Artykuł
Pozytywizm od strony moralnej
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Stanisław Stomma

Pierwodruk: Pozytywizm od strony moralnej ukazał się w „Tygodniku Powszechnym”, 14 kwietnia 1957 r.

 

 

Niedawno jeden z czytelników „Tygodnika Powszechnego” powiedział mi dosłownie w ten sposób: „Głosi Pan pozytywizm i zachwyca się Pan Gandhim. Nie rozumiem jak się to godzi, bo przecież są to zupełnie sprzeczne tendencje”. Z dalszej rozmowy wynikało, że czytelnik ten rozumie „pozytywizm” jako politykę oportunizmu i konformizmu ideowego. Jeszcze dalej idzie p. Pannenkowa („Przegląd Kulturalny”, nr 12/1957), dla której „pozytywizm” jest swego rodzaju makiawelizmem. Przeciwko takiemu stawianiu sprawy stanowczo protestuję. Podejmuję rzuconą rękawicę. Będę bronił moralnej wartości „pozytywizmu”.

Jeżeli tego rodzaju zarzuty pod adresem „pozytywizmu” są możliwe, to dowodzi jak zasadnicze nieporozumienia zachodzą na ten temat. Nieporozumienia zresztą dość zrozumiałe skoro samo pojęcie „pozytywizmu” jest tak mało określone. Dlatego podejmując dyskusję, zacząć trzeba od jakiego takiego sprecyzowania pojęć. Czymże jest ów „pozytywizm”, czy też „neopozytywizm” polityczny i o co tu właściwie chodzi? Genetycznie biorąc terminu tego użyto na określenie linii ideowej artykułów politycznych w „Tygodniku Powszechnym” publikowanych, bez ściślejszego sprecyzowania, jakie elementy brane są pod uwagę. Otóż poszukując treści pojęciowych terminem tym objętych wskazać możemy cztery rodzaje tez ideowo-politycznych, zawartych w artykułach w „Tygodniku” publikowanych, które zdaje się uzasadniają tę nazwę i mogą być uważane za przejawy „pozytywizmu” politycznego. W tym sensie „pozytywizm” może być różnie rozumiany.

1. Przez „pozytywizm” rozumie się nakazy współczesnej polskiej racji stanu, zwłaszcza głoszące potrzebę sojuszu z ZSRR, uzasadniane interesem narodowym wynikającym z sytuacji geopolitycznej, niezależnie od założeń ideologicznych, a nawet wbrew przesłankom ideologicznym.

2. „Pozytywizm” rozumiany jest jako pewna ogólna metoda polityczna. W tym ujęciu polityka „pozytywistyczna” jest zaprzeczeniem romantyzmu politycznego. Zasadą jej jest umiar, ostrożność, skłonność do kompromisu, a odrzucenie polityki ryzyka i mierzenia sił na zamiary.

3. „Pozytywizm” znaczy też odrzucenie polityki prestiżowej i nieufny stosunek do wielkich haseł stających się motywem działania.

4. „Pozytywizmem” bywa też nazywany krytyczny stosunek do przeszłości historycznej, zwłaszcza zaś do niektórych - użyjmy tego terminu - „bohaterskich” epizodów naszej historii.

Wydaje mi się, że te cztery kierunki myślowe wyczerpują mniej więcej treść pojęcia określanego terminem „pozytywizm”, czy też „neopozytywizm”. Te tezy, czy też te kierunki myślowe są dość wyraźnie ze sobą powiązane i poniekąd na siebie zachodzą. Niemniej jednak w każdym wypadku pojęcie „pozytywizm” znaczy co innego i rozróżnienia te zawsze trzeba mieć na uwadze. Są to - ściśle rzecz biorąc - cztery osobne, chociaż wiążące się ze sobą zagadnienia i każdą sprawę należy dyskutować osobno, a w każdym razie pamiętać należy, którą wersję „pozytywizmu” ma się na uwadze, gdy się pojęciem tym operuje.

Powiedziałem, że podejmuję rzuconą rękawicę i będą bronił moralności „pozytywizmu”, będę go bronił w każdym z tych czterech sformułowań. Ujęcie pierwsze mniej tutaj w grę wchodzi, bo już nieraz o nim pisaliśmy. Najbogatszą problematykę nasuwa ujęcie drugie i trzecie, a pochodnie także i czwarte. Wbrew dość arbitralnym opiniom moich adwersarzy i może wbrew utartej tradycji, stawiam twierdzenie, na razie jeszcze aprioryczne, że - pomimo pozorów - polityka pozytywistyczna jest, zasadniczo rzecz biorąc, moralniejsza od polityki - nazwijmy to tak - „bohaterskiej”. Twierdzenie to trzeba udowodnić.

Zacznijmy „od pieca”, tj. od tezy czwartej. P. Pannenkowa robi mi zarzut, że zaufałem jednej szkole historycznej i poddałem się jej kierownictwu, mając na myśli szkołę „krakowską”, zwaną też „Stańczykowską”. Sprawę tę trzeba ściśle wyjaśnić, aby dyskusję uwolnić od demagogii, w którą, niestety, popadła p. Pannenkowa. Otóż błędem jest przecenianie wpływów historycznej szkoły krakowskiej na naszą myśl polityczną. Szkoła „Stańczykowska” nie leży u genezy „neopozytywizmu” politycznego, który znalazł swoje sformułowanie w artykułach w „Tygodniku Powszechnym” publikowanych. O wiele bardziej zaważyły tu niektóre - podkreślam niektóre - tezy Romana Dmowskiego.

Odrzucamy zdecydowanie nacjonalizm Dmowskiego, krytycznie oceniamy jego poglądy społeczne oraz przejawiające się w ostatnim okresie tendencje totalistyczne. Natomiast słuszny wydaje się nam pogląd Dmowskiego na politykę polską XIX wieku oraz ogólna ocena międzynarodowej sytuacji narodu polskiego pomiędzy Rosją i Niemcami. Te tezy Dmowskiego „neopozytywizm” sobie przyswaja.

Gdy chodzi o mnie osobiście, to - wyznaję - na tym odcinku, tj. na odcinku polityki międzynarodowej mogę powtórzyć hasło wypowiedziane kiedyś przez Stanisława Mackiewicza: „wszystko kocham co paliłem, wszystko palę co kochałem”. Uczuciowo najbliżsi byli mi ludzie walczący z Rosją i ten kierunek polityki, który szukał kontaktu z Zachodem przeciwko Wschodowi. Tragiczne wypadki lat 1938-1944 wykazały, że te predyspozycje emocjonalne nie godzą się z nakazami rozumowymi. Rezultatem długich przemyśleń jest opowiedzenie się w polityce międzynarodowej za Dmowskim. Żałuję bardzo, żeśmy się z p. Pannenkową rozminęli; bo ona - jak widać - przeszła, odwrotnie, od tez Dmowskiego na stanowisko „czerwonych” z lat 1860-1864. Ale w toku naszych rozważań to raczej dygresje. Poruszam tę sprawę dla wyjaśnienia postawy „neopozytywizmu” w ujęciu czwartym.

Stwierdzam, że szkoła krakowska nie leży u podłoża naszej idei politycznej, przyznaję jednak, że szkołę tę cenię bardzo wysoko. Ale czy to jest tytuł do zarzutu? Każdy wybiera jakiś kierunek istniejący, który mu najlepiej odpowiada i [?????] którąś ze szkół wybiera za podstawę koncepcji myślowej, ale nie oznacza to niewolniczego poddania się Dlaczego jednak miałbym wybierać Chołoniewskiego lub Lelewela, a nie Bobrzyńskiego i Kalinkę? W szkole krakowskiej cenię odwagę mówienia prawdy. Wydaje mi się, że nowe spojrzenie na dzieje, które ona dała i rewizjonizm w stosunku do historiozofii uprzedniej były słuszne i były twórcze. Jest natomiast rzeczą dyskusji, czy w konkretnych kwestiach szkoła ta ma rację. Wydaje mi się też, że wiele tez szkoły krakowskiej nie jest dziś żadną przekorną rewelacją, ale odwrotnie, wchodzi już do swego rodzaju „communis opinio” naszego społeczeństwa.

Pomiędzy szkołą krakowską i nami nie ma stosunku zależności lub wynikania, zachodzi natomiast pewna analogia. Kierunki polityczne pojawiają się jako wyraz pewnej potrzeby społecznej. Myśl polityczna „Stańczyków” była reakcją na fatalne błędy polityki powstaniowej i na klęski, które sprowadziła ona na Polskę. Ujemne doświadczenia historyczne kazały sięgnąć myślą głębiej i zastanowić się nad słusznością tradycyjnej historiozofii. Stąd rewizjonizm w patrzeniu na przeszłość. Klęski, których byliśmy świadkami i tragiczne błędy polityczne budzą także dzisiaj tendencje krytyczne i każą się zastanowić, czy idee politycznego „bohaterstwa” nie są dla narodu złą szkołą politycznego myślenia. Taka jest analogia między „pozytywizmem” Stańczyków, a naszym „neopozytywizmem”. Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z krytycznej oceny polityki „trójlojalizmu”. Jakkolwiek muszę dodać, że obciążanie historycznej szkoły krakowskiej odpowiedzialnością za trójlojalizm jest też dużym uproszczeniem. Słuszna ocena błędów przeszłości nie musi wytyczać bezbłędnej linii politycznej w praktyce. Bobrzyński napisał wspaniały podręcznik historii polskiej, ale jako polityk mógł się mylić. Przypominam sobie z lat dawnych grono dyskutujących sztubaków ówczesnej VII klasy, którzy, jak się to mówi, psioczyli na Księgi Pielgrzymstwa i Narodu Polskiego, a dawali swoją uczniowską aprobatę Grobowi Agamemnona Słowackiego. Myślę teraz, że reakcje te były prawidłowe. Nie szukaliśmy w utworach tych wartości artystycznych, ale ocenialiśmy „programowo”. W Księgach Pielgrzymstwa raził bagaż fałszu historycznego, natomiast w Grobie Agamemnona widzieliśmy manifest prawdy ideowej.

Są różne kłamstwa. Bywa kłamstwo konwencjonalne i kłamstwo pragmatyczne. Rozpowszechnione jest kłamstwo pragmatyczne dla dobrych celów. I przy tym często bywa ono nieświadome. Wtedy wyraz kłamstwo bywa niewłaściwy, bo - biorąc pod uwagę stronę subiektywną - staje się krzywdzący. Niemniej, obiektywnie następuje zafałszowanie prawdy. Tego rodzaju pragmatyczne kłamstwo bardzo łatwo, a często zupełnie nieznacznie, wkrada do literatury politycznej. Trudno się przed tym ustrzec. Gdy autorowi przyświeca jakiś cel ideowy, następuje zazwyczaj mobilizowanie odpowiednich faktów i interpretacji ku temu celowi prowadzących. Rzecz zasadniczo dopuszczalna i słuszna. Chodzi tylko o to, aby się ustrzec przed świadomym czy nieświadomym bagażem pragmatycznego fałszu.

„Boże ześlij na lud twój wyczerpany bojem sen cichy, sen przespany z pociech jasnych zdrojem”. Słowacki słusznie chyba widział to niebezpieczeństwo. Okres niewoli stwarzał pokusę, by naród darzyć „pociech jasnych zdrojem”. I ślady tego są w historiozofii polskiej.

Książki pisane ku pokrzepieniu serc mogą spełniać jakąś funkcję pozytywną, ale na pewno są fatalną lekturą dla polityków. W polityce nie wolno się łudzić. Im bliżej jesteśmy działania praktycznego tym surowsze stają się nakazy prawdy. I tu dotykamy problemu moralnego. Wypływa jakże złożony problem odpowiedzialności moralnej polityków. Ale o tym za chwilę.

Kończymy tę krótką obronę „pozytywizmu” w rozumieniu czwartym; obronę ograniczoną do wypowiedzi najbardziej ogólnych. Jedno chcę z naciskiem podkreślić, że motywem, który skłania nas do zajęcia postawy pozytywnej wobec szkoły krakowskiej, jest motyw prawdy, a więc zasadniczo motyw etycznie dodatni. Mogę się mylić, ale mam to przekonanie, że światły rewizjonizm Bobrzyńskiego w patrzeniu na przeszłość jest odwagą spojrzenia prawdzie w oczy i odwagą powiedzenia prawdy. I w tym sensie pociąga mnie też, jeśli można się tak wyrazić, atmosfera moralna takiej postawy wobec własnej historii. Natomiast ujemnie oceniam wszelkie przejawy megalomanii narodowej w historiozofii, wszelkie najbardziej zakamuflowane kłamstwa pragmatyczne.

Teraz o „neopozytywizmie” w ujęciu drugim i trzecim.

W każdym zawodzie obowiązuje szczególna, właściwa mu, etyka zawodowa, są szczególne nakazy i specyficzne zasady odpowiedzialności. Oczywiście tak samo jest też i w polityce, choć, rozumiemy, politycy nie muszą stanowić osobnej grupy zawodowej. Odrębność reguł odpowiedzialności moralnej szczególnie się tutaj zaznacza, a płynie stąd, że chodzi tu o działanie publiczne w pełnym tego słowa znaczeniu. Oczywiście dekalog jest ten sam, ale pojawiają się pewne szczególne prawidła dotyczące stosowania norm etycznych. Jeżeli pojedynczy człowiek umartwia się i pości, a czyni to z dobrą intencją, to jako regułę można przyjąć, że postępuje dobrze. Ale źle  postępowałby władzę sprawujący, gdyby wydał dekret nakazujący wszystkim obywatelom uprawianie ascezy i umartwienia. Czyniłby tak z  tej prostej przyczyny, że co innego jest umartwiać się, a co innego kazać się umartwiać. Tak samo pięknie postępuje, kto z miłości bliźniego rozdaje swoje mienie bliźnim. Ale władza tylko w określonych warunkach żądać może od obywateli ofiary z mienia. Zupełnie tak samo rzecz się ma, gdy chodzi o ochronę życia. Własnym życiem można mniej lub więcej ryzykować, pod warunkiem, że nie będzie to przybierało postaci samobójstwa. Natomiast prawo żądania od innego ryzyka życia jest prawem zupełnie wyjątkowym.

Przypominamy te zupełnie oczywiste rozróżnienia, aby uzmysłowić odrębność reguł odpowiedzialności w życiu publicznym. Przy rządzeniu państwem zaciskanie pasa jest zaciskaniem go na cudzym brzuchu. Uświadomienie sobie tego wystarcza, aby mieć prawo bardzo ostro potępiać wszelkie „bohaterskie” decyzje władz szafujące krwią podwładnych. Oczywiście, że władza państwowa ma prawo, w pewnych wypadkach ma obowiązek żądania ofiary z życia od obywateli. Ale prawo takie powstaje tylko w bardzo szczególnych wypadkach, gdy rzeczywiście staje się to nieuniknione, a więc dla obronnych wartości wyższych niż życie, przed atakiem, którego w żaden sposób inaczej odeprzeć nie można. A więc tylko w wypadkach, które uznać należy za konieczne. Otóż bohaterstwem nazywamy gotowość osobistej ofiary wychodzącą ponad konieczność. W danym wypadku gotowość poświęcenia życia narażając je ponad nieuniknioną konieczność. A zatem, w tym sensie, władza państwowa nie ma prawa żądania od ludzi bohaterstwa. Toteż wszelkie jej decyzje szafujące krwią obywateli ponad zupełnie konieczną normę są „bohaterskie” w cudzysłowie, są w gruncie rzeczy niemoralne.

Teraz może potrafię już wytłumaczyć dlaczego pociąga mnie polityczny „pozytywizm”. Widzę w nim wartości humanistyczne, bo widzę szacunek dla człowieka, dla jego zwykłych i ziemskich przywiązań, których też pochopnie, rozkazem z góry, na stos ofiarny rzucać nie należy. Asceza chrześcijańska nie tak wygląda. Musi być dobrowolna, płynąć musi od wewnątrz i wynikać z dojrzałości moralnej.

Jest taka cyniczna i brutalna uliczna piosenka francuska, która nagle stała się popularna, gdy w roku 1938, w momencie kryzysu sudeckiego, Francja znalazła się w obliczu wojny. Piosenka ta głosi:

„S` ils s` obstinent ces cannibals

A faire de nous des hèros

Il faut que nos premièreres balles

Soient pour nos gèneraux”.

Popularność tej piosenki w momencie zagrożenia Francji przez Hitlera, była zjawiskiem godnym pożałowania. Ale biorąc zasadniczo, jest w niej też jakaś nuta prawdy moralnej. Bo narody muszą się strzec, aby ludzie władzę dzierżący nie robili pochopnie z obywateli przymusowych „bohaterów”.

W końcu XIX wieku popularna była pacyfistyczna powieść Berty Süttner Precz z orężem, będąca w pewnym sensie autobiografią autorki. Pisarka przypominała tam, ile wojen za jej pamięci zadecydowanych zostało za wzglądów prestiżowych. Zwłaszcza rząd wiedeński miał tendencje do prestiżowego stawiania sprawy. Byłoby rzeczą bardzo ciekawą przeanalizowanie pod tym kątem widzenia faktów historycznych. Przeważnie prestiż jest pokryciem dla interesów materialnych, ale niekiedy ta „nadbudowa” wyprzedza „bazę”, odrywa się od niej stając się samoistnym fetyszem, który niewoli miałkie umysły. „Pozytywizm” stara się te rzeczy bezlitośnie demaskować. Otóż demaskowanie fetysza prestiżu wydaje mi się postawą moralną.

P. Pannenkowa tak łatwo, tak bezproblemowo potępia Stanisława Augusta za politykę szukania oparcia w Rosji. Motywem zaś potępienia jest obrzydliwość moralna Katarzyny II. Rozumowania jakże uproszczone. Katarzyna II była ladacznicą. - Więc co?... Czy z tej racji Polska miała prowadzić politykę samobójczą? Oczywiście, że moralność rządzących ma ogromne znaczenie. Ale trzeba umieć wnikliwie ocenić, co w praktyce oznaczał tego rodzaju maksymalizm moralny.

Najpierw, jak słusznie głosi dewiza prawników z czasów renesansu: principes mortales sunt, respublica aeterna [pierwsi w państwie są śmiertelni, republika - wieczna]. Chodziło o decyzje bardziej zasadnicze, o ogólny kierunek polityki polskiej na długi dystans, przekraczający panowanie Katarzyny. Po wtóre, jakież było inne wyjście? Łatwo jest ferować wyroki negatywne i zajmować stanowisko maksymalistyczne, gdy się nie ponosi odpowiedzialności. Wtedy trzeba było znaleźć rozwiązanie praktyczne - gest moralny nie jest rozwiązaniem, gdy idzie bezlitosny walec rozwijających się wypadków politycznych. Trzeba wybierać jedną z nasuwających się możliwości. I często wybiera się nieświadomie, bo bierność jest także formą wyboru. Otóż zastrzeżenie moralne budzi taka forma wyboru, gdy się faktycznie przyjmuje pewną ewentualność, udając, że się tego nie robi. Można w imię maksymalizmu moralnego wstrzymać się od decyzji, ale faktycznie wówczas wybiera się tę ewentualność, która przy naszej takiej postawie będzie musiała zaistnieć. Jest to wtedy maksymalizm pozorny. Często trzeba wybierać między mniejszym i większym złem. Można wtedy w imię maksymalizmu moralnego umyć ręce i nie skalać się decyzją na rzecz czegoś, co nie jest dobre, ale w ten sposób można dopuścić większe zło. Taki pozorny maksymalizm moralny jest obłudny. Jest to łatwa frazeologiczna „angelologia”. W każdym wypadku wymagać należy powzięcia świadomej decyzji, a nie wymigiwania się przed rzeczywistością. „Pozytywizm” każe widzieć kleszcze konieczności zaciskające życie i nie pozwala uciec w obłoki. Gdy do wyboru jest mniejsze lub większe zło, każe z pełną odpowiedzialnością wybrać zło mniejsze. Czy taka postawa nie jest moralniejsza od „angelizmu”, który uchyla się od odpowiedzialności?

Stosuje się to i do omawianego przykładu. W epoce stanisławowskiej Polska przechodziła ciężkie kryzysy, gdy trzeba było wybierać: albo ,,protekcja” rosyjska nad całością państwa, oczywiście „protekcja” brutalnie ograniczająca samodzielność, albo rozbiory. Trzeciej drogi nie było. Wydaje się, że mniejszym złem była ,,opieka” obca nad całością państwa. Można było być innego zdania, ale pod warunkiem uświadomienia i zaakceptowania wszystkich wypływających z tego konsekwencji. To znaczy można by bronić tezy, że z dwojga lepszy jest rozbiór kraju. Natomiast trudno zweryfikować takie stanowisko, gdy się w imię maksymalizmu moralnego w ogóle odmawia decyzji i wyboru. Wtedy zaczyna się zakłamana „angelologia”.

Stosując przyjęte schematy można by tak powiedzieć, że Stanisław August był „pozytywistą”, a konfederacja barska była „bohaterska”. Która z tych dwóch postaw politycznych była lepsza moralnie? Jacy byli z bliska konfederaci, jaka była ich moralność osobista, to sprawa dość sporna. Faktem jest natomiast, że ludzie ci występowali w imię najwznioślejszych haseł chrześcijańskich, „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, bo my u Boga tylko w ordynansach - słudzy Maryi”, głosi pieśń konfederacka napisana - ex post - przez Słowackiego. Pieśń ta stanowi doskonały skrót konfederackiej ideologii. Głosili, że są rycerzami Maryi, ale podejmowali konkretną akcję polityczną i militarną zmierzając do bardzo określonych celów. Bronili szlacheckiej złotej wolności i anarchii, a działalność ich w praktyce dała klęski wojny domowej, obcą interwencję i rozbiór Polski. Który więc z tych obozów był moralniejszy? Być może w życiu osobistym konfederaci byli na wyższym poziomie niż król, sceptyk, wygodniś i kobieciarz, ale co sądzić o ich działalności publicznej, jak ją oceniać w aspekcie moralnym? Sądzę, że w moralnej ocenie dziedziny politycznej jeszcze mocniej niż w ocenie życia indywidualnego podkreślać trzeba zasadę, że się odpowiada nie tylko za intencje, ale też za skutki. To chyba konieczny postulat etyczny wynikający z obowiązków stanu. Trzeba też przyjąć ewentualność winy nieumyślnej i z tego tytułu obciążenie może być ciężkie. Polityk jest winien, jeśli działalnością swoją sprowadził złe, choć niezamierzone następstwa, które mógł i powinien był przewidzieć. Konfederaci są więc odpowiedzialni moralnie za nieszczęścia, które na naród ściągnęli.

Nie zamierzam przykładowi temu nadawać wagi jakiegoś rozstrzygającego argumentu. Rozumiem, że np. działalność Stanisława Augusta można różnie oceniać i co do konfederatów mogą być dyskusje. Przykład jest tylko przykładem i niczym więcej. Jego funkcją jest pokazać złożoność problemu. Widać jak nieuzasadnione są pretensje, aby „bohaterstwu” politycznemu przyznawać zawsze pierwszeństwo moralne przed „pozytywizmem”. Nie wiem, czy konfederaci barscy byli osobiście bohaterami. Ale co znaczyło ich bohaterstwo dla mas narodowych? Pożoga wojny, zniszczenia i zgliszcza, których ludzie dobrowolnie nie akceptowali, a przyjąć musieli jako klęskę z góry spadającą. A później polityczna klęska kraju: rozbiór. „Bohaterska” decyzja polityczna powstańców przetwarzała się w szereg klęsk i nieszczęść, które ludzie zwykle przyjmowali z niebohaterskim przekleństwem. Pamiętajmy o tym przy ocenie moralnej „bohaterskich” decyzji politycznych. A przykład z konfederacją ma tysiąc analogii. I jeśli ktoś nie zechce uznać przykładu z konfederacją, niech sięgnie do jakiejkolwiek analogii. Dlatego, obawiając się wszelkich pochopnych uogólnień, zaryzykuję twierdzenie, że przeciętnie biorąc, bardziej zaufać można moralności polityki o założeniach „pozytywistycznych” niż „bohaterskich”. Bohaterstwo polityczne jest nieraz bohaterstwem cudzym kosztem i stąd wolno chyba wypowiedzieć sąd ogólny: że dobrze jest, gdy bohaterski jest żołnierz, ale źle, gdy polityk.

W tym miejscu ważne zastrzeżenie zasadnicze. Stanowczo odrzucić należy mylny pogląd, że z pozytywizmem łączyć się musi przyznanie pierwszeństwa wartościom materialnym. Jeśli nawet w praktyce często tak bywało, to nie daje to podstaw do formułowania takiej zasady, W każdym razie nam nie o taki „pozytywizm” chodzi. Hierarchia wartości musi odpowiadać zasadom chrześcijańskim. Wartości materialne są służebne w stosunku do naczelnych moralnych celów człowieka i zbiorowości. Ale chodzi o humanistyczny szacunek dla konkretnego człowieka i liczenie się z jego własnymi ocenami. Jest to zasadniczy atrybut wolności, którego nie uznaje Wielki Inkwizytor w powieści Dostojewskiego. Pozytywizm do jak najdalszych granic każe respektować materialne przywiązania ludzkie, ale granice takie istnieją.

Gdy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, wszyscy rozumieli, że tak być musiało. Nie było chyba Polaka, który by uważał, że wojny należało unikać za cenę jakiejkolwiek kapitulacji. Naród akcentował klęski i ofiary, które ta sytuacja za sobą pociągała. I tę postawę narodu uważamy za słuszną. Inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o ocenę nieszczęść wywołanych powstaniem warszawskim, a także inaczej ocenić trzeba wydarzenia historyczne lat 1830 i 1863. Wtedy niewielkie grupy narzucały narodowi „bohaterstwo” w cudzysłowie i bez cudzysłowu, którego rezultatem musiały być klęski i tylko klęski. Ale to osobna dyskusja szczegółowa.

Widzenie prawdy bez żadnych zaciemnień, bez żadnej fikcji pragmatycznej i najwyższa ostrożność w dysponowaniu cudzym dobrem, choćby przyziemnym, to dwa aksjomaty „neopozytywizmu”. Oba mają dodatni sens moralny.

 

Stanisław Stomma (1908-2005), polityk, prawnik, publicysta. Urodził się 18 stycznia 1908 r. w rodzinnym majątku Szacuny k. Kiejdan. Ukończył Gimnazjum Zygmunta Augusta w Wilnie (1921-1928) i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego (1928-1932). Na uniwersytecie podjął swoją pierwszą pracę, jako pełnomocnik rektora ds. współpracy z organizacjami studenckimi i doktoryzował się, korzystając także ze stypendium we Francji. W latach 30. pisywał do redagowanych przez Jerzego Giedroycia pism „Bunt Młodych” i „Polityka”. W czasie wojny wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie, które opuścił kilka miesięcy po zakończeniu działań wojennych, tłumacząc to brakiem powołania. W 1946 r. wszedł w skład redakcji „Tygodnika Powszechnego” oraz został jednym z założycieli i pierwszym redaktorem naczelnym (do 1953 r.) miesięcznika „Znak”. W artykułach określających linię ideową pisma proponował postawę minimalistyczną, określaną mianem neopozytywizmu i uchodzącą za jeden z najważniejszych przejawów realizmu politycznego w powojennej myśli polskiej. Krytycy zarzucali jej zbytnią uległość wobec władzy komunistycznej, legitymizowanie systemu i przyzwolenie na instrumentalne wykorzystywanie udziału środowisk katolickich w oficjalnym życiu politycznym PRL przez propagandę komunistyczną. Stomma sądził jednak, że skoro nie ma nadziei na rychły upadek systemu komunistycznego, nie należy skupiać się na walce o inny ustrój. O wiele ważniejsze wydawały mu się działania zmierzające do utrwalenia i rozwoju kultury polskiej, a wraz z nią tożsamości narodu, dla których pewne kompromisy wobec komunistów były niezbędne. W 1957 r., na fali odwilży popaździernikowej, Stomma został posłem i liderem Koła Poselskiego „Znak” w Sejmie PRL. W 1968 r. był autorem interpelacji do Józefa Cyrankiewicza w sprawie represjonowanych studentów Uniwersytetu Warszawskiego, a w 1976 r. jako jedyny poseł wstrzymał się od głosu w czasie uchwalania zmian w Konstytucji PRL, które uznawały PZPR za siłę przewodnią narodu i dekretowały przyjaźń z ZSRR. Wstrzymanie się od głosu spowodowało, że władze nie zgodziły się na jego start w następnych wyborach. Stomma występował jako zwolennik pojednania z Niemcami, czemu dał wyraz m.in. w książce Czy fatalizm wrogości? Refleksje o stosunkach polsko-niemieckich 1871-1933. W latach 80. uczestniczył w działaniach Prymasowskiej Rady Społecznej, a także prowadził polityczny klub dyskusyjny „Dziekania”, w spotkaniach którego brali udział m.in. Tadeusz Mazowiecki i Aleksander Hall. W 1989 roku uczestniczył w Obradach Okrągłego Stołu po stronie opozycyjnej i został senatorem: jako marszałek senior otworzył pierwsze po wojnie obrady Senatu. W 1994 r. został uhonorowany Orderem Orła Białego. Zmarł 21 lipca 2005 r.

        

Najnowsze artykuły

Przegrana Francji i przyszłość Europy

Walerian Kalinka

Data dodania: 2017-07-26

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13