Artykuł
Odpowiedź "starego" demokraty
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Pierwodruk: „Nowa Reforma” w nr od 194 do 197, w okresie od 27 do 30 sierpnia 1903 roku. Przedruk: T. Romanowicz, Dwie opinie. Wybór pism, Kraków 2007.

 

 

 

I

Przed paru miesiącami pojawiła się na półkach księgarskich książka p. Romana Dmowskiego: Myśli nowoczesnego Polaka[1]. Towarzyszyła jej niezwykła reklama. Wszak pisał ktoś o niej w „Słowie Polskim”, że „pochłonie” ją z upodobaniem każdy, „kto chce poznać szczyty uświadomienia narodowego, do których sięga nowoczesny Polak”. Reklama taka szkodzi książce. Budzi wygórowane oczekiwania – których książka nie ziszcza. Czytelnik spodziewa się czegoś nadzwyczajnego i doznaje rozczarowania. Ma potem żal do autora, zamiast do sprawcy przesadnej reklamy.

Nie zamierzam pisać o książce całej ani poddawać krytyce systemu „nacjonalistycznej” polityki, rozwijanego przez autora. Należąc do potępionej przez p. Dmowskiego „starej” demokracji – łatwo spotkałbym się z zarzutem, że jestem za stary, aby zrozumieć „nowoczesnego”. Chcę tylko spełnić prosty obowiązek. Ataki, wymierzone przez autora przeciwko stronnictwu, do którego od początku mego politycznego myślenia i działania należę, są tak niesprawiedliwe i bezpodstawne, tak niezgodne z faktami, tak krzywdzące to stronnictwo w tym, co mu zawsze było i jest najświętsze i całą treść jego prac, walk i jego istnienia wypełnia, tj. w wiernej służbie narodowej sprawie – że odparcie ich staje się obowiązkiem.

Ma p. Dmowski swoją zupełnie oryginalną metodę oceniania stronnictw, jakie działały w Polsce przed pojawieniem się sekty politycznej, którą on reprezentuje. Konstruuje sobie myślowo, w sposób oderwany, tendencje tych stronnictw, daje zupełnie teoretyczne ich definicje i z tych określeń wysnuwa wnioski potępiające stronnictwo, bez sprawdzenia ich faktami, czynami. A – przekonamy się – owe określenia oderwane dążeń i kierunków stronnictw są zupełnie dowolne, ale bardzo zręcznie konstruowane tak, ażeby z nich wyprowadzić wniosek, jakiego autorowi potrzeba, wniosek, że poza nacjonalizmem nowoczesnym, tj. poza sektą polityczną p. Dmowskiego, wszystko inne jest marne, bez wartości dla narodu, a nawet szkodliwe.

Do tego celu potrzebna mu była przede wszystkim surowa krytyka dotychczasowego patriotyzmu porozbiorowego. Ten patriotyzm był – zdaniem p. Dmowskiego – negatywny. Był on „raczej określeniem stanowiska względem obcych rządów, niż względem własnego społeczeństwa, raczej negacją obcego panowania, niż pozytywną postacią przywiązania do własnego kraju czy narodu”. Narodowa polityka „pozostała do ostatnich czasów tylko negacją niewoli, tylko walką o wolność. Ostatnia walka o wolność była właściwie tylko negacją niewoli”.

Czytelnik łatwo oceni, w czym tu tkwi błąd. Afirmacja każda jest zarazem negacją tego, co jest jej sprzeczne. Zależy to od stanowiska, z jakiego na rzecz patrzeć. Afirmacja dnia, światłości – jest negacją nocy, ciemności, zarówno w moralnym, jak w materialnym znaczeniu. Afirmacja dobra, sprawiedliwości, miłości – jest negacją zła, krzywdzicielstwa, sobkostwa. Afirmacja prawdy – jest negacją fałszu. Program uobywatelenia ludu przez oświatę i uczestnictwo w duchowym dorobku polskim był programem zupełnie pozytywnym, afirmacją w pełnym znaczeniu tego wyrazu – ze stanowiska zwolenników i apostołów tego programu. Ale ci, co lud pragnęli utrzymać w ciemnocie i – co za tym idzie – w ekonomicznej i politycznej zależności, widzieli w tym programie negację, a tych, co go w życie wprowadzali, uznawali i nazywali przewrotowcami. I dopiero kiedy idea oświaty ludu tak ogarnęła umysły, tak w świadomości narodowej zwyciężyła, że już się stało wręcz nieprzyzwoitym idei tej przeczyć – zaczęli i oni przyznawać się do tego, co przedtem nazywali negacją. I stało się to już i dla nich – afirmacją.

Analogicznie rzecz się ma z porozbiorowym patriotyzmem. Programem jego było odbudowanie państwa polskiego, w zupełnej zgodzie z tym, co p. Dmowski czyni osią całego swego systemu politycznego, tj. z państwowością programu narodowego. Był to zatem program w pełnym znaczeniu pozytywny, był on afirmacją tego, co w rozbiorach znalazło swoją negację, niepodległego bytu narodu. Była to – jak p. Dmowski słusznie wymaga – „pozytywna postać przywiązania do własnego kraju czy narodu”. I póki żyje w Polakach świadomość, zasługująca na nazwę patriotyzmu polskiego – póty będzie ona mieć tę cechą afirmacji bytu państwowego. Naturalnie, że ze stanowiska obcych rządów rzecz się przedstawia wręcz przeciwnie. Dla nich po dokonanych rozbiorach afirmacją jest utrzymanie ich panowania w Polsce, zachowanie stanu rzeczy stworzonego rozbiorami. Z ich stanowiska przeto nasz patriotyzm porozbiorowy, afirmujący byt niepodległy narodu polskiego, jest negacją tak samo, jak światło jest negacją ciemności.

I rzeczywiście pojąć trudno, jak mógł p. Dmowski popełnić ten błąd myślowy, że dążeniu do najpozytywniejszego celu politycznego, do zrealizowania programu państwowego, odmówił cechy afirmatywnej, w niezgodzie z całą swą książką, ale za to w zgodzie ze stanowiskiem obcych w Polsce rządów, dla których nasz pozytywny program przedstawia się jako negacja. Może pytanie źle postawione. Może zamiast pytać, jakim sposobem ten błąd był możliwy – zapytać trzeba, w jakim celu to się stało, bo w książce p. Dmowskiego wszystko jest celowe. A cel mógł być tylko ten, ażeby ów stary patriotyzm w jakimkolwiek względzie można przeciwstawić nowemu, nowoczesnemu, swojemu – temu, co według reklamy jest szczytem. I w tym celu tamten stał się raptem negacją, ażeby ten nowy tym silniej wystąpił jako afirmacja.

Bo też tylko w ten sposób możemy sobie wytłumaczyć ów wszelkiej prawdzie historycznej urągający frazes p. Dmowskiego – że za panowania tego starego patriotyzmu „w nielicznych tylko mózgach uświadamiała się myśl twórczej pracy narodowej, pracy dla narodowej kultury przez pomnożenie uczestników kulturalnego życia polskiego”. A czymże było to, co od upadku listopadowego powstania aż do upadku styczniowego łącznie i nierozerwalnie z ideą państwową odzyskania bytu politycznego było istotną treścią patriotyzmu polskiego, żądanie oswobodzenia i uwłaszczenia ludu – czym, jeżeli nie dążeniem „do pomnożenia uczestników kulturalnego życia polskiego” – czemu niewola chłopa pańszczyźnianego nieprzepartą tworzyła zaporę? A może i to było negacją – negacją niewoli ludu, tych więzów, które mu nie pozwalały uobywatelić się, narodowo uświadomić, wziąć udział w kulturalnym życiu polskim. A czymże, jeżeli nie pracą nad pomnożeniem uczestników tego życia, było to wszystko, co się po styczniowym powstaniu robiło dla oświaty ludu? Czym cała, chyba że nie bezskuteczna praca nad podniesieniem polskiego charakteru miast, które np. w Galicji były przed półwiekiem prawie że zniemczone? Czym ów żywy i czynny udział społeczeństwa polskiego w odrodzeniu narodowym Śląska polskiego w Austrii i w Prusach? Czym cała praca Sokolstwa polskiego? czym działalność i wzrost Towarzystwa Szkoły ludowej? Czym powstanie i działalność stronnictwa ludowego – nie zawsze bez błędu, bo któż jest bez błędu – ale zawsze z celem i w kierunku narodowego uświadomienia ludu polskiego?

A wyniki? Z wyników tych powinniśmy zawsze być niezadowoleni, zawsze uznawać je niedostatecznymi, póki choćby jedna jeszcze dusza jest do odzyskania czy do pozyskania nie tylko dla kulturalnego życia polskiego, ale i dla idei państwowej polskiej. Z chwilą, kiedy byśmy się zadowolonymi uczuli a wyniki uznali dostatecznymi, nastąpiłby zastój zabójczy. Ale przeczyć tym wynikom, przeczyć tym zdobyczom starego patriotyzmu – znaczy zniechęcać do pracy, uznając ją za bezowocną, znaczy popełniać krzywdę wobec całych pokoleń. Kto umie i chce sądzić przedmiotowo, musi przyznać, że liczba Polaków w pełnym znaczeniu tego wyrazu, tych, co są wychowankami ducha Kościuszki i Mickiewicza, a uczestniczą w kulturalnym życiu Polski i w jej państwowych dążeniach, pomnożyła się w sposób nadspodziewany. To zaś nie mogło być dziełem „nielicznych tylko mózgów” – i nie mogło się pojawić inaczej, jak tylko jako owoc posiewu rzucanego przez całe pokolenia. To nie czekało na pojawienie się nowego patriotyzmu – uosobionego w sekcie politycznej, reprezentowanej przez p. Dmowskiego. Patriotyzm jest zawsze ten sam – jego temperatura zmienia się, jego środki działania zmieniają się, bo się zmieniają stosunki społeczne i polityczne, do których te środki stosować się muszą – intensywność działania wzmaga się w miarę, jak rosną zastępy obozu narodowego; napięcie uczucia i świadomości podnosi się nieraz pod wpływem zewnętrznych okoliczności (hakatyzm!) – ale patriotyzm jest ten sam, jego cel i kierunek ten sam.

Miałem odpierać zarzuty, czynione starej demokracji – a zapuściłem się w odparcie fałszywych sądów o starym patriotyzmie. Bo się to bardzo wiąże.

II

Powiedziałem w poprzednim artykule, że p. Dmowski daje w swej książce zupełnie dowolne określenia stronnictw, o których mówi – a skonstruowane tak, ażeby mu mogły posłużyć do wniosków, jakich mu dla jego politycznego celu potrzeba. Taką dowolną, z faktami niezgodną, na wskroś tendencyjną konstrukcją jest jego charakterystyka „starej demokracji” polskiej.

Opiera on ją na charakterystyce stronnictw liberalnych w ogóle, a to dlatego, że według niego „demokracja nasza w formułowaniu swych zadań szła niewolniczo prawie za demokracją zachodnio-europejską”. To zaś biorąc za punkt wyjścia – a wykażę później, że to jest mylne – trzeba było p. Dmowskiemu tę demokrację zachodnioeuropejską tak scharakteryzować, ażeby tym samym rzucić cień możliwie najczarniejszy na starą demokrację polską. I oto charakterystyka:

Suma obowiązków obywatelskich – powiada słusznie – nie jest wielkością stałą. Ścisłe i oczywiste dla wszystkich określenie chociażby w najkonkretniejszej postaci niezbędnych ciężarów i powinności względem państwa jest i prawdopodobnie pozostanie zawsze niemożliwe. Dlatego wszędzie część obywateli dąży do zmniejszenia powinności państwowych – druga do ich zwiększenia. „Temu zaś podstawowemu zjawisku życia politycznego w sferze moralnej odpowiada istnienie dwóch tendencji: jednej, zwiększającej obowiązki narodowe, żądającej większych ofiar na rzecz narodowego interesu, drugiej zaś, ograniczającej te obowiązki w imię interesów i praw jednostki, w imię wolności osobistej, lub, jak się często mówi, zasad ogólnoludzkich. Te dwie tendencje, a odpowiednio do nich analogiczne dwie grupy, istniałyby nawet w państwie doskonałym, tj. czuwającym wyłącznie nad interesem narodu, chroniącym jednakowo interesu wszystkich obywateli. Część obywateli dążyłaby do zwiększenia ofiar ze strony jednostek na rzecz całości, gdy druga starałaby się zredukować te ofiary w obronie interesów
i praw jednostki. Pierwsi utworzyliby stronnictwo, które, według dzisiejszego mianownictwa, można by nazwać narodowym, stronnictwu zaś drugich należałoby się miano liberalnego”.

A chociaż – rozumuje p. Dmowski dalej – wielka różnorodność czynników, składających się na dzisiejsze życie państw europejskich, i wybujałe silnie antagonizmy klasowe sprawiają, że zasadnicza kwestia stosunku jednostki do państwa jest częstokroć ignorowana, to niemniej „wszędzie stronnictwa dają się przeważnie podzielić na dwie grupy, narodową i liberalną, pozostając w oznaczonym wyżej stosunku do narodu lub państwa i jego interesów”. Mamy zatem przeciwstawienie stronnictw liberalnych stronnictwom narodowym, mamy jako znamienną cechę liberalizmu niechęć do ofiar na rzecz państwa i narodu.

Trzeba przyznać, że rzecz jest postawiona zręcznie. Jeżeli p. Dmowski w przedmowie do swej książki powiada, że zależało mu na tym, żeby naukowość książki nie paraliżowała w czytelniku samoistnego myślenia, to w tym rozdziale swej książki szedł on do tego celu tak konsekwentnie, że sam potrafił się wyemancypować od naukowości na rzecz zręczności – od prawdy na rzecz tendencji.

Bo zupełnie błędne jest sprowadzenie charakterystyki liberalizmu do tego jednego, a wcale nie koniecznego, nie istotnego znamienia, do ograniczenia ofiar jednostki na rzecz państwa i narodu. Tym, co jest znamieniem liberalizmu powszechnym, wspólnym liberalizmowi wszystkich narodów – jest wprowadzenie do życia państwowego społeczeństw narodowych zasady równości wobec prawa, swobód obywatelskich, więc swobody sumienia i prasy, stowarzyszeń i zgromadzeń, swobody wypowiadania opinii, swobody ruchu ekonomicznego, wreszcie systemu reprezentacyjnego i rządów parlamentarnych. To są fundamentalne zasady liberalizmu, które demokracja całego świata przyjęła i przy których trwa z tymi tylko modyfikacjami, jakie rozwój ekonomiczny i społeczny koniecznymi czyni w kierunku ochrony słabego przed wyzyskiem. Te zasady są powszechną, znamienną zasadą liberalizmu, nie zaś kwestia wysokości ofiar i świadczeń jednostki na rzecz państwa i narodu. Te zasady przeciwstawiają liberalizm konserwatyzmowi, ale nie kierunkowi narodowemu. Wszak są stronnictwa konserwatywne, dla których kwestie narodowe są zupełnie obojętne, u których interes partyjny czy klasowy góruje bezwzględnie nad interesem narodowym, u których sobkostwo wytwarza konserwatyzm najgorszego gatunku, bo konserwatyzm kieszeniowy. Mogą się znaleźć i stronnictwa liberalne, które grzeszą tym samym, które w danym momencie historycznym nie potrafią wznieść się na wyżynę ofiarności, jakiej interes narodowy wymaga. Ale to nie jest zasadniczym znamieniem ani konserwatyzmu, ani liberalizmu. To są ich zboczenia, ich błędy, wypływające z wadliwości myślenia lub z wad charakterów, ale bynajmniej nie z zasady politycznej, jaką się te stronnictwa kierują.

Podział stronnictw na narodowe a liberalne – jest zupełnie fałszywy. Czyż np. Młodoczesi, których urzędowa nazwa brzmi „klub wolnomyślnych posłów czeskich” – są mniej narodowcami od konserwatywnej partii staroczeskiej albo feudalnej wielkiej własności czeskiej? Czy w Poznańskim stronnictwo ludowe, które przy ostatnich wyborach stanowczo wzięło górę, jest mniej narodowe od partii konserwatywnej, „dworskiej” – która niedawno jeszcze była na manowcach ugodowych? Raczej przeciwnie, i demokratyczni Młodoczesi, i wielkopolscy ludowcy idą w kierunku narodowym o wiele dalej od swoich konserwatywnych przeciwników. Czy węgierska rządząca partia liberalna nie jest ściśle narodową, nawet w nacjonalistycznym znaczeniu, jakie p. Dmowski pojęciu narodowej polityki nadaje – bo w stosunku do innych narodowości w państwie węgierskim? Czy francuscy republikanie mniej są narodowi od swoich czy to konserwatywnych, czy tak zwanych nacjonalistycznych przeciwników? I komu zawdzięczają Włosi zwycięstwo swojej narodowej sprawy w ubiegłym stuleciu, jeżeli nie swojej demokracji, która rzuciła tak potężny posiew narodowy, że włoska polityka dynastii sabaudzkiej mogła się na tym oprzeć skutecznie?

Ale p. Dmowski dał się zbałamucić angielskiemu imperializmowi, który mu imponuje jako szczyt polityki narodowej, a który ma swoich przedstawicieli w konserwatystach, swoich przeciwników w partii liberalnej. Ale nie ma żadnej racji do generalizowania tego i przenoszenia zupełnie odrębnych stosunków angielskich na grunt polityczny kontynentu, a już zgoła na nasz. A po wtóre między imperialistami a ich przeciwnikami jeszcze historia nie rozstrzygnęła. Jeszcze można mieć wątpliwości, czy zbyt wielka ekspansja angielska wyjdzie Anglii na pożytek czy nie na zgubę, jak się to już w dziejach zdarzało z tak zwanymi „państwami światowymi”. Sam p. Dmowski zresztą osłabia ten przykład, gdy po stwierdzeniu, że Anglia swoje panowanie we wszystkich częściach świata zawdzięcza przede wszystkim konserwatystom, dodaje: „którym zresztą nie bardzo przeszkadzało stronnictwo liberalne”.

Jest więc z gruntu fałszywy podział stronnictw na narodowe a liberalne, jak gdyby to były przeciwieństwa – jest też zupełnie błędną charakterystyką liberalnych stronnictw, że starają się one obniżyć i ograniczyć ofiarność i powinności jednostek na rzecz państwa i narodu. A dlaczego p. Dmowski zaryzykował tak mylne twierdzenia? Oto dlatego, ażeby to przeciwstawienie stronnictw przenieść na nasz grunt, tę charakterystykę liberalizmu przyczepić „starej polskiej demokracji” i uczynić z niej stronnictwo jeżeli nie nienarodowe, to przynajmniej mało narodowe, a w każdym razie mniej narodowe niż konserwatyści.

III

Opierając się o zupełnie fałszywy podział stronnictw na narodowe a liberalne, o zupełnie błędne określenie stronnictw liberalnych jako tych, które dążą do możliwie największego ograniczenia obowiązków i ofiar jednostek na rzecz narodu i państwa – p. Dmowski przenosi to żywcem na nasze stosunki, tymi samymi zarzutami obrzuca „starą” demokrację polską. Że zaś, jak w całej książce, opiera się nie na faktach, ale na konstrukcjach logicznych, przeto i tutaj, chcąc ocenę liberalizmu europejskiego przenieść na demokrację polską, musiał włożyć ogniwo środkowe, które sobie stworzył w twierdzeniu, że „demokracja nasza w formułowaniu swych zadań szła niewolniczo prawie za demokracją zachodnioeuropejską” – że ta „demokracja nasza, pozostająca w ścisłych stosunkach z demokracją europejską, zawsze miała charakter liberalny, wysuwała na pierwszy plan ideały wolności, jakkolwiek konieczność zmuszała ją do walki przede wszystkim o państwo polskie” – bo „demokratyzm nasz w XIX wieku stał się poniekąd filią ogólnoeuropejskiego demokratyzmu”. Więc „choć życie stawiało naszym demokratom za pierwsze zadanie walkę z tradycjami nierządu, ze szlacheckim liberalizmem, stworzenie silnej idei państwowej polskiej, wyrobienie w członkach społeczeństwa zdolności podporządkowania swych potrzeb, widoków i upodobań interesowi narodowo-państwowemu, bez czego nie ma możności stworzenia zdolnej do życia organizacji państwowej, zwłaszcza w tak ciężkich warunkach walki, w jakich znalazła się Polska – oni (tj. demokraci) poszli w kierunku przeciwnym”.

Stąd też poszło – zawsze zdaniem p. Dmowskiego – że demokracja nasza sprzeniewierzyła się tradycji Trzeciego Maja. „Naród instynktownie odczuwał wartość tej wielkiej daty i rocznica konstytucji stała się świętem niezapomnianym, ale stronnictwa demokratyczne polskie, uległszy wpływom obcym, nie poszły wskazaną przez swych poprzedników drogą. Skutkiem tego idea niepodległości stopniowo zwyrodniała: największymi bodaj wrogami jej stali się dziś ci, co najgłośniej o niej mówią”.

Oto akt oskarżenia. Słowa – frazesy – nie poparte żadnymi faktami. Zobaczymy, jak się one w świetle faktów przedstawiają. A zacznijmy od owego sprzeniewierzenia się tradycji Trzeciego Maja – bo z tego wysnuwa się wszystko inne.

Tę tradycję określa p. Dmowski w następujący sposób: „Konstytucja Trzeciego Maja jest wyrazem dwóch zasadniczych dążeń prawdziwie polskiego stronnictwa reformy, które nie z miana tylko było patriotycznym: pierwszym z nich było rozszerzenie praw politycznych, powołanie do życia politycznego nowych żywiołów, dające stronnictwu reformy wybitny charakter demokratyczny; drugim – zwiększenie powinności obywatela względem państwa, wzmocnienie rządu, ustalenie dynastii – słowem, reakcja na monstrualny liberalizm polityczny społeczeństwa szlacheckiego, dająca stronnictwu charakter państwowy, a jakbyśmy dziś powiedzieli – narodowy”.

W ogólnym zarysie określenie jest dobre i możemy je przyjąć za podstawę do sprawdzenia, czy i o ile demokracja polska tej tradycji się sprzeniewierzyła.

Pierwszy z tych kierunków, „rozszerzenie praw politycznych, powołanie do życia politycznego nowych żywiołów” – był, jak powszechnie uznano, w konstytucji Trzeciego Maja złożony dopiero w zarodku, był zeznany niejako w zasadzie, ale konkretne kształty, jakie mu konstytucja nadała, były jeszcze bardzo mgliste. Dopuszczono miasta do reprezentacji narodowej – sprawę włościańską ułatwiono tylko co do jednej jej strony, oddając włościan pod opiekę prawa i sądów ogólnych – kwestii pańszczyźnianej nie śmiano ruszyć, zostawiając ją przyszłości. Ale przyjęciem postanowień o stopniowej nobilitacji ludzi stanu nieszlacheckiego – i postanowienia o obowiązkowej rewizji konstytucji co 25 lat – twórcy konstytucji tej uznali, że to dopiero początek, że dalsze pokolenia mają to dzieło rozwijać, uzupełniać, doskonalić. Tak też pojął swoje zadanie Kościuszko – tak je pojęła demokracja polska od chwili, kiedy jako osobne w narodzie stronnictwo działać poczęła, tj. po listopadowym powstaniu. Zrozumiała, że kierunek, wskazany przez konstytucję Trzeciego Maja, powołania do życia politycznego nowych żywiołów wymaga przede wszystkim wyzwolenia włościan z więzów pańszczyźnianych i nadania im na własność ziemi, z której pełnili tak zwane „powinności poddańcze”. Stało się to wówczas naczelnym punktem programu demokracji polskiej, jako niezbędny warunek, bez którego nie można było prowadzić i rozwijać dalej dzieła Trzeciego Maja, nie można było myśleć o pozyskaniu ludu rolniczego dla państwowej idei polskiej. Cała ówczesna propaganda, całe emisariuszostwo, wszystkie związki, które tyle pochłonęły ofiar – wszystko to działo się pod hasłem: do niepodległej Polski przez oswobodzony i uwłaszczony lud. Fakt, że kwestię tę miała u siebie nie tylko Polska, ale i inne narody europejskie, skutkiem czego nie tylko w jednej Polsce hasło to stało na programie demokracji – jeszcze bynajmniej nie odbiera ówczesnej demokracji polskiej charakteru bezpośredniego pochodzenia „w prostej linii” od twórców Trzeciego Maja i od Kościuszki, nie czyni jej stronnictwem kosmopolitycznego liberalizmu, nie ujmuje cechy narodowej.

Niepowodzenia polityki powstańczej sprawiły, że kwestię włościańską formalnie załatwiły obce rządy, naprzód pruski, potem austriacki, a dopiero w 16 lat po nim rosyjski. Ale manifest styczniowego powstania i dekret Rządu Narodowego, uwłaszczający włościan, świadczą najlepiej, jak narodowym było pojmowanie tej sprawy przez demokrację polską. A są one zarazem najlepszą odpowiedzią na to, co p. Dmowski zarzuca „staremu” patriotyzmowi, że był on tylko negacją obcych rządów, a do twórczej myśli się nie wzniósł. W kierunku odrodzenia, powiedzmy „utworzenia” narodu z masy, pańszczyźnianą niewolą obezwładnionej, nie mogło być wówczas bardziej twórczej myśli, jak ta właśnie.

A kiedy ten cel osiągnięto, kiedy przebyto ten pierwszy etap na drodze wewnętrznego odrodzenia – trzeba było zdążać do drugiej – a tą drugą było oświecenie, a przez oświatę uobywatelenie tego ludu i zespolenie go z kulturalnym życiem Polski i jej państwowym programem. I w tym widzimy znowu demokrację polską, kroczącą przodem. Pisałem o tym w pierwszym artykule, więc się powtarzać nie będę, a zapytam tylko: czy w tym było sprzeniewierzenie się tradycji Trzeciego Maja, czy przeciwnie, jej najwierniejsze spełnianie i rozwijanie? I czy w tych wszystkich pracach, o których wspomniałem przykładowo w pierwszym artykule, tylko niektóre z nich przytaczając – w tych pracach, mających zawsze na oku powołanie nowych żywiołów do życia politycznego, ale równocześnie kształcenie ich i wyrabianie – demokracja polska sprzeniewierzyła się tradycji Trzeciego Maja? Może w jednym punkcie nawet zanadto wiernie się jej trzymała – w zbytecznej ostrożności i oględności, z jaką do reform dążyła, co było także cechą reformy z roku 1791. Stała się ta ostrożność i oględność powodem zbytniego „różnicz-kowania się” demokracji w czasie, kiedy nie była dość silną, ażeby już dzielić się mogła bez szkody. Żywioły bardziej energiczne, czy bardziej niecierpliwe, czy zresztą młodsze – rwały się naprzód i oddzielały się jako lewe skrzydło demokratycznego obozu polskiego. Ale owa ostrożna oględność, z której nieraz „starej” demokracji zarzut czyniono, miała swe źródło nie w czym innym, tylko właśnie w bacznym oglądaniu się na interes narodowy. Obawiano się narażać ten interes przez to, jeżeli stawianiem żądań skrajnych zaostrzy się w łonie społeczeństwa polskiego antagonizmy partyjne i klasowe do tego stopnia, że potem okaże się utrudnionym, a może i uniemożebnionym współdziałanie tam, gdzie tego interes narodowy wymaga. Wyobrażano sobie, że okres przygotowawczy, przez oświatę i uświadomienie do dobrego, interesom narodowym odpowiedniego użycia pełni praw politycznych, trwać ma dłużej. Kto miał rację, czy gorętsi i niecierpliwsi, czy ci ostrożniejsi – w to tu nie wchodzę, to by trzeba rozstrzygnąć co do każdej z osobna szczegółowej kwestii, dającej powód do różnic. Stwierdzam tylko, że wszystkie te prace i działania były dalszym ciągiem tradycji Trzeciego Maja, wiernym spełnianiem tego testamentu, który polecał – według słów p. Dmowskiego – rozszerzać prawa polityczne, powoływać do życia politycznego nowe żywioły.

Więc może w kwestii swobód politycznych demokracja polska zasługiwała na zarzut p. Dmowskiego, że nie była dość narodową, bo trzymała się „niewolniczo” formułowania tych zadań przez europejski liberalizm. Istotnie też – w którejkolwiek części Ojczyzny naszej państwo rozbiorowe przyjęło ustrój konstytucyjny, demokracja polska przyjmowała wszystkie hasła wolnomyślne, starała się o ich urzeczywistnienie, broniła ich, gdy były zagrożone. Ale śmiem twierdzić, że czyniąc tak, czyniła dobrze, nie tylko ze stanowiska „ogólnoludzkiego”, jak twierdzi p. Dmowski, a co byłoby zarzutem tylko wtedy, gdyby w jakikolwiek sposób mogło to szkodzić interesowi narodowemu – ale czyniła dobrze także ze stanowiska narodowego. Rzecz doprawdy smutna, że tego jeszcze dziś dowodzić potrzeba. Dość wskazać na Wielkopolskę. Proszę sobie wyobrazić, że to wszystko, co było postulatem liberalizmu i czego liberalizm broni, gdy jest zagrożone, w Wielkopolsce nie istniało, że zatem nie było swobody prasy, stowarzyszeń, zgromadzeń, nie było równości obywateli wobec prawa, nie było prawa petycji, że nie było wyborów do ciał reprezentacyjnych itp. Czy lud Wielkopolski byłby bez tego wszystkiego stał się takim potężnym czynnikiem narodowej siły i opartej o nią narodowej polityki, jakim jest obecnie? Czy te dzienniki, te stowarzyszenia i zgromadzenia, te wybory, to przez równość wobec prawa wyrobione poczucie prawne – czyż to wszystko nie było szkołą dla tego ludu i czy nie widzimy dziś ogromnych korzyści, jakie ze szkoły tej lud odniósł, a z nim razem i narodowa sprawa nasza?

Niedawno pisała „N. Reforma” o pomysłach ścieśnienia powszechnego prawa głosowania do parlamentu i udowodniła w sposób niewątpliwy – że w interesie narodowym (Śląsk pruski!) Polacy stanąć muszą w rzędzie obrońców tego prawa. A w Galicji? A gdyby w zaborze rosyjskim przyszło do ustroju konstytucyjnego – czyż nie musielibyśmy tam w interesie narodowej pracy i obrony popierać wszelkich postulatów politycznych liberalizmu? Więc je popierała demokracja polska z tą świadomością, że służy tym sprawie narodowej.

A teraz sprawa owej ofiarności na rzecz państwa i narodu.

IV

Powiedziałem poprzednio, że p. Dmowski wprowadza czytelników swoich w błąd, gdy jako istotną, zasadniczą cechę programów liberalnych, demokratycznych, uznaje dążenie do możliwie największego uszczuplenia, zacieśnienia ofiar i powinności jednostki wobec narodu czy państwa – a przeciwnie, jako cechę znamienną stronnictw konserwatywnych, dążenie do zwiększenia, rozszerzenia tych ofiar i powinności. Historia XIX wieku daje liczne przykłady – z jednej i z drugiej strony – które wręcz zbijają to twierdzenie. Liberalizm francuski od pół wieku przeszło głosi zasadę obowiązkowego a bezpłatnego wychowania elementarnego, która w wykonaniu swym kolosalnie zwiększa budżet, a z nim i ofiary jednostki na rzecz państwa. A cokolwiek by kto myślał o obecnej walce rządu republikańskiego ze szkołami kongregacjonistów, wynikiem jej z konieczności być musi dalsze powiększanie budżetu i ofiar jednostek na rzecz tego budżetu. Stronnictwo liberalne, demokratyczne włoskie, po zjednoczeniu Włoch, reprezentowało dążność do największego wytężenia ofiar jednostek na rzecz ogółu, byle tylko młode państwo wzmocnić finansowo i utrzymać w możności spełnienia zadań państwa – a czyniło to nawet kosztem tak ciężkiej ofiary, jaką był podatek od mleka, najdotkliwiej obciążający najszersze warstwy ludowe. I padł ten podatek dopiero wtedy, gdy już naprawdę był zbyteczny. Stronnictwo liberalne węgierskie popierało, powiedziałbym: fanatycznie, politykę ministra Barosza, która dla ekonomicznego podniesienia Węgier, a tym samym wzmocnienia ich państwowego stanowiska, nakładała na ludność olbrzymie podatkowe ofiary. Można przytoczyć przykłady przeciwne – walkę liberalnej partii niemieckiej z wojskowym programem Bismarcka, przed wojną austriacką – opozycję angielskich wigów przeciw czynnej polityce zagranicznej. Wszystkie zaś przytoczone przykłady stwierdzają tylko, że ta kwestia gotowości do ofiar wobec narodu i państwa nie jest zasadniczą istotą tego lub owego stronnictwa czy programu – co więcej, że chcąc sąd sprawiedliwy wydać, trzeba w każdym poszczególnym przypadku sprawdzić, jaki jest cel wymaganych od jednostek ofiar. Bo są zawsze możliwe wypadki, w których pod pozorem interesu narodu czy państwa wymaga się ofiar na cele niemające nic z tym interesem wspólnego, odnoszące się do interesów kastowych czy partyjnych, do ambicji jednostkowych albo dynastycznych. A wtedy gotowość do nałożenia ofiar na całe społeczeństwo może być wyrazem czysto egoistycznego interesu, służalstwa prostego, chęci zapewnienia sobie korzyści – a opór przeciw temu nie będzie wtedy wyrazem braku poczucia dla interesów narodu czy państwa, raczej będzie on wynikiem jasnego pojęcia i żywego odczucia tych interesów. Formułka ogólna nie przyda się tu na nic – trzeba ocenić każdy wypadek z osobna.

A jeżeli która, to polska demokracja nie zasłużyła na to, żeby do niej można zastosować taką fałszywą formułkę, jaką przyjął p. Dmowski w celu podniesienia narodowej wartości konserwatyzmu, a obniżenia tej wartości demokracji.

Nie będę się rozpisywał o okresie powstańczym – do upadku powstania styczniowego. Tu chyba nie może być sporu, że to stronnictwo demokratyczne, ta „stara” demokracja polska, która powstała jako stronnictwo po listopadowym powstaniu – wzywała naród do największych ofiar, do najwyższego napięcia poświęcenia osobistego na rzecz sprawy narodowej, sprawy państwowej, bo na rzecz odbudowania państwa polskiego. Wzywała naród – i sama szła na stos ofiarny.

Ale przypomnijmy sobie działalność tej „starej” demokracji po powstaniu styczniowym – w tej części Ojczyzny naszej, w której cząsteczka funkcji państwowych przypadła społeczeństwu samemu w instytucjach samorządnych, w reprezentacji kraju, gdzie zatem stronnictwa miały zdać państwowy egzamin. Tutaj rola, jaka odegrała ta demokracja, była wręcz przeciwna tej, o jaką ją p. Dmowski oskarża. Żądała ona raczej zawsze i systematycznie zwiększenia obowiązków jednostek i ich ofiar na rzecz kraju. Nacierała nieustannie o wykonanie programu szkolnego „w każdej gminie dobra szkoła ludowa – w każdej szkole dobry nauczyciel” – programu, który chociaż jeszcze nie w pełni wykonany, jednak w ciągu 20 lat ofiary opodatkowanych jednostek na rzecz oświaty ludowej podniosły się z jednego miliona koron na 9 milionów. Domagała się zrównania ciężarów szkolnych między obszarem dworskim a gminą – co znowu było wyrazem dążności do rozszerzania obowiązków jednostek wobec kraju. Jest w tym najlepsza odpowiedź na zarzut p. Dmowskiego, że demokracja zaniedbała zadanie walki „ze szlacheckim liberalizmem”, który polegał na tym, żeby swoje obowiązki i ciężary możliwie ograniczyć, a był największym szkodnikiem w życiu historycznej Polski, jako wyraz egoizmu jej rządzącej klasy. Demokracja nasza, zwalczając nierówność ciężarów szkolnych między obszarem dworskim a gminą, zwalczała właśnie ów egoizm szlachecki. Takież samo stanowisko zajęła w sprawie ciężarów drogowych, takież samo zajmuje, domagając się, aby te obszary dworskie zrzekły się swojej odrębności administracyjnej na rzecz wspólności życia gminnego. Tę samą zasadniczą myśl podnoszenia obowiązków jednostki na rzecz kraju, na rzecz wzmocnienia jego finansowego położenia i dostarczenia większych środków działania ku wzmożeniu sił społecznych narodu – przeprowadzała demokracja polska w tym kraju w programie konwersji długu indemnizacyjnego, która umożliwiła znaczne zwiększenie budżetu krajowego i wejście na drogę inwestycji. A wystarczy przejrzeć roczniki sejmowe, ażeby się przekonać, że ilekroć szło o wydatki produkcyjne – zarówno w znaczeniu moralnej, jak materialnej produkcji – demokracja żądała i broniła takich wkładów, pomimo zwiększenia przez to ciężarów publicznych i nieraz o to zacięte staczała walki ze stronnictwami konserwatywnymi. A dziś się jej mówi, że reprezentuje ona dążność do zacieśnienia obowiązków jednostki wobec narodu, więc dążność brzydkiego, ciasnego, krótko widzącego sobkostwa – egoizmu kieszeniowego, ze szkodą interesów narodowych.

A toż samo poza Sejmem. Od kogo u nas w kraju wychodził cały ruch stowarzyszeń, który jest także wyrazem ofiar jednostkowych na rzecz ogółu? Kto przez lat 40 społeczeństwu temu kładzie w sumienie, że sama oświata szkolna, choćby najlepsza, nie wystarczy, aby dokonać dzieła uświadomienia i uobywatelnienia ludu i zespolenia go z życiem narodowym przeszłym i obecnym, i tym, które będzie – i kto nie poprzestawał na propagandzie słowem, nie ją w czyn zamieniał? Kto musiał w tej sprawie staczać walki z konserwatywnymi w opinii publicznej kierunkami, dla których zgrozą była pozaszkolna oświata? Kto w rocznicę rozbioru, w roku 1872, wezwał społeczeństwo do składek na szkoły ludowe? Kto stworzył nasze sokolstwo wbrew głosom puszczyków zwalczających przez długi szereg lat ten zdrowy podział pracy? Kto podniósł pierwszy hasło ofiarnej działalności dla dźwigania przemysłu krajowego? Jaka część prasy, konserwatywna czy demokratyczna, nawoływała nieustannie do pomocy dla budzących się do życia narodowego starych dzielnic Polski; dla Śląska austriackiego i pruskiego? A wszak demokratyczna prasa musiała tu zwalczać nawet takiego rodzaju opozycję, jaka się raz wyraziła w formułce przeciw polonizacji Śląska!

I wobec tych wszystkich znanych, jawnych, niezaprzeczonych faktów, których śladów i dowodów mnóstwo w dziennikach, w rocznikach sejmowych, w archiwach całego szeregu instytucji narodowych, w pamięci ludzi żyjących, a nie zacietrzewionych sekciarstwem politycznym – p. Dmowski oskarża demokrację polską o dążność do ograniczenia obowiązków jednostek wobec narodu, do obniżenia poziomu ofiarności na rzecz sprawy narodowej – słowem, do krzewienia w społeczeństwie pospolitego sobkostwa, żałującego dla sprawy narodowej ofiar pieniężnych, ofiar pracy i trudu.

Wiem, demokracja nie może, nie powinna zakostnieć w pewnych, raz na zawsze ustalonych formułkach. Życie narodowe, życie społeczne rozwija się – ulega nieustannej ewolucji – a jeżeli jaki, to demokratyczny obóz powinien i musi, z całą wiernością dla swych zasadniczych podstaw, w stosowaniu tych zasad, w doborze środków i dróg, w zwiększeniu intensywności swego działania iść razem z tą ewolucją, posuwać się naprzód. Starzy ustępują – przychodzą po nich młodsze pokolenia, które powinny być lepsze, silniejsze, energiczniejsze od starych. Na tym polega postęp w narodzie, a więc i w jego stronnictwach. Ale z tego bynajmniej nie wynika prawo do rzucania kamieniem lub może czymś gorszym na tych, którzy torowali drogi i spełniali pracę, bez której dzisiejsza praca byłaby niemożliwa, bo musiałaby zaczynać od samego początku. A już najbardziej nie wynika z tego prawo głoszenia historycznego fałszu, przystosowanego do błędnych zupełnie formułek – a co najgorsze: do takiego postawienia kwestii, w którym pod płaszczykiem „demokracji narodowej” przedstawia się konserwatyzm jako kierunek bardziej narodowy od demokracji. Gdyby ogół temu uwierzył, p. Dmowski powinien by od konserwatystów dostać order pierwszej klasy!

Czułem się w obowiązku – fałsz ten sprostować.

 

 



[1]   Roman Dmowski (1864-1939), polityk, dyplomata, pisarz polityczny, publicysta; współtwórca Narodowej Demokracji zarówno w wymiarze organizacyjnym, jak i doktrynalnym. Napisał m.in. Myśli nowoczesnego Polaka (1903); Niemcy, Rosja i kwestia polska (1908); Upadek myśli konserwatywnej (1914); Politykę polską i odbudowanie państwa (1925); Przewrót (1934).

Najnowsze artykuły