuchu do upadku, historię udziału w nim Galicji, stronnictwa zachowawczego i tak zwanej „grupy krakowskiej”. Tomy drugi i trzeci są drugą częścią dzieła. W pierwszym rozdziale drugiego tomu autor rozwija swoje poglądy na przyczyny upadku państw, na trudność odbudowania państwa polskiego, na kwestię „niepodleg-łości i bytu narodowego” – przechodzi potem w drugim rozdziale do przedstawienia stanu wyobrażeń i dążeń politycznych w Polsce od 1831 do 1856 – w trzecim kreśli przyczyny ruchu lat sześćdziesiątych, w czwartym daje krótki rys wypadków od 1859 do wybuchu powstania 1863 roku, po czym w piątym i szóstym rozdziale tę samą rzecz rozwija obszernie. Przez cały zaś ciąg zarówno pierwszego jak i drugiego tomu, snuje się ciągle „rozdział odpowiedzialności”, rozważanie stopnia winy wszystkich czynników tego ruchu.

W trzecim tomie wraca autor znowu do przedmiotów już omawianych, poświęcając siódmy i ósmy rozdział znowu samej historii, zwłaszcza dyplomatycznej, powstania styczniowego; rozdział dziewiąty skutkom powstania; dziesiąty znowu rozdzieleniu odpowiedzialności i stopnia winy na wszystkie czynniki; ażeby następnie w rozdziale jedenastym rozwinąć znowu obszernie teorię o bycie narodowym bez bytu państwowego i zakończyć całe dzieło szumnym panegirykiem na „szkołę stańczykowską” i jej tak kolosalne w narodzie zasługi, że wprawić muszą w zdumienie samych twórców i głównych działaczy „szkoły”.

O pierwszych dwóch rozdziałach trzeciego tomu niewiele mamy do powiedzenia. Są one trochę lepiej i porządniej napisane od tego, co o tym samym przedmiocie czytaliśmy w tomie pierwszym. Dlaczego autor się tak powtarza, tłumaczy nam „Czas” w sposób bardzo ciekawy. Oto w pierwszym tomie autor zamierzał skreślić wrażenia wypadków, opisać, jak się te wypadki przedstawiały wówczas autorowi i jego przyjaciołom, w trzecim zaś tomie opisać je tak, jak się miały w rzeczywistości. Być może. Nam się jednak zdaje, że zamiar ten jest po prostu autorowi podsunięty dla obronienia go od zarzutu nieporządnego pisania i nużącego czytelników powtarzania się, zwłaszcza, że z pierwszego rozdziału pierwszego tomu, w którym autor kreśli plan całego dzieła, bynajmniej nie można wyprowadzić tego przez „Czas” podsuniętego mu zamiaru dwojakiego przedstawienia wypadków roku 1863, raz w świetle złudzenia, a drugi raz w świetle prawdy. A gdy zważymy ów brak ścisłości w przedstawieniu wypadków historycznych, który udowodniliśmy p. Koźmianowi w naszej poprzedniej pracy, a który jeszcze dokładniej, dosadniej i bardziej szczegółowo p. Bartoszewicz[44] mu udowodnił, że gdy zważymy, że autor pisze przeważnie z pamięci, a nie na podstawie przestudiowanych źródeł i że go ta pamięć bardzo często zawodzi, to okaże się, iż p. Koźmian w pierwszym tomie opisał, jak sobie dziś przypomina wrażenia, w toku wypadków odnoszone, a w trzecim, jak sobie dziś wyobraża rzeczywisty tych wypadków przebieg. Jedno i drugie czysto subiektywne, pozbawione tej przedmiotowości, jakiej tylko za pomocą poważnych studiów nabyć można, której zresztą autor sam z góry się wyrzekł, gdy napisał, że epoka roku 1863 swej historii mieć nie może! […]

Zastanawiając się w rozdziale X nad różnymi stopniami winy i odpowiedzialności, autor przecież do pewnego stopnia zaznacza i uznaje błędy Wielopolskiego, naturalnie redukując je do zupełnie podrzędnego znaczenia tak, żeby one w niczym nie zachwiały opinii, jakoby Wielopolski był prawdziwie wielkim, genialnym mężem stanu, jedynie znakomitym w ówczesnej Polsce politykiem. Trwając w błędnym według nas mniemaniu, że rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego było rozumnym i potrzebnym, przyznaje jednak p. Koźmian w trzecim tomie, że margrabia źle się wziął do rzeczy, iż sam sposób wykonania tego rozwiązania był błędny i powiada: „Wielopolski tym zniesieniem nie tylko obraził uczucia narodowe, ale także przeważną w kraju kastę szlachecką, co zawsze jest niebezpieczne. Znosząc Towarzystwo Rolnicze, stłukł tylko naczynie, pozostało zaś w całej pełni to, co obejmowało – szlachta. Tej, wbrew odwiecznej zasadzie rządzenia, ani się pozbył, ani się z nią przejednał. Zwiększał tylko stąd pochodzące trudności. Niebezpieczeństwo wzmogło się i niebawem przybrało nowy kształt Dyrekcji białej”. A dalej: „Wielopolski był politykiem głębokim, prawodawcą znakomitym; rządzić społeczeństwem i krajem nie zdołał, administrować nim skutecznie i dzielnie nie potrafił”, ale nie dlatego, że, jak twierdzi p. Koźmian, „do tego brakło mu czasu” – lecz dlatego, że rządzić nie umiał narodem, którym gardził, z czym się bynajmniej nie taił, przeciwnie, nieraz to bardzo szorstko objawiał – dlatego, że porę najlepszą do działania w myśl swego programu zaniedbał, a dostał się po tym do władzy za późno. Jeżeli margrabia był tak genialnym mężem stanu i jeżeli miał w Petersburgu tak bardzo „szczęśliwą rękę”, jak to p. Koźmian chce przedstawić, to dlaczegoż nie rozpoczął on swej politycznej działalności i nie spróbował swej szczęśliwej ręki wtedy, gdy naród nie był jeszcze na drodze spiskowej i rewolucyjnej, gdy namiętności nie wrzały jeszcze i gdy wszyscy z upragnieniem wprawdzie, ale spokojnie wyczekiwali reform, tj. od 1856 do 1860? On ten najwłaściwszy do działania kompromisowego czas zmarnował na procesach, które podkopały jego stanowisko w narodzie – a sięgnął po władzę dopiero wtedy, kiedy „ulica” swoimi demonstracjami i krwią przelaną przeraziła rząd i zmusiła do ustępstw i margrabiemu utorowała drogę.

Inny jeszcze powód, dla którego margrabia nie mógł dzieła swego przeprowadzić i nie znalazł oparcia w samym społeczeństwie, podaje p. Koźmian, który jest prawdziwie genialny w wyszukiwaniu coraz to nowych wad usposobienia Polaków. Oto twierdzi, że „wielki pan bez zdolności i chwiejny będzie miał zawsze w Polsce więcej wzięcia, niż wielki pan obdarzony rozumem i silną wolą”. Szkoda, że p. Koźmian nie przytoczył dowodu na to swoje twierdzenie. Możemy go wyręczyć i przytoczyć z ostatnich czasów dowód, że – wprawdzie niecałe społeczeństwo polskie – ale w każdym razie pewne w nim stronnictwo, pewna „szkoła” nie znosi „wiel-kiego pana, obdarzonego rozumem i silną wolą”, nb. jeżeli ten wielki pan ma swój własny rozum, a nie pożyczany u „szkoły”. Ataki „Czasu” i lwowskiegoPrzeglądu” na ks. Adama Sapiehę są bardzo jaskrawym tego dowodem[45].

P. Koźmian ma zamiłowanie do pewnych formułek, które skoro mu raz z pióra spłyną, chętnie po kilkakroć powtarza, nie zastanawiając się ani nad ich uzasadnieniem, ani nad ich doniosłością. Taką formułkę wynalazł sobie, gdy pisząc po kilkakroć o stopniu winy i odpowiedzialności, przypisując jednym same tylko omyłki, innym znowu błędy, ale bez winy, innym i błędy, i winy, i szaleństwo i bezsumienność, jednym rozum bez stałości, innym stałość bez rozumu, kwalifikując jednych na szaleńców, innych na niedołęgów, wprowadza w trzecim tomie nową formułkę i nowy podział: celniejsza część narodu i część poślednia. Celniejszą są oczywiście ci wszyscy, o których w tomie pierwszym napisał, że są „słowem” konserwatyści – tych zaś wszystkich, którzy ruch ówczesny organizowali, kierowali nim i stali na jego czele, nazywa kilkakrotnie „poślednią częścią społeczeństwa”.

Są rzeczy, na które już doprawdy i oburzać się nie warto. Kto ludzi, którzy moralnie wznieśli się do wyżyn najwyższej ofiary i poświęcenia, a z których ta część, co przetrwała katastrofę, w bardzo licznych jednostkach zajaśniała po tym wysoką inteligencją na różnych polach narodowej pracy – kto, powiadamy, tych ludzi nazywa „poślednią częścią” społeczeństwa – ten widocznie zatracił, jeżeli je kiedy miał, poczucie i zrozumienie tego, co rozróżnia „celniejszych” od „poślednich”. Dla nas poślednią i najpośledniejszą częścią społeczeństwa są przede wszystkim ci, którzy moralną atmosferę społeczeństwa zatruwają; którzy szerzą naokoło siebie wpływ demoralizujący, deprawacyjny i korupcyjny; których życie jest w sprzeczności z faryzejsko wyznawaną i głoszoną religijnością. To jest „pośledni” w społeczeństwie żywioł, ale nie ludzie, którzy życie kładli za swoją wiarę i za swoją miłość.

Kilkakrotnie powtarza się także formułka o „wojskowym powołaniu” narodu polskiego. „Utworzenie Polski przeważnie wojskowej i wojskowo urządzonej, za pomocą geniuszu Napoleona, to jest zwrócenie Polaków do ich pierwotnego przeznaczenia i do zawodu, w którym celowali”. Piękne czyny wojenne w czasie listopadowego powstania dowodzą według p. Koźmiana, „iż narodu polskiego zawodem była wojskowość, a nie polityka”. Jakaż szkoda, że autor poznał tę prawdę dopiero w roku 1863 i nie mógł jej wtedy zastosować do siebie! „Narodu polskiego powołaniem było być społeczeństwem wojskowym”. Ładnie wyglądałaby nasza cywilizacja, gdybyśmy naprawdę byli wojskowym społeczeństwem! Że położenie geograficzne zmuszało nas przez całe wieki do tego, by żyć w ciągłym pogotowiu, żeśmy też w zawodzie wojskowym celowali, to prawda. Ale z tego bynajmniej nie wynika, żeby tak zawsze być miało, żeby wojskowość miała być przeznaczeniem narodu polskiego, bo w takim razie musielibyśmy chyba zwątpić o cywilizacyjnej naszej racji bytu.

Do mnóstwa wad, jakie p. Koźmian zarzuca narodowi polskiemu, przybywa w tomie trzecim jeszcze jedna: skłonność do obłudy. Zdawałoby się jednak, że społeczeństwo, mające charakter wojskowy, a nieuzdolnione do polityki, chyba innymi wadami grzeszyć będzie, ale nie obłudą.

Politykę powstańczą, a nawet i politykę Hotelu Lambert, opartą na idei niepodległości i obcej pomocy, nazywa p. Koźmian kilkakrotnie zemstą, odwetem za klęskę roku 1831. Jest to obniżenie poziomu całej polityki polskiej od roku 1831. Nie zemsta była jej celem, nie marny odwet, ale ta idea niepodległości, której autor pozbyć się każe, a dowodu na to dostarcza cała ówczesna literatura polityczna, w której idea zemsty i odwetu zaledwie tu i ówdzie się pojawia, a zawsze na pierwszym planie stoi idea niepodległego, państwowego bytu.

Tego bytu niepodległego odzyskanie było według p. Koźmiana utrudnione także i tym, że odbudowane państwo polskie nie miałoby wewnętrznych warunków trwałości. Te warunki „w społeczeństwie, które wskutek wad i błędów przestało istnieć jako państwo, które pozbawione od przeszło pół wieku niepodległości, a od przeszło ćwierć wieku istotnego bytu narodowego, nie mogło było w sztuce rządzenia samym sobą wykształcić się, stępiony miało zmysł polityczny i niedokonaną reformę społeczną, trudnymi były do odnalezienia; takie społeczeństwo dostatecznych rękojmi silnego bytu samoistnego dać nie mogło”. A na poparcie tego zdania, które autorowi służy do usprawiedliwienia, dlaczego Francja nie wzięła się szczerze do odbudowania Polski, przytacza jeszcze całą osnowę listu Talleyranda[46] do ks. Castlereagh[47] z roku 1815, w którym francuski dyplomata powiada m.in., że „przywrócenie niepodległości Polski nieodzownie wskrzesiłoby jej anarchię” i pociesza, że „Polacy pod obcymi rządami dojdą do dojrzałości, której osiągnąć nie zdołali przez 10 wieków niepodległości i jest to jedyny sposób uczynienia ich europejskim narodem”. I z tak haniebnym sądem o Polakach p. Koźmian solidaryzuje się, gdy list ten bez zastrzeżeń przytacza na poparcie swoich własnych, takich samych, tylko mniej jaskrawo wypowiedzianych poglądów! A toż to przecie jest mowa wszelkich nieprzyjaciół Polski, którzy od rozbiorów począwszy, aż do dni dzisiejszych głoszą nieustannie, że rozbiór anarchicznej Polski był dobrodziejstwem dla cywilizacji, dla Polaków samych, którzy w niewoli dopiero szczęśliwym będą narodem i przez knut tylko mogą być ucywilizowani.

Widząc w narodzie polskim tak rozliczne i tak wielkie błędy i wady, taką niepoprawność i taki nierozum, że nawet przymioty dobre przez brak miary zamieniają się w wady, przyjmując teorie wrogów naszych, iż społeczeństwo polskie nie daje „dostatecznych rękojmi silnego bytu samoistnego”, dochodzi naturalnie p. Koźmian do takich także wniosków:Że konieczność odbudowania Polski nie istniała, dowodzą dzieje porozbiorowe. Świat szedł i idzie dalej swoim trybem, ani szczęśliwszy, ani nieszczęśliwszy, niż kiedy państwo polskie istniało”. Naturalnie! Świat szedł i idzie dalej swoim trybem! Ale jakim? Czy upadek Polski nie wywarł żadnego wpływu na ten tryb i na stosunki europejskie? To jest przecież wprost niemożliwe, wprost ze zdrowym rozsądkiem sprzeczne, ażeby zniknięcie z karty Europy państwa o takim obszarze i takiej ludności, położonego między Zachodem a Wschodem, państwa, które wzięło w siebie wszystkie pierwiastki cywilizacji europejskiej i reprezentowało je, i broniło ich wobec wręcz przeciwnego pierwiastka cywilizacyjnego, mogło pozostać bez wpływu na losy świata europejskiego. Dotychczas wszyscy historycy i publicyści bez wyjątku wpływ ten uznawali. Jedni widzieli w tym dziejowym fakcie wielkie dla cywilizacji, dla wolności, dla spokoju europejskiego nieszczęście – inni, a naturalnie w pierwszym rzędzie rosyjscy, i biorący od nich i od Caratu natchnienie panslawiści innych narodów słowiańskich, widzą w nim wielką dla świata europejskiego korzyść. P. Koźmian jest niezawodnie pierwszym w świecie publicystą, dla którego upadek Polski jest faktem najzupełniej obojętnym. Ani to świata grzeje, ani ziębi! On swoim trybem idzie dalej, ani szczęśliwszy, ani nieszczęśliwszy! Byliśmy więc niczym dla świata przed naszym upadkiem – no! i według p. Koźmiana jesteśmy niczym po upadku! Dziwna rzecz jednak, jak nielogicznym jest autor. Kiedy mu w rozdziale IX trzeba skutki powstania roku 1863 przedstawić w możliwie najjaskrawszym świetle – to powiada, że po powstaniu dopiero można było powiedzieć: „nie ma już Europy”! – że to powstanie przedstawia się: „Jako dzieło zniszczenia, nie tylko dla narodu polskiego, ale w szerszych światowych rozmiarach” i że „ta klęska narodu polskiego była światową porażką”. A kiedy mu potrzeba w rozdziale XI dowodzić, że odbudowanie Polski nie jest bynajmniej interesem Europy ani cywilizacji, wtedy upadek Polski jest faktem dziejowo obojętnym. A przecież, jeżeli to ma być prawdą, to chyba już absolutnie nie może być prawdą, iż jeden nieudany ruch polski jest światową porażką.

I czym autor dowodzi tego, że światu nic się złego nie stało, gdy Polska upadła? Oto dowodem tego mają być „dzieje porozbiorowe”, zapewne dlatego, że żadne dotychczas państwo europejskie, żaden monarcha i żaden naród nie podniósł skutecznie tej sprawy. Ale czy dzieje porozbiorowe już zamknięte? Czy świat europejski ma już na zawsze pozostać w tym kształcie, jaki mu nadały wypadki ostatnich trzydziestu lat? Czy wolno, bawiąc się w opatrzność, powiedzieć, że co się w ciągu stu lat nie stało, to już się nigdy stać nie może i czy nie znają dzieje zmartwychwstań po okresach nawet kilkuwiekowych?

P. Koźmian z takimi możliwymi zarzutami i zapytaniami łatwo sobie daje radę: nazywa powstanie styczniowe „ostatnią sceną ostatniego aktu historycznego dramatu Polski, usiłującej odzyskać straconą niepodległość” i to mu już wystarcza. On wydał wyrok – usłużne pióra rozgłoszą ten wyrok po europejskich organach, ku czemu też i koalicyjna „N. Fr. Presse” swymi felietonami posłuży
i res judicata. Rok 1863 zakończył dramat, teraz pozostaje tylko do odegrania komedia z zadowoleniem się bytem narodowym bez bytu państwowego, z polityką „trzech lojalności”.

Vae victis! Biada zwyciężonym! Taki napis powinien był mieć rozdział IX drugiej części książki p. Koźmiana, zatytułowany przez autora: Skutki powstania 1863 Biada zwyciężonym! Nie tylko wróg mścić się na nich będzie i prześladować ich dalsze nawet pokolenia, nie tylko opuści ich wczorajszy sprzymierzeniec, nie tylko obcy chwalca zamieni się w potwarcę, który opacznie i w sposób krzywdzący wykładać będzie dzieje ich walk i klęski – ale brat własny przyłączy się do prześladowców, do krwawych cierpień urągowisko dorzuci i głosem swym wzmocni chór piekielny, wznoszący straszliwą pieśń: biada zwyciężonym!

Takie ponure, przygnębiające wrażanie odnosi się z przeczytania rozdziału, o którym mowa. Pod względem utraconych korzyści, zarówno jak spowodowanych bezpośrednich szkód, powstanie 1863 roku przedstawia autor jako najstraszliwszą, najgłębszą klęskę, jaka kiedykolwiek na naród spaść mogła. Nie masz prawdziwego czy urojonego zła, które by według p. Koźmiana nie było skutkiem powstania. Mało brakuje, a już i powódź roku 1884, i posucha roku 1889 byłaby skutkiem powstania! A nie ograniczają się te skutki na samą Polskę: spadły one ciężkim brzemieniem na Napoleona III, na Austrię, na Europę, stały się klęską światową, a tę klęskę spowodowała owa „poślednia część” społeczeństwa polskiego, o której poprzednio była mowa, a złagodzenie tych klęsk i ich skutków, może kiedyś ich zupełne usunięcie, więc słowem wybawienie z toni niesie: szkoła stańczykowska, jak się dowiadujemy z XII rozdziału książki p. Koźmiana. To jest cel, do którego wszystko w książce zmierza i który sprawia, że całe trzytomowe dzieło staje się w rezultacie tylko wielką broszurą, na użytek partii napisaną.

Ale wróćmy do skutków powstania. Jako skutki, nad którymi „najmniej przyjdzie ubolewać”, uznaje autor te, które na polu międzynarodowym powstanie dla sprawy polskiej sprowadziło. Że autor nad tymi skutkami najmniej ubolewa – wynika to z całego jego systemu. Skoro bowiem, według niego, należy wyrzec się ideału bytu niepodległego dla ratowania bytu narodowego bez względu na państwowe kształty i skoro ten byt narodowy mamy ratować za pomocą polityki trójlojalności (formułka wynaleziona przez p. Szczepańskiego[48], który w niej streścił program Koźmianowski, zupełnie go akceptując) – to oczywiście międzynarodowe sprawy polskiej stanowisko staje się w tym systemie rzeczą drugorzędną. Mimo to zaznacza autor jako szkodę, którą powstanie sprawie polskiej wyrządziło – „iż położyło jej koniec jako europejskiej”. „Rozbiory wymazały Polskę z karty geograficznej, dopiero powstanie 1863 roku wykreśliło ją z rzędu spraw międzynarodowych”. Byłoby to prawdą, gdyby autor dodał: „na jakiś czas”. Sprawa wolności lub niewoli narodu, co najmniej 20-milionowego, o tak wybitnej narodowej indywidualności, sprawa całości lub rozbicia narodu, którego części są poddane trzem sąsiednim państwom, bynajmniej nie mającym identycznych interesów, a który w dodatku reprezentuje kierunek cywilizacyjny zachodni, gdy największe z tych trzech państw jest reprezentantem wręcz przeciwnego kierunku, sprawa taka nie może nigdy, aż do swego ostatecznego rozwiązania, stracić nieodwołalnie swego międzynarodowego charakteru i znaczenia. Może ona chwilowo, na czas jakiś, zejść z porządku dziennego zajęcia dyplomacji i polityki, może nie zaprzątać rządów i parlamentów, ale dopóki ten naród żyje i ma świadomość swego politycznego życia, dopóty w sprawie jego tkwi kwestia międzynarodowa. I jeżeli ona dzisiaj jest niejako w uśpieniu, to pierwsze wielkie zawikłanie w środkowej i wschodniej Europie może ją wydobyć na jaw. Ta świadomość międzynarodowego znaczenia naszej sprawy nie potrzebuje nam na chwilę przerywać codziennej pracy nad gromadzeniem coraz większych zasobów wewnętrznych sił narodu, ale ona nie powinna nas opuszczać nigdy, jeżeli nie chcemy sami skazać się na to, co p. Koźmian nazywa: „utratą życia wielkoświatowego, zamienieniem go na prowincjonalne”. I jeżeli autor powiada w innym miejscu, że w sprawach ludzkich, a w tym wypadku politycznych, nie ma w przyszłości niepodobieństw – to już nielogicznym, gdy twierdzi, że powstanie położyło koniec sprawie polskiej, jako europejskiej, że ją wykreśliło sz rzędu spraw międzynarodowych.

Ażeby zaś pozostać przy tych zewnętrznych, międzynarodowych skutkach powstania, przejdźmy do tego, co autor pisze o następstwach jego dla Francji, dla Austrii, dla Europy. Otóż, według
p. Koźmiana, „jeżeli zabrakło Francji w stosunkach europejskich, pierwszą tego przyczynę szukać należy w powstaniu polskim 1863 roku”. Ono zadało dotkliwy cios polityce Napoleona III, ono spowodowało „obniżenie uroku Napoleona III wewnątrz i zewnątrz, osłabienie wpływu Francji, ośmielenie jej wrogów”, ono „skosiło świeżo rozkwitający w stosunkach międzynarodowych kwiat narodowości, zasadzony przez Napoleona III, przemieniło go w pasożytniczą roślinę, równie zawodną dla Francji, jak dla narodu polskiego” – bo „przeobrażona wskutek wypadków 1863 roku napoleońska zasada narodowości wydała jedność niemiecką i pozwoliła wysunąć przednią straż panslawizmu, wykluczając byt polski”… „Powstanie polskie 1863 roku spowodowało Austrię do popełnienia błędów i pomyłek, których następstwa odczuła i dotąd odczuwa”, ponieważ swym postępowaniem w roku 1863 Austria „zespoliła Prusy z Rosją i zapewniła pierwszym życzliwość drugiej, w dzień własnej z nimi stanowczej rozprawy, pozbawiwszy się na ten dzień pomocy Francji, skazawszy się na odosobnienie”. „Wprawdzie zapobiegła ona na razie przymierzu Francji z Rosją, z czego głównie Anglia i Prusy, jej kosztem, skorzystały; pozbyła się więcej urojonego niż istotnego niebezpieczeństwa, użycia sprawy polskiej przez Rosję na jej stratę; w zamian jednak wywołała stokroć groźniejsze na swoich granicach panslawistyczno-prawosławne dążności, sięgające w głąb monarchii, a nie uratowała nawet owej spójni, wynikającej z podziału Polski… Miejsce tej spójni zajął dotąd przygłuszony, choć nie zawsze cichy, antagonizm i przeciwieństwo między Austrią i Rosją w sprawach polskich i ruskich”… „Kto wierzy w Nemezis historyczną, może dopatrzyć się jej działania w wypadkach, które odegrały się w Europie po 1863 roku. Nie sama Francja, nie sama Austria, ani też społeczeństwo polskie uczuły tę Nemezis; jeżeli przypuścimy zbiorową Europę, niezawodnie ją dotknęły następstwa polskich wypadków 1863 roku Po nich można było powiedzieć: nie ma już Europy”… „Polskie powstanie 1863 roku zmuszając wbrew położeniu, w sprzeczności z rozumem i rozsądkiem do podniesienia sprawy polskiej bez warunków i możności rozwiązania jej, będąc powodem bezskutecznego postawienia jej na porządku dziennym, zadało gwałt naturze rzeczy i stosunkom europejskim. Przedstawia się zatem jako dzieło zniszczenia nie tylko dla narodu polskiego, ale w szerszych światowych rozmiarach”.

Przytoczyliśmy umyślnie dłuższe ustępy, one bowiem charakteryzują sposób rozumowania i logikę p. Koźmiana. Jest to rozumowanie na zasadzie post hoc – ergo propter hoc, jest to wygodne bardzo, bo mało trudu umysłowego wymagające odniesienie licznych i różnorodnych wypadków do jednej przyczyny, podczas gdy zawsze w politycznych wypadkach wiele przyczyn składa się na pewne wyniki.

Powstanie polskie wybuchło wbrew radom i wbrew woli Napoleona. To prawda. Jakaż wobec tego była rola potężnego wówczas władcy Francji, o którym sam p. Koźmian powiada, że jego „dwuznaczność i słabość wobec ruchu i demonstracji polskich przyczyniły się do przygotowania i wybuchu powstania?”. Oto jedno z dwojga: albo zostawić powstanie i sprawę polską własnemu losowi, albo obrać jedynie skuteczną drogę do jej rozwiązania, przez danie Austrii tych gwarancji, których ona jako najbardziej bezpośrednio zainteresowana domagała się i domagać się musiała. Jedynie tylko przymierze austriacko-francuskie mogło wtedy i sprawę polską, i stanowisko Napoleona III uratować, a tego przymierza niezbędnym warunkiem były owe gwarancje – polegające na zabezpieczeniu Austrii od strony Prus i Włoch i poręczeniu jej kompensaty w Polsce za straty we Włoszech poniesione. Że Napoleona w tej sprawie zawiodła jego dawna bystrość i zręczność, że puścił się na drogę interwencji dyplomatycznej, nie mając jasno wytkniętego planu działania na ten na pewno przewidzieć się dający wypadek, iż ta interwencja będzie bezskuteczną, za to chyba winić nie można powstania, które na owej interwencji tylko szkodę poniosło, bo zatraciło swoją pierwotną energię powstańczą i zamieniło się na zbrojną demonstrację.

I czy powstanie winne temu, że Austria również w tej sprawie błądziła? Czy ono winne, że Schmerling fantazjował o odzyskaniu wielkiego dla Austrii stanowiska w Niemczech i przez sławny zjazd frankfurcki poruszył całą sprawę niemiecką w chwili, kiedy na północno-wschodniej granicy Austrii rozgrywał się wielki dramat polsko-rosyjski, który najżywotniejszych austriackich interesów dotyczył? Czy powstanie winne, że ta błędna polityka austriacka przygotowała Sadowę? Czy powstanie winne, że dyplomacja austriacka i francuska była o całą głowę niższą od Bismarcka, że ministerstwa wojny i sztaby generalne austriackie i francuskie tak samo o całą głowę były niższe od Roona i Moltkego, że technika broni palnej austriackiej i francuskiej nie dotrzymała kroku tejże technice w Prusach i że skutkiem złej polityki i złego kierownictwa wojennego możliwe było pokonanie Austrii z osobna, a w cztery lata później również odosobnionej Francji? To są wszystko fakty od powstania polskiego zupełnie niezależne – a skutkiem tych faktów, nie skutkiem powstania, nastąpiła złowroga „przewaga Prus w Niemczech i Niemiec w Europie”.

P. Koźmian dziś jeszcze tak jest zaślepiony w Napoleonie III, że upadek jego polityki przypisuje nie jego własnym błędom, ale polskiemu powstaniu. A ponieważ Napoleon marzył o przymierzu francusko-rosyjskim, przeto i p. Koźmian między zgubnymi skutkami powstania wylicza i to, że powstanie „przeszkodziło przymierzu Francji z Rosją, które byłoby przekształciło kartę europejską, nie dopuściło do przewagi Prus w Niemczech, Niemiec w Europie. Zespoliło Rosję z Prusami na czas wojen tych ostatnich z Austrią i Francją”. Na to odpowiemy po pierwsze, że nie dopiero powstanie 1863 roku zespoliło Rosję z Prusami, bo to zespolenie z wyjątkiem krótkiego epizodu w okresie napoleońskim trwało blisko wiek cały, a wyrażało się takimi faktami, jak np. powstrzymanie Austrii przez Prusy w czasie wojny krymskiej w roku 1854 – po wtóre, że naszym zdaniem napoleoński plan przymierza francusko-rosyjskiego był mrzonką, która urzeczywistnić się nie mogła, tak samo, jak i dzisiaj jeszcze pomimo wszelkich pozorów jest ona bardzo daleką do przybrania realnych, politycznych kształtów – a na koniec, że nie możemy sobie wyobrazić tych korzyści dla sprawy polskiej, dla sprawy europejskiej wolności i cywilizacji, jakie by stąd wynikły, gdyby Rosja, chociażby w przymierzu z imperialistycznie--demokratyczną Francją, była przekształcała kartę europejską!

I rzecz charakterystyczna, a zapisania warta: polskiemu powstaniu i klęskom zeń spadłym na naród winien zawsze u p. Koźmiana sam naród polski, winna w pierwszym rzędzie ta tak zwana „poślednia” część narodu bezpośrednio, a część „celniejsza” pośrednio, w każdym razie sam tylko naród polski. Ale klęski Sadowy i Sedanu i powstałej z nich przewadze Prus i Niemiec w Europie winno: polskie powstanie. Błędom polskim winni tylko Polacy sami – błędom Austrii i Francji nie winna Austria i Francja, winna im znowu Polska – bo „powstanie polskie 1863 roku spowodowało Austrię do popełnienia błędów i pomyłek, których następstwa odczuła i dotąd odczuwa”, a „dla Napoleona III od powstania rozpoczęła się epoka błędów i stopniowego obniżenia się, które do Sedanu doprowadziły”.

Te są – według p. Koźmiana – skutki powstania na polu międzynarodowym, te skutki, nad którymi autor z podanej już przez nas przyczyny „najmniej ubolewa”.

„Najdotkliwszymi – pisze autor – najdalej sięgającymi stały się następstwa powstania roku 1863 dla bytu narodowego, dla życia codziennego, dla stosunków społecznych i religijnych polskiej powszechności. Zadało ono cios srogi głowie i żołądkowi polskiego organizmu, oszczędzając jedynie jego kończyny. Pozbawiło bowiem nie tylko wszelkiego odrębnego kształtu politycznego, także wszelkiego życia narodowego, kraje polskie pod panowaniem rosyjskim; co więcej, wywołało tępienie i niszczenie tego życia, to jest dotknęło paraliżem żołądek i głowę narodu, pozostawiając jedynie wolnymi od niego ręce, czyli kraje pod panowaniem austriackim, oraz względnie nogi, to jest prowincje pozostające pod panowaniem pruskim”.

Czytelnik zapewne nie będzie wymagał od nas, byśmy się na serio rozprawiali z tym niezgrabnym a niedorzecznym porównaniem, w którym Polska jest organizmem złożonym tylko z głowy, żołądka i kończyn (gdzież się serce podziało? prawdopodobnie przechowało się w „szkole”) – a ręce i nogi są swobodne, pomimo paraliżu żołądka i głowy! To się kwalifikuje wyłącznie do humorystyki.

Że powstanie roku 1863 w swych bezpośrednich następstwach zadało czasowo srogie klęski sile polskiej w zaborze rosyjskim – temu nikt przeczyć nie może. Po powstaniu zniszczyła Rosja stopniowo wszystkie ślady politycznej odrębności Królestwa – wyparła język polski z wszelkich dziedzin życia publicznego – zadała ciężkie ciosy polskiej posiadłości ziemskiej na Litwie i Rusi – usunęła polską inteligencję z wszelkich publicznych stanowisk – rozszerzyła bardzo znacznie terytorium prawosławia, przez gwałtowne, choć w znacznej części bezskuteczne, bo tylko pozorne nawrócenie unitów. To wszystko prawda, którą bardzo boleśnie czuje całe społeczeństwo polskie, nie tylko te części jego, które są tym prześladowaniem bezpośrednio dotknięte. Bezstronny historyk musi to wszystko zapisać jako bardzo ujemne następstwa powstania – ale, jeżeli sąd jego ma być bezstronny, musi uniknąć dwóch błędów, w jakie popadł p. Koźmian: po pierwsze, skrajnej przesady w kreśleniu tych następstw i w przypisywaniu powstaniu skutków wcale nieistniejących, a po wtóre tendencyjnego dopatrywania samych tylko skutków ujemnych, z zupełnym pominięciem dodatnich.

Zarzucamy więc p. Koźmianowi przede wszystkim przesadę. A to naprzód w tym, że nie liczy się zupełnie z doniosłością wyrażeń, których używa. Powstanie według niego „zniweczyło w zarodzie żywioły rozwoju narodowego bytu polskiego”. Jeżeli żywioły te są w zarodzie zniweczone – toż oczywiście nie ma ich wcale, nie mogą już powstać! Skutki powstania nazywa autor kilkakrotnie „zni-szczeniem bytu narodowego” – gdy tu może być mowa o osłabieniu, o utrudnionym rozwoju; ależ przecie nie o zniszczeniu!

Mniejsza jednak o przesadę w wyrażeniach – gorszą jest przesada, a raczej nieprawda w faktach.

„Upadku zamożności polskiej dokonało powstanie 1863 roku” – powiada p. Koźmian – co jest nieprawdą. Ono chwilowo tej zamożności zadało ciężkie rany, to prawda. Ale i to prawdą, że rychło po powstaniu przemysł Królestwa podniósł się do niebywałej przedtem świetności, że zamożność Królestwa wzrosła, bo społeczeństwo polskie wzięło się tam bardzo energicznie do pracy ekonomicznej. A dalej czytamy: „W Polsce długimi robotami spiskowymi wyjałowiona niwa narodowa, wyniszczona wreszcie powstaniem 1863 roku zdawała się naraz odmawiać wszelkiego pokarmu społeczeństwu. Ujrzało się ono wobec pustki materialnej i moralnej. Przerwana praca naukowa, zatrzymana w rozkwicie literatura, spłoszona sztuka” etc.

Czy p. Koźmian żartuje sobie z czytelnika? Czy wyobraża sobie, że czytelnik nie wie nic o historii polskiej literatury i sztuki w ostatnich trzydziestu kilku latach? A wszak Grottger głównie w ruchu 1831 do 1864 czerpał natchnienie i stworzył cały szereg arcydzieł, które powstały przed powstaniem i po powstaniu[49]. A wszak Matejko[50] w tym właśnie czasie stanął na wyżynie sztuki (Skarga[51], Stańczyk, zaraz potem Rejtan[52]!) i twórczość jego nie tylko nie zmalała, ale potęgowała się i doszła do takiej mocy, że za Matejką powstał cały legion artystów malarzy pierwszorzędnego znaczenia i tak samo, jak niegdyś geniusz Mickiewicza, zapłodnił legion prawdziwych w poezji talentów. I wobec tego p. Koźmian pisze, że przez powstanie sztuka polska spłoszoną została!

„Przerwana praca naukowa – zatrzymana w rozkwicie literatura”. Znowu nieprawda. W czasie powstania i bezpośrednio po nim opracowuje Bielowski swoje pomnikowe Monumenta[53] wykończa Szujski i ogłasza trzeci tom Dziejów Polski (1864) i przygotowuje czwarty (1866)[54] – pisze i drukuje Szajnocha swoje Lata z dziejów Polski, pisze i ogłasza Małecki[55] znakomite dwutomowe studium o Słowackim i opracowuje wydanie Pism pośmiertnych tego poety; w czasie powstania i bezpośrednio po nim nie ustaje literacka działalność Kraszewskiego i znów dla siebie znajduje tematy, zużytkowane w dziełach wydanych pod pseudonimem Bolesławity. Bezpośrednio po powstaniu dojrzewa poetycki talent Asnyka[56], powieściopisarski i dramatyczny Bałuckiego[57]. W Warszawie samej powstaje „młoda szkoła”, której z czasów „żabkowania” można bardzo wiele zarzucić, ale która ma znakomite zasługi w rozbudzeniu życia naukowego i literackiego. Tysiączne fakty z ówczesnego życia umysłowego Polski przytoczyć można na dowód, jak błędnym jest owo twierdzenie p. Koźmiana, że powstanie spłoszyło sztukę, przerwało pracę naukową, zatrzymało w rozkwicie literaturę.

Wmieszanie żywiołu religijnego w ruch – pisze p. Koźmian – uwydatniło i uczyniło różnice i przeciwieństwa między dwoma „społeczeństwami, polskim i rosyjskim, między odmiennymi pochodzeniami dwóch cywilizacji, między religią katolicką i prawosławną, różnice i przeciwieństwa, które rozumna polityka powinna była łagodzić”. Zdawałoby się z tego, że prześladowanie katolicyzmu w zaborze rosyjskim zaczęło się dopiero po powstaniu, skoro ono jest zapisane także do skutków powstania. A przecież cała historia krajów polskich pod panowaniem rosyjskim, od samych rozbiorów, jest przepełniona gwałtami religijnymi, pochodzącymi od tego rządu i tego kościoła, w którym car jest papieżem i samowładcą w jednej osobie. Ukraina i Litwa, a nawet i Królestwo bywały przed powstaniem widownią takich gwałtów i stały się nią także i po powstaniu. Te różnice i przeciwieństwa, które według p. Koźmiana rozumna polityka powinna była łagodzić, złagodzić by się dały wtedy dopiero, gdyby się zmieniła sama istota caratu, jako despotycznie rządzonego państwa i sama istota rosyjskiego prawosławia, jako religii państwowej – gdyby w caracie nastąpiło rozdzielenie pojęć religii i państwowej narodowości, których zupełne zidentyfikowanie doprowadza zawsze do gwałtownej propagandy, bez względu na to, czy Polacy zachowują się spokojnie, czy się „buntują”. Ta rozumna polityka, mająca te „przeciwieństwa łagodzić”, możliwą jest tylko ze strony rządu rosyjskiego i nie zależy od Polaków. Bo skoro, jak p. Koźmian w jednym z następnych rozdziałów stwierdza, „katolicyzm musi pozostać główną podstawą bytu narodowego polskiego”, a „tej podstawy pod grozą zaprzepaszczania bytu narodowego opuszczać nie można, tym żywiołem frymarczyć nie wolno” – toż oczywiście na tym punkcie wykluczone są z polskiej strony jakieś ustępstwa, możliwym jest tylko silne trwanie przy tej wierze i bierny opór przeciw wszelkim zamachom.

Powstanie 1863 roku – pisze p. Koźmian – obniżyło poziom patriotyzmu ogółu. Jeżeli patriotyzm ten mierzyć będziemy tą bardzo wysoką, prawie niedoścignioną skalą, do jakiej on się wzniósł w epoce 1861 do 1864 – to zaprawdę patriotyzm okresu po powstaniu ówczesnemu nie dorównał, i nic dziwnego. Jest rzeczą niemożliwą, żeby duch narodu przez całe dziesiątki lat mógł się utrzymać w tym wysokim nastroju, jaki wypadki wyjątkowe wytwarzają i jakiego one wymagają; aby się utrzymał nieustannie na wysokości ofiary i poświęcenia życia, wolności osobistej, mienia, szczęścia rodzinnego, spokoju każdej chwili, samej nawet godności ludzkiej. Normalny stan patriotyzmu mierzy się umiłowaniem sprawy ojczystej i narodowej idei, stawianiem interesu tej sprawy ponad możliwe osobiste materialne czy moralne korzyści, gotowością do pracy trudów i ofiarności. Mierzy on się tym, czy skala jego jest dość wysoką, ażeby na wypadek ponowienia się wyjątkowej potrzeby znalazł się też i ów wyjątkowy nastrój. Po czasach wielkiego napięcia patriotyzmu, wielkich ofiar i poświęceń, a zwłaszcza po wysiłkach bezskutecznych, naturalną koleją rzeczy następuje zawsze obniżenie skali patriotyzmu. Czasem to obniżenie jest tylko powrotem do owej skali normalnej, a wtedy nie wyrządza szkody społeczeństwu – czasem zaś skala ta spada jeszcze znacznie niżej, a wtedy objawia się to szkodliwą reakcją, w czasie której patriotyzm nie wystarcza nawet na normalne potrzeby społeczeństwa. I wówczas też pewna suma sił i trudów, i energii, zamiast żeby była zużytą na działanie pozytywne, musi się zużywać na walkę z ową reakcją, z prawdziwym uszczerbkiem dla wielu ważnych potrzeb społeczeństwa.

Jeżeli tedy dziś p. Koźmian pomiędzy szkodliwe skutki powstania zalicza obniżenie patriotyzmu ogółu, to gdyby chciał i umiał być bezstronnym, musiałby przyznać, że ten ogół polski po powstaniu podzielił na dwie części: u jednej z nich nastąpiło tylko takie względne, a zawsze po wypadkach tego rodzaju konieczne obniżenie patriotyzmu, które jest tylko powrotem do stanu normalnego – u drugiej części zaś obniżenie znacznie poniżej tej skali, bo jawne, różną sofisterią popierane dążenie do tego, żeby się naród pozbył najsilniejszego bodźca patriotyzmu: swej narodowej idei. Musiałby przyznać, że ta pierwsza część zmuszoną była do zużywania znacznych zasobów swej siły, energii, swej pracy na to, ażeby zwalczać zgubne dążenia części drugiej i nie dopuścić do tego, by patriotyzm polski stale zeszedł poniżej skali normalnej. Musiałby przyznać, że tą drugą częścią jest właśnie owa „szkoła”, której p. Koźmian w tomie trzecim takie wypisuje panegiryki, szkoła, do której on należy i w której on działa, i której podniesienie w opinii ogółu polskiego jest głównym celem jego trzytomowej książki. Więc nie ma autor prawa do zarzucania powstaniu, iż ono obniżyło poziom polskiego patriotyzmu, bo na podstawie faktów powiedzieć mu możemy i musimy, że cokolwiek w tym kierunku się stało, wyście to zrobili. Ipse fecisti! Póty stać Polaków na patriotyzm, zarówno ten, jakiego wymaga praca w czasach spokojnych, jak i ten o najwyższym napięciu, jakiego wyjątkowe czasy i wielkie wymagają wypadki, póki w polskich umysłach i sercach tkwi potężnie ta narodowa idea, której zachwianie i zniweczenie jest głównym, świadomym celem działania „szkoły” i głównym zadaniem, jakie sobie wytknął p. Koźmian, pisząc swoją książkę.

A musimy też stwierdzić inny jeszcze fakt, pominięty zupełnie przez Koźmiana, który zamierzył pisać wyłącznie o ujemnych skutkach powstania, ażeby mu żadnego dodatniego nie przyznać.

Jeżeli nastrój patriotyzmu polskiego nie jest dziś, nie może być tak wysoki, jakim był w czasie powstania i bezpośrednio przed nim – to natomiast zaprzeczyć się nie da, że patriotyzm polski ogarnia dzisiaj znacznie szersze kręgi, że bez porównania liczniejsze są dzisiaj zastępy jego wyznawców. I róść będą ich zastępy coraz bardziej, w miarę podnoszenia poziomu oświaty w narodzie,
w miarę zwiększania się szeregów jego inteligencji, w miarę jak skarby piśmiennictwa naszego docierają do coraz szerszych kół społeczeństwa polskiego. Nie Bismarck, ale Goethe jest twórcą jedności niemieckiej – a cały trzytomowy rozum p. Koźmiana i wszystkie razem wzięte praktyczne rozumy i rozsądki polityczne jego „szkoły” nie zdołają potępianej przez nich idei bytu politycznego wykorzenić w narodzie, który ma Mickiewicza i który potęgą tej idei prędzej czy później zwycięży.

Między ujemne skutki powstania – a wiemy już, że p. Koźmian ma tylko ujemne – zalicza on także sprawę włościańską, o której pisze: „Powstanie roku 1863 nie pozwoliło dokonać spóźnionej naprawy społecznej, oddało dzieło na łaskę i niełaskę Rosji, raczej jej urzędniczej kasty. Jak wobec najazdu Nabuchodonozora żydzi pospieszyli ogłosić wolność niewolników, tak Rząd Narodowy orzekł usamowolnienie włościan z wybuchem powstania; jak tu, tak i tam ani praktycznego, ani moralnego nie osiągnięto skutku. Za późno i za wcześnie! Usamowolnienie włościan z polskiej strony pozostało martwą literą i wskazało, pozostawiło Rosji wolne pole do załatwienia sprawy w wrogich celach z ujmą społeczeństwa i majątku polskiego”.

Wiele prawdy w tym i wiele też nieprawdy, i wielka jak zawsze u autora jednostronność w ocenianiu przyczyn pewnych wydarzeń i w przewidywaniu ich możliwych na przyszłość następstw.

Przypominam: na lat kilka przed powstaniem szlachta polska rozpoczęła roboty około usamowolnienia włościan. Od niej poszła ta rzecz na Rosję – wszak sam car ją za to pochwalił i za wzór szlachcie rosyjskiej podał. Kwestia włościańska stała się jednym z głównych fermentów ruchu ówczesnego w Polsce i w Rosji. Towarzystwo Rolnicze nabywa prawo omawiania tej sprawy, staje się przez to jedyną wówczas możliwą reprezentacją legalną, która mogła imieniem społeczeństwa polskiego włościaństwu polskiemu dać wolność i własność. Tę jedyną ku temu sposobną reprezentację margrabia Wielopolski pozbawia życia. Odtąd już tylko dwie były drogi do rozwiązania sprawy włościańskiej: albo rozwiązaną będzie na drodze tak zwanej legalnej, a wtedy przeprowadza to wyłącznie sam rząd rosyjski i włościanin otrzymuje wolność i własność zawsze tylko z rąk cara, bez względu, czy wykonawca nazywa się Wielopolski, czy Milutin[58]; albo sprawa idzie na drogę rewolucyjną i bierze ją w ręce rewolucyjny rząd polski. Nastąpił faktycznie ten drugi wypadek, wszakże tylko teoretycznie, tylko w manifeście, bez możności praktycznego urzeczywistnienia. Upadek powstania sprawia, iż rzecz wraca do tego samego punktu, na którym ją postawił Wielopolski przez rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego, tj. sprawa powraca znowu do rąk samego tylko rządu rosyjskiego. Temu więc faktowi, że sprawę włościańską załatwiła Rosja bez jawnego udziału polskiego społeczeństwa, nie powstanie winne, ale margrabia. Skutkiem zaś słabości i upadku powstania, skutkiem rzeczywiście bardzo ujemnym było, że faktycznie i niby legalnie sprawa została załatwiona w taki sposób, jak się to stało – że carat mszcząc się za powstanie, załatwiał ją w celach wrogich i w sposób wrogi dla polskości, i że przez to chwilowo utrudnił ekonomiczne odrodzenie znękanego Królestwa. Skutkiem tego stan przejściowy, stan pewnego przesilenia, nieodłączny od tego rodzaju przemian, trwa dłużej i jest przykrzejszy, aniżeliby był w razie, gdyby sprawa była przeprowadzona bez wrogich dla społeczeństwa polskiego zamiarów. Ale jest to tylko stan przejściowy. Im bardziej włościanin wzrasta w zamożność i oświatę, a mimo wszelkich przeszkód oświata niewątpliwie wzmaga się – tym bardziej uzasadnioną jest nadzieja, że milionowa ludność włościańska zasili zastępy wyznawców polskiego patriotyzmu nawet tam, gdzie ona wolność i własność wzięła z rąk cara rosyjskiego: Rosja tylko siłą i przemocą panować umie – umysłami i sercami władać nie potrafi. Chłop polski im jaśniej widzi, tym bardziej od niej odwracać się będzie. Toteż, pomimo że sposób rozwiązania sprawy włościańskiej przez rząd rosyjski chwilowo wiele krzywdy społeczeństwu polskiemu wyrządził – musimy ruchowi polskiemu, którego ostatnim wyrazem było powstanie, poczytać to za wielką dziejową zasługę, iż przyspieszył usamowolnienie i uwłaszczenie włościan. Jeżeli zatem autor dzieła, o którym mowa, sprawę włościańską zalicza do szkodliwych następstw powstania – to może on mieć pozorną słuszność w oczach tych, którzy w sprawach narodowych i społecznych mierzą wszystko na krótkie okresy, oceniają według bezpośrednich, chwilowych następstw. Przyszłość zadać musi kłam tym puszczykom, którzy w czasowych klęskach widzą już zniszczenie.

Zaznaczając u wstępu rozdziału XI, że powstanie 1863 roku było ostatnią sceną ostatniego aktu dramatu Polski usiłującej odzyskać niepodległość – autor powraca do tematu omówionego już w pierwszych dwóch tomach, to jest do błędów, win i szaleństw całej epoki porozbiorowej. Twierdzi więc, że główną winą było dążenie do niepodległości, zamiast zaś szukać owej drogi pośredniej, o której była mowa w tomie drugim, to jest ażeby przez „rzetelne kompromisy”, przez „zbliżenie się szczere i uznanie istniejącego w ziemiach polskich porządku rzeczy” znaleźć rękojmie dla bytu narodowego. Ten, według autora, błąd trwania wiernego przy idei niepodległości popełniały oba kierunki, oba systemy polityczne, jakie się w porozbiorowych dziejach objawiły. Te dwa systemy, to z jednej strony „usiłowania odzyskania niepodległości bez zapewnienia sobie obcej pomocy” i „usiłowania, które jedynie na obcą pomoc i z tą pomocą liczyły się”. Gdy jednak według autora i ci, którzy chcieli o własnej sile wywalczyć niepodległość, także opierali się o nadzieję jakiejś źle określonej obcej pomocy, czy to obcego mocarstwa, czy rewolucji powszechnej, czy przewrotów w Rosji, przeto ostatecznie formułuje autor te dwa systemy tak, że „jedni pragnęli zapewnić sobie obcą pomoc, drudzy chcieli ją dorywczym działaniem i powstaniami zbrojnymi wywołać. Te dwa dopiero systemy odróżniają wyraźnie w dziejach porozbiorowych obóz zachowawczy od demagogicznego”. Autor zapomina o drugiej jeszcze, a nie mniej ważnej różnicy kierunków, a mianowicie, że gdy jedni chcieli stosunki wewnętrzne, społeczne, zatrzymać na tym punkcie, na którym je zostawiła upadająca Rzeczpospolita, gdy zamierzonych reform przeprowadzić nie mogła – drudzy chcieli w ustroju demokratycznym narodu polskiego znaleźć nowe siły do państwowego odrodzenia. Ta różnica snuje się przez całe dzieje porozbiorowe bardzo stanowczo i bardzo wyraźnie.

Wydawszy raz na zawsze nieodwołalny wyrok potępienia na stronnictwo, które demagogicznym nazywał, p. Koźmian obszernie się zastanawia nad zaletami i wadami drugiego, zachowawczego kierunku. Chwali go za to, że chciał robić zawsze to, co w danych warunkach było możliwe, że społeczeństwo chciał wprawiać do pracy, że zdobyczami, które na polu ekonomicznym i naukowym, cywilizacyjnym i etycznym zapewniał społeczeństwu, mógł rozszerzyć jego znaczenie i wpływ i sięgnąć po nowe dobra. System ten „wytrwale przeprowadzony, wykluczał spiski i zbrojne powstania, wykluczał je, pomimo że nie wyzuwał się z nadziei odzyskania państwowego bytu”. On powinien był obezwładnić system drugi, „oprzeć się zgubnym praktykom, nieszczęsnym zapędom i próbom zabójczym”, był bowiem „wyborową mniejszością, której to było obowiązkiem dlatego, że gatunkowo była najcelniejsza, lecz obowiązku tego nigdy nie spełniła” – „ani mądrości, ani roztropności, ani sumienności, ani jedynie zbawczemu, bo rozumnemu patriotyzmowi nie zdołało pozostać wierne” to stronnictwo – „bo wychodziło z mylnego założenia możności odbudowania upadłego państwa polskiego i błędnego przekonania, że obca pomoc przyłoży do tego odbudowania skuteczną rękę”, bo i ono także „więcej ceniło niepewne widoki bytu państwowego, niż istotne warunki bytu narodowego”.

Mamy więc kwestię postawioną zupełnie jasno: oba kierunki były błędne, ponieważ oba wychodziły z założenia, że odbudowanie państwa polskiego jest możliwe, a to założenie jest według p. Koźmiana mylne. Zachowawca czy „demagog”, zwolennik czekania na obcą pomoc czy liczenia na własną tylko siłę – każdy błądzić musi, jeżeli wierzy w możność odzyskania niepodległego bytu Polski, bo ta możność nie istnieje. Cokolwiek by przedsięwzięli, ludzie jednego czy drugiego kierunku będą jak wody dwóch rzek, płynących do jednego morza – do „morza nieszczęść i klęsk”. Z tego już żadna sztuka czy sztuczka nie wyinterpretuje tego, iż p. Koźmian jednak „tak źle nie myśli”. I on nie chce zrzeczenia się idei niepodległości, tylko jej odłożenia na daleką przyszłość, nie, on bez osłony, najkategoryczniej dowodzi swemu narodowi, iż odzyskanie niepodległości jest niemożliwe. Zrozumiał to zupełnie dobrze polemista „Neue Fr. Presse”, gdy jeden ze swoich felietonów o książce p. Koźmiana zaczął od słów, iż margrabia Wielopolski był pierwszym w Polsce człowiekiem, który miał odwagę wypowiedzieć, że odbudowanie państwa polskiego jest niepodobieństwem – i kiedy książkę p. Koźmiana za tę samą odwagę chwali.

Tej zaś niemożności odzyskania bytu niepodległego dowodzi autor tym, że 1) własne siły ku temu starczyć nie mogą; 2) że według doświadczenia porozbiorowego na obcą pomoc liczyć nie można, bo odbudowanie Polski nie jest interesem ani Europy zbiorowej, gdyby taka istniała, ani żadnego państwa z osobna, i drugie zaś opiera autor na wykrętnej sofisterii i zbyt pochopnym uwierzeniu
w niemożliwość jakiegoś faktu dlatego, że on w obrębie stuletniego doświadczenia w Polsce się nie wydarzył.

Oto powiada, że „naród, który nie miał dość sił, aby zachować niepodległość, nie może ich mieć tyle, by ją odzyskać, gdyż musiałby ich mieć więcej, niż mu ich potrzeba było do pierwszego zadania, którego nie był w stanie spełnić. Aby zatem drugie rozwiązać, musi zastąpić te, na których mu zbywało, obcymi”. To rozumowanie byłoby w takim razie słusznym, gdyby siły narodowe były czynnikiem stałym, niezmiennym, niezdolnym do rozwoju i wzrostu, i gdyby ta niezmienna, stała suma sił składała się tylko z czynników materialnych, a nie wchodziły w nią elementy moralne bardzo wysokiego znaczenia, jak patriotyczna cnota i rozum, które mogą albo większą, albo mniejszą sumę sił materialną rzucić na szalę, mogą jej użyć lepiej lub gorzej. Jeżeli przypuścimy nawet niezmienną sumę sił narodu, to chcąc rzecz według formułki p. Koźmiana rozstrzygnąć, musielibyśmy przede wszystkim orzec, czy wówczas, gdy naród nie spełnił swego zadania zachowania niepodległości, była rzuconą na szalę cała ta suma siły, jaką naród mógł rozporządzić, czy ta suma sił była użytą rozumnie. A jeżeli odpowiedź na to pytane wypadnie przecząco, w takim razie upada już owa formułka, bo już nie będzie szło o większą sumę sił, tylko o to, żeby ich użyć w większym stopniu w rozumniejszy sposób.

Ale siła narodu to nie jest czynnik niezmienny, niezdolny do wzrostu i rozwoju, przeciwnie, ona nawet w warunkach tak trudnych, jakie stwarza czy to lżejsza, czy cięższa niewola, rozwijać się i wzrastać może. Takie zatem mechaniczne rozwiązanie problematu, że ponieważ suma sił narodowych w roku 1794, którą nazwijmy np. A – nie wystarczyła na to, aby zachować niepodległość, to dla odzyskania tej niepodległości w roku powiedzmy 1904 potrzeba będzie siły A+x, a tym x jest obca pomoc – takie rozwiązanie jest fałszywe, bo siła narodu w roku 1904 może i powinna być już nie A – ale choćby 10 A, a wtedy x może być zbyteczne. A jeżeli weźmiemy na uwagą, że owo A w roku 1794 było tylko częścią ówczesnej siły narodowej, tą jej częścią, którą ówczesny rozum i patriotyzm polski zużytkował, resztę pozostawiając bezczynną, i że w pewnym danym okresie ten rozum i ten patriotyzm może być znacznie większy, niż był wówczas, a zatem znacznie większą część danej siły może zużytkować i lepiej jej użyć – to już zupełnie formułka p. Koźmiana okazuje się błędną. A wreszcie idzie tu o siłę względną, tj. w stosunku do sił przeciwników, czy przeciwnika. Jeżeli owo A nie wystarczyło na zachowanie bytu, to dlatego, że ono było mniejsze niż np. B, tj. mniejsze od siły przeciwnej. A nigdy nie jest wykluczonym wypadek, iż stosunek może w jakiejś danej chwili się odwrócić i że B będzie ilością mniejszą niż A. Wypadki takie widziano już w dziejach niejednokrotnie. Potężne państwa, o organizacji znakomitej, wojskowej, której żadna inna sprostać nie mogła, rozpadały się w gruzy, a ich upadek stawał się oswobodzeniem i odrodzeniem dla tych, których potęga ta przygniatała. Miałażby tylko potęga Rosji albo Prus być wieczną, niewzruszoną, taką, iż wyklucza możność zmiany stosunku sił na korzyść gnębionych?

Ale nie poprzestaje p. Koźmian na tym, że dla odzyskania niepodległości trzeba koniecznie własną siłę zastąpić, a raczej pomnożyć obcymi. On dowodzi, że w problemacie polskim ta obca pomoc jest wykluczona. A dowodzi tego okolicznością, o której mówiliśmy już w pierwszym rozdziale, według niego upadek Polski i brak Polski w systemie politycznym europejskim nikomu nie zrobił szkody, że świat idzie sobie swoim trybem ani szczęśliwszy, ani nieszczęśliwszy, niż kiedy państwo polskie istniało. Odpowiedzieliśmy już na to – zarówno jak i na drugie, wprost od wrogów Polski zapożyczone twierdzenie p. Koźmiana, że odbudowana Polska nie miałaby wewnętrznych warunków bytu. A jeżeli autor twierdzi, iż pokolenia porozbiorowe wierząc w europejską, światową potrzebę odbudowania Polski błądziły tym, że „prawdę historiozoficzną brały za polityczną” – to odpowiemy mu, że prawda historiozoficzna, jeżeli nią jest istotnie, stać się musi prędzej czy później prawdą polityczną, inaczej ona wcale prawdą nie była. Prawdą historiozoficzną jest idea narodowości – i stała się ona prawdą polityczną w Grecji, we Włoszech, Węgrzech, w Czarnogórze, Rumunii, Serbii, Bułgarii, w Niemczech – i tylko u wrót Polski zatrzymać by się miała? A co do owego rzekomego braku warunków bytu dla niepodległej Polski – to czyż przykład takiej małej Bułgarii, narodu do niedawna tak bardzo pod względem rozwoju sił i cywilizacyjnych warunków zacofanego, nie przekonał p. Koźmiana, jak wielkie moce budzą się nawet w tak małym i słabym narodzie, gdy mu zdejmiesz okowy?

W całym tym rozumowaniu, iż siły narodowe nie mogą wystarczyć ani do odzyskania państwowego bytu, ani też do utrzymania go, gdyby był odzyskany, popełnia p. Koźmian zgodnie ze „szkołą” ten błąd kardynalny, iż nie bierze w rachubę tego przyrostu sił narodowych, jaki wynika z wciągnięcia w narodowe i obywatelskie życie coraz szerszych warstw społecznych. Powiada autor o „szkole stańczykowskiej”, że mylnie poczytano ją za wsteczną w zasadach, upatrując „w niej plagiat wszelkich reakcji i konserwatywnych kierunków. Ani taki nie był jej cel, ani takim jej duch. Nie była ona ani arystokratyczną, ani demokratyczną, lecz narodową”. Ale to tylko ogólnikowe hasło, tylko frazes – bo zaraz o kilka kartek dalej czytamy, że „szkoła przedstawiając interesy nie kastowe, lecz narodowe, uznawała jedynie potrzebę utrzymania i wzmocnienia szlachty, nie widząc jeszcze w innych warstwach ani dość licznych żywiołów, ani dostatecznych rękojmi dla bytu narodowego. Utrzymania zaś jej i wzmocnienia nie przypuszczała bez ujęcia przez nią i trzymania silną dłonią losów narodu”. A dalej: ponieważ szlachta od ostateczności strzec się nie umiała, przeto „szkoła widziała konieczność przede wszystkim dla szlachty politycznego patriotyzmu, potrzebę, aby ona, przed innymi, w nim się kształciła i takowy w sobie wyrobiła. Do tego wychowania szlachty przyłożyły dzielnie rękę jednostki nieszlacheckie, które stały się dźwigniami bytu narodowego; szkoła powitała je z zadowoleniem równym upragnieniu, z jakim ich oczekiwała”. Jest to nadzwyczaj charakterystyczne. Naprzód rzuca się ogółowi frazes, że „szkoła”, której dążenia wyjawia i tłumaczy p. Koźmian, nie jest arystokratyczną, potem jednak powiada się, iż ta szkoła nie widzi w innych warstwach społecznych dość licznych żywiołów ani dość rękojmi dla utrzymania bytu narodowego. A przecież w tych innych, to jest nieszlacheckich warstwach, już Konstytucja Trzeciego Maja widziała i dość liczne żywioły i dostateczne rękojmie do utrzymania bytu narodowego, inaczej bowiem nie byłaby sama sobie stwarzała tych wielkich trudności, z jakimi w narodzie szlacheckim połączonym być musiało dopuszczenie mieszczaństwa od razu, a włościaństwa stopniowo do życia i praw obywatelskich.

Jeżeli to uczyniła, to tylko dlatego, że w tych warstwach upatrywała siłę odrodzenia, żywioł ku wzmocnieniu bytu narodowego przydatny i dostateczny. A od tego czasu – czyż się nie postąpiło? Czyż mieszczaństwo nie wydało z siebie bardzo licznych i coraz liczniejszych zastępów, które sprawie narodowej wiernie a skutecznie służą? Czyż w naszym włościaństwie nie widzicie coraz silniej budzącego się ducha obywatelskiego? I czy niewątpliwy postęp oświaty nie jest wam rękojmią, że ten proces uobywatelnienia szerokich warstw ludności coraz większe czynić musi postępy?

Z tego błędu zasadniczego, z tego arystokratycznego (chociaż się tego miana wypieracie) i szlacheckiego uprzedzenia przeciwko innym warstwom – płyną w logicznym następstwie dwa dalsze wielkie błędy wasze: niewiara w siły narodowe i w możność odrodzenia państwowego – i stateczne dążenie do tego, aby szlachta ujęła i trzymała „silną dłonią” losy narodu. Te dwa błędy wykopały przepaść między wami a patriotycznie i postępowo myślącą społecznością polską, która nie może się zgodzić ani na zrzeczenie się wyższych aspiracji narodowych, ani na ekskluzywność szlachecką, z jaką od udziału w życiu narodowym i w kierowaniu losami narodu odtrącacie inne warstwy społeczne. A nie ratuje was bynajmniej od tego zarzutu dalszy ustęp przytoczonej wyżej argumentacji
p. Koźmiana, w którym autor imieniem „szkoły” wita z zadowoleniem te nieszlacheckie jednostki, które przyłożyły rękę do „wychowania szlachty” w politycznym patriotyzmie i stały się dumami bytu narodowego. Boć wiadomo z całej książki p. Koźmiana, że ten „polityczny patriotyzm” to jest w węższym pojęciu tylko ten patriotyzm, jakiego szkoła uczy, polegający na zrzeczeniu się praw – i że ten „byt narodowy” to jest według was tylko naturalna egzystencja narodu bez praw politycznych. Z tego zaś logicznie wynika, że w pojęciu p. Koźmiana tylko te „nieszlacheckie” jednostki mają prawo do udziału w życiu publicznym, które chodzą na waszym pasku i służą waszym celom. P. Koźmian więc nie tylko nie obronił szkoły od zarzutu więcej arystokratycznego niż narodowego kierunku, lecz stwierdził raczej szlachecką jej wyłączność, a zarazem potwierdza zarzut koteryjności, gdy z nieszlacheckich żywiołów te tylko uznawać raczy, które wiernie służą szkole i stronnictwu. Powiedzieliśmy, że i w tym tomie trzecim autor powtarza się często, powracając do przedmiotów, o których mówił poprzednio. Rozbiera też ponownie omawiany już w tomie drugim stosunek idei niepodległości do sprawy utrzymania bytu narodowego. A gdy go spotkał z kilku stron zarzut, że pojęcia „bytu narodowego” nie określił dokładniej i nie ustalił go, przeto w trzecim tomie powiada, co przez byt narodowy rozumieć każe.

Otóż byt narodowy polega według autora: 1) „na posiadaniu ziemi przez Polaków oraz na zamożności we wszystkich kierunkach całego społeczeństwa”; 2) na moralności ogólnej, która nie może się obejść bez podstawy religijnej, zatem na religii, a gdy katolicyzm zrósł się z historią, obyczajami i istotą narodu, przeto na katolicyzmie – on też musi pozostać główną podstawą bytu narodowego polskiego, najpierwszym i najpotężniejszym czynnikiem, którego pod grozą zaprzepaszczenia bytu narodowego opuszczać nie można, „frymarczyć nim nie wolno, bo religia, jeżeli ma pozostać siłą istotną, do żadnych, prócz własnych celów, używana być nie może”; 3) na języku, literaturze i piśmiennictwie; 4) na obyczaju polskim, tradycji i historii.

Te są tedy czynniki bytu narodowego. „Oczywiście muszą być i są różne stopnie bytu narodowego”, a chociaż im bardziej ten byt przybiera formy do niepodległości zbliżone, tym staje się silniejszym, to jednak z drugiej strony „w warunkach najbardziej od niepodległości różnych i oddalonych, istnieć i kwitnąć może”.

To wyjaśnienie, jakie daje p. Koźmian w trzecim tomie, w niczym nie zmienia stanu dyskusji, nie osłabia zarzutów, jakie poczyniliśmy, mówiąc poprzednio o drugim tomie. Znajdujemy tu potwierdzenie tego, co się tam powiedziało, że pojęcie bytu narodowego jest u autora zupełnie oderwane od politycznych kształtów, skoro ten byt nawet „kwitnąć może” w warunkach najbardziej od niepodległości różnych i oddalonych. A po stwierdzeniu tego nie możemy ani osłabić, ani usunąć zarzutu, że teoria, która ideę bytu państwowego usuwa dla programu utrzymania tak pojętego bytu narodowego i która dla utrzymania czynników tego bytu zrzekać się każe prawa narodu do bytu politycznego, do państwowej niepodległości – prowadzić musi do zmaterializowania społeczeństwa, „bo – powiedzieliśmy – każda polska jednostka jest tego narodowego bytu czynnikiem i konserwując siebie przede wszystkim, jeszcze by się chełpić mogła, że spełnia obywatelski, patriotyczny obowiązek”.

Chcąc jednak swoją teorię podać w formie mniej wstrętnej – p. Koźmian spala wonne kadzidło na ołtarzu idei niepodległości – wszakże tylko w tym celu, aby zaraz potem tę ideę jako szkodliwą w kąt rzucić.

Pisze więc bardzo pięknie: „Wielka i wzniosła myśl, cel szczytny i najpiękniejszy, posiadają same przez się siłę niezwykłą, potęgują usiłowania i nadludzkich poświęceń oraz ofiar stają się sprężyną. Najwznioślejszy cel narodu, który stracił niepodległość, odzyskanie takowej, ma niezawodnie tę moc, która tym samym udziela się w życiu codziennym pracy i usiłowaniom około bytu narodowego. Pozbawienie takowej społeczeństwa jest więc osłabieniem jego bytu narodowego; pozbawienie jest próbą niebezpieczną, która naraża ten byt na szkodę; to, co najwznioślejsze i najpiękniejsze, nie da się zastąpić czymś mniej wzniosłym i mniej pięknym; poślad nie wyrówna celnemu zbożu. Wiadomo jest i dzieje uczą, jakich wielkich czynów twórcami są wielkie przedsięwzięcia. Niezawodnie, że łatwiej i silniej przemawiać musiała do uczuć i wyobraźni narodu polskiego niepodległa Polska od morza do morza, niż wojskowe parady na Saskim placu, Towarzystwo Kredytowe lub Szkoła Główna i Rada Stanu – a tym samym spajać lepiej i silniej całe społeczeństwo w jednej myśli, w jednym celu narodowym i w stałości. Stąd też powstać może niebezpieczeństwo, że w braku tej spójni i tej dźwigni społeczeństwo rozluźnić i rozprężyć by się mogło i że byt narodowy tym spieszniej by upadł i w samym narodzie i przez sam naród zaginąłby. Słowem, nie podobna na gruncie rzeczywistym, praktycznym, pozytywnym i wyłącznie politycznym zapoznawać ani użyteczności, ani mocy idei niepodległości, chociażby ta nawet nigdy odzyskaną nie była, dla bytu narodowego, ani zakrywać przed sobą grozy dla tegoż bytu, zaprzepaszczenia tej idei”.

Po tych prawdziwie pięknych wyrazach – zdawałoby się, że w sumieniu, w przekonaniu autora idea niepodległości odniosła zwycięstwo i że już nie nastąpi żadne „ale”, które by ją osłabiło lub zgoła odrzucić kazało. Autor wszakże robi zaraz zwrot wstecz. Powiedziawszy, że nie można zapoznawać ani mocy, ani użyteczności idei niepodległości – w następnym ustępie powiada, iż tę użyteczność i moc oraz niebezpieczeństwo wyzucia się z niej, trzeba zmierzyć – a to „zmierzenie” odbywa się w ten sposób, iż w kilkunastu wierszach powtarza to, co już mówił w drugim tomieo potrzebie wyrzeczenia się tej idei: „Wobec doświadczeń historii, wobec wyjątkowego położenia, stworzonego rozbiorami, wobec właściwości charakteru narodowego, wobec wszystkiego, nad czym powyżej zastanawialiśmy się i co nam przyszło zapisać, wobec następstw ostatniej klęski, która była syntezą i zespoliła w sobie całą epokę naszych porozbiorowych dziejów; właśnie na gruncie rzeczywistości, pozytywnej i praktycznej polityki, dochodzi się po ścisłym obliczeniu do konkluzji, że owa użyteczność przemieniła się w szkodę, że owa moc stała się słabością, bo byt narodowy nie tylko nierównie więcej strat niż korzyści za ich przyczyną poniósł, ale zagrożonym został w swej treści i istocie tak dalece, że cel stał się samego siebie, bo własnego niezbędnego warunku, to jest bytu narodowego, zniszczeniem. Wystarczałoby to, aby przekonać, że niebezpieczeństwo wyzucia się z owej użyteczności i mocy mniejszym jest niż to, które pociąga za sobą zachowanie takowych”.

Jest więc rzecz postawiona tak samo, jak w tomie drugim – i wszystko, cośmy w tym przedmiocie powiedzieli w uwagach nad drugim tomem, odnosi się i tutaj. Żaden z naszych argumentów osłabionym ani odpartym nie został. Autor sam jednak czuje słabość swego stanowiska, sam czuje, jak dalece niebezpiecznym jest to, co narodowi doradza – pisze bowiem: „Gdyby zaś odtrącenie tego, co doświadczenie i rozumowanie wykazało, że dlań (dla bytu narodowego) jest szkodliwym, miało pociągnąć za sobą zaprzepaszczenie myśli narodowej, patriotyzmu i stałości w nim, gdyby w skutku tego pęknąć miała sprężyna, to znowu w inny sposób naród polski zgotowałby sobie nie koniec, ale hańbiące, godne pośmiewiska, najnędzniejsze istnienie”.

Otóż właśnie dlatego, że jako zupełnie pozytywne i konieczne niebezpieczeństwo przewidujemy to, co w powyższym ustępie autor możliwym uznaje, że w naszym najsilniejszym, najsumienniejszym przekonaniu wyrzeczenie się wyższego celu aspiracji narodowych, wyparcie się i zaniechanie idei niepodległości, wydarcie z piersi nadziei odrodzenia – musiałoby za sobą pociągnąć „zaprzepaszczenie myśli narodowej, patriotyzmu i stałości w nim” – właśnie dlatego nie możemy nigdy zgodzić się na Koźmianowski program. Nie wierzymy w patriotyzm polski, jeśli on nie jest natchniony tą ideą, której się p. Koźmian wyprzeć każe – nie wierzymy w możność i użyteczność trzech patriotyzmów, do których program pana Koźmiana z konieczności prowadzi – nie wierzymy, aby w warunkach owymi trzema patriotyzmami stworzonych duch polski zdobył się na jakąkolwiek twórczość w dziedzinie cywilizacyjnej, ażeby charakter polski nie złamał się i mógł się zdobyć na taką sumę ofiarnej pracy, jakiej wymaga samo nawet utrzymanie bytu narodowego w trudnych nad wyraz stosunkach, stworzonych przez rozbiory i przez straszny ucisk rosyjski i pruski. Nie jest prawdą, jakoby doświadczenie historii miało już nieodwołalnie udowodnić, że wszelkie dążenie do niepodległości marnym jest, jako dążenie do osiągnięcia celu niemożliwego. To doświadczenie bowiem dowodzi tylko, że były popełniane wielkie błędy w wykonaniu, a błędów uniknąć można, dowodzi, że do tych własnych naszych błędów przyłączały się różne niekorzystne zewnętrzne okoliczności – a te przecież niekoniecznie muszą zawsze być niekorzystne. Nie jest prawdą, która rzekomo ma być oparta na „ścisłym obliczeniu”, jakoby użyteczność idei niepodległości musiała zawsze przemienić się w szkodę, a jej moc stawać się słabością – bo ścisłe obliczenie sił i czynników bytu narodowego wykazuje, że mimo strasznych klęsk, jakie na nas po każdej walce spadały, my dziś silniejsi, niż byliśmy w czasach rozbiorów. A jeżeli autor powiada kilkakrotnie, i uporczywie do tego wyrażenia powraca, że dążenie do niepodległości było zniszczeniem bytu narodowego, że cel, tj. owa idea, niszczył sam siebie, bo niszczył własny niezbędny warunek, tj. byt narodowy – to jest w tym świadoma przesada, a na tej przesadzie opiera się całe rozumowanie. Jest przesada, bo wprawdzie niezaprzeczoną jest rzeczą, iż dotąd każde usiłowanie odzyskania niepodległości z bronią w ręku kończyło się klęską i zadawało ciężkie rany społeczności polskiej, ale klęska, to jeszcze nie zniszczenie, a rana, to jeszcze nie śmierć – i dotychczas nie brakło nam jeszcze tej siły odradzania się, która nam dozwalała klęski przeboleć, skutki ich naprawić, a rany zagoić.

Autor, który twierdzi, że swoje rzekome prawdy opiera na „ścisłym obliczeniu” – nie oblicza jednej rzeczy: co byłoby się stało z naszym narodowym charakterem, z naszym patriotyzmem, z duchową i etyczną stroną naszego bytu narodowego, gdyby nie owe usiłowania, za którymi poszły chwilowe klęski, przez autora zniszczeniem nazwane.

W tej kwestii wszelkie „obliczenia” zawodzą – możliwe są tylko hipotezy i przypuszczenia. Ale wszelkie prawdopodobieństwo, na znajomości natury ludzkiej, a szczególniej polskiej, oparte, przemawia za tym, że ów „byt”, pozbawiony dążenia do niepodległości, byłby się w zgniliznę i strupieszenie zamienił. Bylibyśmy dzieje nasze polityczne zamknęli na Targowicy, na okresie wielkiego zepsucia charakteru i zamarcia cnót obywatelskich; bylibyśmy dla narodowej tradycji stracili dramat kościuszkowski i cały porozbiorowy okres wielkich poświęceń, wielkiej ofiarności patriotyzmu, stracili zatem potężny czynnik moralny dla bytu narodowego i etyczny czynnik wychowawczy dla przyszłych pokoleń; bylibyśmy dobrowolnie się pozbawili najobfitszego i najpiękniejszego zdroju natchnień dla naszej poezji, literatury i sztuki, którym głównie zawdzięczamy, iż pomimo upadku państwowego nasze umysłowe i cywilizacyjne życie nie tylko nie doznało przerwy, ale przeciwnie, rozwinęło się i spotężniało. Czy te czynniki duchowe byłyby się mogły rozwinąć wśród tych warunków, jakie by dała polityka „trzech lojalności”, polityka kompromisów i „szczerego pogodzenia się z istniejącym porządkiem rzeczy”, polityka otwierająca szerokie wrota zobojętnieniu, egoizmowi, służalstwu nawet, okrywającemu się pozorami służenia idei „bytu narodowego”, bez bytu państwowego, bez kształtów odrębności politycznej, na te pytania odpowiedź dla nas jest niewątpliwą. Daje nam ją sam p. Koźmian w wyrazach, że naród polski zgotowałby sobie nie koniec, ale „hańbiące, godne pośmiewiska, najnędzniejsze istnienie”.

P. Komian stara się natchnąć czytelnika zapałem do owej idei bytu narodowego bez względu na polityczne kształty, przedstawiając w jaskrawych i przesadnych barwach jej podniosłość: „Nie forma przecież zadania stanowi jego wzniosłość i piękność, ale jego treść i duch, nie pierwsza, ale drugi nadają mu tę moc, którą ono zdolne udzielić społeczeństwu. Nie mogąc być państwem, pozostać narodem jest – w treści i duchu, także zadaniem pięknem i wzniosłym”. Rzecz dziwna jednak, że dotychczas jeszcze żaden naród tego tak nie pojmował, ale każdy dążył do tego, aby tej swojej treści, temu duchowi nadać formę państwową – zapewne dlatego, iż w świecie ludzkim jakoś dotąd jeszcze nie znalazł się sposób, ażeby żyć jakąś treścią oderwaną od formy i jakimś duchem niemogącym w formie znaleźć przybytku i wyrazu. Prawdopodobnie dlatego także, że dla tej sumy czynników, które nazywamy narodową właściwością i odrębnością, narodowym życiem i duchem narodowym, jedynym zabezpieczeniem i jedyną dotychczas możnością wyrażenia się na zewnątrz i stałego rozwijania się w sobie są kształty państwowe. Do nich więc dążyły dotąd wszystkie narody, które żyły cywilizacyjnym życiem – dla ich odzyskania czyniły największe wysiłki te narody, które je utraciły: Grecy, południowi Słowianie, Włosi, Węgrzy, Niemcy. Dopiero p. Koźmian wynalazł i swojemu narodowi ku zbawieniu podaje formułkę, że życie państwowe to tylko forma, bez której „treść i duch” obejść się mogą.

Popada też w jaskrawą niekonsekwencję, gdy powiada – że „trudniej jest ocaleć jako naród, niż jako państwo, trudniej być narodem, jak państwem”. Nie będziemy się zastanawiali nad uzasadnieniem tego dziwnego paradoksu. Poprzestaniemy na zaznaczeniu, że tym jednym zdaniem autor obala całe swoje poprzednie rozumowanie. To rozumowanie było takie: Nie mieliśmy dość sił do zachowania bytu państwowego, ergo nie mamy ich dosyć do jego odzyskania, skoro został utracony. Ci więc, co dążyli do odzyskania bytu państwowego, błądzili w tym, że chcieli rzeczy niemożliwej,
a powinni byli poprzestać na ocaleniu bytu narodowego. A doszedłszy do tej konkluzji, powiada nam autor teraz, że trudniej jest ocaleć jako naród, niż jako państwo! A skoro tak – to jakimże cudem dokonać tego, co jest jeszcze trudniejszym niż to, co autor niemożliwym uznał?

I znowu w dalszą autor popada niekonsekwencję, gdy pisze: „Nie patriotyzm porozbiorowy był błędnym, zgubnym, godnym potępienia, ale mylne, nieraz grzeszne jego użycie i praktyki: nie istota rzeczy była bezrozumem, ale forma wadliwa, spożytkowanie nielitościwie niepolitycznym – bo nieumiejącym mierzyć celu środkami i wykluczającym w sztuce wyboru dróg, tychże rozmaitość”.

Prawie by nas te słowa pogodzić mogły z panem Koźmianem, gdyby nie jawna sprzeczność tego ustępu z treścią i dążnością całej książki. Bo na czymże polegał patriotyzm porozbiorowy, co było jego istotą? Oczywiście nic innego, a przede wszystkim nic mniejszego, jak tylko dążenie do niepodległości. To było przecież celem, treścią, istotą, jedynym natchnieniem całego porozbiorowego patriotyzmu; to było pobudką wszystkich działań, z tego patriotyzmu wynikłych; z tej myśli powstały te wszystkie czynniki duchowe, które wytworzyły patriotyzm porozbiorowy. Ona i źródłem jego była, i jego istotę całą wypełniała, i urzeczywistnienie jej było tym wielkim celem, do którego on dążył. Bez tej myśli patriotyzm polski nie byłby takim, jakim był. Jeśli tedy autor w powyżej przytoczonym ustępie twierdzi, że nie istota tego patriotyzmu była błędną, bezrozumną, zgubną – to jakże to się da pogodzić z tylokrotnie wypowiedzianym zdaniem, że pokolenia porozbiorowe błądziły tym, iż dążyły do niepodległości, bo dążąc do niej, chciały rzeczy niemożliwej. Że w wykonaniu, w zastosowaniu, w praktyce politycznej były popełniane błędy – na to zupełna z autorem zgoda, chociaż my inne niż autor widzimy błędy wykonania. I w tym też zgadzamy się z autorem, że wykluczenie rozmaitości dróg uznaje on błędnym i zgubnym. Według nas, naród, który utracił niepodległość, nie powinien, nie może wykluczać żadnej drogi, żadnego środka działania, aby ją odzyskać. On powinien – jak to mawiał Bismarck – w swoim arsenale politycznym mieć zawsze wszystkie rodzaje broni, ażeby w danym razie użyć tej, która właśnie jest najlepszą. Ale zwraca się to przeciw autorowi, jako ciężka z jego strony niekonsekwencja. On bowiem właśnie wyklucza rozmaitość dróg, a zna tylko jedne: kompromisy z istniejącym porządkiem rzeczy – on z politycznego arsenału narodu wyrzuca wszelkie bronie, zatrzymując jedne tylko: wierną służbę każdemu z trzech rządów – on stara się do każdego innego środka i do każdej innej broni obudzić w narodzie wstręt i pogardę, niepomny, co by się stało, gdyby nadeszła pora użycia którejś z tych przez niego odrzuconych i potępionych broni i gdyby pokolenie polskie wychowane pod wpływem doktryny autora broni tej użyć nie chciało i nie umiało wówczas, kiedy ona jedynie byłaby zbawczą!

Toteż gdyby autor pamiętał zawsze o tym, iż wykluczenie rozmaitości dróg jest zgubne i że narodowi trzeba zawsze zachować „wolność wyboru dróg”, nie byłby zapewne pisał trzytomowego dzieła pod hasłem zarzucenia idei niepodległości dla ratowania bytu narodowego, od politycznych kształtów niezależnego, nie byłby też dla wykonania tego programu podał następującej recepty: „Środkiem najdoskonalszym znalezienia pod panowaniem obcym warunków najkorzystniejszych dla bytu narodowego, zarazem najdzielniejszym zwalczania anarchii, uznała szkoła porozumienie z istniejącym porządkiem rzeczy, uznanie i wspieranie władzy, lojalne skupienie się koło tronu i szukanie u niego opieki dla swoich przyrodzonych praw, uczciwe współdziałanie w interesie państwa, po zespoleniu z takowym praw i potrzeb bytu narodowego”.

Oto program! Dla narodu podbitego, ale który cały przez jedno państwo z całym ziemi swej obszarem zagarnięty został, program taki na jakiś czas mógłby wystarczyć – nigdy na zawsze, na całą przyszłość, nigdy jako cel, zawsze jako czasowy środek. Ale dla narodu, który nie tylko byt państwowy na rzecz obcych utracił, lecz zarazem został na trzy części rozdarty, i w trzy różne organizacje państwowe wcielony – jest taki program wręcz destrukcyjny. On stwarza trzy rodzaje, trzy kierunki patriotyzmu dla jednego narodu, skoro każe w każdym z tych trzech państw uczciwie współdziałać w interesie państwa, w każdym uznać i wspierać władzę. On więc w ten sposób rozrywa najzupełniej jedność narodową, która nie na samej przecież wspólnej mowie i wspólnym piśmiennictwie i wspólnych dziejowych wspomnieniach polega, ale ponadto i przede wszystkim na wspólności politycznych dążeń i aspiracji. Rozerwanie tej wspólności – gdyby było możliwe – byłoby zerwaniem narodowej jedności. Jeżeli zaś między interesami politycznymi tych trzech państw zachodzą sprzeczności i antagonizmy, wówczas tym jaskrawiej występuje na jaw owo zerwanie politycznej jedności narodu. Dochodzi się wtedy do tej prawdziwie przerażającej, monstrualnej konsekwencji, że Polacy, którzy by, według recepty p. Koźmiana, uczciwie współdziałali w interesie każdego
z tych państw i „lojalnie skupili się około tronu”, musieliby działać wrogo jedni przeciw drugim, wzajemnie jedni drugich działalność paraliżować; musieliby – w chwili jakiegoś wielkiego dziejowego rozstrzygnięcia, całymi zastępami stawać pierś przeciw piersi, broczyć w krwi bratniej, nie jako nieszczęśliwi niewolnicy przymusem na tę straszną bratobójczą walkę gnani – ale dobrowolnie, ochoczo spełniając obowiązek „uczciwego współdziałania w interesie państwa”, obowiązek „lojalnego skupienia się koło tronu”.

Program trzech lojalności – jest programem samobójstwa i destrukcji.

Przystępujemy do ostatniej części naszego zadania, do uwag nad tym, co p. Koźmian pisze o szkole stańczykowskiej.

Czytelnik pamięta, jak autor przedstawił nam skutki styczniowego powstania. Zostało po nim tylko zniszczenie. Została pustka. Przerwana praca naukowa, zatrzymana w rozkwicie literatura, spłoszona sztuka, uniemożebniona naprawa społeczna, zatracone życie polityczne. Słowem: nicość!

Ale opatrzność czuwała. Bo oto „na wiosnę 1866 roku Stanisław Tarnowski, wyszedłszy z więzienia[59], spotkał na rynku krakowskim piszącego tę rzecz” (tj. p. Koźmiana) i tam, na rynku, uradzili wydawać „Przegląd Polski”. I w wytworzonej przez to pismo szkole, i w ugrupowanym koło szkoły stronnictwie zeszło Polsce zbawienie.

Powstanie zostawiło w Polsce pustynię i ciemność, przyszedł p. Koźmian z towarzyszami i powiedzieli „stań się światło” – i światło się stało – i tchnęli na pustynię i wnet zazieleniła się bujną roślinnością! Oni wytworzyli, obok szkoły, stronnictwo stańczykowskie, to zaś sprawiło, „że w chwili pogromu, że po klęsce, zamiast zwykłego upadku ducha i apatii, zawrzało na wszystkich polach
i we wszystkich kierunkach”.

W jednej części Polski życie, podjętą została praca, zajaśniały talenty i zdolności, powstało piśmiennictwo polityczne, nauka na nowe weszła tory, sztuki piękne ogólne budziły zajęcie, zagajać się zaczęły rany społeczne, dobrobyt otoczyła czujna troska i nastała znacząca nie bez zasług a nawet pewnej świetności era; ukazali się ludzie, którzy czy w kraju, czy to w państwie zaszczytne, wytyczne nawet zajęli stanowiska, a w monarchii ustalili wpływ polski w sposób niepospolity”. To wszystko zdziałało stronnictwo stańczykowskie, a kto temu nie wierzy, niech to sobie przeczyta na str. 374 trzeciego tomu Rzeczy pana Koźmiana – Rzeczy nie o roku 1863, ale o p. Koźmianie i jego przyjaciołach politycznych.

Wątpimy, by gdziekolwiek indziej ktokolwiek pozwolił sobie tak śmiało drwić z czytającej publiczności. Więc się naprzód pisze nieprawdę, że powstanie spłoszyło sztukę, ażeby potem napisać drugą nieprawdę, że tę sztukę rozbudziła „szkoła stańczykowska” – pisze się, że literatura i nauka zamarła, to także jest nieprawdą, ażeby potem móc napisać, że p. Koźmian i towarzysze tę literaturę i naukę z upadku dźwignęli; pisze się, że była „pustka moralna i materialna” – ażeby potem napisać, że za sprawą szkoły stańczykowskiej i stronnictwa, raptem, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zawrzało wszędzie, zajaśniały talenty, ukazali się ludzie, podniósł się dobrobyt!

Cóż dopiero mówić o politycznym działaniu szkoły i stronnictwa. „Grono krakowskie” wytworzyło szkołę „politycznego patriotyzmu”, szkoła przecięła nić szkodliwego patriotyzmu. Ona to zrobiła wynalazek, że przyczyną wszystkiego złego w Polsce porozbiorowej była anarchia, rozpoczęła więc walkę z wszelką anarchią, a dodajmy: nawet z urojoną. Szkoła wykazała nie tylko możność, ale konieczność istnienia jako naród, chociaż nie w kształcie państwowym i szczerego zadowolenia się bytem narodowym bez państwowego; ona zaczęła wyrabiać w Polsce cnotę odwagi cywilnej – ona wreszcie umożliwiła i wytworzyła dobre stosunki galicyjsko--austriackie.

To wszystko zrobiła „szkoła”. Ale rzecz dziwna: jeżeli ona jest takim cudotwórcą, iż w miejsce zniszczenia byt stworzyła i polityczny stosunek Galicji do monarchii na lepszych oparła warunkach – jeżeli dalej, jak autor zapewnia, znaczenie „szkoły” i jej działalność sięga poza Galicję, postawiła bowiem zasadę, żeby, zamiast szukać pomocy obcej albo u jednego z rozbiorowych mocarstw, znaleźć warunki bytu narodowego w każdym z nich z osobna – to dlaczego dotąd polityka kompromisu tylko w Galicji miała powodzenie? Wszak autor pisze: „Praktyczność jej (tj. szkoły) polityczna okazała się w całej pełni dopiero w jednej części dawnej Polski, w ziemiach pod panowaniem austriackim”. „W Galicji system jej wydał najobfitsze i najlepsze owoce; pod panowaniem pruskim zaczął świtać lepszy nieco dla niego dzień, korzystniejsze wyrabiać się poczęły warunki”, „pod panowaniem rosyjskim dotąd, jedynie negatywnymi korzyściami zdołałby się wykazać system szkoły stańczykowskiej – mógł chronić tylko przed stratami i klęskami, spowodowanymi własną winą”. Skądże ta różnica? Dlaczego to, co w Galicji tak zbawczym okazać się miało, dotychczas zawiodło w obu innych zaborach? Bo, że zawiodło w zaborze pruskim, że bajką jest, co autor pisze o „świtaniu lepszego dnia” dla Polaków pod panowaniem pruskim – o tym dziś już chyba wątpić nie można. A przecież „szkoła” ma w obu tych zaborach swoich ludzi, swoje stronnictwa, swoje organa prasy – w obu tych zaborach próbowano według recepty p. Koźmiana porozumienia z istniejącym porządkiem rzeczy, uznania i wspierania władzy, nawet lojalnego skupienia się około tronu: Kościelski w Berlinie, a Wielopolski w Petersburgu.

Oto sprzeczność ta, to powodzenie w Galicji, a niepowodzenie w tamtych dwóch zaborach, jasnym się staje i zrozumiałym dla każdego, kto nie tak powierzchownie bada i nie tak mechanicznie pojmuje, jak p. Koźmian, współczesną historię. Według niego zeszło się w Warszawie kilku ludzi, zrobili spisek, rozpoczęli agitację, unicestwili program „genialnego” margrabiego, wywołali powstanie i stworzyli w Polsce pustkę i zniszczenie. A potem zeszło się w Krakowie kilku innych ludzi, założyli pismo miesięczne i przeobrazili stosunek Galicji do monarchii i stali się twórcami epoki odrodzenia kraju tego na wszystkich polach i we wszelkich kierunkach. Tymczasem tak samo, jak powstanie nie było sztucznym dziełem „spisku”, ale wynikiem całego szeregu wydarzeń, z których i spisek powstał, i ruch zbrojny – tak samo owo przeobrażenie stosunku Galicji do monarchii nie było dziełem „grona krakowskiego” ani „szkoły stańczykowskiej”, ani „stronnictwa stańczykowskiego” – ale wynikiem całego szeregu wydarzeń politycznych, których pierwszym jest Solferino i dyplom październikowy… Bez tych wydarzeń wszelka grupa czy szkoła, czy partia nie byłaby nic zdziałała. Prawda, że ludzie muszą takim wypadkom dopomagać i umieć z nich korzystać – ale, jak się zaraz przekonamy, tymi ludźmi, zwłaszcza zaś inicjatorami skorzystania z owych wydarzeń, nie byli bynajmniej ci, których p. Koźmian twórcami tego dzieła uznaje. A nawet, właściwi twórcy i inicjatorowie nieraz u tej grupy natrafiali na bardzo poważne przeszkody w działaniu. I tak jak wielbiony dziś przez „szkołę” Wielopolski podkopywany był przez „Czas” tak samo właściwi twórcy polityki korzystania z wypadków umożliwiających polepszenie galicyjsko-austriackich stosunków spotykali się nieraz z wielkimi trudnościami, których źródłem była „szkoła”.

Analogiczny zupełnie, ale o wiele jaskrawszy zachodzi stosunek co do innych zakresów pracy publicznej w Galicji, w których p. Koźmian przyznaje całkowitą zasługę „szkole” – podczas gdy ona przeciwnie bardzo licznym pracom stawiała opór zawzięty. Tutaj też tak samo jak w polityce, przyznawała się do tego, co inni zdziałali, przyłączała się do rzeczy już dokonanych, gdy one stanęły tak silnie i poważnie, że dalszy opór byłby już szkodliwy dla szkoły i dla stronnictwa, a teraz przez p. Koźmiana robi sobie z tego reklamę. W Galicji wyzyskała na swoją rzecz, co zrobiły wypadki i co zdziałali inni ludzie – tam zaś, gdzie przeszkody były i są bardzo wielkie, w zaborze pruskim i rosyjskim, nie zrobiła nic, a jej system i jej program okazał się zupełnie bezpłodnym, nie wytrzymał próby, nie zdał praktycznego egzaminu, pomimo że przez lat blisko trzydzieści szkoła czyni wszelkie wysiłki, ażeby i w tamtych dwóch zaborach rozwinąć działalność i okazać dobre skutki swego systemu. Osiągnęła natomiast inne rezultaty: rozbiła społeczeństwo na takie stronnictwa, które nie powinny były mieć racji bytu, bo różniły się w kwestii nie ulegającej wątpliwości, stojącej ponad wszelką dyskusją, w kwestii ostatecznych celów narodowej polityki. Tę zaś kwestię czyniąc przedmiotem sporu, tym samym walkę zaostrzyła, rozogniła, wytworzyła w narodowym obozie przepaści tam, gdzie powinny były istnieć tylko różnice, a przez to i przez swoją ekskluzywność w wysokim stopniu utrudniła pracę wewnętrzną nad rozwojem sił narodowych. I drugi jeszcze osiągnęła rezultat: szereg upokorzeń politycznych – przymilanie się z polskiej strony, po którym następowało kopnięcie nogą od Berlina lub Petersburga – złudzenie „nowego kursu” wobec Polaków, podczas gdy „stary” kwitł w najlepsze – pewne odepchnięte deputacje i pewne z pogardą w kąt rzucone wieńce…

Powiedzieliśmy, że to, co p. Koźmian za główną polityczną zasługę swojej szkoły i swego stronnictwa uważa, polepszenie galicyjsko-austriackiego stosunku, nie ich jest zasługą, ale wypadków, które się bez wpływu szkoły stańczykowskiej rozwijały i ludzi, którzy stali poza szkołą.

Po klęsce pod Solferino weszła Austria na drogę konstytucyjną, której twórcą był Gołuchowski. Jego dyplom październikowy, jak przypomnieliśmy w pierwszej części – w tym systemie konstytucyjnym stawiał wysoko samorząd krajów, stąd opozycja przeciw niemu centralistów niemieckich i ich intrygi, które doprowadziły do upadku Gołuchowskiego. U steru rządów staje centralista i germanizator Schmerling; prawą ręką jego jest Plener (ojciec)[60], od którego też biorą nazwę lutowe patenty, zaprowadzające Radę państwa i Sejmy, z nadzwyczaj szczupłym zakresem samorządu. Galicja, do konstytucyjnego życia powołana, stanęła od razu w opozycji przeciw systemowi, który wykrzywiał myśl październikowego dyplomu, przeciw ówczesnemu rządowi krajowemu w Pałacu pod kawkami, gdzie zawsze jeszcze kwitła w najlepsze dawna przeciw Polakom nieufność, dawna dążność germanizacyjna, dawne protegowanie świętojurców, zręcznie kokietujących i z Wiedniem, i z Petersburgiem i – co najgorsza – niewygasłe jeszcze tradycje używania „chłopa przeciw Polakom”. Zarówno zatem Sejm, jak i delegacja polska w Radzie państwa szły opozycyjnie – a silnie im sekundował kraj cały, pod wpływem coraz potężniej w Warszawie tętniącego ruchu narodowego.

Na tej opozycyjnej drodze zastało Galicję powstanie. Legalne, konstytucyjne życie polityczne zostało przerwane. Od stycznia 1863 do grudnia 1865 Sejmu nie zwoływano. Więzienia napełniły się i przepełniły patriotami. Trzeba przyznać niemieckiej liberalnej partii, że szczerze i gorąco ujmowała się wtedy naszym krzywdom, upominała się o zniesienie stanu oblężenia, pomimo że przez to przyczyniała się sama do zachwiania stanowiska Schmerlinga. Wreszcie w kwietniu 1865 stan oblężenia zniesiono. W parlamencie wiedeńskim coraz częstsze i silniejsze ciosy padają na Schmerlinga. Przyczynią się do tego wpływy nienawidzących go Węgrów. Cesarz Franciszek Józef[61] – jeszcze niekoronowany król węgierski – jedzie na wystawę rolniczą do Pesztu, pryskają lody między monarchą a narodem węgierskim. Schmerling pada – miejsce jego zajmuje Belcredi, który w manifeście wrześniowym zapowiada federalistyczny kierunek wewnętrznej polityki, mówi znowu w tonie październikowego dyplomu, naprawy konstytucji dokonać zamierza przez „porozumienie się z reprezentacjami królestw i krajów” i oświadcza: die Bahn ist frei!

Nie było wtedy nie tylko „szkoły stańczykowskiej” ani „stron-nictwa stańczykowskiego” – nie było nawet „grona krakowskiego”, bo było wówczas zupełnie rozproszone. A jednak, chociaż jeszcze stańczykowska opatrzność nie czuwała nad Galicją, rozpoczęła się właśnie wtedy i dopiero wtedy akcja, mająca wdrożyć ze strony kraju polepszenie stosunków między Galicją a Austrią, w chwili, gdy w Wiedniu dokonywała się zmiana, która to polepszenie umożliwiała i prawdopodobnym czyniła. Poseł lwowski, dr Florian Ziemiałkowski[62], wskutek zapadłego nań wyroku sądu wojennego, stracił był mandat poselski. W miejsce jego w jesieni 1865 roku rozpisano nowy wybór z miasta Lwowa. I wtedy to wyborcy stolicy kraju wybrali posłem byłego namiestnika i byłego ministra, Agenora Gołuchowskiego. Główną w tym sprężyną był Jan Dobrzański[63], który był zawsze przedmiotem najgwałtowniejszych ataków ze strony organów stańczykowskich i oczywiście pięknym za nadobne im odpłacał, z którym w pewnych wypadkach można się było nie zgadzać, ale który objawiał nieraz ten instynkt trafny, wskazujący, co w danej chwili dla narodowej sprawy najkorzystniejsze. W owej chwili, po upadku tak wielkich nadziei, wobec rozpoczętego w zaborze rosyjskim strasznego prześladowania, a z drugiej strony wobec konstytucyjnych urządzeń Austrii i zapowiedzianego w manifeście wrześniowym poszanowania narodowości, samorządu i stanowiska Sejmów – ów instynkt wskazał Dobrzańskiemu, że w interesie sprawy narodowej potrzebne jest staranie się o kompromis z Austrią, o zapewnienie tutaj jak najlepszych dla naszej narodowości politycznych warunków, że ten kompromis jest możliwym bez uchybienia naszej narodowej godności i że do przeprowadzenia go najodpowiedniejszą osobistością będzie Gołuchowski. Ze zwykłą energią wziął się Dobrzański do dzieła, porwał za sobą lwowskie mieszczaństwo i mimo gwałtownej opozycji wybór Gołuchowskiego przeprowadził.

Nie „grono” zatem – ani „szkoła”, ani „stronnictwo stańczykowskie” jest twórcą tej kompromisowej polityki w Galicji – ale wdrożyli ją wyborcy „tygrysowa” przez wybór Gołuchowskiego, który potem prowadził to dzieło dalej łącznie z Ziemiałkowskim. Nie „szkoła” wynalazła ów „system” – ona go znalazła gotowym, ona się potem do niego przyznała – i ona też dzisiaj sobie przypisuje zasługę tych korzyści, które z tego systemu kraj odniósł. Co więcej – były chwile, w których system ten zwyciężał wbrew opozycji ludzi ze „szkoły” p. Koźmiana. Dnia 2 marca 1867 w Sejmie galicyjskim rozstrzygało się stanowisko polityczne Gołuchowskiego i Ziemiałkowskiego. Opozycji rzecznikiem głównym był Ludwik Wodzicki[64] – głosował z nim razem Stanisław Tarnowski. Ich zwycięstwo wtedy byłoby się stało ciężką porażką*, jeżeli nie klęską wymienionych wyżej reprezentantów kompromisowej polityki. A dzisiaj: oni się przedstawiają jako jej wynalazcy, jej twórcy, jej główne filary!

Przyznaje wprawdzie autor, że w sprawie austro-węgierskiego kompromisu miała „szkoła” ułatwienia, a do tych ułatwień zalicza ustrój monarchii, zalicza też szereg ludzi, którzy w tym duchu działali – przy czym jest nader charakterystyczne, że w szeregu tym opuszcza zupełnie Ziemiałkowskiego, który był przecież jednym z głównych filarów tej polityki. Ale wszystko, co zrobili ci ludzie, jest niczym, w porównaniu z zasługą szkoły: „cel był wskazany, droga nie była wyraźnie wytknięta”… „Cel wskazanym był, ale odmiennie i zmiennie, pod wpływem jeszcze dawnych pojęć i wyobrażeń; stąd wybór ani podstawy, ani drogi nigdy jasno i stanowczo nie został zaznaczonym ani obranym”. Otóż w tej chwili, kiedy jeszcze „wybór” nie był „obranym” – stanęła szkoła stańczykowska jako zbawca, „weszła na właściwą drogę i położyła silną podwalinę; stanowczo i odważnie, na podstawie własnego systemu narodowego (?) powiedziała, że w teorii i praktyce przeprowadzić należy szczerze, bez zastrzeżeń myśl i rzecz. Wtedy dopiero ludzie znaczący, kierujący i działający w kraju, zgodzili się na ten system i przyjęli go również bez zastrzeżeń”.

Jest to po prostu wielka blaga. Ani Gołuchowski i Ziemiałkowski, ani Leon Sapieha[65] i Grocholski[66] – nie potrzebowali czekać i nie czekali na „szkołę”, aby im wskazała drogę i środki działania. Przeciwnie, szkoła zawsze podszywała się pod cudzą zasługę, stroiła się w cudze piórka, a zarazem umiała tym, co inni robili lub robić zamierzali, podsuwać swoje myśli i dążenia. Najlepszym dowodem tego jest właśnie ten końcowy rozdział książki p. Koźmiana, który zupełnie niezgodnie z prawdą rzecz tak przedstawia, jakoby ci, którzy pracowali nad wyrobieniem dobrych stosunków między Galicją a Austrią, czynili to w imię stańczykowskiej doktryny i dla niej – i jakoby wszelkie pomyślne tych usiłowań wyniki były zwycięstwem „systemu szkoły”.

Szkoła stańczykowska nie ma jednak prawa do upatrywania zwycięstwa swojej idei, swego systemu w kompromisowym i względnie pomyślnym ułożeniu się stosunków galicyjsko-austriackich. Tego jej systemu główną, zasadniczą podstawą jest: zrzeczenie się wyższych narodowych aspiracji, wyparcie się i porzucenie idei państwowego bytu, ażeby ratować byt narodowy. Otóż w kompromisie austriacko-galicyjskim nie było nigdy i nie ma dotychczas tej zasadniczej podstawy systemu szkoły stańczykowskiej. Ani twórcy kompromisu, Gołuchowski i Ziemiałkowski, ani główny w początkach agitator i publicysta, który im drogę torował – Dobrzański – ani ci, którzy dzieło to prowadzili dalej, nigdy i nigdzie tego wyrzeczenia się nie wypowiedzieli ani też nikt w Austrii tego od nich nie wymagał, nikt o jakieś w tym kierunku rękojmie nie pytał. Wymaga tego urzędowa i nieurzędowa Rosja, bo dla niej to jest kwestią bytu – i dlatego cała rzekoma mądrość „szkoły” nie wystarcza, aby tam doprowadzić do kompromisu. Wymagają tego urzędowe i nieurzędowe Pruso-Niemcy (pamiętne słowa Bismarcka: niech Polacy dadzą słowo honoru!) – bo im to służy dobrym pozorem do ciemięstwa – i dlatego kompromisowe dążenia zawsze się tam rozbijają. Wymaga tego od swego własnego narodu szkoła stańczykowska, i dlatego wre ciągła walka między nią a wszystkimi innymi polskimi stronnictwami, a ktokolwiek z nią w chwilowe wchodził kompromisy, rychło przeraził się jej skrajności i zmuszony był przeciw temu protestować. Nie wymagała tego nigdy Austria i dlatego tutaj kompromis był możliwy, bo uszanowano naszą godność, bo nie zadano gwałtu naszemu sumieniu. Na wspólności interesu, na poszanowaniu obopólnym, na oddaniu nam względnej przynajmniej sprawiedliwości, na uznaniu z naszej strony, iż interes państwowy austriacki może w nas mieć poparcie bez zaprzepaszczenia naszej narodowej idei – kompromis ten stanął i tylko taki jest możliwy i mieć może warunki trwałości. Z chwilą, w której by warunkiem kompromisu stać się miało w jakiejkolwiek formie dokonane wyrzeczenie się tego, co jest istotą naszej duszy narodowej – zbuntowałoby się przeciw niemu sumienie polskie i znowu nie wystarczyłby cały rozum „szkoły” na to, ażeby kompromis uratować. W tym przeto kompromisie nie zwyciężył system „szkoły” – zwyciężył w nim program, który bez wyrzekania się przyszłości nakazuje w teraźniejszości korzystać z wszystkiego, co może posłużyć ku wzmacnianiu siły narodowej, jako środka do osiągnięcia w danej pomyślnej chwili najwyższego, a przezszkołę” odrzuconego celu usiłowań i prac i walk porozbiorowego naszego żywota…

Autor Rzeczy o 1863 r. tak się obawia posądzenia o to, że on i „szkoła” jednak może gdzieś na dnie serca ten cel najwyższy chowają – iż zastrzega się przeciw temu, jakoby szkoła w kompromisie austriacko-galicyjskim upatrywała jakąś austriacko-polską dalej sięgającą politykę. Pierwsze nazywa małym stylem, drugie wielkim stylem systemu – i powiada: „żeby szkoła stańczykowska przyjmowała mały styl systemu tylko jako konieczny początek wielkiego, to jest nieprawdą, temu przeczy cała działalność i postępowanie szkoły oraz podstawowe jej zasady, sama zamiana szkodliwego patriotyzmu na patriotyzm polityczny”. Przypominamy: szkodliwym patriotyzmem jest idea bytu państwowego, rozumnym wyrzeczenie się tej idei w interesie bytu narodowego. Czy potrzeba było tak uroczyście zapewniać, że polityka szkoły jest polityką małego stylu – wątpimy. A zapewniwszy nas o tym, pisze autor dalej: „Nie przeczymy, że pozory mogły mylić i w błąd wprowadzać. Nieraz w ogniu i zapale walki szkoła używała polityki austriacko-polskiej w rozciąglejszym znaczeniu. Dopomagało to do ugruntowania jej systemu w tej dzielnicy. Były to już nie krwawe ofiary, lecz kadzidło spalone na dawnych ołtarzach. Przy jego woni ustalił się stosunek kraju do monarchii, zwyciężył nowy system. Dziś stoi już ten stosunek pod strażą nowych wyobrażeń i przyzwyczajenia”. Innymi słowy: rzucaliśmy wam czasem frazesy o szerszej austriacko-polskiej polityce, aleśmy tego nie brali na serio. To nam było tylko chwilowo potrzebne, aby was – tłumie – łapać na wędkę, teraz nam już tego nie potrzeba. „Woń tego kadzidła robiła już swoje – i możemy otwarcie się przyznać do tego, iż mamy tylko mały styl w naszej polityce!”. Bierzemy to do wiadomości – a dodajemy tylko uwagę, że po tym przyznaniu się do obłudy szkoła chyba dziwić się nie powinna, jeżeli jej już nikt wierzyć nie będzie.

Obok działalności politycznej – przedstawia p. Koźmian działalność szkoły w tak samo przesadnym świetle na wszystkich innych polach narodowego życia. Szkoła „zapełniła próżnię duchową, wytworzoną wypadkami 1863 roku”. Oczywiście: ona sama za kraj cały myślała i pracowała, bez niej byłaby próżnia! Ona to wraz ze stronnictwem, które z niej powstało, sprawiła, że po klęsce „zawrzało życie” – że zajaśniały talenty i zdolności – że sztuki piękne zakwitły – że się skrzepiła nauka i piśmiennictwo, że się podnosi dobrobyt!

Tak wygląda legenda p. Koźmiana o szkole stańczykowskiej. Prawda historyczna przedstawia się zgoła odmiennie. Szkoła – do której należeli przecież ludzie z wyższą inteligencją i z zasobami ekonomicznymi – nie mogła pozostać i nie pozostała bez wpływu na rozwój życia umysłowego i ekonomicznego w kraju. Ludzie ci znosili także swoje cegiełki do tej budowli. Ale ta błędna wyłączność, z jaką p. Koźmian dzisiaj szkole całą zasługę przypisuje, jak gdyby poza nią nikogo już w Polsce czy w Galicji nie było – ta sama błędna wyłączność sprawiła, iż ci ludzie w „szkołę” złączeni wszelkiej na szerszą skalę podjętej i na szerszych podstawach opartej pracy potężne stawiali zapory. A była tego dwojaka przyczyna: przede wszystkim tak sobie zdogmatyzowali swój system, tak fanatycznie weń uwierzyli – że wszystko, co nie z ich ducha było, z góry potępiali i za złe uznawali. A odnosi się to nie tylko do rzeczy politycznych, w których, wobec walki stronnictw, pewna ekskluzywność jest nieuniknioną, chociaż ona w wielu razach szkodliwą się staje. Odnosi się to także i do spraw naukowych, literackich, artystycznych, ekonomicznych. Wszędzie szkoła stawała się koterią, kliką – a jeżeli p. Koźmian żali się, że tę nazwę szkole dawano, to my mu powiemy, iż na nią najzupełniej zasłużyła. Przypisywała sobie monopol rozumu i brała monopol wpływowych stanowisk na wszelkich polach życia – każdego, kto do niej nie należał albo jej nie służył, od tego odsądzając.

A drugą przyczyną było to, czego p. Koźmian lekko się wypiera, co jednak z jego własnych słów wynika, a co stwierdzają tysięczne fakty: arystokratyczno-szlachecka wyłączność szkoły. Co nie wyszło „z góry”, to już w jej oczach było co najmniej podejrzane; co chciało pracą sięgać w głąb społeczeństwa, co się z tego społeczeństwa samodzielnie wyłaniało – to już wręcz było niebezpieczne
i szkodliwe. Każdej tego rodzaju pracy, każdemu takiemu ruchowi szkoła czyniła największe trudności, ale tylko do pewnego czasu. Bo kiedy się potem przekonywała, że praca bez niej, a nawet wbrew niej idzie dobrze – zyskuje grunt w kraju, że może pewnym, do szkoły nie należącym jednostkom zdobyć wiarę i popularność – wtedy szkoła zaczynała się nawracać, uznawać fakty dokonane, po jakimś czasie nawet brać udział w robocie w tym celu, aby nią owładnąć i na swoje koło skierować. Zupełnie tak samo, jak bywało w powstaniach naszych, w których z początku nieprzyjazne, potem już tylko obojętne stanowisko zajmowali ludzie tego obozu, z którego „szkoła” powstała – aby następnie do powstania „przystąpić” – owładnąć nim, a! zawsze więcej szkody niż pożytku przynieść powstaniu! Tak samo też było i we wszelkich prawdziwie organizowanych pracach w kraju.

Na poparcie tego naszego twierdzenia liczne możemy przytoczyć dowody. Autor niniejszej rozprawki miał sposobność w początkach swego dziennikarskiego zawodu polemizować z artykułem „Czasu”, w którym wypowiedziano i starano się udowodnić zbyt śmiałe twierdzenie o szkodliwości idei stowarzyszeń. Dowodzono tam per longum et latum, że stowarzyszenia prowadzą do rozbicia społeczeństwa na małe kółka, z których każde do swego odrębnego celu dążyć będzie, tak iż zatraci się wszelkie wspólne dążenie. Wątpimy bardzo, czy „Czas” obecnie odważyłby się artykuł ten zamieścić i wziąć zań odpowiedzialność. Dziś, kiedy idea stowarzyszeń jak wszędzie, tak i u nas święci najpiękniejsze tryumfy, kiedy zaprzeczyć się nie da, że specjalnie kraj nasz zawdzięcza jej bardzo znaczną część dokonanego w 30 latach rozwoju i postępu, trudno zaprawdę uwierzyć, iż była chwila, kiedy trzeba było tej idei bronić wobec tak poważnego organu! Ale też z drugiej strony trudno bez uśmiechu czytać samochwalcze dytyramby szkoły, która odważnie twierdzi, że ona to obudziła życie w Galicji i wypełniła próżnię, stworzoną przez rok 1863!

Wszelkie większe instytucje, oparte o zasadę stowarzyszania się ku samodzielnej pracy społecznej i skupiania sił w odosobnieniu drobnych a w zjednoczeniu potężnych, były przez szkołę i jej organa zwalczane dopóty, dopóki nie urosły w siłę taką i nie zdobyły sobie takich i tak powszechnie uznanych zasług, że dalsza przeciw nim walka byłaby już śmiesznością okryła walczących. Towarzystwo Oświaty Ludu, zawiązane we Lwowie w roku 1868 – które do swych założycieli liczyło między innymi: Adama Sapiehę, Kazimierza Grocholskiego, Antoniego Jabłonowskiego, Alfreda Młockiego[67], Władysława Koziebrodzkiego[68], Mieczysława Pawlikowskiego[69] – przyjęte było przez „Czas” z najwyższą niechęcią i spotkało się w kraju z zaciętym oporem stronników tego pisma. Założyciel Wydawnictwa dzieł tanich i pożytecznych w Krakowie, śp. Franciszek Trzecieski[70], takąż samą niechęć i opór tegoż stronnictwa zwalczać musiał. Śmiech powiedzieć: Towarzystwo Pedagogiczne było temu stronnictwu i jego organowi strasznie podejrzane i niebezpieczne – Towarzystwo Przyrodników imienia Kopernika miało do zwalczania z tej samej strony pochodzącą niechęć. Kiedy w roku 1872 zawiązał się we Lwowie komitet do zbierania składek na szkoły ludowe, komitet, do którego między innymi należeli Włodzimierz Dzieduszycki[71], Ziemiałkowski, Skrzyński Ludwik, Młocki, Sapieha Adam, Krzeczunowicz[72], Smarzewski, Gross – „Czas” nie posiadał się z irytacji i jawnie zwalczał robotę, z której powstał fundusz, wynoszący dziś przeszło 100 000 złr. Tak samo było z Towarzystwami gimnastycznymi, które uznano jako niepotrzebne, bo przecież w szkołach uczą gimnastyki – zdanie, które bardziej świadczy o wytrwałej chęci przeszkadzania pożytecznej robocie, aniżeli o znajomości rzeczy. I dopiero w ostatnich latach, kiedy sokolstwo wzrosło w siły i powszechne sobie zjednało uznanie, przekonali się panowie ze szkoły p. Koźmiana, że byłoby już dla nich niepraktycznym, a nawet szkodliwym zwalczać taką instytucję. Dosłownie tak samo rzecz się miała z Kółkami rolniczymi. Niechęć swoją do tej instytucji przenieśli ci panowie aż do Izby sejmowej i zmienili front dopiero wtedy, kiedy Kółka bez nich rozwinęły się i stanęły silnie. Nieco odmiennie rzecz się miała z towarzystwami zaliczkowymi i gospodarczymi. W Krakowie Henryk Kieszkowski – we Lwowie inni, innego obozu ludzie sprawę te ruszyli. Ale rychło okazały się zasadnicze w tej sprawie różnice. Gdy ze strony konserwatywnej chciano ruch ten oprzeć na zasadzie opiekuństwa i narzucania organizacji z góry, uznali inni, iż stowarzyszenia, na samopomocy oparte, samodzielnie stać muszą, jeżeli mają spełnić swoje arcyważne, dwojakie zadanie: ekonomiczne wzmocnienie i ochronę od wyzysku z jednej, a z drugiej strony wychowawcze zadanie, tak bardzo znaczące w społeczeństwie, które nie przechodziło praktycznej szkoły prac ekonomicznych, lecz drugi kierunek samodzielnego rozwoju zwyciężył – utworzenie Związku stowarzyszeń stało się decydującym na tej drodze faktem, a nastąpiło to znowu wbrew przeszkodom stawianym przez ludzi należących do szkoły p. Koźmiana i do stronnictwa, które z niej wyrosło.

Tych kilka przykładów niech posłuży za dowód, że to wszystko, co było i jest pracą u podstaw społeczeństwa, zarówno w kierunku oświaty, jak i ekonomicznym, to wszystko, co nie było robotą z góry, mającą pieczątkę rządu albo owych powag „szkoły”, które się raz same „moralnym rządem” nazwały – to wszystko spotykało się zawsze z jawnym oporem tego stronnictwa, o którym dziś p. Koźmian twierdzi, iż jego zasługą jest wszystko, co od lat trzydziestu w kraju tym zdziałano.

A już zgoła śmiesznym jest twierdzenie, jakoby z „systemu szkoły wzięła początek cała ta praca, która się w kraju naszym w okresie po powstaniu rozwinęła”. Tak źle z nami nie było, ażeby potrzebnym było tworzyć osobną „szkołę” i osobne stronnictwo w tym celu, by ten kraj do pracy pobudzić. Po klęsce roku 1863 nie było nikogo, kto by nie uznawał potrzeby takiej wszechstronnej pracy nad rozwojem kraju, nad wzmożeniem sił jego. Zgodni w tym byli i konserwatyści, i demokraci, i ci, których p. Koźmian głównie odpowiedzialnymi czyni za klęski powstania, i ci, którzy do powstania przystąpili wtedy, gdy im na to cesarz Napoleon i Hotel Lambert pozwolił, a którzy głównie winni byli temu, że rozlew krwi trwał tak długo. Do pracy tej wzywała zarówno lwowska „Gazeta Narodowa”, jak i krakowski „Czas”, zarówno lwowski „Dziennik Literacki”, jak i krakowski „Przegląd”, z tą tylko różnicą, że gdy jedni do tej pracy wzywali wszystkich, drudzy ekskluzywnie chcieli ją złożyć w ręce koterii około „szkoły” się grupującej i w ręce rządu. Ale nie było w Polsce nikogo, kto by nie był zrozumiał i odczuł tego, iż po klęsce ani rąk opuszczać, ani na nowe klęski narażać się nie godzi, ale że trzeba rany goić, nadwątlone siły krzepić, społeczeństwo moralnie i materialnie wzmacniać, a przede wszystkim spajać. Ta myśl przeto nie jest wyłączną duchową własnością ani wynalazkiem żadnego stronnictwa, żadnej szkoły – ona była w powietrzu, ona była koniecznym, a przez ogół od razu zrozumianym następstwem wypadków roku 1863. Toteż ku temu, ażeby się ta myśl w społeczeństwie polskim przyjęła, szczególniej zaś w tym kraju, który skutkiem wyjątkowych stosunków politycznych Austrii miał większą swobodę działania – ku temu nie potrzeba było tworzyć osobnej „szkoły” politycznej i osobnego stronnictwa. A już przede wszystkim nie potrzeba było tej szkoły i tego stronnictwa opierać na zasadzie, która musiała być i jest wstrętną narodowi, na zasadzie wyrzeczenia się państwowej idei polskiej. Przeciwnie – zdrową polityką było do pracy tej powołać wszystkich patriotów i ludzi dobrej woli, bez względu na polityczne odcienie i różnice – bo sprawa oświaty i zdrowia, i dobrobytu ekonomicznego stoi poza kwestiami, które dzielą obóz narodowy na polityczne i społeczne stronnictwa. Tego jednak szkoła stańczykowska zrozumieć nie chciała. Swoją wyłącznością, owym aroganckim przyznaniem sobie miana „rządu moralnego” w społeczeństwie, odsądzaniem od publicznej pracy tych wszystkich, którzy jej sztandarowi ślubować nie chcieli, stawianiem wielkich przeszkód i trudności wszystkim przedsięwzięciom, które nie wychodziły albo od niej, albo od urzędowych kół – „szkoła” wielką wyrządziła szkodę tym wszystkim pracom, o których teraz jej główny publicystyczny przedstawiciel twierdzi, że się one z jej ducha poczęły i z jej systemu. Na walkę ze „szkołą” i z przeszkodami przez nią i jej stronnictwo stawianymi musiano użytkować wiele sił, które zostały przez to dla pozytywnej pracy stracone.

Ale w inny jeszcze sposób „szkoła” spowodowała uszczerbek tych sił i tej energii, które można było w wyższym stopniu, niż się to stało, zużytkować na rzecz pozytywnej pracy nad wzmożeniem duchowych i materialnych zasobów narodu. Zwróciliśmy już na to uwagę w tym ustępie naszej pracy, w którym odpowiedzieliśmy na to, co p. Koźmian o skutkach powstania pisze.

Zdrowie narodu, konieczność zagojenia ran, zadanych przez ostatnie klęski, świadomość doniosłego znaczenia, jakie w każdym położeniu narodu ma jego siła moralna – wszystko to nakazywało bacznie starać się o to, aby po klęsce nie nastąpił moralny upadek, aby po wytężeniu nie nastąpiło zbyteczne obniżenie patriotyzmu, ażeby ta siła, którą jest zawsze patriotyzm, nie spadła poniżej tej skali, jaka nawet w zupełnie normalnych stosunkach jest konieczną, jeżeli nie ma wszelka praca ustać, wszelkie życie zamrzeć. W takiej właśnie chwili, kiedy same klęski po powstaniu na naród spadłe i sam fakt upadku tak wysoko podniesionych nadziei mogły były wywołać zgubną w umysłach reakcję i zgubne ostudzenie serc – w takiej chwili pojawienie się „szkoły stańczykowskiej” z jej doktryną o zrzeczeniu się programu bytu niepodległego było nie tylko niepotrzebnym, ono wprost było niebezpieczne. Jedynie zbawczym hasłem, jedynym lekarstwem na świeże rany było wezwanie do pracy na wszelkich polach narodowego życia, ale wezwanie w imię tych samych ideałów, dla których świeżo krew się lała, nie zaś przeciw tym ideałom, nie na zasadzie ich porzucenia i zaparcia się samego celu wszystkich porozbiorowych pokoleń. Wskazać trzeba było narodowi, że do tego samego celu innymi na dziś drogami zmierzać trzeba – ale nie odrzucać celu dlatego, że drogi i środki zawiodły. Tak zwana „szkoła” postąpiła wręcz przeciwnie. Zamiast budować i tylko budować – wybrała się burzyć dawne świątynie czci narodowej. Zamiast skupiać wszystkich do pracy, wydawać zaczęła hasła, które musiały w obozie narodowym wytworzyć przepaściste różnice. Toteż, gdy „szkoła” skupiała około siebie zastępy, ku burzeniu tego, co nigdy nie powinno przestać być świętością narodową – drudzy musieli stanąć w obronie tego, co by w normalnym stanie rzeczy obrony nie potrzebowało. Społeczeństwu, potrzebującemu wielkiej pracy, „szkoła” narzuciła walkę – z tym wszystkim, co walka taka za sobą wiedzie: z przesadą po jednej i po drugiej stronie, z wzajemnym odpychaniem się i spychaniem się tam, gdzie i pożądaną, i możliwą była koncentracja sił w pracy, z rozgoryczeniem, a nawet nienawiścią tam, gdzie tyle potrzeba miłości. To było wielkie marnotrawstwo siły, a winną temu „szkoła stańczykowska” przez nieopatrzne targnięcie się na to, co świętym było narodowi. A jest „szkoła” pod tym względem niepoprawną. Niech tylko na chwilę walka przycichnie, a niechęci wzajemne ostygną – wnet „szkoła” na nowo zarzewie walki podnosi. Tak przed kilku laty zrobiła, ogłaszając swoje „doświadczenia i rozmyślania” – tak się stało obecnie przez publikację Rzeczy p. Koźmiana.

A drugą wielką winą i wielkim grzechem „szkoły” jest jej opór przeciwko konsekwencjom tego, co jako fakt w oczach naszych się dokonywa – przeciwko koniecznym następstwom „demokratyzo-wania się naszego społeczeństwa”, które w jednej ze swych polemicznych publikacji uznał główny reprezentant szkoły, hr. Stanisław Tarnowski. ile jest w społeczeństwie, jeżeli jego formy polityczne są zbyt ciasne w stosunku do samej w te formy ujętej istoty tegoż społeczeństwa. Rozrastająca się treść rozsadzi skorupę, jeżeli nie pomyślano zawczasu o rozszerzeniu i przekształceniu formy. Wykazaliśmy już poprzednio, że p. Koźmian zastrzega się wprawdzie przeciw temu, jakoby szkoła była „arystokratyczną”, ale w innym miejscu stanowczo zaznacza, iż szkoła „nie widząc jeszcze w innych warstwach ani dość licznych żywiołów, ani dostatecznych rękojmi dla bytu narodowego”, chce już nie tylko utrzymania i wzmocnienia szlachty, ale „ujęcia przez nią i trzymania silną dłonią losów narodu”. Dążenie to już jest zastarzałe, już zmienionym stosunkom nie odpowiednie, już nie da się pogodzić z ogarniającą coraz szersze warstwy oświatą i przenikającym je poczuciem narodowym i obywatelskim! Usiłowanie to daremne, a jednak w skutkach jeszcze zawsze bardzo szkodliwe, bo uszczupla zapasy sił narodowych zarówno przez to, iż wywołuje wewnętrzne walki i starcia i podnosi klasowe antagonizmy, jak i dlatego, że wiele dzielnych jednostek od pracy wspólnej usuwa, póki albo nie upadną w walce, albo po przełamaniu wielkich trudności same sobie terenu do pracy nie zdobędą – poczym zawsze zostaje pewien osad goryczy i niechęci.

W liście do ks. Castlereagha, przytoczonym przez p. Koźmiana w całej osnowie, wypowiada Talleyrand obawę, iż odbudowana Polska popadłaby rychło w dawną anarchię. Tę obawę zaś uzasadnia różnicą, jaka w Polsce istnieje między szlachtą a ludem: „Ale bo też w tym kraju są jakby dwa ludy, dla których trzeba by dwóch odmiennych ustaw, które wzajemnie się wykluczają”. List ten przytacza p. Koźmian na poparcie swego twierdzenia, iż odbudowane państwo polskie nie miałoby wewnętrznych warunków trwania, iż społeczeństwo takie „dostatecznych rękojmi silnego bytu samoistnego dać nie mogło”. A przecież w liście tym, na który się autor powołuje, daną jest wyraźna wskazówka, co robić nam trzeba, jeżeli chcemy, ażeby społeczeństwo dało owe rękojmie silnego bytu samoistnego, owe warunki trwania jako państwo: starać się o to, ażeby już nikt nigdy nie mógł o nas powiedzieć, że „w tym kraju są jakby dwa ludy” – ażeby to, co w roku 1815 obcemu dyplomacie przedstawiało się jako dwa ludy, dziś, po upływie 80 lat, było naprawdę jednym narodem. Temu zaś sprzeciwia się stwierdzona przez p. Koźmiana szlachecka wyłączność szkoły, temu przeszkadza owo dążenie, aby szlachta zawsze dzierżyła „silną dłonią” ster losów kraju i spraw krajowych. Zamiast wysilać się na dowody, że siły narodu polskiego są za słabe, ażeby kiedykolwiek odzyskać byt państwowy, a odzyskany zachować – raczej powinien był pan Koźmian, a z nim i „szkoła”, wziąć do serca uwagę Talleyranda, jako wskazówkę, w czym szukać spotęgowania tych sił. Czemu nie podołały tysiące, dokonać mogą miliony. Ale trzeba do nich iść z ideałem w sercu, a nie z mędrkowaniem wzorowanym na Machiavellim i Talleyrandzie, trzeba iść z miłością i sprawiedliwością, a nie z tą pogardą, jaka tkwi w wyrazach, iż w tych innych warstwach nie ma ani dość licznych żywiołów, ani dostatecznych rękojmi (!) dla bytu narodowego – i nie trzeba narzucać się zawsze z wyłącznym sterownictwem spraw narodowych. Inteligencja zawsze wpływ swój i znaczenie zachowa, ale tylko pod tym warunkiem, że naprawdę na nazwę inteligencji zasługiwać będzie, że mieć będzie w sobie nie tylko światło, ale i ciepło, że jaśnieć będzie nie tylko ideą, ale i czynem, ofiarnym obywatelstwem i że na tych tylko podstawach wpływu tego szukać będzie, zamiast prawo do wpływu opierać na zadawnionych kastowych różnicach i na drażniącej ekskluzywności. Taka inteligencja potrafi stokrotnie pomnożyć te siły narodu, w które p. Koźmian nie wierzy – bo pomnoży je milionowymi zastępami nowych obywateli z „innych” warstw społeczeństwa. Taka inteligencja sprawi, iż już żaden Talleyrand nie będzie mógł w Polsce dopatrzyć się istnienia „jakoby dwóch ludów”.

Ale takiej inteligencji i zaprawdę nie wytworzy „szkoła” opierająca się na zasadach, których wyrazem książka pana Koźmiana. A jeżeli bałwochwalczy tej książki wielbiciel, p. Alfred Szczepański, który streścił ją całą w wyrazach „program trzech lojalności”, wzywa przeciwników owych zasad, ażeby zamiast krytykować, swój program postawili – to odpowiemy mu, że program taki od dawna istnieje i jeżeli komu, to p. Szczepańskiemu jest on doskonale znany, bo przez cały szereg lat p. Szczepański był programu tego gorącym zwolennikiem i obrońcą.

Jeżeli te dwa programy mielibyśmy streścić w krótkich formułkach, to program „szkoły” polega na tym, ażeby szczerze pogodzić się ze stanem rzeczy, stworzonym przez rozbiory, szczerze wejść w system polityczny każdego z mocarstw rozbiorowych, wyrzec się idei bytu państwowego i w ten sposób w każdym zaborze doprowadzić do kompromisu, ułatwiającego utrzymanie bytu narodowego.

Program przeciwny stawia sobie ten sam cel, jaki przyświecał wszystkim dotychczas porozbiorowym pokoleniom, tj. byt państwowy, a nie przesądzając tego, kiedy, jakimi środkami i w jakich kombinacjach cel ten osiągniętym być może, żąda na dzisiaj wyzyskania każdej sposobności do pracy nad wzmocnieniem sił narodowych, jako środka ku odzyskaniu bytu państwowego, żąda pracy, tym ideałem natchnionej, przezeń użyźnionej i spotęgowanej.

Te dwa programy mają jeden, ale też jedyny punkt styczny, iż w każdym położeniu narodu lub jego części uznają one możność i konieczną potrzebę, a zatem i święty obowiązek pracy nad wzmocnieniem podstaw narodowego bytu, więc nad spotęgowaniem sił narodowych. Ale na tym kończy się ich zgodność.

Dla nas byt, który jest celem pracy narodowej, ma formy państwowe – „szkoła” bez nich się obchodzi. Jak upadek tych form państwowych, więc upadek państwa polskiego, był według p. Koźmiana faktem dziejowo obojętnym, bo „świat” po tym upadku idzie dalej swoim trybem „ani szczęśliwszy, ani nieszczęśliwszy”, tak też odzyskanie tych form państwowych, chociaż dla narodu samego nie jest obojętne, jednak według „szkoły” powinno stać się obojętne, ponieważ z porozbiorowych dziejów wyprowadziła ona naukę, że dążenie do odzyskania bytu państwowego zawsze pociągało za sobą osłabienie sił narodu, ona każe się ich wyprzeć „szczerze” i „bez zastrzeżeń”.

Zwolennicy drugiego programu przeczą, by jakiekolwiek pokolenie polskie miało prawo i miało możność takiego zrzeczenia się – przeczą, by sama praca nad utrzymaniem bytu, nie natchniona wyższą polityczną myślą, mogła być tak żyzną, jak tego stan wewnętrzny narodu i jego położenie na zewnątrz wymaga. „Szkoła” w konsekwencji swej doktryny, która każe starać się tylko o utrzymanie bytu narodowego bez bytu państwowego i „szczerze” wcielić się w organizmy trzech państw – odbiera nam dawne pojęcie Ojczyzny, a dla każdego odłamu Polski stwarza inną, dla każdego też jedną ściślejszą i jedną obszerniejszą ojczyznę.

Więc Polacy w Austrii mieć będą ściślejszą ojczyznę w Galicji, obszerniejszą w Przedlitawii, najobszerniejszą w monarchii austro--węgierskiej; więc w Prusach mieć będą ściślejszą ojczyznę w Poznańskiem i Prusach Zachodnich, obszerniejszą w Królestwie pruskim, najobszerniejszą w cesarstwie niemieckim – więc w Rosji ściślejszą w Królestwie Kongresowym, drugą w Litwie i Rusi, obszerniejszą wreszcie ojczyznę Rosję z samowładnym carem papieżem na czele. Program drugi stoi wiernie przy dawnej Ojczyźnie Kościuszki i Mickiewicza i na trzy ojczyzny zamieniać jej nie pozwala. Świadom tego, że w tej chwili nie jest możliwa akcja polityczna, powiedzmy wyraźnie: wojenna lub dyplomatyczna, która by bezpośrednio do odzyskania tej Ojczyzny wiodła, wie jednak, że jeżeli z serc i umysłów narodu wykorzeni się tę myśl polityczną, naród skorzystać nie potrafi z takiej chwili, która przecież rychlej czy później zaświtać musi. Na tym programie oparty patriotyzm nie potrzebuje być „patriotyzmem szkodliwym”, jak go zawsze p. Koźmian nazywa, to znaczy tym, który każdej chwili bez obliczenia sił i warunków gotów jest zerwać się do krwawego protestu, on może być i jest już patriotyzmem rozumnym, który ma zawsze najwyższy cel aspiracji narodowych na oku, z każdej sytuacji potrafi wyciągnąć korzyści dla sprawy bytu narodowego i bytu państwowego. Patriotyzm „polityczny” według nomenklatury p. Koźmiana, tj. polegający na trzech szczerych lojalnościach, przestaje być patriotyzmem, dlatego że przedmiotem każdego patriotyzmu musi być Ojczyzna, a doktryna „szkoły”, dając nam trzy ojczyzny, stworzone rozbiorami, odbiera nam treść i przedmiot patriotyzmu.

Od pierwszej chwili rzucenia w nasze społeczeństwo zarzewia walki przez „szkołę” stańczykowską, stanęły przeciw sobie te dwa programy. Znakomita większość narodu stoi dotąd przy programie jednej Ojczyzny przeciw programowi trzech ojczyzn.

Ale ta większość dzieli się zupełnie naturalnie na dwa odłamy: do jednego z nich należą bardzo liczni nie-stańczykowscy konserwatyści, do drugiego cała narodowa demokracja polska. Pierwsi, niezgodni ze szkołą stańczykowską co do celu narodowej polityki i pracy, zgadzają się z nią co do konserwatywnych jej znamion i kierunków, zgadają się w tym, że losy narodu ma ująć w „silne dłonie” i zawsze dzierżyć magnateria i szlachta. W naszym zaś programie owa praca, zmierzając do wzmocnienia i rozszerzenia samych podstaw bytu narodowego, przedstawia się jako dalsze, dzisiejszemu stanowi społeczeństwa polskiego odpowiadające rozwinięcie Kościuszkowskiej idei. Według nas, praca narodowa, jeżeli ma być organiczną, musi być wszechstronną, a to w dwojakim kierunku: po pierwsze obejmować wszystkie czynniki narodowej siły, a zatem obok oświaty, dobrobytu i zdrowia także i czynniki moralne, więc w pierwszym rzędzie patriotyzm – a po wtóre obejmować wszystkie żywioły społeczne, w skład narodu wchodzące. Z tego zaś założenia wychodząc, demokratyczna idea oparcia życia narodowego na szerokich warstwach do obywatelstwa podniesionego ludu jest w naszym programie przewodnią myślą wszelkiej pracy wewnętrznej. I w tym też różnimy się zarówno ze szkołą stańczykowską, jak i z nie-stańczykowskimi konserwatystami.

Z tej różnicy umiała zręcznie korzystać „szkoła” p. Koźmiana – i w imię haseł konserwatywnych, w celu obrony „okopów św. Trójcy” od napierającej na szlachecką wyłączność demokracji polskiej, umiała skupić około siebie liczniejsze stronnictwo, fałszywie głosząc, że to jest tryumf jej „systemu”. Skarży się jednak p. Koźmian, że tak sklejone stronnictwo w chwili stanowczej zawiodło, że próby nie wstrzymało. Tak jest! Ono jej wytrzymać nie mogło – bo nawet najkonserwatywniejszy umysł, jeżeli dawnego ideału Ojczyzny i dawnego polskiego patriotyzmu nie zamieniał na trzy ojczyzny i trzy partykularne patriotyzmy, odstręczyć się od „szkoły” musi, ilekroć ona wystąpi otwarcie ze swoją zgubną i wstrętną doktryną, i musi zaprotestować, gdyby go posądzono o solidarność z tą „szkołą”.

A że tak jest, można się o tym i teraz przekonać, kiedy nawet bardzo konserwatywne organa stanęły po naszej stronie, a przeciw p. Koźmianowi w kwestii bytu narodowego bez bytu państwowego. I to nam dodaje otuchy, że posiew „szkoły” nigdy nie zejdzie na polskiej glebie i nigdy jej trzema patriotyzmami nie zachwaści.



[1]        Julian Klaczko (1825-1906), poeta, pisarz, publicysta, krytyk literatury i sztuki; studiował w Królewcu i Heidelbergu. W roku 1848 aktywnie włączył się w działalność polityczną; od 1849 roku na emigracji w Paryżu. Tam wraz z W. Kalinką wydawał „Wiadomości Polskie”. Wiele publikował, zwłaszcza w języku francuskim.

[2]        Agaton Giller (1831-1887), pisarz, publicysta i działacz niepodległościowy; za swą działalność spiskową wielokrotnie aresztowany i więziony – lata 1854-1860 spędził na zsyłce na Syberii. Po powrocie do Królestwa zaangażował się w przygotowania powstańcze, w 1863 roku wszedł w skład rządu powstańczego; wraz z upadkiem powstania udał się na emigrację najpierw do Paryża, później do Szwajcarii. Pod koniec życia osiedlił się w Galicji. Napisał m.in.: Historię powstania 1863 (t. 1-4, 1867-1871), Podróż etapami do Syberii w 1854 r. (t. 1-2, 1867).

[3]        Mikołaj I Pawłowicz (1796-1855), car Rosji od 1825 roku, król Królestwa Polskiego; powszechnie uznawany za strażnika porządku powiedeńskiego. Przyczynił się do stłumienia powstania dekabrystów, powstania listopadowego oraz powstania węgierskiego w 1849 roku Sprowokował konflikt z Turcją, w którego następstwie doszło do wybuchu wojny krymskiej (1853).

[4]        Bolesław Limanowski (1837-1935), publicysta, pisarz polityczny, socjalistyczny działacz niepodległościowy. Wielokrotnie aresztowany za uczestnictwo w spiskach przeciwko zaborczym władzom rosyjskim (1861-1867), więziony przez władze austriackie za popularyzowanie idei socjalistycznych (1878). Wiele lat spędził na emigracji; współuczestniczył w powołaniu do życia PPS-u (1892); do kraju (Galicji) powrócił w roku 1906. Napisał m.in.: Historię ruchu narodowego od 1861-1864 (1882); Historię demokracji polskiej w epoce porozbiorowej (1901); Naród i państwo (1906); Studwudziestoletnią walkę narodu polskiego o niepodległość (1916).

[5]        Henryk Lisicki (1839-1899), publicysta stale współpracujący z krakowskim „Czasem”, „Przeglądem Powszechnym” oraz lwowską „Unią”. Napisał m.in. książkę Aleksander Wielopolski 1803-1877 (t. 1-4, 1878-1879).

[6]        Aleksander Wielopolski margrabia Gonzaga-Myszkowski (1803-1877), polityk i mąż stanu, w młodości studiował prawo i filozofię na uniwersytetach w Warszawie, Paryżu i Getyndze. W okresie powstania listopadowego w imieniu Rządu Narodowego pełnił misję dyplomatyczną w Anglii, jednakże sławę przyniósł mu dopiero List szlachcica do ks. Metternicha napisany pod wpływem wydarzeń roku 1846 w Galicji (rabacja). Uznał w nim za konieczne wsparcie się o Rosję w walce z żywiołem niemieckim (germańskim). W dwa lata później znalazł się w gronie założycieli krakowskiego „Czasu”, stanowiącego fundament działalności środowisk konserwatystów galicyjskich. W roku 1861 stanął na czele Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego, a w roku następnym został szefem nowo powstałego rządu cywilnego dla Królestwa Kongresowego. Wykorzystując swą popularność na dworze rosyjskim, starał się uzyskać dla Królestwa autonomię za cenę całkowitego wyrzeczenia się aspiracji niepodległościowych. Chcąc ostudzić opozycję, doprowadził do przeprowadzenia „branki”, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania styczniowego. W 1863 roku udał się na emigrację do Drezna, gdzie spędził resztę swojego życia.

[7]        Mikołaj Berg (1823-1883), pisarz rosyjski, lektor języka rosyjskiego na uniwersytecie w Warszawie, tłumacz (przetłumaczył na język rosyjski Pana Tadeusza, 1875); napisał m.in.: Zapiski o polskich zagoworach i wozstaniach (1873).

[8]        Aleksander Puzyrewskij (1845-1904), rosyjski generał, wykładowca Akademii Sztabu Generalnego; był autorem wielu prac z historii wojskowości, m.in. Atak kawalerii polskiej w wąwozie Samosierry (1884); Wojnę polsko-rosyjską 1831 roku (1888).

[9]        Walery Zygmunt Lucjan Przyborowski (1845-1926), ps. Z.L.S., Zygmunt Lucjan Sulima; autor traktatów oraz powieści historycznych szczególnie popularnych na przełomie wieków; napisał m.in. książki: Historia dwóch lat 1861-62 (t. 1-5, 1892-1896), Ostatnie chwile powstania styczniowego (t. 1-4, 1887-1888), Dzieje 1863 r. (t. 1-5, 1897), Polacy w Hiszpanii 1808-1812 (1888).

[10]       Tom wstępny Wydawnictwa… ukazał się w roku 1888, zaś tom piąty w roku 1894, wszystkie tomy ukazały się nakładem Drukarni Ludowej we Lwowie.

[11]       Stanisław Koźmian (1837-1922), publicysta i polityk związany z krakowskim środowiskiem konserwatywnym; redaktor „Czasu”, współzałożyciel „Prze-glądu Polskiego” (1866), współautor Teki Stańczyka; przez wiele lat zawodowo związany z teatrem krakowskim: w latach 1865-85 kierownik artystyczny, potem dyrektor teatru. Napisał m.in. Listy o Galicji (1877); Rzecz o roku 1863 (t. 1-3, 1894-1895); O działaniach i dziełach Bismarcka (1903), Pisma polityczne (1903). W 2001 roku OMP wydał wybór pism Koźmiana Bezkarność.

[12]       Aleksander II Romanow (1818-1881), car reformator zwany Carem Oswobodzicielem, cesarzem został po śmierci swego ojca Mikołaja I; początkowo prowadził politykę na wskroś liberalną, z czasem jednak zaczął ulegać wpływom panslawistycznym; zginął w zamachu bombowym.

[13]       Napoleon I Bonaparte (1769-1821), wybitny polityk i dowódca wojskowy; w 1799 roku dokonał zamachu stanu, ustanawiając we Francji republikę nawiązującą do tradycji rzymskiej (konsulat), w 1804 roku koronował się na Cesarza Francuzów; był twórcą m.in. Kodeksu cywilnego (1804). Dokonał podboju znacznej części Europy, jego władza rozciągała się od Gibraltaru aż do Moskwy (1812). Pobity pod Lipskiem, został zesłany na Elbę; po „stu dniach” ponownego panowania we Francji, po klęsce po Waterloo (1815) wywieziony został na Wyspę św. Heleny, gdzie w kilka lat później zmarł.

[14]       Fryderyk II Wielki (1712-1786), od 1740 roku król Prus, w czasie wojen z Austrią przyłączył do Prus Śląsk (1740); zaliczany do grona monarchów absolutyzmu oświeconego, utrzymywał kontakty z Voltairem, napisał traktat Antimachiavel. Walnie przyczynił się do I rozbioru Rzeczpospolitej (1772).

[15]       Otto von Bismarck (1815-1898), niemiecki mąż stanu, od roku 1862 premier Królestwa Prus, w latach 1871-1890 kanclerz Rzeszy.

[16]       Józef Teodor Stanisław Kościelski (1845-1911), pisarz, poeta i polityk działający na ziemiach zaboru pruskiego; wieloletni poseł polski w parlamencie niemieckim; popierając politykę Bismarcka, chciał dzięki temu wpłynąć na zmianę jego polityki wobec Polaków (np. głosował za ustawami wieloletnich zbrojeń).

[17]       Stanisław Tarnowski (1837-1917), historyk literatury polskiej, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, polityk konserwatywny, przez wiele lat był posłem do Sejmu krajowego oraz członkiem Izby Panów (izba wyższa parlamentu austro-węgierskiego); członek (1873), a następnie prezes (1891) Akademii Umiejętności w Krakowie. Wraz ze swymi przyjaciólmi politycznymi (J. Szujskim, S. Koźmianem i L. Wodzickim) powołał do życia w 1869 roku „Przegląd Polski”, w którym publikowana był Teka Stańczyka. Napisał m.in. Historię literatury polskiej (t. 1-6, 1900-1907); dzieło Pisarze polityczni XVI wieku (t. 1-2, 1886, wznowienie nakładem OMP w 2000 roku); Z doświadczeń i rozmyślań (1891-1892, 1886, wznowienie nakładem OMP w 2001 roku).

[18]       Ludwik Mierosławski (1814-1878), rewolucjonista; brał udział w powstaniu listopadowym jako oficer armii Królestwa Polskiego, aktywnie uczestniczył w przygotowaniu powstania 1846 roku; aresztowany i skazany na karę śmierci; na wolność wyszedł w 1848 roku i ponownie zaangażował się w działalność spiskową; walczył w powstaniu wielkopolskim 1848 roku (Miłosław, Września), wziął udział w rewolucji na Sycylii i w Badenii (1849); od 1861 roku kierował polską szkołą wojskową w Cuneo. W trakcie powstania styczniowego był jednym z dyktatorów. Po klęsce powstania odsunął się całkowicie od życia politycznego.

[19]       Adam Mickiewicz (1798-1855), poeta, publicysta, wykładowca na uniwersytetach w Paryżu i Lozannie, polityk. Autor m.in. Ballad i romansów (1822), Grażyny (1823), Dziadów cz. II i IV (1823), Sonetów krymskich (1826), Dziadów cz. III (1832), Pana Tadeusza (1834), Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego (1832).

[20]       Juliusz Słowacki (1809-1849), poeta i dramaturg, autor m.in. takich dzieł, jak: Kordian, Balladyna, Horsztyński, Anhelli, Ojciec zadżumionych, Lilla Weneda, Beniowski.

[21]       Zygmunt Krasiński (1812-1859), poeta, powieściopisarz, publicysta, myśliciel polityczny najczęściej wiązany ze środowiskami konserwatywnymi; przed wybuchem powstania listopadowego został wysłany przez swego ojca za granicę – tam spędził większość swego życia, głównie we Włoszech. Napisał m.in. Nieboską komedię, Przedświt, Psalmy przyszłości.

[22]       Joachim Lelewel (1786-1861), historyk i polityk; wykładał w Liceum Krzemienieckim, a w latach 1815-1818 i 1821-1824 na uniwersytecie w Wilnie skąd został usunięty ze względu na wywieranie szkodliwego wpływu na młodzież. Po wybuchu powstania listopadowego prezes Towarzystwa Patriotycznego oraz członek Rady Administracyjnej (później przemianowanej na Rząd Tymczasowy). Po klęsce powstania znalazł się na emigracji najpierw w Paryżu, potem w Brukseli. Do jego najważniejszych prac zalicza się: Bibliograficznych ksiąg dwoje… (1823); O historii i jej rozgałęzieniu i naukach związek z nią mających (1826); Początkowe prawodawstwo polskie cywilne i kryminalne (1828); Dzieje Litwy i Rusi aż do unii z Polską (1839); Polska, dzieje… (t. 1-20 1856--1865).

[23]       Jędrzej Moraczewski (1802-1855), historyk i polityk; związany z administracją Królestwa Polskiego, po wybuchu powstania listopadowego brał w nim udział najpierw jako dyplomata, potem jako żołnierz; po upadku powstania rozwinął działalność na terenie poznańskiego. Wraz z K. Libeltem redagował liberalny „Rok”; w 1848 roku członek Komitetu Narodowego. Napisał m.in. Starożytności polskie (t. 1-2 1842-1852); Polska w Złotym Wieku (1851); Opis pierwszego zjazdu słowiańskiego w Pradze (1848).

[24]       Karol Szajnocha (Scheinoka Wtelensky, 1818-1868), historyk polski pochodzenia czeskiego; mimo wychowania w kręgu kultury niemieckiej w trakcie swej lwowskiej edukacji wybrał polskość; za uczestnictwo w organizacji konspiracyjnej został uwięziony na półtora roku; w 1852 roku rozpoczął redagowanie „Dziennika Literackiego”, a rok później został kustoszem Zakładu Ossolińskich. Jego praca naukowa i publicystyczna został przerwana przez chorobę oczu, w której następstwie utracił wzrok. Napisał m.in. Dzieje Polski (t. 1-4 1862-1864), Historii polskiej ksiąg dwanaście (1880).

[25]       Karol Fryderyk Libelt (1807-1872), filozof, publicysta i polityk; studiował w Berlinie pod kierunkiem G. W. F. Hegla; uczestnik powstania listopadowego, uhonorowany srebrnym krzyżem Virtuti Militarii. Aresztowany w 1846 roku jako współorganizator powstania krakowskiego, skazany na karę śmierci spędził w więzieniu dwa lata. W 1848 roku w wyniku rewolucji wyszedł na wolność. Uczestniczył w działaniach zmierzających do uzyskania dla Wielkopolski autonomii; brał udział w kongresie słowiańskim w Pradze; w lutym 1849 roku został wybrany posłem do parlamentu pruskiego; mandat swój sprawował aż do roku 1870, od 1866 roku pełnił funkcję prezesa Koła Polskiego. Obok działalności politycznej parał się również publicystyką, współpracował m.in. z „Dziennikiem Polskim” oraz „Tygodnikiem Wielkopolskim”. Napisał m.in. prace: Kwestia żywotna filozofii. O samowładztwie rozumu (1845); Filozofia Krytyczna (1849-50); Estetyka czyli umnictwo piękna (1849-1854); O odwadze cywilnej (1843); O miłości Ojczyzny (1844); Felieton polityczno-literacki (1846); Koalicja kapitału i pracy (1868); Dziewica orleańska (1874).

[26]       August Cieszkowski (1814-1894), filozof, polityk i myśliciel polityczny; studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz uniwersytetach w Berlinie i Heidelbergu (na tym ostatnim otrzymał tytuł doktora filozofii – Rzecz o filozofii jońskiej – tłum. pol. 1841). Do kraju (Królestwa Kongresowego) powrócił dopiero w 1840 roku; tu włączył się w działalność „Biblioteki Warszawskiej” (został redaktorem, wsparł „Bibliotekę” kwotą 30 tys. zł). Konsekwencją jego działalności było aresztowanie go przez władze rosyjskie i osadzenie w Cytadeli (1847). Po krótkim pobycie w więzieniu Cieszkowski na stałe opuścił ziemie Królestwa, osiadając w Wielkim Księstwie Poznańskim (w majątku Wierzenica). W okresie wiosny ludów wszedł w skład Centralnej Komisji Wyborczej, brał udział w zjeździe polskim we Wrocławiu, w zjeździe słowiańskim w Pradze, posłował do Zgromadzenia Narodowego w Berlinie, wreszcie stał się inicjatorem powołania do życia Ligi Polskiej (10 I 1849). Będąc posłem z poznańskiego, wielokrotnie pełnił obowiązki prezesa Koła Polskiego (1861-1866). Napisał m.in. Prolegomena do historiozofii (1838); O kredycie i obiegu (1839, pol. tłum. 1911); Bóg i paligeneza (1842); O drogach ducha (1863); Ojcze nasz (t. 1-3, 1899-1905).

[27]       Bronisław Trentowski (1808-1869), filozof i myśliciel polityczny; zaliczany do nurtu twórców „filozofii narodowej”; napisał m.in. Grudlage der universellen Philosophie (1837); Wizerunki duszy narodowej (1847); Przedburza polityczna (1848); Panteon wiedzy ludzkiej (t. 1-3, 1873-1881).

[28]       Józef Korzeniowski (1797-1863), twórca wielu dramatów i powieści; był prywatnym nauczycielem Zygmunta Krasińskiego.

[29]       Józef Ignacy Kraszewski (1812-1887), powieściopisarz polski, działacz społeczny i polityczny; studiował na uniwersytecie w Wilnie; w latach 1830-1832 za działalność konspiracyjną więziony; w okresie 1837-1854 obok pracy literackiej parał się gospodarowaniem na ziemi; w tym samym czasie redagował wychodzącew Wilnie „Athenaeum”, współpracował także z „Tygodnikiem Petersburskim” oraz „Gazetą Warszawską”. Od 1859 roku był redaktorem „Gazety Codziennej”, a nieco później „Gazety Polskiej”. W 1863 roku z polecenia A. Wielopolskiego został wydalony z terenów Królestwa. W latach 1863-1873 prowadził działalność wydawniczą, a od 1873 roku całkowicie poświęcił się pracy pisarskiej. W 1882 roku, gdy przebywał w Galicji, z jego inicjatywy powołana została Macierz Polska. W 1883 roku został oskarżony przez władze niemieckie o szpiegostwo na rzecz Francji, w wyniku procesu skazany został na trzy i pół roku więzienia. Na wolność wyszedł w 1885 roku ze względu na stan zdrowia. Zmarł w Genewie, pochowany został na Skałce w Krakowie.

[30]       Aleksander Fredro (1793-1876), najwybitniejszy komediopisarz polski; w swoich komediach i farsach przedstawił barwny obraz życia i obyczajów szlachty polskiej, zwłaszcza prowincjonalnej. Napisał m.in. Śluby panieńskie (1832); Dożywocie (1834-1835); Zemstę (1833).

[31]       Ludwik Napoleon Bonaparte III (1808-1873), w latach 1848-1852 prezydent Francji, od 1852 roku cesarz Francuzów; stale wspierał aspiracje zjednoczeniowe Włochów, podpisując m.in. traktat w Plombiers z Piemontem, gwarantując mu wsparcie militarne w wojnie o zjednoczenie z Cesarstwem Austrii; swą polityką rozbudzał nadzieje narodów Europy na sukces w ich walce o niepodległość lub zjednoczenie, wszakże udzielał im poparcia jedynie „moralnego”.

[32]       Anton Schmerling (1805-1893), liberalny polityk austriacki; pełnił funkcje ministra i premiera w okresie 1848-1849; w latach 1849-1851 był ministrem sprawiedliwości, a w latach 1860-1865 premierem (w 1861 roku ogłosił Konstytucję lutową); w 1867 roku został członkiem Izby Panów (izba wyższa parlamentu austro--węgierskiego).

[33]       Agenor Gołuchowski (1812-1875), polityk polski działający na terenie Galicji; po wypadkach 1848-1849 mianowany został namiestnikiem Galicji, w latach pięćdziesiątych powołany do rządu został autorem dyplomu październikowego (1860) kreującego ustrój federalistyczny; jako że jego propozycje spotkały się z krytyką – na lat kilka wycofał się z życia politycznego. Do polityki powrócił po roku 1866, aby ponownie pełnić urząd namiestnika Królestwa Galicji i Lodomerii.

[34]       Michał Gorczakow (1793-1861), generał rosyjski, w roku 1849 walczył na Węgrzech, w 1854 w księstwach naddunajskich, w roku 1855 był głównodowodzącym wojskami rosyjskimi na Krymie, od roku 1856 pełnił funkcję namiestnika Królestwa Kongresowego.

[35]       Antoni Edward Odyniec (1804-1885), poeta i publicysta; uczestnik związku Filaretów, za swą działalność więziony (1823-1824); jest autorem m.in. Listów z podróży (t. 1-4, 1875-1878); Wspomnień z przeszłości, opowiadanych Deotymie (1884).

[36]       Narcyza Żmichowska (1819-1876), poetka, powieściopisarka, nauczycielka, działaczka społeczna; za swą działalność więziona (1849-1852); była liderką „ruchu” Entuzjastek odrzucających konwenans, propagując hasła egalitarne.

[37]       Konstanty Świdziński (1790-1855), bibliofil, część jego zbiorów uległa zniszczeniu w trakcie pożaru Krakowa w 1850 roku, pozostałą część oddał w opiekę ordynacji Myszkowskich. Wielopolski wdał się w wieloletni proces z rodziną Świdzińskich.

[38]       Aleksnder Wielpolski napisał List szlachcica polskiego do ks. Metternicha w roku 1846 pod wpływem rabacji (rzezi szlachty polskiej przez chłopów w okresie postania krakowskiego).

[39]       Andrzej Zamojski (1800-1874), hrabia, polityk i działacz społeczny; studiował w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii, po powrocie do Królestwa Polskiego zajmował się w ramach prac rządowych „poprawą stanu dróg polskich”. W okresie insurekcji listopadowej pełnił misje dyplomatyczne na terenie Austrii. Po upadku powstania całkowicie wycofał się życia politycznego, skoncentrował się na działalności gospodarczej i społecznikowskiej. Propagował nowoczesną kulturę rolną i przemysłową, nawoływał do reformy stosunków agrarnych. W 1857 roku został współzałożycielem oraz prezesem Towarzystwa Rolniczego. Sprzeciwiał się zarówno polityce lojalizmu wobec Rosji, jak i podejmowaniu prób wzniecenia powstania zbrojnego. Władze rosyjskie zmusiły go do opuszczenia Królestwa. Zmarł na emigracji.

[40]       Tomasz Potocki (1809-1861), działacz społeczny i polityczny, publicysta; uczestniczył w powstaniu listopadowym, po jego upadku rozpoczął działalność publicystyczną (publikował w „Rocznikach gospodarstwa krajowego”) oraz społeczną w ramach Towarzystwa Rolniczego; propagował konieczność uwłaszczenia chłopów.

[41]       Antoni Zygmunt Helcel (1808-1870), historyk prawa; studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w 1828 roku uzyskał stopień doktora obojga praw; wiedzę swą pogłębił w czasie pobytu na uniwersytetach w Berlinie, Heidelbergu oraz Paryżu. Po powrocie do kraju jako docent prowadził wykłady i seminaria na uniwersytecie w Krakowie; w 1850 roku uzyskał nominację na stanowisko profesora zwyczajnego historii prawa polskiego, w dwa lata później został dziekanem Wydziału Prawa UJ. W 1848 roku wziął udział w zjazdach we Wrocławiu i Pradze, był posłem do parlamentu w Kromieryżu oraz Sejmu Krajowego we Lwowie (od 1861) oraz w Radzie Państwa w Wiedniu (od 1862). Napisał m.in. Rys postępów prawodawstwa polskiego (1836), Starodawne prawa polskiego pomniki (1856).

[42]       Camillo Cavour hr. di Benso (1810-1861), włoski polityk, współtwórca zjednoczonego państwa włoskiego; najpierw sprawował funkcje ministerialne w rządzie piemonckim, aby od roku 1851 pełnić funkcję premiera; twórca sojuszu z Napoleonem III Bonaparte (Plombiers), doprowadził do uznania przez pierwszy parlament włoski Wiktora Emanuela królem Włoch.

[43]       Michał Mikołajewicz Murawiew (1796-1866), urzędnik rosyjski, w młodości uczestnik spisków, w okresie późniejszym lojalny urzędnik cesarski; m.in. pełnił funkcje wicegubernatora witebskiego (1827), w roku następnym gubernatora mohylewskiego; jednak najbardziej zasłynął jako gubernator grodzieński (1831--1835), wtedy to właśnie zyskał miano Wieszatiela; ponownie jako urzędnik (wielkorządca) nienawidzący Polaków, pojawił się w trakcie powstania styczniowego, stosując terror państwowy na Litwie.

[44]       Kazimierz Bartoszewicz (1852-1930), historyk i publicysta; był redaktorem „Przeglądu Literackiego i Artystycznego”, „Kuriera Krakowskiego” oraz „Przeglą-du literackiego”; redagował wiele prac zbiorowych, jak choćby Księga pamiątkowa Konstytucji 3 maja (t. 1-2, 1891); Rok 1863. Historia na usługach stronnictw i ludzi (t. 1-2, 1895-1896).

[45]       Adam Sapieha (1828-1903), polityk i działacz społeczny zwany „Czerwonym księciem”; aktywnie uczestniczył w wydarzeniach 1848 roku oraz w działaniach politycznych na rzecz powstania styczniowego, w latach siedemdziesiątych zaangażował się w przygotowywanie powstania przeciwko Rosji; wspierał finansowo wiele tytułów prasowych (m.in. „Głos”, „Kraj”); od 1861 roku był posłem na Sejm krajowy; od 1875 roku prezesował Galicyjskiemu Towarzystwu Gospodarczemu.

[46]       Charles Maurice Talleyrand-Périgord, ks. Beneventu (1754-1838), biskup (Autun), polityk francuski; od 1789 roku zasiadał w Stanach Generalnych, w 1791 roku obłożony klątwą papieską m.in. za poparcie dla rewolucyjnej Konstytucji Kościoła; w czasach jakobińskich na emigracji, od roku 1797 minister spraw zagranicznych. W czasach rządów Napoleona I współpracował z cesarzem do roku 1808, od roku 1812 wszedł w bezpośredni kontakt z Burbonami. Na kongresie wiedeńskim reprezentował Francję ponownie jako minister spraw zagranicznych

[47]       Henry Robert Stewart Castlereagh (1769-1822), polityk angielski; pełnił funkcje ministerialne w rządzie brytyjskim: w latach 1804-1806 oraz 1807-1809 był ministrem wojny i kolonii, a od roku 1812 ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii (reprezentował monarchię brytyjską na kongresie wiedeńskim).

[48]       Alfred Szczepański (1840-1909), publicysta związany ze środowiskami konserwatywnymi.

[49]       Artur Grottger (1837-1867), malarz polski, studiował kolejno we Lwowie, Krakowie oraz Monachium; sławę przyniosły mu cykle powstałe pod wpływem wydarzeń związanych z powstaniem 1863 roku: Warszawa, Polonia, Lituania, Wojna. Również z powstaniem związane są jego obrazy olejne: Pożegnanie, Powrót powstańca.

[50]       Jan Matejko (1838-1893), malarz, studiował w Krakowie, Monachium i Wiedniu; do najbardziej znanych prac o charakterze historycznym należą: Stańczyk (1862), Reytan (1866), Bitwa pod Grunwaldem (1878), Hołd Pruski (1882), Sobieski pod Wiedniem (1883).

[51]       Piotr Skarga (wł. Powęski, 1536-1612), jezuita, wybitny kaznodzieja oraz pisarz, pierwszy rektor akademii jezuickiej w Wilnie (późniejszy uniwersytet), nadworny kaznodzieja Zygmunta III Wazy, pozostawił po sobie m.in.: O jedności Kościoła Bożego (1577), Kazania sejmowe (1597).

[52]       Tadeusz Rejtan (1746-1780), uczestnik konfederacji barskiej, do historii przeszedł jako ten, który najmocniej protestował na Sejmie 1773 roku przeciwko rozbiorowi Rzeczypospolitej.

[53]       August Bielowski (1806-1876), poeta, historyk; od 1869 roku był dyrektorem Ossolineum, w roku 1864 zainicjował wydanie Pomników dziejowych Polski (Monumenta Poloniae historica).

[54]       Józef Szujski (1835-1883), historyk, polityk i publicysta; w młodości związany ze środowiskami demokratycznymi, po powstaniu styczniowym przeszedł na pozycje konserwatywne; od 1866 wydawał wraz ze S. Tarnowskim, St. Koźmianem i L. Wodzickim „Przegląd Polski”, w 1869 roku wziął udział w opublikowaniu Teki Stańczyka, od 1869 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, od 1873 roku sekretarz Akademii Umiejętności; angażował się również w działalność polityczną, od 1867 roku poseł do Sejmu krajowego, od roku 1879 zasiadł w Izbie Panów (wyższa izba parlamentu C. K. Austro-Węgier). Napisał m.in. Dzieje Polski (t. 1-4 1862-1866); Historii polskiej ksiąg dwanaście (1880); Kilka prawd z dziejów naszych (1867).

[55]       Antoni Małecki (1821-1913), historyk literatury polskiej, profesor filologii klasycznej; wykładał filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim i uniwersytecie w Insbrucku, literaturę polską i historię języka polskiego w uniwersytecie we Lwowie. Napisał m.in. prace: Juliusz Słowacki. Jego życie i dzieła (t. 1-3, 1866-1867); Gramatyka historyczno-porównawcza języka polskiego (t. 1-2, 1879).

[56]       Adam Asnyk (1838-1897), poeta i polityk, działacz społeczny; uczestniczył w powstaniu styczniowym, będąc członkiem rządu powstańczego („rządu wrześniowego” 1863); po powstaniu przebywał na emigracji aż do roku 1870, gdy osiedlił się na stałe w Krakowie. Tu związał się ze środowiskiem demoliberałów galicyjskich; w latach 1882-1894 był redaktorem „Nowej Reformy”; od roku 1889 poseł do Sejmu Krajowego; założyciel Towarzystwa Szkoły Ludowej (1891).

[57]       Michał Bałucki (1837-1901), dramaturg, powieściopisarz i publicysta związany z krakowskimi środowiskami demokratycznymi; współpracował m.in. z „Krajem” i „Nową Reformą”; zasłynął jako twórca szeregu komedii: Radcy pana radcy (1867); Grube ryby (1881); Dom otwarty (1883); Klub kawalerów (1890); jest autorem pierwszego polskiego kryminału Biały murzyn.

[58]       Mikołaj Milutin (1818-1872), liberalny polityk rosyjski; pod koniec lat pięćdziesiątych uczestniczył w przygotowywaniu reformy uwłaszczeniowej; w latach 1863-1867 był sekretarzem stanu do spraw polskich – prowadził politykę antagonizowania dworu z wsią.

[59]       Stanisław Tarnowski wyszedł z więzienia nie na wiosnę 1866 roku, ale we wrześniu roku 1865, na skutek osobnego, wraz z kilku towarzyszami uzyskanego ułaskawienia. Reszta skazańców opuściła więzienie za ogólną amnestią 20 listopada 1865 roku

[60]       Ignaz Plener (1810-1908), polityk austriacki; od połowy lat trzydziestych pracował w strukturach administracji skarbowej; w latach 1860-1865 – minister finansów, a w latach 1867-1870 – minister handlu; od 1873 roku zasiadał w Izbie Panów.

[61]       Franciszek Józef I Habsburg (1830-1916), cesarz Austrii od 1848 roku po ustąpieniu z tronu (abdykacji) swego stryja Ferdynanda; w 1849 roku przy pomocy Rosjan stłumił powstanie węgierskie; w 1855 roku zawarł z papiestwem konkordat, w następstwie klęsk wojennych z Francją (1859) dokonał połowicznych reform państwowych. Dopiero po przegranej z Prusami w 1866 roku (Sadowa) przekształcił monarchię habsburską w cesarsko-królewskie Austro-Węgry (koro-nował się na króla Węgier).

[62]       Florian Ziemiałkowski (1817-1900), polityk galicyjski, współpracownik F. Smolki z lat czterdziestych, za działalność spiskową skazany na śmierć. W 1848 roku poseł do parlamentu w Wiedniu, w 1849 roku przebywał w areszcie domowym. W latach sześćdziesiątych przeszedł na pozycje bardziej umiarkowane; był wielokrotnym posłem do Sejmu Krajowego i Rady Państwa. W latach 1873--1888 pełnił funkcję ministra ds. Galicji w rządzie austro-węgierskim.

[63]       Jan Dobrzański (1820-1886), publicysta, demokrata, redaktor m.in. „Dzien-nika Mód paryskich” oraz „Gazety Narodowej” (1862-1885).

[64]       Ludwik hr. Wodzicki (1834-1894), polityk i działacz społeczny związany ze środowiskami konserwatywnymi, współzałożyciel „Przeglądu Polskiego”, współautor Teki Stańczyka. Przez wiele lata zasiadał w Sejmie krajowym (1867-1877),
w Radzie Państwa, a później w Izbie Panów; w latach 1877-1880 był marszałkiem krajowym Galicji.

*        Jeżeli kto zwracał uwagę na stanowisko, jakie w owej chwili zajmował niepełnoletni jeszcze wówczas dziennikarz i jeżeli zachował to w pamięci, to może autorowi zarzucić: a wszakże i ty byłeś przeciwnikiem uchwały 2 marca, przeciwnikiem Gołuchowskiego i Ziemiałkowskiego, a stałeś po stronie opozycji, jakże możesz dzisiaj robić z tego zarzut Stańczykom? Prawda – i wypierać się tego nie myślę. Nam młodym zdawało się wtedy, że gdyby Sejm galicyjski był się przyłączył do tych Sejmów, które zajęły stanowisko opozycyjne i ścisłe federalistyczne, byłoby się dla narodowości naszej zyskało od razu prawa bardzo poważne, a dla kraju i Sejmu pełny samorząd. Zdanie to podzielali wtedy z jednej strony demokraci tacy, jak Smolka i Leszek Borkowski, z drugiej konserwatyści, jak Wodzicki i Tarnowski. Zdanie to upadło, zwyciężył Gołuchowski z Ziemiałkowskim i w krótkim przeciągu czasu uzyskał kraj Radę szkolną, krajową, prawa języka polskiego w szkole, sądzie i urzędzie i skromne rozszerzenie samorządu w konstytucji grudniowej, w każdym razie lepszej, niż była lutowa. Czy na drodze wskazywanej wówczas przez opozycję byłoby się to uzyskało, czy może i więcej jeszcze, tego dziś na pewno powiedzieć nie można. Wszakże nawet gdybym za udowodnione uznawał, że stanowisko ówczesne Smolki, Borkowskiego, Tarnowskiego i Wodzickiego było błędne, że zatem i ja byłem w błędzie – to w każdym razie zostaje niewzruszony zarzut, który tu przeciw „szkole” stańczykowskiej podnoszę, że przyznaje się ona dzisiaj do dzieła kompromisu, dokonanego faktycznie przez Gołuchowskiego i Ziemiałkowskiego, pomimo że nie tylko nie jest ona twórcą tego kompromisu, ale że w dniu 2 marca dążyła do obalenia tych ludzi, którzy dzieło kompromisu prowadzili. Nie ma więc prawa przywłaszczać sobie ich zasługi.

[65]       Leon Sapieha (1803-1878), polityk i działacz społeczny; początkowo zamieszkiwał na terenie ziem zaboru rosyjskiego, jednakże w następstwie swego udziału w powstaniu listopadowym zmuszony był zamieszkać na terenie Galicji. Przyczynił się do powstania Towarzystwa Kredytowego oraz Towarzystwa Gospodarczego; od lat czterdziestych uczestniczył w staraniach o poszerzenie autonomii kulturalnej i politycznej Galicji; w latach 1861-1875 jako pierwszy pełnił urząd marszałka krajowego Królestwa Galicji i Lodomerii.

[66]       Kazimierz Grocholski (1815-1888), konserwatywny polityk galicyjski, lider ugrupowania politycznego zwanego Podolakami, wielokrotnie posłował do Sejmu krajowego oraz do Rady Państwa w Wiedniu; wspierał dążenia do poszerzenia autonomii krajowej; w roku 1870 został powołany (jako pierwszy) na urząd ministra do spraw Galicji w rządzie wiedeńskim (ministra bez teki).

[67]       Alfred Młocki (1804-1879), galicyjski działacz społeczny, walczył w powstaniu listopadowym, brał udział w wydarzeniach wiosny ludów 1848 roku.

[68]       Władysław hr. Koziebrodzki (1839-1893), pisarz i dramaturg szczególnie popularny w wieku XIX; napisał m.in. Balowe rękawiczki, Miłe złego początki.

[69]       Mieczysław Pawlikowski (1834-1903), powieściopisarz i publicysta, od momentu powstania „Nowej Reformy” (1882) jej redaktor literacki, był autorem m.in.: Pseudo-plotek i prawd (1872), Testamentu Napoleona (1879), Obrazków i opowiadań.

[70]       Franciszek Trzecieski (1807-1875), polityk i działacz społeczny; uczestnik powstania listopadowego; w 1848 roku wybrany do parlamentu austriackiego; w 1861 roku powołał w Krakowie do życia Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń; uczestniczył w powstaniu styczniowym. Zainicjował wydawanie Biblioteki Narodowej oraz Wydawnictwa dzieł tanich i pożytecznych

[71]       Włodzimierz Dzieduszycki (1825-1899), polityk galicyjski; wielokrotnie posłował na Sejm krajowy oraz do Rady Państwa w Wiedniu; był marszałkiem krajowym Galicji; zgromadził wielkie zbiory osobliwości flory i fauny, które przekazał na rzecz kraju; był autorem Opisu ptaków krajowych (1861).

[72]       Kornel Krzeczunowicz (1813-1881), polityk i pisarz galicyjski podejmujący w swym pisarstwie oraz działalności kwestię zniesienia pańszczyzny (1845); przyczynił się do przeprowadzenia pomiarów katastralnych oraz wymiaru podatkowego (1869). Napisał m.in. Rzecz o katastrze Galicji (1860), Uwagi nad szacowaniem gruntów… (1871-1871)

Najnowsze artykuły

Literatura a życie polskie

Stefan Żeromski

Data dodania: 2017-11-27

Kongres Wiedeński

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27

Skarbiec Historii Polski - przedmowa

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27