Artykuł
Projekty reformy konstytucji francuskiej
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Aleksander Rembowski - Projekty reformy konstytucji francuskiej

 [w:] „Pisma”, t. 2, Warszawa 1902.

 

 

Chaudordy „La France à la suite de la guerre de 1870-71”. 1887. - „De l'état politique de la nation française” 1888. - Lavelaye: „La réforme du régime parlementaire” 1888. – Du Petit-Thouares: „L'Etat et l'Eglise. Esquisse d'une separation liberale” 1887.

 

I.

 

Obserwując rozwój systemu konstytucyjnego w Europie, trudno nie przyznać słuszności słowom Altensteina, utrzymującego, że: „jede Grundverfassung ist das Resultat menschlicher Handlungen aber zugleich die Erfüllung eines Gesetzes des Weltplans”[1]. Istotnie bowiem żadna konstytucja nie może się uwolnić od wpływu społeczeństwa, od naturalnych warunków, wytwarzających do pewnego stopnia żelazne prawo przyrody. Tymczasem zmysł polityczny człowieka walczy z tytanicznym wysileniem, aby społeczną treść za pośrednictwem organizacji państwowej uszlachetnić. Zmysł powyższy nie poddaje się bynajmniej warunkom naturalnym, lecz pragnie społeczne przywary ujarzmić, rozstrzelone siły skupić w jedność polityczną, a rozbujała prywatę stłumić poczuciem dobra publicznego i obowiązku obywatelskiego poświęcenia się. Dlatego też konstytucję państwową można uważać za rezultat ścierania się odwiecznych praw utajonych w naturze społeczeństwa, z polityczną działalnością człowieka. Rozwój konstytucji – to całe dzieje inteligentnej pracy, bohaterskich wysileń, aby z rozkładowych żywiołów, na które się składa egoizm społeczny, stworzyć jednolity organizm, który myśli i działa w imię ogólnego dobra.

Wynalezienie wszakże odpowiedniej formy konstytucyjnej, która by naporowi społecznemu się nie poddawała, lecz rozwijała w społeczeństwie dojrzałość polityczną, nie jest rzeczą łatwą. Starożytni zdolność stwarzania i organizowania państwa zaliczali do przymiotów boskich, przez co chcieli wyrazić trud niezmierny, jaki oczekuje męża stanu, jeżeli zdąża do powyższego celu. Istotnie też, działalność ludzka zaznacza się w rozwoju konstytucyjnym powoli lecz wytrwale. Najczęściej błędy popełnione oświecają drogę reformatorom, wskazując, w jakim kierunku postępować należy. Jakaś teoria zwodnicza, pociągająca prawdopodobieństwem przypuszczeń, jakaś zasada abstrakcyjna, usuwająca na bok historię i naturę społeczną, wcieliwszy się w instytucje polityczne, obdarzają naród cały bolesnym doświadczeniem i nakazują nową pracę nad udoskonaleniem gmachu konstytucyjnego.

Ze wszystkich krajów stałego lądu Europy, niewątpliwie najwięcej interesu naukowego budzi polityczna praca francuskich mężów stanu, oraz statystów. Gmach konstytucyjny wzniósł się bowiem w końcu zeszłego wieku na waśni społecznej, dzielącej Francję na dwa prawie narody, z których jeden nazwano starym, a drugi nowym. Zjednoczenie Francji, jej niepodzielność i zcentralizowanie pod względem prawodawczym i administracyjnym, dosięgły wysokiego stopnia, wyższego nawet niż za czasów dawnego monarchizmu, lecz organizm państwowy przejmował ze społeczeństwa, pogrążonego w rozterce, krew zakażoną.

Nie będę przypominał, ile to rozczarowań przyniosły Francji teorie konstytucyjne, począwszy od wielkiej rewolucji. Dość powiedzieć, że gmachy państwowe, wzniesione na podstawie subtelności logicznych i analogii matematyczno-geometrycznych, zapadały się jedne po drugich, a skutkiem zbyt licznych zawodów, społeczeństwo francuskie poczęło ogarniać zniechęcenie i apatia, to jest owe złowróżbne uczucia, będące zwiastunami awanturników politycznych i ogólnej skłonności do szukania ratunku na drodze ciemnej, lecz nadzwyczajnej.

Dzieje wytężonej pracy w celu pojednania rozdzielonego społeczeństwa francuskiego w gmachu konstytucyjnym, przedstawił Duvergier de Hauranne w klasycznym dziele pt.: „Histoire de gouverement parlamentaire en France”. Po roku wszakże 1870, tj. po nieszczęsnej wojnie z Niemcami, Francja przeszła nową epokę doświadczeń i podjąć musiała świeżą, a niezmiernie trudną pracę, w celu wytworzenia gmachu konstytucyjnego. Jak wiadomo powszechnie, poniesione na polach bitew klęski zadały cios legendzie napoleońskiej. Tron, wsparty na powodzeniu bojowym, runął, i Francja rozstrzygnąć musiała kwestię: jaką formę nadać konstytucji państwowej. I musiała to rozstrzygnąć w chwili, gdy boleść narodowa pozbawiła organa reprezentacyjne spokoju i rozwagi, a hydra niezgody zuchwale podniosła głowę.

Na domiar złego, wszystkie formy monarchiczne we Francji zniszczyły wiarę społeczną w ich żywotność i zdolność zapewnienia krajowi szczęścia. Monarchia legitymistyczna, na równi z emigracją, niczego się nie nauczyła i o niczym nie zapomniała. Orleani zaś skompromitowali brakiem wszelkiej etyki ugodę monarchii z rewolucją. Imperializm znowu socjalistyczny, schlebiający robotnikom, a straszący klasy wyższe krwawym widmem, stracił pod Sedanem urok, jeżeli nie na zawsze, to przynajmniej na długo, a jeszcze dodać należy, że wszystkie odcienie monarchizmu, nie tylko w łonie własnym zawierały elementy rozkładu, lecz w dodatku zwalczały się wzajemnie, z niezwykłą zaciętością. Ktokolwiek więc zawładnąłby tronem Francji, ujrzałby natychmiast reprezentantów innych odcieni monarchizmu w szeregu swych nieprzejednanych wrogów, walczących w imię dewizy: „Ote toi pour que je m'y mette”.

Wobec takiego położenia, forma republikańska wydawała się koniecznością polityczną we Francji, pomimo, że naturze społeczeństwa zdawała się więcej odpowiadać forma monarchiczna. Rzeczpospolita przynajmniej mogła stanąć otworem dla wszystkich ludzi dobrej woli, mogła ścisłym wymiarem sprawiedliwości, oraz przyzwyczajeniem do samorządu, zatrzeć dawny rozdział i wytworzyć łącznik między starą a młodą Francja. Przyznać jednak trzeba, że przyjmując formę republikańską, wbrew usposobieniu i tradycjom narodu i wbrew dojrzałości politycznej mas, które nie stały na odpowiedniej wyżynie, Francja podejmowała zadanie niezmiernie trudne a dla nauki polityki bardzo ciekawe i ważne. Teraz bowiem dopiero rozpocząć się musiała olbrzymia walka rozumu politycznego z naturą społeczeństwa, teraz dopiero ukazał się w całym majestacie cel konstytucji republikańskiej, tj. zjednoczenie społeczeństwa w codziennej publicznej pracy i stworzenie na miejscu dwóch walczących, jednej, zgodnej i pracującej dla cywilizacji, Francji.

Zgromadzenie narodowe, powołane do tak ciężkiego zadania, posiadało jednak mało niezbędnych politycznych przymiotów, a nade wszystko pozbawione zostało spokoju i poczucia zgody, wobec ogromu nieszczęścia, jakie spadło na kraj cały. Klęski wywołały z konieczności wewnętrzną rozterkę, a zawiści stronnicze ocknęły siej zbyt szybko, owładnąwszy wyborami, dzięki którym zjawiły się w zgromadzeniu narodowym. Wszystkie dawniejsze przywary zostały spotęgowane w chwili, gdy organ reprezentacyjny potrzebował wysokiej równowagi ducha, a jeszcze większej miłości kraju, aby Francję uratować z nieuchronnej toni. Sorel w swej pięknej pracy pt.: „La guere diplomatique franco-allemande” skreślił wyraziście wszelkie trudności, z jakimi spotykało się zgromadzenie narodowe. Ribert zaś, widząc z jak chwiejnych materiałów zlepioną została przypadkowa większość tego zgromadzenia, nie omieszkał je nazwać: „l'assemblée la plus inconsistante peut-être qu'on ait jamais vue”.[2]

Pomimo jednak licznego szeregu wad, wytkniętych umiejętnie przez Ribert'a i pomimo otwartego wyznania tegoż statysty, że konstytucja z 1875 r. „malgré le titre de rèpublique n'est pas faite pour nous inspirer, nous républicains, le moindre enthousiasme”[3]. Przychodzi jednak Ribert do przekonania, że „telle qu'elle est pourtant, avec tous les vices dont elle peut paraitre entachée, la Constitution de 1875 a un mérite capital, celui d'exister. Elle est le fait devenue le droit” (str. 2).

Dopóki też stronnictwo republikańskie jednoczyło się około Gambetty i wytwarzało poważniejszą większość w parlamencie, wady konstytucyjne nie występowały zbyt jaskrawo i nie przejmowały śmiertelnym dreszczem serc, żywiących miłość dla Francji. Zgon jednak tego charakterystycznego męża, wywołał rozbicie się stronnictw na egoistyczne, a w pojęciach ciasne frakcje. Frakcje zaś uniemożliwiły stałą większość, podkopały silną egzekutywę i zakaziły najkompletniej parlamentaryzm francuski. Pochyłości jednak przeistoczyły się nagle w przepaść, gdy lat temu dwa, a najwyżej trzy, obok parlamentu zaczęła wyrastać w Paryżu niewidzialną ręką kierowana równie tajemnicza potęga, zwana ulicą. Ulica składała się z odpadków i wyrzutków wszystkich klas społecznych, a jej gwiazdą przewodnią była awantura, wiodąca do nieznanej i dlatego nęcącej zmysły przyszłości. Nowa ta demoniczna potęga, znana w czasach wielkiej rewolucji, w dobie największego terroryzmu, żywiła nieprzejednaną nienawiść do systemu reprezentacji i obrzucała szyderstwem a nawet jawną pogardą parlament rzeczypospolitej.

Ponieważ popularność mas, zdobyć najłatwiej było wyszukaniem opatrznościowego mściciela krzywd narodowych, noszącego zawodowy pałasz przy boku, zwany zwykle górnolotnie „mieczem Francji", przeto ulica stworzyła sobie ciekawą kreaturę „sui generis” w osobie generała Boulanger'a dawniejszego ministra wojny, którego legenda uliczna zaczęła skwapliwie przerabiać na nowe wydanie wielkiego Bonapartego. Przeszłość tego zwiastuna wojny zdradzała co najwyżej przeciętnego porte-sabre, lub dosadniej wyrażając się: rębacza (Haudegen), lecz pozowanie na opatrznościowego męża i spekulowanie na najniższe instynkty mas, przekonały, że ulica znalazła godnego awanturnika, nieodrodną krew z krwi własnej.

Parlamentaryzm trzeciej republiki nie przedstawiał dostatecznej zapory przeciw podziemnej i otwartej konspiracji Boulanger'a a cały gmach konstytucyjny zdawał się być w posadach wzruszonym. Masa społeczeństwa przyglądała się wybrykom ulicy z obojętnością, a awanturnikowi, komicznemu w swej ograniczoności, z apatycznym smutkiem. Hydra nienawiści podniosła jednak głowę w tych frakcjach, które od dawna czyhały na spuściznę po rzeczypospolitej i nawet reprezentanci monarchizmu wszelkich odcieni nie omieszkali wchodzić w pertraktacje z nowym opatrznościowym samozwańcem.

Wobec tak smutnego położenia, obniżającego znaczenie Francji koncercie europejskim, musiała nastąpić w umysłach głębszych, politycznych, chwila rozwagi i zastanowienia nad tym: czy konstytucja z 1875 r. jest odpowiednią i czy system parlamentarny, służący Tej za podstawę, nie jest przyczyną zobojętnienia narodowego dla instytucji republikańskich. Już w roku 1872 jeden z najpopularniejszych statystów, Laboulaye, przyznając, że Francja powinna mieć przede wszystkim „gouvernement de la nation par la nation, et pour la nation”, dowodził jednocześnie, że system jednoizbowej reprezentacji grozi wielkimi niebezpieczeństwem. „La mer n'est ni plus orageuse, ni plus perfide, qu'une assemblée unique surtout quand cette assemblée est nombreuse”[4]. Nadto już dawniejsi statyści francuscy ostrzegali przed systemem jednoizbowym. Clermont-Tonnere twierdził, że „une seuee chambre sera eternellement despote ou esclave”, a Boissy d'Anglas nazywał jedną izbę: „l'empire du brigandage et de la terreur”[5].

Konstytucja z 1875 r. wsparła się więc na systemie dwuizbowym, lecz pomimo to, że senat rzeczypospolitej zgromadził w swym łonie arystokrację demokratyczną w pojęciu Cieszkowskiego, tj. uosabiającą „hérédité selon l'esprit et non selon la chair”[6], parlamentaryzm doprowadzał rzeczpospolitą do kompletnego moralnego bankructwa. Kapryśna i żadnym programem nieujęta większość parlamentarna, przesuwające się i znikające jak w kalejdoskopie ministeria, dezorganizacja zarządu, spowodowana gospodarką egoistyczną frakcji, marnotrawstwo finansowe, powierzchowność reform wojskowych, a przede wszystkim brak etyki w życiu publicznym i redukowanie swych obowiązków do czczego formalizmu, obrachowanego na osobistą karierę – wszystko to przestraszyć mogło te serca, które żywo biły dla Francji. Nic więc dziwnego, że głębsze umysły poczęły się zastanawiać nad konstytucja republikańską i pragnęły życiu publicznemu nadać więcej stałości.

Pierwszym statystą, któremu uwagę poświęcę, jest Chaudordy, członek starej szlachty francuskiej i w służbie dyplomatycznej wytrawny a zasłużony. Dwie prace poświęcił Chaudordy stanowi obecnemu Francji i w obu wystąpił z programem reformy konstytucji republikańskiej. Pierwsza książka: „La France à la suite de la guerre de 1870-1871”, wyszła w r. 1887 i zawiera ciekawy rzut oka na stan socjalny dzisiejszej Francji. Ponieważ reformy są potrzebami socjalnymi wymotywowane, przeto pozwolę sobie główniejsze myśli Chaudordy'ego przytoczyć. Autorowi nie uszło uwagi, że społeczeństwo francuskie od 1789 r. uległo olbrzymiemu rozbiciu i rozproszeniu się. Dawna quasi-nieruchomość starych rządów przeistoczyła się, dzięki podmuchom demokracji, w nieustającą zmienność. Interes indywidualny, w dzisiejszych czasach, tracił często z oka dobro kraju, lecz za to poczucie dobroczynności przechowało się nieskażone.

Profesje liberalne we Francji okazują niezwykłą energię i zdolności w zawodowej pracy, lecz później nabywają ambicji politycznych, które państwu małe korzyści przynoszą. Kraj na niedoświadczonych usługach nic nie zyskuje, gdy tymczasem wysokie magistratury, korporacje naukowe, tracą dużo, pozbawiając się doświadczonych sił, które z chwałą dla nauki lub z pożytkiem dla administracji pracowały. Wielcy właściciele ziemscy bardzo mało zajmują się lokalnym patronatem, który natura stosunków im powierzyła. Niewątpliwie przyjemniej jest podróżować i pobierając czynsz dzierżawny, przebywać w wielkich miastach, nie ambarasując się ani sprawami włościan, ani samorządem lokalnym. Tylko nie należy się w takim razie uskarżać na rozwój ducha rewolucyjnego na wsi. Z tym wszystkim bowiem taż sama wieś jest najwdzięczniejszym polem dla działalności konserwatywnej i tam może ona przynieść jak najlepsze rezultaty.

Co się tyczy włościan, to ci, uprawiając w pocie czoła ziemię, żywią ślepe przywiązanie do pewnych zdobyczy wielkiej rewolucji. Klasę powyższą trudno jest określić i scharakteryzować, z powodu sprzeczności, jakie w sobie zawiera, a jednak przyznać trzeba, że klasa, a nie inna, rozstrzygać będzie o przyszłych losach kraju ilością swych wotów. Włościanin jest produktem wczorajszym. Stworzył go rok 1789, dając mu równość prawa, a uporczywa praca dając własność. Nikt go jednak dostatecznie nie wychował, nie wykształcił i nie wyrobił; stąd widnieje w nim jednocześnie uczucie zadowolenia i zawiści, zmysł rewolucyjny i konserwatywny, stąd powstaje pragnienie lepszego bytu i serwilizm dla rutyny. Każdy, kto niepokoi jego prawo własności, staje się dlań nieprzejednanym wrogiem i z ta właściwością powinni się liczyć mężowie stanu, oszczędzając drażliwość włościańską w powyższym kierunku. Od lat sześćdziesięciu Francja znakomicie się wzbogaciła, lecz najbardziej w niej wzbogacili się włościanie. Niewątpliwie wśród tej klasy uczucie religii i patriotyzmu zostało zaćmionym, lecz niepodobieństwem jest, aby ludność tak pracowita i uposażona, w tyle dodatnich przymiotów, nie potrafiła stworzyć normalnych rządów we Francji. W każdym razie tego się po niej spodziewać należy.

W społeczeństwie francuskim, zdaniem autora, dają się zauważyć dwa objawy, dominujące nad innymi, a mianowicie: wzmagający się rozwój namiętności demokratycznych i postęp ciągły interesów materialnych. Stan ekonomiczny był przez pewien czas olśniewającym, lecz doniosłość jego moralna była ujemną. Pragnienie używania zabija poczucie obowiązku i poświęcenia. Poco się obarczać troską o dobro publiczne, krajem, naukami lub sztuką, kiedy tak wygodnie zapomnieć o wszystkim? W wyższych też klasach obojętność poczęła zastępować wiarę, spekulacja pracę, a wyczerpane zdolności siły i gust, fizyczne i moralne zdrowie. Ideałem mas było zwalenie wszelkich obowiązków i ciężarów na barki klas posiadających, a zachowanie dla siebie wszelkich beneficjów. I pomyśleć sobie, że w pewnej chwili głosowanie powszechne może doprowadzić do podobnych doktryn, które urzeczywistnią się jedynie na gruzach porządku społecznego!

Dwa prądy, przejmujące na wskroś społeczeństwo francuskie, tj. prąd demokratyczny i materialistyczny, są jeszcze wypaczone szczególnym faktem nadzwyczajnej przewagi miasta Paryża. Paryż stał się w całym znaczeniu tego słowa, sercem i mózgiem Francji, a historia przekonywa, że państwa, które się dawały absorbować przez wielkie miasto, upadały razem z nim. Przede wszystkim nie należy zapominać o tym, że Paryż jest blisko granicy i że pierwsza batalia musi być stoczoną prawie pod jego murami, a w razie jej przegrania, stolica kraju zostaje oblężoną przez nieprzyjaciela. W Paryżu wszyscy marzą o tym, jak rządzić światem idei, a zapominają, że Francja ma granice i to niestety granice więcej ścieśnione.

Niedawno jeszcze urzędnik francuski, pomimo następujących po sobie rewolucji, którym się przypatrywał, pozostał prawdziwym wzorem w swoim rodzaju. Lecz wszystko się zmieniło na złe. Usunięto bowiem starych urzędników i dziś znikły z dziedziny administracji elementy solidne, czynne, energiczne, stanowiące istotną siłę| rządu po każdej rewolucji. Rządzący nie pojmowali, że przez zmianę personelu urzędniczego pomnażają tylko opozycję, która zyskuje ludzi pełnych wartości i zdolnych do służenia sprawie publicznej. Również dodatnim rezultatem nie mogą się poszczycić napaści na duchowieństwo. Jeżeli jeszcze nieszczególny pomysł zniesienia konkordatu się urzeczywistni, wówczas duchowieństwo nie będzie skrępowane niczym wobec państwa i pocznie brać udział w walkach politycznych. W ogóle dążność do zapewnienia we wszystkim przewagi żywiołowi świeckiemu, poczętą jest w obłudnej nienawiści, a nie w nieodzownej potrzebie.

W drugim rozdziale Chaudordy przedstawia wyraziście stronnictwa polityczne Francji. Zdawałoby się, twierdzi autor, że po śmierci Napoleona III, księcia cesarskiego, Thiersa, Gambetty i hr. Chamborda, położenie się uprościło i dawny rozdział się zmniejszył. Tymczasem nic się nie zmieniło na lepsze. Legitymizm pozyskał nowego przywódcę w hrabim Paryża, uosabiającym kompromis legitymizmu z rewolucją. Napoleoński cezaryzm, niezgodny w swym łonie, uosabiał w dalszym ciągu pojednanie się imperializmu z radykalizmem, a republikanie, swoją drogą, posiadają własną prawicę, centrum, lewicę i skrajną lewicę. Do szeregu republikanów z zasady i przekonania, przybyło wielu republikanów z rozumu, przekonanych wpływem Thiersa. Dla tych ostatnich jedynie rząd republikański miał pewne warunki trwałości i dlatego należało go popierać. Lewice uważały znowu rzeczpospolitą za dogmat, istniejący na mocy odwróconego „jus divinum”, i z tego punktu widzenia rozstrzygały wszelkie wątpliwości.

Wśród masy ludu znajdują się jeszcze liczni zwolennicy socjalizmu, który samodzielnie walczy z podwalinami porządku społecznego. Przede wszystkim pragnąc ciału dać uciechy zmysłowe, socjaliści walczą z chrześcijanizmem na wszystkich polach. Teorie ich podkopują w pierwszym rzędzie miłość kraju, gdy tymczasem religia chrześcijańska potęguje rzeczone uczucie w wysokim stopniu. Czyż więc nie należałoby w trudnych chwilach przesilenia podtrzymywać religię podnoszącą ducha? W każdym razie wychowywanie mas bez opieki religijnej byłoby krokiem niesłychanie ryzykownym.

Poniżej socjalistów, mających sformułowany program, niema już stronnictw politycznych, tylko znajdują się grupy, noszące nazwy komunistów, blanquistów, anarchistów itp. Istnieje wprawdzie jeszcze jedno stronnictwo oportunistów, stworzone przez Gambettę, a dążące do tego, ażeby około sztandaru rzeczypospolitej zgromadzić wszystkich ludzi dobrej woli. Po śmierci Gambetty stronnictwo powyższe przestało się kierować prawami rozsądku politycznego i mimo chwilowego powodzenia, upadło. Największym błędem oportunistów była niewątpliwie polityka kolonialna.

Po bardzo zajmującym, choć treściwym zarysie socjalno-politycznym Francji dzisiejszej, Chaudordy oświadcza, że rząd obecny, tak jak jest zorganizowany, nie odpowiada niezbędnym potrzebom narodu, pragnącego żyć. Zmiany nieustanne ministrów, usunięcie na podrzędny plan prezydenta rzeczypospolitej i wygórowany wpływ parlamentu – oto są najkardynalniejsze wady systemu. Rozpatrzywszy się w położeniu ogólnym Europy, trzeba przyznać, iż Francja otoczona potęgami militarnymi i straciwszy granice, potrzebuje dla zachowania reszty władzy – sprzymierzeńców, a co najmniej, przyjaciół. W tym położeniu forma monarchiczna byłaby najodpowiedniejszą dla Francji, lecz niestety, nie utrzymałaby się długo, ze względu na istnienie bonapartystów i na usposobienie demokratyczne kraju. Trzeba więc z konieczności pomyśleć o innych reformach, które więcej trwałości obiecują w przyszłości.

Nasamprzód Chaudordy zwraca uwagę na brak równości dający się uczuć w przeprowadzeniu zasady głosowania powszechnego. Żołnierze np., pozostający na służbie, pozbawieni są prawa głosowania, gdy tymczasem żołnierze, znajdujący się na urlopie, używają w pełni wyborczego przywileju. Zapobiec jednak tej niesprawiedliwości łatwo, postanawiając, że prawo wotowania przysługuje obywatelom od 24-go lub 25-go roku życia.

Dalej, trudno nie dostrzec, że izba deputowanych jest zbyt liczną i z tego powodu staje się wielkim ciężarem w kongresie, albowiem liczba senatorów jest mniejszą, Zdaje się, że cyfra deputowanych nie powinna być większa nad 500, a prace izby z pewnością szłyby lepiej i łatwiej. Wybór senatorów przez gminy, czyli ich reprezentantów, był w zasadzie pomysłem szczęśliwym. Prawo obowiązujące wszakże wykoślawiło ten pomysł. Trzeba nieodzownie, aby wszyscy członkowie rad municypalnych byli wyborcami senatorów.

Ponad dwoma czynnikami parlamentu należy jednak stworzyć władzę najwyższą, silną i niepodległą. Władza powyższa winna być wybraną z pozostawieniem namiętności i interesów prywatnych na stronie, jedynie ze względu na dobro publiczne. Władza ta również musi mieć zorganizowaną odpowiednio administrację, nieprzystępną dla przejściowych kaprysów stronniczych lub ambicji osobistych wszelakiego rodzaju. Aby jednak stworzyć podobny rząd, trzeba mu dać możność nie ulegania jadowitym wpływom, lecz normowania ich, lub nawet panowania nad niemi w potrzebie. Celu tego wszakże nie osiągnie się z jedną izbą i ministerium, zawisłem od wotów tejże izby. Podobna organizacja mogła być wystarczającą w wieku złotym, a trzeba się nareszcie pogodzić z tą myślą, że Francja w tym wieku się nie znajduje.

Konstytucja republikańska odznacza się z samej natury rzeczy wielką ruchliwością i zmiennością instytucji. Wadę powyższą naturalną trzeba więc o ile możności łagodzić i dlatego to konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej nie dozwala ministrom brać udziału i asystować parlamentarnym dyskusjom, a konstytucja szwajcarska, jakkolwiek nie zabrania ministrom udziału, przepisuje wszakże kategorycznie, że mimo wszelkich wotów, zgromadzenia pozostać mogą przez trzy lata niewzruszenie w służbie.

Prezydent rzeczypospolitej francuskiej powinien być otoczony należytą powagą, albowiem tym tylko sposobem potrafi wzbudzić ufność zagranicą i utrzymać należyte stosunki z szefami innych narodów. Siedmiolecie jest dostatecznym okresem jego rządów, tylko trzeba, o ile możności zapobiec powtórnemu wyborowi, co się pokazało pożytecznym w Północnej Ameryce. Wybór prezydenta przez cały lud zanadto by wkraczał w system bonapartystowski, lecz zarazem wybór przez obie izby parlamentu nie uosabiałby należycie woli całego kraju. Można by jednak uniknąć podwójnej niedogodności, dołączając do kongresu, jako ciała wyborczego, po jednym członku rad generalnych. Tym sposobem powaga szefa rządu wzmocniłaby się, a mimo to, nie posiadałby odpowiedniej siły, aby wystąpić przeciwko parlamentowi.

Powyżej przytoczone motywy skłoniły Chaudordy'ego do zaproponowania następujących zmian w konstytucji francuskiej: 1) nadać prawo wotowania obywatelom mającym 25 lat wieku, 2) do dzisiejszego ciała, wybierającego senatorów, dołączyć wszystkich członków rad municypalnych, 3) ograniczyć liczbę deputowanych do 500, 4) do ciała, wybierającego obecnie prezydenta rzeczypospolitej, dołączyć delegatów rad generalnych, 5) utrzymać siedmiolecie urzędowania prezydenta rzeczypospolitej, nie dopuszczając wszakże powtórnego wyboru, 6) pozostawić prezydentowi rzeczypospolitej swobodny wybór ministrów, 7) postanowić, aby ministrowie nie brali udziału w deliberacjach izb, ani nie ustępowali ze stanowiska skutkiem votum nieufności, lecz ażeby wykonywali ściśle uchwały parlamentu, 8) dopuścić, aby komisarze mianowani przez prezydenta rzeczypospolitej, na wniosek ministrów, mogli w pewnych wypadkach dać wyjaśnienia izbom, 9) utworzyć specjalną komisję do sprawdzania i uznawania za ważne spornych wyborów. Komisja powyższa ma się składać z członków rady stanu i sądu kasacyjnego..

Chaudordy poświęca jeszcze uwagę organizacji ministeriów, które za trzeciej rzeczypospolitej pozostawiały dużo do życzenia. Przede wszystkim, jego zdaniem, prezes rady ministrów nie powinien nigdy być obarczony specjalną teką, bo nie będzie miał czasu na wykonanie należycie swych obowiązków. W żadnym razie zaś nie powinien obejmować równocześnie teki ministerium spraw zagranicznych. Zwyczaj podobny, który się ustalił w trzeciej rzeczypospolitej, jest z gruntu wadliwy. Zwykle teka dostaje się ludziom biegłym w dyskusji parlamentarnej, a nie posiadającym fachowego wykształcenia. Tymczasem w przyszłości należy czynić staranniejszy wybór z pomiędzy mężów, odznaczających się kompetencją i doświadczeniem. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nawet średniej inteligencji minister, znający tradycję pracy fachowej, uniknie wielu błędów, które niezawodnie popełni mąż niezwykłej inteligencji, świeżo podejmujący ministerialne obowiązki.

W ostatecznej konkluzji Chaudordy wyraża nadzieję, że naród, który przeżył tysiąc lat, nie zginie w dniu jednym, lecz zarazem przestrzega, że jakkolwiek ów dzień zagłady może trwać wiek cały, niemniej jednak się zbliżać będzie, jeśli rozum polityczny nie zapobiegnie wzrastającym błędom. Obecnie istnieją trzy przyczyny, grożące poważnie przyszłości Francji, a mianowicie: podatek progresywny, wbrew oczekiwaniom tych, co za nim przemawiają, zniweczy fortunę publiczną i unicestwi majątki prywatne. Nikt nie będzie chciał zaoszczędzać, gdy mu nie będzie wolno zachować owocu swej pracy, kapitały szybko wyniosą się za granicę, a w ich ślady pójdą właściciele. Separacja kościoła położy kres jedności społeczeństwa i wywoła walkę między katolicyzmem a państwem. Wreszcie gmina paryska zaszczepi ziarno wojen cywilnych i sprowadzi nieobliczone klęski, jeżeli odpowiednie reformy nie zapobiegną jej rozkiełznaniu.

W roku 1888 wydał Chaudordy drugą broszurę pt.: „De l'état politique de la nation française”. W pracy powyższej rozwinął tylko nieco obszerniej zasady, wyrażone w poprzedniej książce i dołączył więcej tła historycznego, zwłaszcza odnośnie do ostatnich czasów monarchii starej, oraz do wielkiej rewolucji.

Nie będę historycznych reminiscencji przytaczał, albowiem są one dość znane z wybornych prac Tocquevvill'a i Taine'a; ograniczę się tylko na przytoczeniu kilku charakterystycznych ustępów, wykazujących wadliwości dzisiejszego systemu parlamentarnego we Francji.

Wobec dzisiejszej organizacji, jak twierdzi Chaudordy, rząd z konieczności musi się pozbyć inteligencji w swoich czynach i wystawiać kraj na nieustające błędy. Marzenia o powrocie do przeszłości raz zdruzgotanej są czczymi, albowiem naród nie może powrócić do tego, co raz zniszczył. Trzeba się pogodzić z prądami demokratycznymi, oraz równościowymi obecnej chwili i przyjmując za podstawę położenie istotne, budować z materiału socjalnego, jaki jest, dzieło narodowe.

Następnie kreśli Chaudordy barwny a treściwy obraz korupcji, jakiej ulega kandydat na deputowanego. Otrzymawszy zaś mandat, członek reprezentacji narodowej zwykł nie mieć pojęcia o swych obowiązkach i starając się utrzymać wpływ w departamencie, popiera prywatne interesy, dezorganizując całą administrację, która dziś straciła już w pełni tak słusznie nabytą powagę. Wzór konstytucyjny Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej poleca i tym razem Chaudordy do naśladowania, lecz dodaje, że ażeby zwrócić Francję na pomyślniejsze tory, nie wystarczy już sama reforma konstytucji. Jeżeli dzieło rekonstrukcji narodowej ma być trwałym, wtedy muszą się przeistoczyć stronnictwa polityczne i pozbyć owego ducha wyłączności, jaki je ogarnia. Stronnictwa przyzwyczaiły się być tak wrogo usposobionymi względem siebie, jak gdyby należały do innych krajów. Nienawiści wzrosły do tej wysokości, że nie zwykły cofać się nawet przed groźnymi katastrofami narodowymi i poniżeniem Francji. Siły kraju muszą się też wyczerpywać wobec bratobójczych usposobień i jeżeli na to złe nie znajdzie się środka, wówczas Francja stoczy się niechybnie w ostateczną przepaść. Kończy Chaudordy swą pracę przytoczeniem zdania Clevelanda o francuskiej republikańskiej konstytucji. Nie potrzeba dodawać wszakże, że zdanie to nie jest bynajmniej zachwytem.

Z programu reformy konstytucyjnej, z jakim wystąpił Chaudordy w obu interesujących pracach, łatwo dostrzec, że konstytucja Stanów Zjednoczonych służyła mu w ogólnych zarysach za wzór godny naśladowania. Myśl umiejętnego przeistoczenia systemu parlamentarnego w system konstytucyjny, uposażony silniejszym i stalszym rządem, jest bardzo doniosła; lecz zanim poświęcę jej słów kilka, przytoczę program reformy innego statysty francuskiego, który się zbliża do pomysłów Chaudordyego i pozwala tym samym nad obydwoma wspólnie się zastanowić.

 

II.

 

Emil de Layeleye należał już od dość dawna do rzędu tych statystów francuskich, których dzieło zwracały na siebie uwagę całego cywilizowanego świata. Nic też dziwnego, że mała broszurka jego pt.: „La réforme du regime parlamentaire” nie przeszło niepostrzeżenie, lecz była rozbieraną i komentowaną przez francuskich o obcych uczonych. Laveleye zaznacza przede wszystkim konieczność szybkiego zbadania fenomenalnych zjawisk, grożących poważnym niebezpieczeństwem instytucjom republikańskim. I on, również jak Chaudordy przyznaje, że masy ludu francuskiego przejęte są tradycjami monarchicznymi, a przywiązują się instynktowo więcej do człowieka, niż do instytucji.

Najgroźniejszym wszakże niebezpieczeństwem dla porządku republikańskiego jest złe funkcjonowanie rządów parlamentarnych. Parlament robi wrażenie kalejdoskopu: nigdy dwie sesje nie przedstawiają tego samego położenia spraw. Grupy społeczne są w nieustannym przeistoczeniu. Interpelacja, porządek dzienny, przesilenie i zmiana ministerium, oto zdaje się cały mechanizm rządowy. Czyż jednak gabinety, atakowane nieustannie przez izby i zajęte zachowaniem przychylnej dla siebie większości, mogą poświęcać czas sprawom państwa? Nikt je nawet o to nie posądza, a jeżeli hrabia Paryża lub generał Boulanger obarczają parlamentaryzm zarzutami, to ich krytyka jest tylko echem ogólnego usposobienia.

Wiadomo w jaki sposób konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej uniknęła błędów i wad rządów parlamentarnych. Prezydent, za zgodą senatu, wybiera sobie ministrów niezależnych od izb. Niema zatem interpelacji, ani wotów obalających gabinet. Ministrowie zachowują teki przez lat cztery a nawet dłużej, jeżeli prezydent zostanie powtórnie wybranym. System powyższy niewątpliwie od francuskiego doskonalszy, ma prócz tego jeszcze i ten przymiot, że jest specjalnie zastosowany do formy demokratycznej. W Ameryce prezydent może wybrać do każdego działu administracji odpowiednio uzdolnionego męża. Zasada: „the right man in the right place” znajduje tam zastosowanie w pełnym znaczeniu tego słowa, gdy tymczasem we Francji konieczność parlamentarna nie pozwala oddać teki nawet najkompetentniejszemu człowiekowi, jeżeli nie należy do stronnictwa rządzącego. Czyż jednak jedno stronnictwo, choćby najpotężniejsze, może posiadać taką ilość uzdolnionych mężów, aby wszystkie funkcje publiczne były odpowiednim siłom powierzone? Jest to wprost niepodobieństwem i dlatego w następstwie sprawy zagraniczne bywają powierzane nie dyplomacie, lecz adwokatowi, wojskowość nie żołnierzowi, lecz inżynierowi, a finanse nie ekonomiście lecz legiście.

Przede wszystkim jednak należy nie zapominać o tym, że jest wiek spraw publicznych, wpływających na pomyślność kraju, a domagających się w rozwoju pewnej konsekwencji, a w przewodniej idei – pewnej stałości. Chroniczna chwiejność rządów, wydająca się nieuniknioną wobec licznych i zmiennych stronnictw, jest złym olbrzymim, które instytucje republikańskie nieuchronnie podkopać musi. Trzeba więc koniecznie dla Francji gabinetów pozaparlamentarnych. Tym tylko sposobem uczyni się z izby deputowanych maszynę do robienia praw, a pozbawi się ją dzisiejszego charakteru areny, na której się odbywają walki stronnicze lub turnieje oratorskie.

Zdaniem Laveleya trzeba koniecznie powrócić do dawnego systemu wyborczego, dozwalającego tylko na listę jednonazwiskową. System dzisiejszy „scrutin de liste” jest opłakany w swych następstwach. Niepodobna jest bowiem wyborcom samym ułożyć listy wielonazwiskowej i skutkiem tego cały wpływ i akcja przedwyborcza przechodzi do komitetów, złożonych z pozamiejscowych polityków. Przy panującym systemie, mniejszości wyborcze, choćby były bardzo poważnymi, nie mają najmniejszego wpływu i są na rzecz większości poświęconymi. Okoliczność powyższa zaostrza jednak walkę wyborczą i wpływa podniecająco na namiętności polityczne. Przeciwko systemowi jednonazwiskowemu wyborów, przytaczano nieustannie ogólnik, że właściwie uosabia on nie zasadę polityczną, lecz interesy. Zarzut podobny nie ma jednak żadnego rzeczywistego znaczenia. Idee i zasady rozpowszechniają się za pomocą pióra i prasy, tymczasem masa wyborców może składać wota ze znajomością rzeczy tylko w tych kwestiach, z którymi się styka codziennie i blisko. Zresztą zapomniano chyba o tym, że system reprezentacja powstał na gruncie interesów lokalnych, a nie wystrzelił bynajmniej jako pomysł lub idea z głowy jakiegoś nowożytnego Jowisza.

Laveleye zaznacza również, że odnowienie całkowite izby za pośrednictwem wyborów pociąga za sobą liczne niedogodności. – Przede wszystkim gorączka wyborcza ogarnia kraj cały i często wybory odbywają się pod wpływem chwilowego niezadowolenia, jak np. te, które opanowało Francję z powodu wyprawy do Tonkinu. Niefortunnym pomysłem nazywa Laveleye myśl radykalistów, dążącą do wytworzenia systemu reprezentacyjnego jednoizbowego, czyli, inaczej mówiąc, domagającą się zniesienia senatu. Izba deputowanych, dzięki monstrualnej koalicji monarchistów z radykalnymi, podkopuje na dobre rządy parlamentarne i zagraża ruiną swobodom, gdy tymczasem senat jest złożony z żywiołów wyborczych i może się stać ostatnią ucieczką rzeczypospolitej. Gdyby też wartość brać za podstawę, wówczas nie senat, lecz izba deputowanych powinna zniknąć z systemu reprezentacji.

Laveleye wysila się też, aby przekonać masę wyborczą francuską, że jedynie system dwuizbowy jest racjonalny. Walczy więc z dawną a ułudną teorią Sieyesa, powołując się na doświadczenie Anglii i Stanów Zjednoczonych. Zastrzega jednak Laveleye, aby senat nie uosabiał w sobie wyłącznie bogactwa lub pierwiastku zachowawczego aż do skrajności. Rozum, nauka, tradycje i przenikliwość umysłu – oto są tytuły, które wszystkim powinny otwierać wrota do senatu.

Wreszcie Laveleye żywi to przekonanie, że niebezpieczeństwo, grożące Francji pod postacią generała Boulangera, prawdopodobnie przeminie, lecz za to inna groźba, daleka od zniknięcia, stawać się będzie dla rzeczypospolitej coraz to poważniejszą. Groźbą zaś ową jest niezadowolenie ogólne, płynące ze złych rządów parlamentarnych. W kraju, gdzie stronnictwa są tak wrogo względem siebie usposobione, jak we Francji, najlepszym środkiem reformy jest wyrzeczenie się rządów gabinetowych Anglii, a przejęcie od demokracji amerykańskiej systemu ministeriów pozaparlamentarnych. System rzeczony należy jednak wzmocnić skrutynium jednonazwiskowym i częściowym odnowieniem Izb. Prócz tego trzeba wzmocnić senat, a nie osłabiać go, a wzmocni się tę pożyteczną instytucję powołując do niej ludzi zdolnych, wyrobionych i przyzwyczajonych dbać o dobro wszystkich klas, a nade wszystko o pomyślność klas robotniczych.

Prawdziwy patriotyzm, oświadcza w końcu Laveleye, nakazuje konserwatystom pracować nad skonsolidowaniem swobodnych instytucji na drodze reform nakazanych przez doświadczenie, nie zaś dążyć do pogrążenia rzeczypospolitej w przepaści. Oświadczenie ich, że pragną przejść przez morze Czerwone, aby się dostać do Ziemi obiecanej, jest niczym więcej, jak dążeniem do wojny domowej i zagranicznej. Nie należy bowiem zapominać o tym, że każdy rząd, obalony za pośrednictwem zamacha stanu, pozostawia licznych zwolenników, którzy marzą jedynie o tym, jakby go znowu mocą brutalnej siły przywrócić. Na tej drodze Francja nie zdoła nigdy wytworzyć stałego i poważnego rządu.

Powoływania się statystów francuskich na konstytucję amerykańską i czerpanie w ojczyźnie Washingtona wzorów do reformy rodzinnego gmachu państwa, nie było objawem czysto przypadkowym. Europa konstytucyjna powierzała zwykle rządy monarchizmowi, który był w stanie kaprysom stronniczym silniejszą stawić zaporę. Związek szwajcarski, pomimo ustroju republikańskiego, nie mógł Francji z wielu powodów służyć za przykład. Ustrój bowiem państw trzeciorzędnych nie da się zastosować do mocarstw dbających o sławę i stanowisko pierwszorzędnej potęgi militarnej. Zresztą przeszłość narodowa i socjalna, oraz warunki etnograficzne, stawiały obie rzeczypospolite w tak odmiennych warunkach, że najzuchwalszym reformatorom odbiegała chęć szukania analogii. Dość tylko wspomnieć, że w Szwajcarii posługiwano się trzema równouprawnionymi językami (włoskim, francuskim, niemieckim), że element związkowy przechowywał się w samoistności kantonalnej (Cantön ligeist) i że natura górska kraju dzieliła państwo na części samorządne, kładąc zapory nieprzełamane zjednoczeniu administracyjnemu, aby przekonać, jaka przepaść, pomimo jednakiej nazwy, dzieliła obie rzeczypospolite Europy kontynentalnej.

Niewątpliwie żadnemu z poważnych statystów francuskich nie było tajnym, że pomiędzy konstytucją francuską a ustrojem Stanów Zjednoczonych liczne i doniosłe zachodzą różnice. W każdym razie choć usiłowaniom Hamiltona udało się związek państw przeistoczyć tylko w państwo związkowe i konstytucji amerykańskiej nadać kształt tylko nieco jednolitszy, to jednakże jedna okoliczność mogła zachęcać reformatorów francuskich, aby ku tym odległym stronom zwracali się po środki ratunku. Okolicznością powyższą był fakt, że Stany Zjednoczone stały się bezspornie wielkim mocarstwem, a jeżeli nie były jednocześnie wielką potęgą militarną, to jedynie dlatego, że nie miały w swej części świata współzawodnika, mogącego się stać dla nich w przyszłości groźnym. – Zresztą w czasach wojen domowych pokazało się, że konstytucja Stanów nie stoi na przeszkodzie rozwojowi sił militarnych, więc łatwo wysnuć wniosek, że gdyby sytuacja polityczna wymagała, Ameryka Północna, nie zmieniając ustroju, mogłaby się przemienić w potęgę militarną pierwszego rzędu.

Pomimo więc licznych różnic, wytwarzanych przez odrębną przeszłość obu krajów, istniał jeden ważny punkt zbliżenia. Niejednokrotnie też uczeni francuscy zachwalali konstytucję amerykańską i to zachwalali w czasach, gdy nie marzono o instytucjach republikańskich dla Francji. Czyż mogło więcej uwielbienia dla konstytucji Stanów Zjednoczonych wyrazić jakiekolwiek dzieło od „Democratie en Amérique” Tocquevilla?

Po słynnym Tocquevillu nastąpił znowu Laboulaye z swą wyborną historią Stanów Zjednoczonych i ze swymi przepysznymi, pełnymi humoru, fantazji i rozumu, satyrami politycznymi (Prince Caniche. Paris en Amérique).

Wiedziano o tym dobrze, że Francję oddziela od Ameryki Północnej samorząd lokalny (selfgovernment), przeszczepiony wraz z kolonistami angielskimi na drugiej części świata. Doświadczenia wielkiej rewolucji, uczynione z samorządem lokalnym, skończyły się na anarchii, a napoleońskie rządy zorganizowały wybornie centralizację administracyjną, która wszelkie zarodki samorządu szybko zdławiła. Odtąd wygodną i sprawną maszynerią administracyjną posługiwały się naprzemian wszystkie rządy Francji, bez względu na ich nazwę i formę, a municypalności były automatami, kierowanymi przez równie automatycznych merów.

Uczeni francuscy wykazywali niejednokrotnie sprzeczność administracji z duchem konstytucji republikańskiej. Leroy - Beaulieu w dziele pt.: „L'administration locale en France”, Ferrand w książce pt. „Les institutions administratives en France et a l'éntranger” i w drugim studium: „Les pays libres”, wreszcie Almès w pracy pt.: „La réforme administrative et le favoritisme”, przekonywali o konieczności dostrojenia konstytucji wraz z administracją do jednego tonu, a dostrojenie to mogło mieć miejsce jedynie przez zaprowadzenie samorządu lokalnego.

Każdy krok uczyniony na drodze rozwoju samorządu lokalnego zmniejszał przestrzeń, rozdzielającą konstytucję Francji od ustroju Ameryki północnej, ale wytworzenie organów samorządu, funkcjonujących prawidłowo i nie mieszających polityki z interesami czysto miejscowymi, nie jest dziełem jednej chwili. Do samorządu trzeba masy ludu przyzwyczaić, trzeba w nie wszczepić patriotyzm lokalny i poczucie obywatelstwa w drobnym domowym zakresie; tymczasem rządy francuskie począwszy od wielu wieków, czyniły wysilenia we wprost przeciwnym kierunku i zebrały też obfity plon w postaci silnej apatii i zniechęcenia. Niedostateczny rozwój samorządu lokalnego długo też będzie stanowił różnicę między obu republikańskimi instytucjami, a różnica wzmiankowana nie będzie bynajmniej jedyną.

Trzecia rzeczpospolita francuska przyjęła, jak wiadomo, ustrój parlamentarny, który się głównie w Anglii wykształcił. Ameryka Północna, pomimo wysoko rozwiniętego samorządu lokalnego, dostrzegła w rzeczonym systemie wiele niebezpieczeństw dla siebie i dlatego zaprowadziła rządy pozaparlamentarne. Ameryka Północna nie posiadała przede wszystkim jednego warunku niezbędnego da prawidłowego funkcjonowania rządów parlamentarnych, tj. władzy monarchicznej. Następnie Samoistność pojedynczych stanów, ich prawdopodobne rywalizacje, aby w rządzie centralnym mieć wpływ należyty, kazały przewidywać cały szereg innych poważnych trudności. To były główne powody, które prawodawców amerykańskich zniechęciły do rządów parlamentarnych.

Przyznać trzeba, że Francja jeszcze mniej posiadała warunków do przyswojenia sobie rządów parlamentarnych, niż Ameryka. Nasamprzód władza monarchiczna została usuniętą, a w dodatku owe wewnętrzne zatargi z monarchizmem różnych odcieni, wpoiły w lud francuski pewną nieufność i niedowierzanie władzy wykonawczej, w czymkolwiek ona spoczywałaby ręku. Rewolucje i przewroty wpłynęły na to, że organ prawodawczy uczuł się zwierzchniczym spadkobiercą monarchizmu, a w przeświadczeniu, że on uosabia cały naród, zdradzał na każdym kroku zachcianki autokratyczne w wyższym stopniu, niż napoleoński imperializm. Wobec parlamentu rzeczypospolitej nie mogło też być mowy o niezbędnej samoistności rządu. Podejrzliwość i zwierzchnicze zachcianki skłaniały parlament do nieustannego wdzierania się w głąb administracji i do ciągłego jej dezorganizowania. Wobec zaś takiego postępowania mogło się zdawać, że parlament chce być nie tylko organem prawodawczym, lecz i administracyjnym.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że i parlament angielski przekraczał czasem zakres czynności prawodawczych, lecz następstwa omnipotencji parlamentarnej nie były tak fatalnymi. Organizacja stronnictw politycznych w Anglii była spoistą i silną. Rządy gabinetowe torysów i wigów nie były oparte na wzajemnej nienawiści, lecz na chęci uzupełniania reform i na pragnieniu lepszego służenia dobru publicznemu. Prócz tego od administracji państwowej w Anglii należy odłączyć masę funkcji powierzanych samorządowi lokalnemu, a w tych warunkach łatwo zrozumieć, że mieszanie się parlamentu brytańskiego do administracji nie mogło wytworzyć groźnych niebezpieczeństw. Stronnictwa republiki francuskiej inny wszakże przedstawiały obraz. Rozproszenie się stronnictw na frakcje liczne, drobne i bez stałego programu, czyniło istotnie z parlamentu kalejdoskop, przez który jak widma przeciągały ministeria. W jednej kwestii wszystkie stronnictwa godziły się wszakże zdumiewająco, a mianowicie we wzajemnej nienawiści, w nieubłaganym zwalczaniu się i w eksploatowaniu publicznego dobra w imię egoizmu. Takie jednodniowe większości parlamentarne, pozbawione rozumu politycznego i poczucia zgody, musiały skończyć na parodii rządów parlamentarnych.

Wszystkie więc projekty reformy, podane przez Chaudordy'ego i Laveleya, są na dobie, jako zwiastuny grożącego niebezpieczeństwa, któremu zapobiec należy. Tylko zachodzi pytanie: czy organa prawodawcze zdołają się opamiętać? czy zrozumieją, iż tylko droga reform, nie zaś przewrotów, potrafi zapewnić pokój Francji? Niewątpliwie doktrynerów dobrej wiary przekonać łatwo, że „scrutin de liste” podnieca agitację i podszczuwa stronnictwa przeciw sobie, że senat jest nieodzownym, albowiem system jednoizbowej reprezentacji prowadzi do anarchii, że samorząd lokalny jest wstępem do swobód politycznych itp. Któż jednak zdoła przekonać egoistyczne frakcje o nieodzowności reform tępiących egoizm i prywatę, a domagających się na każdym kroku poświęceń obywatelskich?

Tymczasem niewątpliwie zrzeczenie się systemu rządów parlamentarnych, a zaprowadzenie zasad konstytucyjnych Ameryki Północnej, byłoby abdykacją samolubstwa i nienawiści, a wstępem do zjednoczenia się dwóch powaśnionych Francji. Silna władza wykonawcza potrafiłaby ograniczyć wpływ parlamentu na administrację, a nade wszystko byłaby w stanie położyć hamulec zwierzchniczym zachciankom izb, przypominając im, iż są jedynie organem prawodawczym. Dlatego jednak właśnie, że silna władza wykonawcza mogłaby tego dokonać, jest ona podejrzewaną przez wszystkie stronnictwa o autokratyczne zamiary, na które najradykalniejszym medykamentem – omnipotencji parlamentu. Codzienni politycy stronnictw wiedzą o tym dobrze, jak prezydenci Stanów Zjednoczonych potrafili używać swej rozległej władzy łącznie z senatem, aby stworzyć zależną od siebie maszynerię urzędniczą, która była powolnym narzędziem dla przyszłych wyborów. Właśnie ta niezawisłość rządów, mająca w Ameryce Północnej niewątpliwie i swe ujemne strony, straszy wszystkie stronnictwa Francji. Prezydentura bowiem w rękach jednej frakcji – to nie zapowiedź zgody i wymiaru sprawiedliwości, lecz początek wyzysku i mściwego odwetu. Tak sobie przynajmniej wyobrażają reformę frakcje republikańskiego parlamentaryzmu i słusznie można wątpić, czy poważne głosy Chaudordy'ego i Laveley'a powyższe wątpliwości rozproszyć potrafią.

Obaj statyści francuscy spełnili wszakże należycie swój obowiązek. Wiedząc, że nie zdobędą pospolitego lauru, zwanego popularnością i poklaskiem tłumu, wypowiedzieli swemu narodowi gorzkie a bolesne prawdy. Wypowiedzieli zaś owe prawdy nie dlatego, aby ranić i obrażać czyjekolwiek uczucia, lecz aby to wielkie rozszarpanie Francji na starą i młodą, spoić, rany zabliźnić, a w tak uleczony organizm tchnąć ducha, ożywionego gorącą miłością kraju. Pomysły Chaudordy'ego i Laveley'a nie są rozwlekłymi traktatami, imponującymi erudycją lub wykończeniem. Są one szkicem reformy, ożywionym jedną ideą, którą trzeba będzie dopiero wcielić w całej szeregi ustaw. Jeżeli się większość wyborców ze wspomnianą ideą pogodzi, wówczas się dopiero rozpocznie prawodawcza działalność i rewizja konstytucji nie będzie pustym frazesem. Czy ta era się zbliży niezadługo, lub czy też głosy Chaudordy'ego i Laveley'a rozbiją się o rozstrój społeczeństwa francuskiego, na to pytanie nie ośmielam się dać odpowiedzi, zaznaczając jedynie, że dla cywilizacji europejskiej bolesne by to było widowisko, gdyby serce wielkiego narodu nie drgnęło na widok zbliżającej się zguby i nie szukało w odpowiednich reformach ratunku.

Wiadomo z dziejów, że wielka rewolucja francuska rozdarła nie tylko społeczeństwo stare i nowe, lecz zarazem zerwała organiczny węzeł, łączący Kościół z państwem. Zaliczając instytucje kościelne do średniowiecczyzny, wystąpiła przeciwko nim ze słynnym i osławionym hasłem: „Ecrasez l'infâme”. Wszystko, co tylko było w rozkiełznanej mocy ludzkiej, to się wysiliło, aby wstrząsnąć podwaliny opoki Piotrowej. Świątynie starożytnej Francji, najstarszej córy Kościoła, opustoszały, a ołtarze Pańskie musiały nieraz być świadkiem scen niezwykłych, lub widzieć nowe bóstwa rozumu, przyjmujące lub rozdające pocałunki. Kler francuski, rozpędzony na wszystkie strony, tułał się na obczyźnie, a nowe pokolenie wzrastało bez chrztu świętego, wdychając w siebie nienawidzący wszystko doktryneryzm Voltaire'a i Rousseau'a.

Wśród takich nadzwyczajnych okoliczności, pierwszy konsul pierwszej rzeczypospolitej zawarł konkordat z papieżem Piusem VII (1801 r.). Konkordat ten został uzupełniony artykułami dodatkowymi, nie aprobowanymi przez kurię rzymską i ogłoszony za prawo, obowiązujące kler i katolików nowej Francji. Zbytecznym by było dowodzić, że konkordat nie był dziełem sprawiedliwego, pojednawczego ducha, lecz że żywił uboczne cele, które później stanęły na czele imperializmu napoleońskiego. Konkordat dążył do uczynienia z Kościoła katolickiego powolnej służebnicy rządu absolutnego. Za okruch chleba, ciśnięty z dawnego majątku, kler miał zostać „sui generis” policją państwową, a im bardziej słońce napoleońskie wstępowało do góry, tym większe było lekceważenie samodzielności Kościoła i tym silniejsze pragnienie uczynienia go ornamentacją absolutyzmu.

To wplatanie Kościoła do polityki, jakie miało miejsce za starych rządów i za napoleońskiego imperializmu, otoczyło Kościół podejrzeniami młodej Francji. Zwłaszcza gdy się pokazało, że kler katolicki sympatyzuje z restauracją i z wszelkimi odcieniami monarchii legitymistycznej, poczęło się rozpowszechniać mniemanie, że Kościół stoi na straży dawnych przywilejów i jako nieprzejednany wróg nowego porządku, godzien jest wszelkiego ucisku ze strony rzeczypospolitej. Republikańscy mężowie stanu nie zastanawiali 1 nawet nad tym, że Kościół doznał od rewolucji tylko wyrafinowanych krzywd i ślepej nienawiści, a uczucia podobne nie mogą w uciśnionym rozbudzać zaufania i miłości.

Uprzedzenia jednak wybujałe za czasów pierwszych rzeczypospolitych stały się udziałem wybitniejszych mężów stanu trzeciej rzeczypospolitej. Konkordat z 1801 r., uważano za zbyt wspaniałą ochronę dla Kościoła i myślano o przeistoczeniu radykalnym stosunku do państwa, lecz i w tym nowym przyszłościowym porządku Kościół istniałby jedynie na mocy prawa o stowarzyszeniach, a co najwyżej, zostałby uposażony charakterem osoby prawnej, odwołalnym w razie potrzeby, a więc prekaryjnym, tj. zawisłym od łaski rządu.

Republikanów gniewał etat skromny, jaki konkordat zapewniał duchowieństwu, zniesienie zatem konkordatu oznaczało proste skreślenie etatu dla Kościoła, bez żadnego wynagrodzenia ze strony państwa i z pozostawieniem na łasce wiernych całego kleru. Prócz tego, program separacji Kościoła od państwa, jakkolwiek miał być niby zapożyczony u Stanów Zjednoczonych, oznaczał jednak we Francji zupełnie co innego. Charakter zwykłego stowarzyszenia, nadany Kościołowi katolickiemu, nie mógł liczyć na opiekę sądową i poszanowanie administracji, jak to miało miejsce w Ameryce północnej. System mściwości byłby prowadzony dalej zarówno przez większość parlamentarną, jak i przez organa wykonawcze i Kościół znalazłby się wkrótce w położeniu stowarzyszenia „sui generis", będącego pod ścisłym nadzorem policji i pozbawionego przymiotu osoby prawnej za najmniejszym objawem niepowolności dla władz administracyjnych.

Obawy powyżej wymienione skłaniały reprezentantów Kościoła do trzymania się wytrwale konkordatu. Jakkolwiek niedostateczny i, jako w 1801 r. zawarty, nieodpowiadający już zmienionym stosunkom, był on jednakie jaką taką ostoją dla duchowieństwa, które poza nim widziało jedynie chęć do ucisku i udręczenia w obozie republikanów. Teorie zaś polityczne uczonych francuskich grzeszyły też jednostronnością i jeżeli domagały się separacji Kościoła, to dojrzeć było można łatwo w rzeczonym programie utajoną niechęć i jedynie pozorne naśladownictwo Stanów Zjednoczonych.

Pierwszą dopiero chęć przekroczenia granicy wyznaczonej podejrzliwością i nienawiścią objawił du Petit-Thóuars w rozprawie pt.: „L'Etat et l'Eglise – Esquisse d'une séparation liberale”. Na wstępie samym autor zaznacza, że państwo nowożytne nie ma bynajmniej charakteru wyznaniowego. Obojętność, czyli indyferentyzm, zastępuje coraz więcej miejsce dawnych wierzeń i trzeba ostatecznie przyznać, że pierwiastek świeckości ogarnia wszechwładnie państwo, czyli, inaczej mówiąc, dokonywa się sekularyzacja państwowa; Jakkolwiek jednak neutralność państwa w sprawie wierzeń religijnych, jako uczuć indywidualnych, zdaje się płynąć z samej natury rzeczy, to jednakże neutralność dzisiejsza jest tylko obłudną. Zwalcza się bowiem w imię świeckości religię państwową dlatego jedynie, aby w jej miejsce podstawić urzędową bezreligijność. Rozdział Kościoła od państwa, jeżeli ma być przeprowadzonym, to już wszechstronnie, a więc nie tylko od Kościoła wolnomyślnych. Tymczasem kapłanom wolnomyślności pozostawiono do dyspozycji siły państwowe, w celach propagandy filozoficznej, niweczącej dawne wierzenia. Gniotąc dawny ultramontanizm odwrócony („ultramontanisme retourné”) splagiowano stare rządy, które tak zapamiętale potępiano. Jeżeli więc Du Petit-Thóuars twierdzi, że państwo w kwestii wiary powinno być neutralnym, to nie dlatego, aby chciał mu nadać charakter ateistyczny i aby zdradzał dla pierwiastku religijnego lekceważenie, lecz dlatego jedynie, że natura państwa musi równą, sprawiedliwą i neutralną opieką otoczyć wszystkie wyznania, jako część integralną swobód indywidualnych.

Autor przyznaje, że projekt separacji doznawał najsilniejszego oporu ze strony samego duchowieństwa. Dziwić się temu bardzo nie można, albowiem separacja jest obosieczną. Separacja może być gwałtowną i prześladowczą lub pojednawczą i szanującą nabyte prawa. Nieszczęściem jest, że nie posiadamy dwóch odrębnych terminów na oznaczenie tych dwóch, przepaścią oddzielonych separacji. Polityka separacji gwałtownej ma przynajmniej tę jedną zasługę, że jest otwartą i w swej brutalności, szczerą. Nie można tego by najmniej powiedzieć o drugiej serii wrogów Kościoła, więcej niebezpiecznych, chociaż raniej brutalnych. Ci drudzy, okryci powłoką obłudnej względności, pragną utrzymania, konkordatu z Rzymem dlatego jedynie, aby uczynić z Kościoła wyborny a powolny środek do rządzenia. Należąc do opozycji, ci wrogowie Kościoła głoszą system separacji, gdy jednak dojdą do władzy, są za utrzymaniem konkordatu dlatego jedynie, że się boją wolności Kościoła. Twórcą tego rodzaju przebiegłej polityki był Gambetta, a jej przenikliwym komentatorem – Paweł Bort

Podług komentarzy tego ostatniego, trzeba się tylko umieć posługiwać konkordatem, a rządzącym odejdzie zaraz chętka separacyjna. Ścisłe wykonanie konkordatu da rządowi potężną broń w rękę. Dość tylko przytoczyć, że zwolnienie kleryków od wojskowości nie było immunitetem reklamowanym przez Piusa VII, lecz łaskawą koncesją samego Napoleona, który nie pozbawił się mimo to prawa posłania w danym razie całego seminarium do odpowiedniego pułku. Takich słabych punktów konkordat posiada dużo i dziwić się temu nie można, boć układanym był w odmiennych warunkach i innych czasach.

Czyż pomiędzy Kościołem, pragnącym dawnej władzy, a jakobinami pracującymi nad jego ruiną, nie ma rozwiązania pośredniego? Powyższe pytanie zadaje sobie Du Petit-Thóuars i odpowiada, że właśnie tego rozwiązania należy się domagać od republikańskiego liberalizmu. Liberalizm rzetelny powinien się stanowczo rozstać ze skrajnymi stronnictwami i przyjąć względem Kościoła hasło: „żadnych przywilejów”, a względem jakobinów inne: „żadnego prześladowania”.

Wolność dla wszystkich oto prawdziwie liberalna dewiza. Pytanie jednak zachodzi, czy przyjaciele Kościoła zgodzą się kiedykolwiek na to, aby instytucja, rządząca się prawem boskim i mająca w historii Francji tyle świetnych kart, wsparła się wyłącznie na prawie powszechnym, przybierając charakter zwykłego stowarzyszenia? Z tym wszystkim, mimo oporu konserwatystów, należy separację, zarówno jak samą rzeczpospolitą, uważać za rozwiązanie nieuniknione. Rozwiązanie to bowiem, pomimo antypatii wyrażanych przez przyjaciół przeszłości, stało się ideą ogarniającą społeczeństwo nowożytnej Francji.

Nikt nie będzie temu przeczył, że konkordat z 1801 roku zapewniał Kościołowi katolickiemu niejakie korzyści, ale trzeba przyznać, że korzyści rzeczone okupione były drogo, bo utratą samodzielności Kościoła. Konkordat zamienił religię w rodzaj usługi administracyjnej (service adminjstratif), a Kościołowi w zamian za niepodległość ofiarował skromny kawałek chleba. Obecnie należy rozstrzygnąć kwestię: czy konkordat wytworzył prawo dla Kościoła, czy też był tylko aktem stwierdzającym tytuły, nabyte uprzednio przez Kościół. Przedmiotowe studium faktów przeszłych nakazuje przyznać, że duchowni nie byli nigdy prostą służbą administracyjną, której państwo dowolnie pozbywać się mogło, a tym samem etat Kościoła nie wyrażał pensji urzędniczych, lecz wierzytelność kościelną, przyznaną za zabór dóbr. Konkordat też nie stwarzał praw kościelnych, lecz był stwierdzeniem praw uprzednich. Zniesienie go zatem nie mogło niszczyć praw, które przed nim istniały. Państwu przysługuje niewątpliwie prawo odmiany umów międzynarodowych i przeistoczenia konkordatu, lecz to nie usuwa konieczności szanowania praw Kościoła. Konkordat może nawet zniknąć zupełnie, lecz wierzytelność Kościoła powinna być przyznaną i mszczoną. Za przykład może służyć Belgia, gdzie Kościół oddzielony od państwa, pobiera indemnizację za zabrane dobra, pomimo że sprawa powyższa nie była przez żaden konkordat uregulowana.

Dla Kościoła konkordat był niezbędnym tylko o tyle, o ile zapewniał mu zakres niezbędnej swobody. Tymczasem w artykułach j organicznych, którymi konkordat został uzupełniony, zamierzono przeistoczyć Kościół na wzór napoleońskiego państwa. Trudno też o coś mniej liberalnego, a więcej upokarzającego dla Kościoła, trudno o coś więcej obrażającego sumienie wiernych, jak ów konkordat. Za jego to pomocą Napoleon pragnął z duchownych uczynić rodzaj poświęcanej żandarmerii i chełpił się, że nic niema takiego, czego by nie był w stanie wykonać przy pomocy swych żandarmów i księży. Przy pomocy też swych księży ułożył istotnie godny podziwu katechizm, w którym on sam figuruje jako obraz Boga na ziemi. Komicznym w ówczesnej dobie było to, że księża hiszpańscy w katechizmie umieścili Napoleona jako diabła. Jednocześnie wiec zajmował ów geniusz militarny tak niepodobne do siebie, a dla człowieka tak nieprzystępne stanowiska.

Nauczony doświadczeniem Kościół powinien przyjść do przekonania, że tylko te dusze może uważać za zdobyte, które mu się oddały z przekonania i w wolności. Przymierze Kościoła z władza ziemską nie podtrzymuje bynajmniej jego moralnej powagi, lecz jej nadużywa i kompromituje. Protekcja państwowa usypia tylko Kościół zwodniczymi upewnieniami i zabezpieczeniami, oraz obłudnym podtrzymywaniem jego iluzji. Liczenie na protekcję władz państwowych, a nie na siłę etyczną wewnętrzną może tylko skompromitować Kościół. W tym przymierzu władz kapłan utracą pierwiastek boski, a przedstawia się przeważnie jako przyjaciel rządu, zwątpienie więc musi ogarnąć lud patrzący na wyzyskiwanie wierzeń świętych w celach i interesach bardzo znikomej natury. Jeden więc tylko system uwalnia Kościół od owej kompromitującej solidarności, a tym systemem jest właśnie separacja.

Dlaczego, powiada Du Petit-Thóuars, nie mielibyśmy uczynić tego, co uczyniła wielka demokracja amerykańska? W Stanach Zjednoczonych kościoły są uwolnione od podatków, a księża oswobodzeni od służby wojskowej. Możemy też śmiało pozostawić duchownym immunitety, których używali, a przez to zasada równości nie poniesie żadnego uszczerbku. Odstępstwo od równości usprawiedliwi się tym razem wyższymi względami, a mianowicie spokojem religijnym i zgodą z Kościołem, które przede wszystkim należy osiągnąć.

Przyjęcie systemu separacji powinno skłonić rząd rzeczypospolitej do rezygnowania z prawa nominowania biskupów. Wybór powinien należeć do synodów z zachowaniem władzy prerogatywy instytucji kanonicznej. Nadawanie zaś Kościołowi charakteru osoby prawnej nie powinno bynajmniej zależeć od samowoli władz rządowych. Przymiot osoby prawnej należy bowiem do rzędu swobód indywidualnych, niezależnych od państwa, który tylko odpowiednie władze zatwierdzać powinny. Zresztą du Petit-Thóuars tłumaczy przyjaciołom Kościoła, że właściwie nie powinni się obawiać zasady Cavoura: „libera chiesa in libero stato”. Hr. Arnim też, osławiony ambasador niemiecki, przeistoczył zasadę Cavoura, utrzymując, że jej bezpośrednim następstwem jest: „chiesa armata in stato disarmato". Du Petit-Thóuars jest przekonany, że gdy Kościół katolicki raz skosztuje systemu separacji, będącego wyrazem wolności, zastosuje się do niego zupełnie i stworzy sobie wygodny byt. Nieuniknionymi są bowiem nadużycia wolności ludzkiej, lecz najlepszą korekturą systemów opartych na wolności jest wolność sama i dlatego to francuski statysta uważa separację za nieuniknioną konieczność, która Kościołowi i rzeczypospolitej przyniesie pożytek.

Cokolwiekbądź klerykalne stronnictwo we Francji powie na pomysły du Petit-Thóuars'a, jedno przyznać będzie musiało a mianowicie, że nowy duch wieje z jego pracy, duch sprawiedliwości, zgody i wolności. Autor z głębokim przekonaniem i z dużą wiedzą przemawia za rozdziałem, którego się tak mocno Kościół obawia. W projekcie reformy, przedstawionym powyżej, niema żadnych rabulistycznych forteli, żadnych egoistycznych pułapek, lecz pragnienie gorące, aby rzeczpospolita względem Kościoła przyjęła zasadę justyniańską „suum cuique tribue”, będącą podwaliną wszelkiej swobody. Czy stronnictwa polityczne zrozumieją należycie idee, ożywiające francuskiego statystę, czy pojmą, że instytucje amerykańskie są niemożliwe do naśladowania bez ducha obywatelskiego poświęcenia, wyrobionego w Amerykanach – to już inne pytanie, na które odpowiedzą w niedalekiej przyszłości parlamenty rzeczypospolitej. W każdym razie, uczeni Francji spełnili uczciwie swój publiczny obowiązek, wykazując, że konstytucja republikańska nie może się opierać na rozdartej, lecz na zjednoczonej Francji, oraz że Kościół katolicki musi pozostać w zakresie spraw religijnych swobodnym i pozbyć się dawnego upokarzającego charakteru służby administracyjnej.



[1] Ranke: Hardenberg und die Geschichte dea Preussischen Staates” T. 3, str. 59.

[2] Esprit de la constitution du 25 Fév. 1875, str. II.

[3] Esprit, str. II.

[4] „Questions constitutionnelles”, Str. 20 i 338.

[5] „Questions constitutionnelles”, Str. 352.

[6] „De la pairie et de l'aristocratie modern”, Str. 129.

Najnowsze artykuły

Przegrana Francji i przyszłość Europy

Walerian Kalinka

Data dodania: 2017-07-26

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13