Artykuł
Dylemat dziejowy
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Pierwodruk: Dylemat dziejowy, „Przegląd Narodowy”, październik 1908, rok I, nr 10, przedruk za: Zygmunt Balicki, Demokratyzm i liberalizm. Studium socjologiczne, Kraków 2008.

 

 

 

Polska, przez cały ciąg swoich popiastowskich dziejów, nie miała ani pierwszorzędnych polityków, ani mężów stanu, którzy by wyraźne swe na jej losach wycisnęli piętno. Nie miała ich, bo ich nie wydawała, i chyba przybysz, jak Stefan Batory, krótkimi swymi rządami podniósł myśl polityczną na wyżyny zadań dziejowych.

Fakt ten tak bezsporny, tak bijący w oczy, a tak mało wyświetlony w swych przyczynach i skutkach, zasługiwałby na poważne, specjalne studium. Jedna wszakże jego przyczyna narzuca się sama przez się naszej uwadze i oświetla skośnym swym odblaskiem nawet czasy dzisiejsze. Jest nią słabość rządów w Rzeczypospolitej.

Polityków i mężów stanu wyższej miary powołuje do życia, zapładnia duchowo, wyrabia, potęguje i zużytkowuje na odpowiedniej arenie tylko rząd silny, pewny siebie, ciągły w swej tradycji, uzbrojony w należytą egzekutywę. Staje się on organem, skupiającym w sobie doświadczenia pokoleń, zdobywa na tej drodze zasób niewzruszonych pewników, całą zaś inicjatywę swą i energię zwraca na torowanie dróg nowych, prowadzących do urzeczywistnienia państwowych założeń i celów. Mężowie stanu wyrabiają się tylko w silnych organizacjach. Wybitny nawet umysł polityczny tylko wtedy zaważyć może na szali losów swego narodu, gdy znajduje odpowiednie dla siebie miejsce i odpowiedni warsztat w silnie zbudowanej machinie zbiorowej, działającej sprawnie i doskonalącej się wciąż dzięki nowym wkładom jego twórczości. Inaczej – mąż stanu lwią część swych wysiłków obracać musi na remont samej machiny, na usuwanie przeszkód i tarć wewnętrznych, łamie się z tymi przeciwnościami bardziej niż ze zwalczaniem trudności zewnętrznych, aż w końcu starga swe siły i staje wobec potomności niezrozumiany i niewytłumaczony, bo każdy jego krok daje się wyjaśnić tylko powikłanym splotem różnorodnych przyczyn, zamiast jednolitego i prostego celu, który by w innych warunkach krokami jego kierował. Rola odpowiedzialna wymaga sprawnych narzędzi wykonawczych. Z chwilą, kiedy mąż stanu staje się sam narzędziem w ręku machiny, którą powołany był sterować, nawa publiczna jest tym samym rzucona na falę losów, gubi swą drogę dziejową, a księga jej podróży niczego godnego naśladownictwa, ani dalszego doskonalenia potomności w spadku nie przekaże.

Tak było w Rzeczypospolitej. Wszechwładztwo gminu szlacheckiego ciążyło nie tylko nad polityką wewnętrzną, ale i nad polityką zewnętrzną narodu. Wojny zaczepnej nie mógł król wypowiedzieć bez zgody nie tylko Sejmu, ale i Sejmików, przyjmowano tedy wojny zamiast je wydawać, i to wówczas, gdy nieprzyjaciel wkraczał w granice Rzeczypospolitej, gdy więc był do walki przygotowany i sam ją w pomyślnej dla siebie chwili wywoływał; wojny przerywano, nawet po zwycięstwie, nie wyzyskując korzystnego położenia, bo szlachta bić się dalej nie chciała, lub stawiała warunki, wytargowując nowe przywileje[I]; przymierza zewnętrz zależne były od przewagi odpowiednich stronnictw w kraju, które się pod wodzą magnatów na tle zagranicznych sympatii tworzyły, jeżeli nie były same przez obce wpływy tworzone, do czego elekcja królów szerokie otwierała pole; ludzi wreszcie dobierano do nakreślonej tym trybem polityki zamiast powoływać mężów stanu do kierowania polityką Rzeczypospolitej. Gdzie nie było ani szkoły, ani praktyki, ani odpowiedzialnego pola dla statystów, tam nie mógł wyróść i dojrzeć typ polityka, a gdzie nie było przewodniej myśli politycznej w państwie, tam nie było jej i w narodzie. Nie było w narodzie szlacheckim, nie było tym więcej w narodzie całym, gdy państwa własnego nie stało i przyszło mu kierować samemu swymi losami. Pozostały tylko zakorzenione w społeczeństwie tradycje: prowadzenia polityki masą, od przypadku do przypadku, od nastroju do nastroju, od wpływu do wpływu, stosownie do tego, jak fale uczuć unosiły niespokojną masę. W tym to znaczeniu słusznie się mówi, że w narodzie polskim uczucia zastępują myśl polityczną.

Po upadku prób państwowego odrodzenia i dokonanych rozbiorach, jedno tylko uczucie ogarnęło całą politycznie żywotną część narodu – było nim uczucie konieczności przeciwstawienia się spełnionym faktom, i to przeciwstawienia się środkami bezpośrednimi, to jest wojną narodową, do przeprowadzenia zaś zdecydowanego już w umysłach postanowienia powołano Kościuszkę, a równocześnie dopiero rozpoczęto zabiegi dyplomatyczne. Czyż może być naturalniejszy odruch? Dla kontrastowego jednak oświetlenia psychologii tego zjawiska dość będzie zestawić je z innym, sąsiednim, które nastąpiło zaledwie w 12 lat później. Prusy po Jenie1 nie wywołały wojny narodowej, mając nawet wzór Hiszpanii i Tyrolu przed sobą i ludność odpowiednio usposobioną, ale równocześnie korpusy sprzymierzonej z Napoleonem Rosji nad granicą, za to przystąpiły gorączkowo do reorganizacji swego przestarzałego ustroju, armię zaś, ograniczoną do 40 000 ludzi, zamieniły na kadry wojenne. Po siedmiu już latach wzięły swój odwet. Tu kierowano się polityką państwową, tam – uczuciem narodowym.

Odtąd staje się ono coraz wyraźniej osią, około której obracają się aspiracje narodu, podnoszące się i opadające rytmicznie w miarę wzrostu lub upadku jego sił, ale coraz bardziej niezależne od stosunku tych sił do potęg, z którymi mierzyć się miały. Społeczeństwo staje wobec dylematu bez wyjścia: z jednej strony, według silnie zakorzenionej, chociaż nie sformułowanej opinii, naród polityki prowadzić nie może, – może tylko czuć się narodem, stwierdzać swoje istnienie, wyrażać możliwie głośno swoje pragnienia i dążyć bezpośrednio do wcielenia ich w życie; z drugiej strony – party instynktem samozachowawczym i siłą warunków swego istnienia, naród musi prowadzić politykę, jeżeli chce żyć, a nie cofać się i nie rozkładać stopniowo, jeżeli chce osiągać zdobycze i budować swoją przyszłość, a nie tylko marzyć o niej. Tego opinia nasza nie uświadamiała sobie i nie uznawała. Podkreślić to należy wyraźnie, że wobec podobnego dylematu stanąć mógł tylko naród tak wyzuty z tradycji planowej i ciągłej polityki państwowej, jak polski.

Nie zanikł jednak zupełnie typ mężów stanu, z bożej łaski raczej niż z jądra narodowego wyrosłych, którzy zrozumieli drugą stronę dylematu i w jej myśl przystąpili do pracy; ale rozpocząć musieli politykę interesów narodowych na swoją rękę i na własne ryzyko, bez mandatu społeczeństwa, bez poparcia z jego strony, bez organicznego z nim związku. Takimi byli Czartoryski[1] i Lubecki[2]. Opinia narodowa, ta, która znaczyła swój pochód na kartach historii, stała poza nimi, przyglądała się ich usiłowaniom, przyjmowała nawet ich twórczą inicjatywę i realizowała osiągnięte przez nich zdobycze, ale patrzała z najwyższym niedowierzaniem na ich działalność, jako na domniemany wyraz polityki całego narodu, i wietrzyła na każdym kroku abdykację, likwidację swych dążeń, a tam, gdzie ta polityka próbowała hamować wyraz uczuciowych prądów – wprost zdradę. Przychodziła jednak chwila, gdy prądy te brały górę, podnosiły pierwszą tezę dylematu do wysokości jedynego wskazania narodowego, zrywały wszelkie więzy krępujących względów politycznych, stawiały wszystko na kartę i w katastrofie dziejowej topiły osiągnięte na drodze polityki zdobycze.

Po roku 1831 oba kierunki myśli publicznej rozbiegły się na emigracji jeszcze bardziej, wylały się w dwa wrogie sobie stronnictwa i w jednostronnej krańcowej wyłączności rozbudzonego między nimi antagonizmu oba zwyrodniały. Wypadki siódmego dziesięciolecia dowiodły, że w przebytych smutnych doświadczeniach naród nie tylko się nie zbliżył do wybrnięcia z dziejowego dylematu, ale go jeszcze pogłębił. Wielopolski[3], przedstawiciel rozumu stanu oderwanego od duszy narodu, był w swych zamierzeniach bardziej jeszcze społeczeństwu obcy niż Czartoryski i Lubecki. Pamiętne jego słowa: „Dla Polaków można jeszcze cośkolwiek zrobić, z Polakami – nic”, znamionowały zupełny rozbrat między dążeniami narodu, zawartymi w jego uczuciach i pragnieniach, a polityką, mającą zaspakajać jego najżywotniejsze potrzeby. Społeczeństwo czuło, że myśl polityczna tego męża stanu wzrosła tylko na dziejach współczesnego mu stulecia, że nie obejmuje całości losów narodu, toteż nie tylko odpłacało mu nieufnością, nie tylko nie wciągało osiągniętych przez niego zdobyczy do bilansu dorobku narodowego, lecz widziało w nich symptomat abdykacji, a w nim samym – przeniewiercę dążeń narodu. I znowu fala porywu uczuciowego zaniosła protest dziejowy i zmiotła w swych skutkach wszystko, co się jeszcze pozostało ze zdobyczy, osiągniętych dzięki wysiłkom politycznym ostatnich lat pięćdziesięciu.

 

* * *

 

Wyrosły na tradycji nieskoordynowanych masowych rządów szlacheckich apolityczny stan społeczeństwa, który zapanował nad całym jego charakterem, nazwałem stanem uczuciowym. Wobec niezmiernej złożoności zjawisk duchowych w życiu społecznym, twierdzenie to wymaga mocniejszego uzasadnienia. A może była to specyficznie polska myśl narodowa, która w ten sposób przejawiała się w dziejach, myśl płynąca z demokratyzacji patriotyzmu, z jego bezpośredniości i niezdolności do połowicznych rozwiązań? Od jasnego postawienia tej kwestii zależy znalezienie drogi wyjścia z dziejowego dylematu, który rozwiązany być musi pod grozą niechybnego staczania się w przepaść.

Myśl narodowa, jak każda myśl, opiera się nie tylko na pamięci swego „ja” dziejowego, ale i na pamięci całego szeregu przebytych doświadczeń, wyprowadza z nich wnioski, ciągnie nauki i doskonali się wśród prób i przeciwności. Niczego podobnego w apolitycznej postawie naszego społeczeństwa nie było, przeciwnie, mamy tu przed sobą jedyny fakt w historii, że naród raz po raz nie tylko te same popełnia błędy, nie tylko traci przez nie stopniowo wszystko co posiadał, ale popełnia te błędy w warunkach coraz to jaskrawiej uwydatniających niechybną konieczność fatalnych następstw, a z coraz mniejszym prawdopodobieństwem urzeczywistnienia swych pragnień. Tak reagować na fakty i warunki życia może tylko uczucie w swej czystej postaci, nie usystematyzowane i nie ujęte w karby przez żadną pracę myśli, wzmagające się tylko okresami w miarę piętrzących się coraz bardziej trudności i przeciwieństw, ale w przerwach swego napięcia opadające coraz to niżej, niedostępne dla żadnych rozumowań, ani dla żadnej refleksji, tłumaczące wszystko na swoje usprawiedliwienie, a przeradzające się w końcu w ślepy popęd, w namiętność, przeplataną okresami zupełnej bezmyślności.

A dalej myśl narodowa jest integralna i niepodzielna, sięga ona tak głęboko w przeszłość, że nie jest zdolna rozbić się na części, stosownie do tego, w jakich warunkach losy dziejowe różne odłamy narodu postawiły, a sięgając w przyszłość, nie będzie wyobrażała jej sobie symbolicznie – w formie nieziszczalnego w praktyce, i pozbawionego wszelkiej żywotności cząstkowego bytu. Uczucie w społeczeństwie przeciwnie – reaguje tam, gdzie jest wystawione na próbę, przeszłość dla niego jest raczej wytworem wyobraźni oderwanej, niż organicznym związkiem jedności życia w czasie i przestrzeni, a przyszłość – pragnieniem, nie dającym się nawet ubrać w kształty realne. Tym się tylko tłumaczą pozbawione wszelkiego szerszego ogólnonarodowego planu nie przez mężów stanu, lecz przez bezimienną rzeszę dyktowane wystąpienia jednej dzielnicy. Uczucie samo w sobie wylewa się tam, gdzie może, a nie tam, gdzie powinno dla osiągnięcia pewnego celu. Uwydatnienie tej jego roli w niedawnej przeszłości jest o tyle zarzutem, o ile też usprawiedliwieniem bankructwa stuletniej naszej polityki w najważniejszej, najsilniejszej i z początku najlepiej postawionej dzielnicy polskiej.

Wreszcie tylko uczucie jest samo sobie celem, nie szuka go bowiem poza sobą, lecz w sobie, w swym własnym zadowoleniu. Polityka w jego oświetleniu będzie tym lepsza, im bardziej odbija w sobie możliwie silne napięcie uczuć, pozbawiona zaś tych superlatywnych przejawów uchodzić będzie za kompromisową, ugodową, niemal za objaw narodowego zaprzaństwa. Licytacja uczuć kończy się zawsze pustym frazesem w słowie, który pcha do absurdu w czynie. Chłodna rachuba, zestawienie możliwych zysków i strat, znoszenie cierpliwe nawet upokorzeń, gdy się nie ma siły do skutecznego ich odparcia, przygotowywanie kroków na długą metę, zmiana postawy wraz ze zmianą układu sił, gra w zakryte karty, gdy przezorność nie nakazuje ich odsłaniać, przeprowadzenie stopniowe i wytrwałe swych zamierzeń, słowem wszystko to, co stanowi elementarz polityki największych nawet i najsilniejszych mocarstw, dla polityki uczuć jest czymś obcym, niepojętym, niegodnym narodu, omal że niemoralnym. Ale wyśrubowane napięcie uczuć jest najmniej wytrzymałym materiałem duchowym. Tylko myśl polityczna trwać może wieki całe w jednostajnym natężeniu, uczucia się wyczerpują, opadają, ulegają depresji; wtedy z głębin duchowości narodu wzruszenia osiadają na powierzchni, przejawy ich zewnętrzne wyzbywają się swej istotnej treści, przechodzą w odruchy czysto fizyczne, a zamiast uczuć grać zaczynają nerwy. Tak zapał czysto uczuciowy w bitwie, sparaliżowany nagle i odbity ciosem, zamienia się w popłoch i małoduszną ucieczkę, w „ratuj się kto może” (ileż przykładów podobnych zna nasza historia!), tak przeciągnięty nastrój duchowego podniecenia nerwami tylko nadrabia zamierający popęd, aby wkrótce pod wpływem tychże nerwów zadać wyraźny kłam swemu poprzedniemu postępowaniu i, nie czując tego nawet, przerzucić się w drugą ostateczność. Obraz podobny przedstawiają nasze apolityczne porywy i depresje ostatniego stulecia. Jeżeli niektóre z tych momentów tej lub innej natury były nawet politycznie celowe, to nie z politycznych bynajmniej rachub i przewidywań płynęły. Nie były to niewątpliwie znamiona myśli narodowej, lecz samopas idących narodowych uczuć, a częściej jeszcze ogólnoludzkich nerwów.

Popełniłby niewątpliwie wielki błąd, kto by zapoznawał znaczenie uczuć nie tylko w życiu, ale nawet w polityce narodu. Tylko że w społeczeństwie normalnym, jak i w osobniku normalnym, powinny one grać rolę elementarnego podścieliska życia duchowego, nie zaś jego korony, powinny być ujętym w karby bodźcem, nie zaś kierownikiem czynów, współczynnikiem płynącej z władz umysłowych woli, a nie jej surogatem, składową częścią, a nie wyłącznym władcą charakteru. Społeczeństwo, pozbawione żywych uczuć, byłoby tylko mechanizmem, poruszanym siłą zewnętrzną, ale społeczeństwo, w którym inne władze zamierają, a uczucia kierują jego postępowaniem, jest społeczeństwem pozbawionym mózgu i niezdolnym do czynów dyktowanych wolą.

Uczucie jest z istoty swej funkcją duchową rozlewną, niezorganizowaną, nie znającą ani uwspółrzędnienia, ani hierarchii, polegającą na jednobrzmiącym drganiu przebiegających i udzielających się prądów; może ono co najwyżej składać się, jak muzyka, na modulacje i akordy, ale budowy duchowej stworzyć nie jest w stanie. Nie znaczy to wszakże, by pod wpływem uczucia, aczkolwiek nie z niego, nie mogła powstać organizacja społeczna, zmierzająca bezpośrednio do czynu, do akcji, do wylania w funkcje zewnętrzne tego, co stanowi treść wypływających z uczuć popędów. Organizacja taka tym się różni od tej, którą stale działająca myśl i wola do bytu powołuje, że żyje wyłącznie chwilą bieżącą, nie patrzy ani za siebie, ani przed siebie, nie rozumuje i nie myśli na dłuższą metę, ale zmierza bezpośrednio do czynu, mającego wtedy wszystkie cechy odruchu, a z chwilą opadnięcia uczuć, które ją wytworzyły, rozprzęga się i zanika.

Do tego rodzaju organizacji społeczeństwo nasze przez ciąg swego pozapaństwowego życia okazało się wysoce uzdolnionym i doprowadzało ją chwilami do znacznego stopnia technicznej doskonałości. Ale były to formacje, przemijające z chwilą upadku podnieconego nastroju. Istniało w życiu duchowym narodu tylko górujące nad wszystkim uczucie i występująca sporadycznie organizacja czynu, nie było stałej i ciągle funkcjonującej organizacji myśli narodowej. Dlatego ruch ówczesny nie wydał, bo nie mógł wydać polityków, dlatego nie zostawił po sobie tradycji polityki narodowej, ujętej w plan i przeprowadzanej w sposób systematyczny, dlatego wreszcie ci, co ją tworzyć i rozwijać chcieli, pozostawali niejako poza ogniskiem życia duchowego narodu, odosobnieni, zdani na własne siły, darzeni nieufnością ogólną, podejrzeniami, częstokroć nienawiścią.

Nieufność ta i podejrzliwość społeczeństwa apolitycznego względem jednostek, pragnących bez niego prowadzić politykę dla jego dobra, była nie tylko naturalna, ale i uzasadniona. Instynkt narodu odczuwał niebezpieczeństwo. Istniało ono rzeczywiście i tkwiło w tym, że jednostki wybitne, obdarzone zdolnościami mężów stanu, jeżeli nie są bezpośrednim wytworem najgłębszego życia narodu, jego wychowawcami i twórcami zarazem, kwiatem zasilanym jego sokami, stają się z natury rzeczy tworem duchowo egzotycznym, czerpiącym natchnienia z obcych ognisk; nie wrośnięci korzeniami we własne społeczeństwo, odrywają się od jego przeszłości, nie wiążą z nią organicznie jego dążeń na przyszłość, a w teraźniejszości zatracają uczuciową wspólność z narodem. Gdzie nie ma wspólności uczuć, tam nie może być i wspólności myśli, toteż myśl ich polityczna z łatwością przestaje być myślą narodową. Tym piętnem wykorzenienia się narodowego w najsłabszym stopniu dotknięta była polityka Czartoryskiego, w silniejszym – Lubeckiego, w jeszcze w jaskrawszym – Wielopolskiego, a w rażących już formach – jego nieudolnych epigonów z dziewiątego i dziesiątego dziesięciolecia wieku ubiegłego. Wśród tej ewolucji słabła – i nie bez powodu – coraz bardziej wiara społeczeństwa, że „polityka”, którą widziało przed sobą, posiada zasadnicze założenia zgodne z jego własnymi celami i uczuciami, przeciwnie, wydawała mu się ona ich przeciwstawieniem i negacją, a jako strona życia z tradycji mu obca, straciła w jego oczach resztę kredytu. W ten sposób nierozwiązalny dotychczas dylemat dziejowy nie tylko się zaostrzył i pogłębił, ale przybrał wprost groźną dla przyszłości narodu formę.

 

* * *

 

Dylematy dziejowe niekoniecznie są dylematami logicznymi. To, o co jedne społeczeństwa, jak nasze np., potykają się w ciągu swej historii jako o stały kamień obrazy, inne rozwiązują prosto i naturalnie. Aczkolwiek logika jest jedna, jednakże ludzie różnych charakterów i temperamentów nie tylko nie zgadzają się z sobą, ale mogą nawet nie rozumieć się wzajemnie, tak samo logika dziejów jest jedna, ale narody w swym postępowaniu mogę daleko od niej odbiegać. Spróbujmy nie w sposób oderwany i teoretyczny, lecz praktycznie i realnie, w zastosowaniu do naszego gruntu, rozwiązać tę rzekomą sprzeczność między dwiema tezami, nie dającymi się pozornie z sobą pogodzić.

Naród jako całość może prowadzić politykę, jak o tym świadczy przykład wszystkich narodów nowożytnych, pozbawionych własnych organów państwowych; pole tej polityki może być mniej lub więcej zacieśnione, rozwinięcie jej mniej lub więcej skrępowane, ale sama postawa jego, zachowanie się indywidualne jego członków, wystąpienia zbiorowe wszelkiego rodzaju, akcja przedsięwzięta na jakimkolwiek polu, wszystko to będą przejawy tej polityki, ale pod jednym warunkiem: że będzie temu przewodniczyła myśl polityczna i że zmierzać będą one koncentrycznie do jednego celu. Polityki nie ma tam, gdzie nie ma myśli politycznej i wyraźnego celu politycznego. Cały jednak tragizm apolityczności pewnego społeczeństwa leży w tym, że – niezależnie od tego, jakimi pobudkami ono samo się kieruje – na zewnątrz, wobec sił, z którymi ma do czynienia, postawa jego, zachowanie się i czyny posiadają zawsze wyraz i znaczenie stanowiska politycznego, a przejawy jego życia będą same przez się polityką. Będzie ona złą lub dobrą, zrozumiałą lub niepojętą, celową lub bezmyślną, osiągnie zamierzony lub wręcz przeciwny skutek, ale zawsze wywoła odpowiednie następstwa polityczne. Otóż ze wszystkich możliwych postaw narodu najmniej celową i politycznie najbezmyślniejszą jest ta, w której stan protestu i walki bezwzględnej przeplata się chronicznie ze stanem bierności, uległości zupełnej, chwilami upodlenia.

Naród może prowadzić politykę, o ile jest tak kulturalny i tak wyszkolony – jak np. w Wielkopolsce – że potrafi się zdobyć na jednolite, zgodne z powziętym planem postępowanie. Z chwilą jednak, gdy otwiera się przed nim pole do poruszeń bardziej złożonych, do akcji skoordynowanej, słowem, gdy czynnik myśli zbiorowej w grę wchodzi, konieczną już jest pewna systematyzacja opinii, a nawet organizacja duchowa społeczeństwa, wyrażająca się w formalnym lub nieformalnym, osobistym lub nieosobistym przedstawicielstwie, które obejmuje rolę kierowniczą, a jest zarazem pracownią myśli politycznej. Mandat niemy lub wyraźny, oparty na zaufaniu i pewnym kredycie moralnym, którym społeczeństwo obdarza ludzi wybitnych w rzeczach publicznych, jest niezbędny do tego, ażeby ono mogło rozwijać jakąkolwiek akcję bardziej złożoną, wymagającą gruntownej znajomości warunków, objęcia ich całości, przewidywania następstw, planu działalności i szybkiej decyzji. O ten właśnie mandat moralny w Polsce najtrudniej, gdyż pod wpływem apolitycznych tradycji ogół jest skłonny obdarzać nim swych rzeczników i przedstawicieli z tym jedynie zastrzeżeniem, że będzie sam nimi kierował na podstawie swych uczuć i nastrojów, że będzie krytykował każdy ich krok, brany sam w sobie, niezależnie od całości akcji, że będzie ich ustawicznie podejrzewał o sprzeniewierzanie się swoim zasadom, dopóki nie sprowadzi ich na swoje apolityczne, czysto uczuciowe stanowisko i tym samym uczyni niezdolnymi do prowadzenia jakiejkolwiek polityki. Czysto uczuciowy podkład tego krytycyzmu zdradza się tym, że nie polega na przeciwstawieniu pewnej polityce – innej, lecz na dyskredytowaniu jej z punktu widzenia uczuć, jakoby nie dość narodowych, które się rzekomo w niej wyrażają. W zdaniu owym, że naród prowadzić polityki nie może, zawiera się ukryte potępienie jego samego, jego kultury, jego zdolności do organizacji i polityki, a więc tym samym zaprzeczenie całej jego przyszłości.

Ale polityka mas, nawet umiejętnie kierowanych i sfornie postępujących, nie wyczerpuje zakresu polityki narodowej. Gdziekolwiek otwiera się pole już nie tylko do akcji wewnątrz społeczeństwa, ale do akcji na zewnątrz jego, zmierzającej do wywarcia pożądanego wpływu na siły obce, do umiejętnej pracy nad zmianą ich układu, do zapewnienia sprawie, której się służy, należytego stanowiska, do odegrania wreszcie należytej roli na szerszej arenie stosunków międzynarodowych, tam naród pole to wyzyskać i zużytkować musi, i to nie tylko dlatego, że bierność i absencja nie da mu tych zysków, które zapewnia stanowisko czynne, że jest to lucrum cessans, wyrażając się językiem prawników, ale dlatego również, że jest to pozytywne damnum emergens[4], strata bezpośrednia, zadana jego stanowisku politycznemu, którą ponosi każdy, kto, mogąc to uczynić, nie zabiega około swych spraw i interesów. Wewnętrzna gra uczuć i pobudek nie jest żadnym czynnikiem w polityce, chociażby nie wiem jak głośno ją proklamowano, bierność w niej zawsze będzie oznaką bezsilności i bezradności, absencja – sposobną okazją do rozstrzygania losu strony interesowanej bez jej współudziału.

Otwarcie podobnego pola dla polityki (w ściślejszym tego słowa znaczeniu) wymaga już nie tylko pewnej organizacji opinii, lecz i przedstawicielstwa osób, jako organu myśli politycznej, zdolnego do kroków niezmiernie złożonych, a więc obdarzonego szerokimi pełnomocnictwami. Zazwyczaj wkroczenie w tę szerszą sferę działań idzie w parze z powołaniem przedstawicieli kraju do czynności ustawodawczych lub administracyjnych. Czy powołanie to następuje z wyborów, czy z urzędu – to gra w danym przypadku rolę drugorzędną, zwłaszcza wobec apolitycznego stanowiska takiej jak nasza opinii, która w przedstawicielu swoim widzi nie pełnomocnika posiadającego w pewnym zakresie swobodę działania i takiej lub innej obrony powierzonych mu spraw, lecz wyraziciela swych uczuć, któremu gotowa w każdej chwili odebrać mandat moralny, jeżeli nie odzwierciedla należycie wszystkich odcieni i przemian tych uczuć, pozostawiając mu zresztą nadal mandat materialny[II].

Bez mandatu moralnego dla jakiegokolwiek przedstawicielstwa nie może być mowy o polityce narodowej; tam, gdzie – jak u nas – trudno o pierwszy, trudno i o drugą. Niewątpliwie, na to, żeby prowadzić politykę narodową, która by przez swoich i obcych za taką uznana została, i pozyskać mandat moralny swego społeczeństwa, trzeba być duszą z narodem zrośniętym, obejmować całość jego roli dziejowej, żyć jego przyszłością, nie tylko teraźniejszością, słowem – brać za punkt wyjścia polityki ten sam horyzont, który naród wzrokiem przyszłości ogarnia, a więc też nie przyjmować w jego imieniu zobowiązań, których on ratyfikować ani wypełnić nie może, dalej – trzeba nie dać się sprowadzić z drogi żadnymi ubocznymi względami, oprócz wskazań dobra publicznego, wreszcie – posiadać odpowiednie zdolności polityczne.

To wystarcza wszędzie na świecie i u nas wystarczać powinno. Ale nie trzeba się łudzić, że polityka pełnomocnika ze wszech miar godnego zaufania swych mocodawców, będzie z konieczności przez to samo odmienna, niż polityka kogo innego, obejmującego nie tak daleko sięgające aspiracje, skoro jedna i druga, mając ograniczony zakres działania, jest dobra na chwilę obecną. Polityka iść musi etapami, każdy etap jest zależny od takich lub innych warunków, a w jego granicach jedna tylko polityka może być prawdziwie skuteczną i prowadzącą do celu. Na tym właśnie punkcie zachodzące nieporozumienia między myślą polityczną a uczuciem, pragnącym dostrajać do siebie wystąpienia w polityce, są u nas zawsze głębokie i trudne do usunięcia.

Polityka narodowa jeszcze jednemu odpowiadać musi warunkowi, jeżeli ma zasługiwać na swą nazwę: musi być jednolitą i koncentryczną. Nie można – jak tego chcą u nas niektórzy – wyznaczać w polityce ogólnonarodowej jednemu odłamowi lub stronnictwu robienia tego, co rozum polityczny ze względów praktycznych wskazuje, drugiemu zaś – obowiązku pielęgnowania w społeczeństwie uczuć narodowych i manifestowania ich, nawet w sposób sprzeczny z prowadzoną równocześnie polityką. Nie może być dwóch krzyżujących się i wykluczających wzajemnie mandatów narodowych i dwóch wzajemnie paraliżujących się polityk; mogą być dwie odrębne polityki zwalczających się stronnictw, ale wtedy nie będzie polityki narodowej. Dziwoląg podobny może powstać tylko na gruncie społeczeństwa wzrosłego – jak nasze – w tradycji dualizmu dwóch sprzecznych z sobą tez dylematu. Można jedną z nich negować, można je godzić w syntezie, usuwającej ich sprzeczności, ale nie można praktykować obu równocześnie, zachowując całą ich siłę. Nie ma chyba w polityce gorszego oportunizmu, aniżeli ten, co pod przymusem liczenia się z istniejącymi warunkami posuwa się aż do rozdwojenia narodowej osobowości, do prowadzenia dwóch polityk, z których jedna będzie psuła to, co zrobi druga, a obie razem wzięte bałamucić będą myśl publiczną i demoralizować charakter narodu stokroć gorzej, niż najdalej idące rachowanie się z rzeczywistością w polityce jednolitej, występującej w imieniu narodu i obejmującej całość jego zadań. System divide et impera[5] był dotychczas zawsze uważany za najgroźniejszy dla narodów uzależnionych: trudno byłoby szersze otworzyć mu wrota, niż wysuwając w roli pełnomocników narodowych dwa stronnictwa, z których jedno z natury rzeczy musiałoby być wygrywane przeciwko drugiemu.

Pojęcie jednolitości polityki narodowej najtrudniej przenika do naszej opinii, gdyż jest negacją dualizmu, z którym, jak chory ze swym organicznym cierpieniem, tradycyjnie się zrosła. „Polityka z natury rzeczy polega na kompromisach, naród zaś kompromisów zawierać nie może”. Niewątpliwie – o ile jest narodem apolitycznym z charakteru i z własnej woli, o ile politykę sprowadza do uczuć i utożsamia ją z nimi. Uczucie nie może znać kompromisów bez rozkładu samego siebie i zatraty swych podstaw moralnych. Ale polityka nie jest grą uczuć, lecz grą sił, interesów i celów. Najpotężniejsze państwa poruszają się w sferze kompromisów, ponoszą straty, doznają zniewag i upokorzeń, ustępują z dążeń w danej chwili nieziszczalnych, umieją czekać, obliczają ściśle swoje i obce siły, zawierają przymierza bez uczuciowych porywów i szukają niejednokrotnie zbliżenia ze swymi wczorajszymi wrogami. Polityka ich prowadzona jest w imieniu narodu, a przecież naród w żadnym z tych przypadków nie czuje się zachwianym w swych podstawach uczuciowych i nie rozdziera szat nad strasznymi kompromisami, przez które dusza jego musi przechodzić. Bo narody takie żyją a nie tylko czują, bo chcą wywierać wpływ na losy swoje i cudze, wiedzą zaś, że żyć i wywierać wpływ to nie znaczy zamykać się w sobie ze swymi stanami i nastrojami duchowymi, bądź dawać im nieokiełznany upust, lecz stosować swą postawę i czyny do otoczenia i warunków i wśród nich, bez szarpań wewnętrznych, iść z zimnym spokojem do swych celów.

Fałszem jest zresztą, że życie wypełnione treścią uczuciową, chroni od kompromisów. Zdarzyć się to może chwilowo, w czasie najwyższej egzaltacji uczuć, i to kosztem celowości czynów, ale z chwilą upadku podniecenia zaczynają się najgorsze, bo ślepe, nieświadome, pozbawione samowiedzy moralnej kompromisy uczuciowe, w których nie tylko godność wewnętrzna narodu, ale i jego sumienie stacza się do poziomego oportunizmu. Najbardziej kompromisowa polityka, z samowiedzą i chłodną rozwagą podjęta, nie zdoła obniżyć duszy narodu, obniża ją dopiero uczuciowy kompromis sumienia, bezwzględność i zadzierzystość słowa obok małodusznej uległości w życiu, przerzucanie się od nastroju do nastroju, żałowanie dziś tego, co się wczoraj zrobiło. A przecie tamta kompromisowa polityka zabezpiecza duszę narodu właśnie przed tym wszystkim, bo sferę uczuć zachowuje nietkniętą, zawsze opanowaną, ale zawsze świeżą i pozostającą w zgodzie z samą sobą.

Naród politykę prowadzić może, powinien i musi. Już samo zdanie sobie sprawy z tej konieczności jest zdobyczą dość świeżej daty.

 

* * *

 

Wyrosły na tradycjach narodowych, ale otrząśnięty wskutek ostatniej katastrofy narodowej z przygniatającego dotychczas umysły wszechwładnego panowania uczuć, powstał kierunek tzw. wszechpolski i z początku instynktownie, a następnie z całą świadomością, zaczął dążyć do wybrnięcia z dylematu, który – co stawało się rzeczą jasną dla wszystkich – od stu lat spychał naród, stopień po stopniu, w przepaść bez jutra. Prąd nowy poszedł nie – jak to opinia bierna początkowo przypuszczała – w tradycyjnym kierunku najmniejszego oporu, a więc w kierunku budzenia przygasłych uczuć, rozniecenia ich z czasem do stopnia namiętności i przygotowania na tym podłożu organizacji jednorazowego i doraźnego czynu, lecz poszedł raczej w kierunku największego oporu, mianowicie wytworzenia stałego ogniska myśli narodowej i organizacji sił, która by tą stopniowo, ale bez przerwy, w życie wcielała. Unikanie popełnianych w przeszłości błędów, leczenie społeczeństwa z wad narodowych, wychowanie nowego pokolenia o mocnym charakterze i umiejącego zapanować zarówno nad sobą, jak i nad okolicznościami, odrodzenie narodu przez powołanie do życia obywatelskiego warstw dotychczas ugorujących, ale rdzennie polskich, zdrowych i nie przenerwowanych, a nade wszystko rozbudzenie myśli politycznej, obejmującej całość życia narodowego w czasie i przestrzeni, i to myśli współczesnej rozumiejącej charakter i mechanizm najnowszych dziejów – taka była rzeczywista treść kierunku, który wszechstronną syntezę postawił za główne swe założenie. W usiłowaniach, zmierzających do zsyntetyzowania istniejących przeciwieństw i jednostronności, nowy kierunek polityczny spotkał się przede wszystkim z owym dylematem, dotychczas hamującym normalny rozwój narodu, i usiłował rozwiązać go tak, jak się rozwiązują dziejowe nieporozumienia: pracą myśli, krzewieniem jej w społeczeństwie, wychowaniem nowych warstw politycznych w duchu z nią zgodnym, wreszcie oparciem przyszłości narodu na ludzie wiejskim, posiadającym normalne instynkty i zdrowy rozsądek, a nietkniętym przez nowoczesne wpływy obce i z zewnątrz idącą anarchię duchową. Misja ta mogła być uwieńczona rzeczywistym skutkiem głównie dlatego, że społeczeństwo nasze, instynktem samozachowawczym wiedzione, było już samo na drodze do faktycznego wyłamania się spod ciążącej nad jego najnowszymi dziejami sprzeczności wewnętrznej, aczkolwiek równocześnie pozostały w całej swej sile dawne nałogi myśli i dawna uczuciowość, a niektóre władze duchowe, w życiu politycznym niezbędne, niemal zanikły. Brakło społeczeństwu przede wszystkim samowiedzy i charakteru nowoczesnego narodu.

Niemały wpływ w tej dziedzinie narodowego samowychowania wywarł przykład dwóch innych dzielnic. Nierozwiązalny problemat dziejowy zawisł całym swym ciężarem nad Królestwem, Galicję zaś i Wielkopolskę dotknął zaledwie swymi odgłosami, ale nie przeszkodził tym dzielnicom, z chwilą nastania ery konstytucyjnej w odpowiednich państwach rozwinąć u siebie życie polityczne i obudzić – jednostronną wprawdzie – myśl polityczną. Dzięki tej zdobyczy rozwojowej i równoczesnemu odosobnieniu na wszystkich innych polach, trzy dzielnice Polski stały się nie tylko trzema odrębnymi społeczeństwami, ale niemal trzema narodami. Kierunek wszechpolski, w swym dążeniu do zniwelowania tych przedziałów, nie przeciwstawiał się bynajmniej pracy politycznej, prowadzonej tam, gdzie prowadzona być mogła, pragnął tylko przywrócić jej myśl narodową, która była punktem wyjścia tej pracy, ale której ona z czasem się wyzbyła, chciał skierować ją ku energicznej obronie interesów narodowych i nawiązać w ten sposób zerwany jej związek z dziejowymi zadaniami narodu; zarazem kierunek ten korzystał szeroko z nabytych w pracy politycznej przez te dzielnice doświadczeń i usiłował je zaszczepić w umysły tego odłamu narodowego, który ich bezpośrednio naśladować nie mógł.

O istotnej roli nowego prądu politycznego w Królestwie panują do dziś dnia błędne pojęcia. Wielu sądzi, że rola jego ograniczała się do budzenia uczuć narodowych ze stanu depresji i utrzymywania ich na wyżynie tradycji dziejowych; w istocie rzeczy polegała ona na nieceniu samowiedzy narodowej, obronie przed wynaradawianiem zarówno materialnym, jak i duchowym, a co najważniejsze – na krzewieniu myśli politycznej, podniesionej na wyżyny myśli narodowej. Pierwszym jej zastosowaniem było ustalenie pojęcia, że politykę narodową we wszelkim, choćby nader ograniczonym zakresie, prowadzić można i należy, stosując ją do granic przez realne warunki zakreślonych. Wychodząc z tego założenia, kierunek wszechpolski stanął na gruncie istniejących stosunków prawnopaństwowych, co więcej – na gruncie wyzyskania praw istniejących, skoro nie było żadnych widoków osiągnięcia zmiany w tym względzie. Rzucono hasło walki o prawo na wszystkich polach, od gminy począwszy, a hasło to zbiegło się ze wskazaniami innego równoległego prądu, wychodzącego z założeń politycznych, nawiązanych do programu Wielopolskiego. Częściowa synteza rozbieżnych tradycji politycznych została faktycznie dokonana i uzyskała niewątpliwą sankcję opinii.

Natomiast nowy kierunek przeciwstawił się z całą mocą akcji na gruncie polityki zewnętrznej, przedsięwziętej przez obóz powyżej wzmiankowany, a to z tych względów, że uważał ją właśnie za przejaw polityki uczuć – tych, które się rodzą z depresji społeczeństwa, że widział w niej politykę złą i nierealną, nie usprawiedliwioną w najmniejszej mierze istniejącymi warunkami, że wreszcie była ona prowadzona bez udziału społeczeństwa, bez jego wiedzy i woli nie mogła więc być pod żadnym względem uważana za etap dziejowej myśli narodu, ani za wyraz jego polityki. Przeciwstawił się równocześnie z nie mniejszą siłą tym wszystkim prądom, które przez ślepe naśladownictwo wzorów obcych, służenie cudzym interesom i swą bezmyślność polityczną rozkładały samowiedzę narodową, a w jednym swym odłamie szczepiły całą tę destrukcyjną robotę na gruncie tradycyjnych, apolitycznych uczuć narodowych i prowadziły je przez to do ostatecznego zwyrodnienia.

Jest rzeczą znamienną, że w ciągu trzechletniego burzliwego okresu, pomimo rozbudzenia się w społeczeństwie daleko idących nadziei, pomimo wyzwolenia się najgorętszych uczuć, a nawet rozpętania najdzikszych namiętności, zasady powyższe nie tylko zatryumfowały w opinii, lecz i doprowadziły do zupełnej niemal jedności polityki narodowej. Przeciwstawienie się dążeniom do wywołania wybuchu zbrojnego, próby rozszerzenia istniejących praw drogą zgodnych wysiłków samego społeczeństwa, rozpoczęcie akcji politycznej na gruncie społeczeństwa rosyjskiego, czynny udział w ogólnopaństwowym ciele prawodawczym, nacechowane myślą narodową wytknięcie w nim dróg, prowadzących do uregulowania kwestii polskiej w państwie, wreszcie zgodny odpór żywiołów narodowych, dany szerzącej się anarchii wewnętrznej – wszystko to było podejmowane i przeprowadzane siłami połączonych kierunków, ożywionych jedną wspólną myślą polityczną. Najwyższe podniecenie umysłów nie zdołało już wytrącić społeczeństwa przynajmniej z najbardziej zasadniczych podstaw równowagi, a w każdym razie nie dało się społeczeństwo wtrącić w tradycyjny dualizm – uczuć narodowych i myśli politycznej. Ważny krok w kierunku wyrównania dróg przyszłości został postawiony. Prawda, że uczucia grały jeszcze niepomierną rolę i zaćmiewały jasność sądu, prawda, że myśl polityczna błąkała się jeszcze i ulegała uczuciom niejednokrotnie, ale przynajmniej najtrudniejszy ten i najbardziej ryzykowny okres nie pozostawił po sobie bezpowrotnych, nieodwołalnych błędów i nie zepchnął myśli narodowej na manowce. Przeciwnie, wyszła ona z niego wzmocnioną, bardziej pogłębioną i rozszerzoną, niż kiedykolwiek.

Obecnie przeżywamy nowy okres – okres uczuciowej depresji. Wychodzi w nim na powierzchnię życia wszystko, co tkwiło w instynktach i w umysłach z dawnych narowów, a przez paroksyzm anarchii duchowej zostało wzmocnione i do reszty spaczone. Pewne koła opinii dziś, jak dawniej, biorą wyraz swych stanów uczuciowych za stanowisko polityczne, nie pytają o celowość kroków w polityce, lecz tylko o zgodność z ich własnymi nastrojami; w każdej zmianie taktyki widzą cyrograf, wystawiany na zmianę ich uczuć, w każdym posunięciu upatrują sprzeniewierzenie się zasadom narodowym, krytykują, podejrzewają, insynuują i potępiają. Wątłe zaczątki myśli politycznej walczyć dopiero muszą o prawo istnienia i życia, a polityka narodowa musi mozolnie zdobywać tę swobodę ruchów, której gdzie indziej nikt jej nie kwestionuje. Długiej jeszcze pracy wewnętrznej trzeba będzie, nim się te pozostałości tradycyjnych nałogów do reszty wykorzenią, ale jedno stanowczo dziś twierdzić można: że naród w zasadniczych podstawach swej polityki już wybrnął z dziejowego dylematu, który zamykał przed nim drogę do normalnej przyszłości, że wyszedł bezpowrotnie z okresu rozdwojenia wewnętrznego i do niego już nie powróci. Czas wielki, by sobie to uświadomił, by wciągnął ten nowy pewnik do regestru zdobyczy swej myśli politycznej.

Tym, którzy tego nie uznają, może on dziś rzucić w oczy słowa Wyspiańskiego: „Ja wiem, czego ty chcesz: że Polska ma być mitem, mitem narodów, państwem ponad państwowym, prześcigającym wszystkie, jakie są republiki i rządy; oczywiście niedościgłym, wymarzonym. Ma być marzeniem, – tak, ideałem. A nigdy ma się stać, nigdy być, nigdy się urzeczywistnić. A ja chcę tego, co jest wszędzie. I tego co jest, tak jak jest! tylko… tylko z usunięciem oszustwa narodowego”. Chciejmy tego, co jest wszędzie, bo tylko tą drogą możemy osiągnąć to, czego jeszcze nie ma gdzie indziej.



[I] Tak szło od Cerekwicy i Nieszawy, przez wojnę kokoszą, Cecorę, Beresteczko, Lachowicze i Cudnów, aż po Chocim.

[II] Rzecz wysoce charakterystyczna, że wystąpienia posłów polskich w Petersburgu, nacechowane rozumem stanu i trafnością polityczną spotykały się zazwyczaj z ostrą krytyką opinii, ogólnym natomiast poklaskiem darzono te, które były prostym wyrazem panujących w społeczeństwie uczuć i nastrojów.



[1] Adam Czartoryski (1770-1861), doradca i przyjaciel cara Aleksandra I, minister spraw zagranicznych w rządzie Rosji, współtwórca konstytucji Królestwa Polskiego, w okresie powstania listopadowego pełnił ważne funkcje państwowe
(w tym prezesa Rządu Narodowego), po powstaniu wyemigrował do Paryża, gdzie utworzył emigracyjne konserwatywne stronnictwo Hotel Lambert.

[2] Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki (1778-1846), minister skarbu Królestwa Polskiego (1821-1830), doprowadził do stabilizacji jego budżetu, a także prowadził politykę inwestycyjną mającą przyspieszyć rozwój Królestwa. Utworzył Bank Polski. Nie poparł powstania listopadowego i w jego okresie wyjechał do Rosji, a w 1832 r. został nawet członkiem rosyjskiej Rady Państwa.

[3] Aleksander Wielopolski (1803-1877), uczestnik powstania listopadowego, później wybrał postawę ugodową. W 1861 r. na kilka miesięcy został dyrektorem Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego Królestwa Polskiego i rozpoczął reformę systemu edukacji. W latach 1862-1863 był naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa Polskiego. Próbując bez powodzenia powstrzymać wybuch powstania styczniowego przeprowadził brankę do wojska rosyjskiego.

[4] Lucrum cessans – łac. zysk utracony; damnum emergens – łac., rzeczywista szkoda wyrządzona jakiemuś podmiotowi wskutek zdarzenia, przez kogoś innego spowodowanego.

[5] Divide et impera – łac. dziel i rządź.

Najnowsze artykuły

Przegrana Francji i przyszłość Europy

Walerian Kalinka

Data dodania: 2017-07-26

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13