Artykuł
Realizm "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku"
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Realizm „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”

Tekst pochodzi z książki: Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2009.

 

 

Czy w Polsce między rokiem 1947 a 1980 możliwe było uprawianie polityki niezależnej od władz państwowych a zarazem mieszczącej się w ramach legalności ? Odpowiedź na to pytanie w istotny sposób określa perspektywę, z jakiej przyglądamy się postawom tamtej epoki. Dla zwolenników odpowiedzi negatywnej - każda próba działania politycznego (nie chodzi tu o sferę kultury, nauki, czy wychowania i edukacji) w obrębie struktur państwowych była szkodliwą naiwnością lub kolaboracją. Dla zwolenników odpowiedzi pozytywnej - próby takie w istotny sposób zmieniały praktyczne oblicze pozornie tylko niezmiennego systemu.

Przypadek grupy „Znak” i „Tygodnika Powszechnego” będzie zatem jednym z ważnych probierzy generalnego stosunku historyków i publicystów do PRL, w mniejszym stopniu - do samego środowiska. Warto stwierdzić, że dziś jeszcze dyskusja na temat jego dorobku toczy się raczej wokół legendy - budowanej choćby przez książki Roberta Jarockiego czy Jacka Żakowskiego[1] - niż wokół rzeczywistości. Nic dziwnego, że pojawiają się w tej dyskusji ostre głosy - jak choćby książka Stanisława Murzańskiego[2] - kwestionujące jej prawomocność. Z jednej strony mamy - mówiąc językiem relatywizmu - „prawdę wspomnień”,  z drugiej - „prawdę cytatów”. Prawdę, która w epoce PRL ma znaczenie nieco inne - ze względu na rolę cenzora nie tylko jako „korektora”, ale - by użyć określenia Marty Fik - „współautora”, dopisującego lub sugerującego fragmenty tekstu.

Oczywiście, gdyby wierzyć twórcom legendy, używającym wobec „Znaku” terminu „opozycja” - także zgoda na takie warunki funkcjonowania, które narzucały ingerencje cenzorskie w teksty polityczne, byłaby czymś obciążającym. Z potocznym rozumieniem pojęcia opozycji kłóci się też zasiadanie w organach Frontu Jedności Narodu, czy głosowanie w 99% za wszystkimi - także absurdalnymi - ustawami tamtej epoki. Można zatem stwierdzić, że przesada w kształtowaniu heroicznego wizerunku środowiska Znaku, obnaża - w konfrontacji z faktami i cytatami - dwuznaczność wielu działań politycznych grupy. Co ciekawe - znacznie bardziej krytyczne stanowisko wobec działań „Znaku” (szczególnie w latach 1956-68)  zajmują dwaj ludzie obdarzeni w tym środowisku najbardziej politycznymi temperamentami - Stanisław Stomma i Stefan Kisielewski[3].

Czy dalsza dyskusja o postawach politycznych i poglądach tej grupy będzie toczyła się nadal między zwolennikami „prawdy wspomnień” a rzecznikami „prawdy cytatów” - to zależy w dużym stopniu od jej uczestników. Moim zdaniem - nie wniesie ona nic nowego do stanowisk przedstawionych przez Żakowskiego i Murzańskiego. Nie odpowie też na pytanie o prawomocność czy sensowność decyzji o uczestnictwie w komunistycznym Sejmie, czy prowadzenia „dialogu” z władzami. Zwłaszcza, że część osób należących do środowiska „Tygodnika” uznawała, iż te działania mają charakter osłonowy dla pracy formacyjnej pięciu Klubów Inteligencji Katolickiej i wydawniczej Instytutu Znak - z najważniejszym jej elementem jakim był sam tygodnik. W praktyce jednak nawet drobne nieposłuszeństwo ze strony posłów sprawiało, że zamiast osłony Koło Znak mogło stanowić źródło kłopotów. Żakowski opisuje redukcję nakładu z 50 do 40 tys. egz. jako skutek podjętej w 1961 roku przez Mazowieckiego i Stommę krytyki sejmowej dwóch zapisów ustawowych[4].

To, czego możemy się spodziewać po badaniach nad myślą i postawami epoki PRL to ujawnienie motywów i praktycznych aspektów rozmaitych zachowań i próba ich usystematyzowania. W tym także odpowiedź na ważkie pytanie, dotyczące ciągłości myśli politycznej - na ile postawa środowiska „Znak” kontynuuje postawy określane w epoce zaborów mianem realistycznych.

 

„Realizmy” epoki PRL

 

Dyskusja na temat postaw „realistycznych” będzie zawsze w jakimś stopniu dyskusją o uprawnionych granicach samego stosowania terminu „realizm”. Gdyby odróżniać go od postawy rewolucyjnej, nie liczenia się z „realiami” jako nieprzekraczalnymi ograniczeniami działań politycznych, to można przyjąć definicję skonstruowaną przez Andrzeja Micewskiego, dla którego realizm to po prostu „postawa liczenia się z rzeczywistością, szacunku dla faktów, dostosowywania własnych celów i dążeń do możliwości, metoda zachowania się w warunkach niesprzyjających, wobec przeciwieństw losu spotykających narody i grupy społeczne”[5].

Bardzo często – nie tylko w polemicznych tekstach – realizm bywa utożsamiany z fatalizmem, prostym pogodzeniem się z istniejącymi porządkami. Nie zawiera zatem ani przekonania o nieuchronności zmian, ani też - równie oczywistej - pewności, że działanie aktywne może wpływać na rzeczywistość i zmieniać to co niepożądane. Autorzy tekstów o realizmie bardzo łatwo mogą pomylić poglądy realistów z ich ironiczną karykaturą.

Co zatem nazwiemy realizmem w polityce ? Wydaje się, że za postawę realistyczną uznać możemy taką, która uznaje nienaruszalność międzynarodowego status quo – a zatem w warunkach polskich po roku 1945, jakąś formę zależności Polski od ZSRR. Taki charakter realizmu dobrze oddaje wielokrotnie cytowana wypowiedź Stanisława Kutrzeby ogłoszona na łamach Tygodnika Powszechnego w lipcu 1945 roku: „Posunięcia rządu londyńskiego, skierowane przeciw Rosji, pchnąć mogłyby kraj w zupełny odmęt, strącić na dno. Liczenie na wojnę między Anglią a Rosją jest wszakże dziwną naiwnością dla każdego, kto obserwuje obecne stosunki. A nawet gdyby tak było, gdyby do takiej wojny miało dojść, toć wtedy Niemcy użyte byłyby przeciw Rosji i nie ulega wątpliwości, iż przede wszystkim szukałyby dla siebie za tę pomoc korzyści na naszych terenach”[6]. Przesłanki realizmu wyłożone przez Kutrzebę były wspólnym mianownikiem różnych postaw obecnych w polskiej myśli politycznej do końca lat osiemdziesiątych, a bodaj ostatnim jego manifestem był ogłoszony na łamach Tygodnika Solidarność latem 1989 roku artykuł Stefana Kisielewskiego. Bronił on zasady podziału Niemiec i polsko-rosyjskiego sojuszu strategicznego, jako gwarancji stabilności naszego regionu[7].

Termin realizm nie opisuje jednak jednorodnej grupy postaw. Podstawowa przesłanka, jaką jest uznanie międzynarodowego status quo nie implikuje takich samych postaw wobec komunistycznych porządków w kraju. Mówiąc językiem oficjalnym tamtego okresu „uznanie realiów międzynarodowych” nie implikowało „uznania realiów ustrojowych”, a tym bardziej nie implikowało „zaangażowania się po stronie partii”.

Możemy zatem mówić o realizmie oporu (obecnym w postawie tych grup, które widząc perspektywę długotrwałej presji sowietyzacyjnej przyjmowały konserwatywną strategię przetrwania) i o realizmie kolaboracyjnym, który liczył na możliwość oddziaływania na system poprzez jakąś formę aprobującego uczestnictwa w jego strukturach. Możemy wreszcie mówić o realizmie kapitulanckim, dla którego przesłanką działania jest przede wszystkim beznadziejność jakiegokolwiek oporu. Wybiera on między całkowitą biernością i wycofaniem się, a całkowicie arywistycznym zaangażowaniem.

Wydaje się w tej perspektywie, że realizm „Tygodnika” nie był zjawiskiem jednorodnym. W pracach poświęconych pismu i jego środowisku, rzadko zwraca się uwagi na istotną różnicę w motywacjach, przyjmując za oczywistą pewną jednorodność postaw redaktorów, publicystów i działaczy. Tymczasem w tym jednym piśmie możliwe były w zasadzie wszystkie trzy postawy, zwłaszcza, że niczym biblijna Arka skupiało ono ludzi o różnych poglądach i temperamentach.

Samo zresztą niechętnie posługiwało się terminem realizm, po 1956 r. lansując w jego miejsce termin „neopozytywizm”. Opisując tę postawę Andrzej Friszke odnosi ją jednak raczej do postaw i stanów emocjonalnych niż do poglądów o charakterze politycznym. „Neopozytywizm - pisze Friszke - miał oznaczać przeciwstawienie się romantyzmowi politycznemu, ideologii powstańczej, polityce emocjonalnej. Deklarowano przywiązania do zasad umiaru, ostrożności, kompromisowości, pragmatyzmu, mierzenia sił na zamiary”[8].

 

Od fatalizmu do złudnych nadziei

 

Środowisko „Znaku” i jego instytucje było z pewnością niepowtarzalnym zjawiskiem w krajach bloku sowieckiego. Z jednej strony posiadało atrybuty legalnego działania takie jak pisma („Tygodnik Powszechny”, „Znak”, „Więź”), wydawnictwa, stowarzyszenia (Kluby Inteligencji Katolickiej), przedsiębiorstwa (Libella). Jego przedstawiciele zasiadali w Sejmie i Radzie Państwa PRL, a także w prezydium Frontu Jedności Narodu. Jednocześnie środowisko to zachowało znaczną niezależność, a jego postawa polityczna była zdecydowanie defensywna, w odróżnieniu od przyjętej np. przez kierowany przez Bolesława Piaseckiego PAX. Sama przynależność do FJN wymagała – jak pisze historyk koła poselskiego „Znak” – „(a) uznania monopolu partii komunistycznej na tworzenie ośrodka władzy państwowej samodzielnie bądź ze stronnictwami sojuszniczymi, (b) uznania jej prawa do wyznaczania kierunków działalności państwa socjalistycznego (program FJN)”.

Motywacje grupy Piaseckiego, która utworzyła w nowej rzeczywistości stabilne środowisko polityczne, przez całą epokę PRL służące wiernie władzom, były wielokrotnie dyskutowane i poddawane ostrej krytyce. Rzadziej próbuje się wskazać motywy i koncepcję działania przyjętą przez grupę, która wybrała drogę znaczącej niezależności a zarazem współpracy i legalizmu państwowego PRL. U źródeł ruchu „Znak” były przekonania żywione po wojnie przez grupę katolickich intelektualistów skupionych wokół „Tygodnika Powszechnego”. Wprawdzie motywy, jakimi kierowali się oni w latach czterdziestych i po Październiku nie były takie same, to jednak zrozumienie ich postawy wydaje się niemożliwe bez przywołania poglądów sformułowanych zaraz po wojnie. W trzecim numerze Znaku ukazał się tekst Stanisława Stommy „Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików w Polsce”. Autor przywoływał w nim katastroficzne tezy Spenglera, dotyczące załamania się cywilizacji zachodniej. Spodziewał się triumfu sił socjalistycznych i szukał sposobu obecności w tej nowej sytuacji historycznej. Uznawał, że obstawanie katolików przy postulatach społecznych sprzecznych z realiami socjalizmu może prowadzić do niebezpiecznego konfliktu i radził by skupić się raczej na wysiłku duchowym i ideowym, godząc się na faktyczny triumf komunizmu w sferze rozstrzygnięć ustrojowych[9].

Przywołujemy ten tekst, dlatego, że podobnie jak w przypadku „realizmu kolaboracyjnego” istotną przesłanką poglądów politycznych grupy „Znaku” była kwestia przekonania o zasadniczej niezmienności położenia Polski po drugiej wojnie światowej. Co więcej przesłanki realistyczne - dotyczące długotrwałości status quo - dość często wchodziły w sojusz z przesłankami fatalistycznymi. Niedawno zakończona wojna stwarzała poczucie załamania się pewnego ładu cywilizacyjnego. Porządki powojenne wskazywały jasno brak drogi powrotu do ładu przedwojennego. Dobrym literackim obrazem tych nastrojów jest książka Malewskiej „Przemija postać świata”.

Taka - skrajnie pesymistyczna - diagnoza prowadziła jednak nie tylko do postawy ochrony najcenniejszych, duchowych elementów dziedzictwa chrześcijańskiego. Brzmiały w niej tony polemiczne z polskim nacjonalizmem, z tradycyjnym katolicyzmem, co z kolei mogło dawać rządzącym komunistom nadzieję na pozyskanie w „Tygodniku” cennego czynnika dekompozycji środowisk katolickich.

Fatalizm stawał się nie tyle rękojmią kapitualacji, ile rozbicia opinii środowisk katolickich. To być może tłumaczy jakoś utrzymywanie się „Tygodnika” aż po rok 1953. Rok śmierci Stalina staje się dla tego środowiska rokiem próby, a zarazem początkiem legendy heroicznej.

Rok 1956 przynosi natomiast wielkie wyzwanie polityczne, jakie wiąże się z przywróceniem wydawanego w latach 1953-56 przez grupę Piaseckiego pisma jego prawowitym właścicielom. Trudno dziś powiedzieć, na ile fakt ten oddziaływał na emocje grupy Znaku, na ile było to uleganie powszechnym wówczas złudzeniom, dość że faza rozwoju myśli politycznej, która nastąpiła po roku 1956, a która przez Stommę została nazwana „neopozytywizmem” oznaczała przejście od fatalizmu do wielkich nadziei.

„Mowa Władysława Gomułki na VIII Plenum – pisał Antoni Gołubiew – stanowiła wezwanie narodu do współpracy. Odpowiedź mogła być pozytywna lub negatywna. Naszym zdaniem odpowiedź negatywna stanowiłaby przekreślenie programu reform i sprowadziłaby groźbę powrotu antydemokratycznych rządów bez udziału społeczeństwa”[10]. Tragedia węgierska usprawiedliwiała w jakiś sposób nawet daleko idące kompromisy: „Kierownictwo polityczne Partii – czytamy w oświadczeniu redakcji Tygodnika Powszechnego – chroni nas przed niebezpiecznymi powikłaniami natury międzynarodowej i w tym sensie staje się koniecznym elementem suwerenności państwa. Mówmy bez niedomówień, suwerenność jest możliwa tylko w warunkach rządów Partii. Przykład Węgier jest nader pouczający”[11].

Stanowisko to miało jednak bardziej gorące wersje. „Ludzie VIII Plenum potrafili pokierować procesami społecznymi harmonizując żywiołowość z koniecznymi nakazami racji stanu. W październiku 1956 znalazło się kierownictwo będące na wysokości zadania jakiego nie było w listopadzie 1830, w latach 1861-63 oraz w Warszawie 1944. Rewolucja polska 1956 wysunęła pewne postulaty i na ich straży stoi rozbudzona dynamika mas”[12]. Kierownictwo partii porównano zatem do władz insurekcyjnych, czyniąc znacznie większy honor niż te, które przypisywała sobie sama partia i jej propaganda.

Postawa ta przybierała niekiedy nawet formy lirycznego przymilania się do pierwszego sekretarza: „Naród ma do tego starszego człowieka, o skromnej postawie i rzadkim ale miłym uśmiechu, pewien określony stosunek uczuciowy - niewątpliwie pozytywny. Chętnie się widzi jego fotografie (może także dlatego, że są rzadkie), na ogół chętnie się słucha jego słów. W tym odczuciu sympatii dałoby się wyodrębnić poszczególne włókna: zaufania, wdzięczności, nadziei, wreszcie tego, co określiłoby się jednym lapidarnym słowem ‘swój’”[13].

Ważniejsze od emocjonalnych aklamacji są jednak próby racjonalnego przedstawienia własnego środowiska. W programowym tekście neopozytywizmu Stanisław Stomma wymienia elementy ‘pozytywizmu’: 1) „nakazy polskiej racji stanu, zwłaszcza głoszące potrzebę sojuszu z ZSRR, uzasadniane interesem narodowym wynikającym z sytuacji geopolitycznej”; 2) zaprzeczenie romantyzmu czyli „umiar, ostrożność, skłonność do kompromisu, a odrzucenie polityki ryzyka i mierzenia sił na zamiary; 3) Odrzucenie polityki prestiżowej i nieufny stosunek do wielkich haseł stających się motywem działania; 4) krytyczny stosunek do ‘bohaterskich’ epizodów naszej przeszłości[14]. Wyjaśniał też więź z klasyczną szkołą realizmu politycznego: „Myśl polityczna Stańczyków była reakcją na fatalne błędy polityki powstaniowej i na klęski, które sprowadziła ona na Polskę. Klęski, których my byliśmy świadkami i tragiczne błędy polityczne budzą także dzisiaj tendencje krytyczne i każą zastanowić się czy idee politycznego «bohaterstwa» nie są dla narodu złą szkołą politycznego myślenia. Taka jest analogia między «pozytywizmem» Stańczyków a naszym «neopozytywizmem»”[15].

Wydaje się, że ten właśnie sąd Stommy jest podstawą szukania związków między tradycjami XIX wiecznego realizmu, a postawą grupy „Znak”. Zwłaszcza, że argumentacja o podobnym wydźwięku pojawia się dość często w numerach wydanych w warunkach ciągle jeszcze zliberalizowanej cenzury. Zaraz po wyborach 1957 roku w artykule wstępnym redakcja Tygodnika Powszechnego stwierdzała: „Pisaliśmy już nieraz, że w obecnym, konkretnym układzie stosunków czynnikiem kierowniczym w Polsce jest i musi być Partia. Kierownictwo Partii umiało w październiku złączyć się ze społeczeństwem, nakreśliło realny program naprawy gospodarczej, ma możność wprowadzenia w czyn tego programu, zapewnia nam sojusz ze Związkiem Radzieckim”[16].

Trudno postawę tę nazwać opozycyjną, choć zapewne pozostała niezależną od partii, zdolną do sprzeciwu i buntu. Nie dała się sprowadzić na pozycje właściwe Stowarzyszeniu Pax. Definiując na łamach Kultury różnicę miedzy Znakiem a Paxem Kisielewski stwierdza „My nie afirmujmy, nie pochwalamy polskiej rzeczywistości, lecz traktujemy ją jako coś danego, z czym jako realiści musimy się liczyć, w czym będziemy żyć, co trzeba sprawiedliwie i obiektywnie oceniać. „Pax” natomiast z góry afirmował tę rzeczywistość i w tym celu konstruował jakąś specjalną ideologię, łączącą komunizm z katolicyzmem. (...) Jednocześnie ta afirmacja wymagała permanentnego mówienia nieprawdy”[17].

„Argumentacja, odwołująca się do surowych realiów geopolityki – pisał po latach o decyzji z roku 1956 Kisielewski – była dla mnie jedyną dopuszczalną formułą, umożliwiającą kontakty z partią, nie jestem bowiem i nigdy nie byłem ani marksistą, ani komunistą czy nawet socjalistą. (…) Argumentacja geopolityczna nie była wówczas przez przywódców tej partii dobrze widziana, stąd też traktowano nas wtedy bardzo chłodno, nierzadko jako utajonych wrogów”[18]. Podkreślał przy okazji różnicę między chłodną postawą „Znaku” a socjalistycznym entuzjazmem „Paxu”. „Zmarły niedawno Bolesław Piasecki – pisał Kisielewski – (…) zrozumiał w swoim czasie, że wyłącznie taktyczne dogadanie się z Rosjanami nie wystarczy. Dlatego też, jako katolik, w słynnym swym wstępie do Zagadnień istotnych (tym, co się dostał na papieski indeks) wymyślił sobie tezę, że budowa socjalizmu to kontynuacja dzieła Ducha Świętego”[19].

Jednocześnie – niejako dla równowagi - warto stwierdzić, że grupa polityczna Znak silnie akcentowała swą apolityczność i wyjątkowość, która zdejmowała z niej niejako ciężar współpracy z reżymem. Przykładem takiej postawy był Jerzy Zawieyski. Janusz Zabłocki pisał o takiej postawie niezwykle krytycznie: „Zawieyski chciał uprawiać politykę profetycznie. Chciał ją sprowadzić do takiego właśnie bezinteresownego świadectwa osobistego, poprzez które – nie oglądając się  na jego doraźną skuteczność, a nawet przyjmując ryzyko taktycznych niepowodzeń – dokonywałby potwierdzenia zasadniczych, nadrzędnych wartości, zagrożonych z różnych stron”. W postawie tej odwoływał się do pism Emanuela Mounier oraz postaw Gandhiego, czy Martina Luther Kinga. O pułapkach tego rodzaju postawy pisał Janusz Zabłocki pytając „czy aby funkcję taką sprawować, prorok musi łączyć ją koniecznie z mandatem w Sejmie czy Radzie Państwa albo przywództwem ruchu politycznego ? (…) Taka zaś sprzeczność między odżegnywaniem się w pryncypialnych deklaracjach od polityki przy równoczesnym uprawianiu (bo jakże można inaczej) własnej taktyki na co dzień, prowadzić musi do podejrzenia, które dla autorytetu „proroka” jest mordercze: podejrzenia hipokryzji” [20]. Zabłocki podkreśla, że wobec Zawieyskiego zarzut taki jest niesprawiedliwy, wysuwa jednak krytyczną sugestię, iż postawa Zawieyskiego sprzeniewierzała się powołaniu polityka.

Sprawa ta była jednak właściwością nie tylko Zawieyskiego lecz także szerszej grupy „Fakt, że wysuwamy kilku kandydatów do Sejmu nie oznacza bynajmniej, (…) że przekształcamy się w grupę polityczną. (…) Nasze cele pozostały te same -są to zadania pojętej bardzo szeroko pracy kulturalnej, moralnej i wychowawczej. Ale pracy tej nie możemy ujmować w kategoriach oderwanych od  konkretnej sytuacji ogólnej i od szczegółowych zadań które przed nami stanęły”[21].

Oczywiście sam Kisiel był w swych poglądach bardziej „polityczny” i „realistyczny”, a zarazem bezkompromisowy, choć trudno uznać, że posiadał stałą i niezmienną wizję tego, czym jest PRL. Elementem niezmiennym, aż po rok 1989 był prymat czynnika geopolitycznego nad wszystkimi innymi. „Zważywszy na nasze położenie geograficzne – pisał w 1956 na łamach Tygodnika – między Rosją a Niemcami, zważywszy jak najbardziej żywotne interesy Rosji w NRD, zważywszy wreszcie ogólną sytuację polityczno-strategiczną Europy i świata stwierdzić trzeba, że każda próba ze strony Polski oderwania się od Rosji, od bloku wschodniego i od idei oraz haseł socjalizmu powoduje groźbę rosyjskiej interwencji u nas, co postawiłoby nas w sytuacji Węgier”. Kisielewski uważa zatem, że wbrew uzasadnionym oporom psychicznym i stosunkowi do marksizmu Polacy powinni zaakceptować sojusz z ZSRR i rządy Gomułki[22]. W tym samym okresie wyłożył własną formułę realizmu pisząc: „Wyznaję dewizę Malraux, że w polityce mówienie nie o tym co może być, ale o tym, co powinno być, jest zbrodnią. Dlatego też w obecnej sytuacji historycznej jedyną drogą rozwiązania polskiego dramatu ekonomicznego staje się droga zakreślona przez Władysława Gomułkę: droga przekształcania naszego modelu społeczno gospodarczego w kierunku zaspokojenia rozbudzonych niewątpliwie w poprzednim okresie konsumpcyjnych i inwestycyjnych potrzeb naszego zbiorowiska”[23]. Można powiedzieć też, że dla Kisielewskiego najgorszym niebezpieczeństwem byłaby likwidacja polskich urządzeń państwowych. Nawet jednak te które były – warto było chronić i obracać w jak największym stopniu na pożytek narodowy.

Polityka koła poselskiego „Znak” szła zatem nie tylko po linii zimnego realizmu, ale wprost po linii złudzeń. Jej apogeum przypada na lata sześćdziesiąte, a szczególnie dotkliwym przykładem jest przygotowana przez Stanisława Stommę, Tadeusza Mazowieckiego i Stefana Wilkanowicza „Opinia” na temat możliwości uregulowania stosunków państwo - Kościół poprzez przywrócenie stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską. Wysunięcie takich sugestii bez jakiegokolwiek uzgodnienia, czy choćby powiadomienia czynników kościelnych było nie tylko drastycznym - jak na czasy PRL - brakiem lojalności, ale wprost uznaniem, że ostrożna i nieufne postawa prymasa Wyszyńskiego jest dowodem nie tyle realizmu, lecz swego rodzaju przeceniania roli i możliwości, jakimi się dysponuje.

Trudno też wskazać przyczyny chwiejnej i niewyraźnej postawy koła poselskiego w sprawie listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, czy stanowisko w sprawie represji, jakie spadły na Kościół przy okazji obchodów Millennium. Można powiedzieć, że polityka daleko posuniętej ostrożności w zakresie obrony Kościoła i praw katolików święciła triumfy. Wkrótce miało jednak dojść do faktów, które doprowadziły „Znak” do porzucenia polityki ostrożnej, na rzecz polityki gestu.

 

Droga ku opozycji

 

Przełomowym rokiem w historii ruchu Znak, będzie z pewnością 1968. Zajęcie ostrego stanowiska w kwestii brutalności milicji w wypadkach 8 i 9 marca było nie tylko aktem odwagi, którego zabrakło np. w kwestiach związanych z represjami podczas obchodów milenijnych, ale także gestem grupy, która z pewnością pozbyła się złudzeń, co do perspektyw polityki realistycznej. Stanowisko w sprawie wypadków marcowych zbliżyło też bardzo grupę „Tygodnika” z lewicowymi dysydentami, którzy potem na długo stać się mieli ich sojusznikami.

Po interwencji w Czechosłowacji - jak wspomina Stomma - koło Znak rozważało nawet złożenie mandatów, ale skończyło się na przykrej rozmowie z Kliszką. A sam Stomma miał w Sejmie spędzić jeszcze dwie kadencje. Żakowski tłumaczy Stommę pisząc, że trzymały go tam marzenia. Wydaje się, że raczej niepewność, obawa przed ryzykiem samotnego konfliktu z władzą. Zerwana została nić porozumienia z władzą oparta na dość daleko posuniętej lojalności politycznej koła poselskiego Znak. Ale od owego zerwania do postawy opozycyjnej była jeszcze długa droga. Fazę tę można nazwać - czytając pamiętnik Ksiela - okresem „czarnego realizmu”. Bez złudzeń co do możliwej ewolucji systemu, ale także bez nadziei na aktywniejszą rolę społeczeństwa i możliwość uprawiania jakichś form zewnętrznej presji i opozycji.

Następny krok grupa Znaku uczyniła w roku 1976. Po pierwsze ze względu na fakt wstrzymania się od głosu Stommy w głosowaniu nad poprawkami do Konstytucji, na pozbawienie go mandatu w następnej kadencji i przejęcie całej reprezentacji parlamentarnej przez grupę Zabłockiego. Ponadto od roku 1976 datuje się współpraca środowisk znakowskich z opozycją demokratyczną. Współpraca,  co przyznaje nawet Żakowski, pełna ostrożności i obaw[24], towarzyszących gestom symbolicznego wsparcia dla opozycji. W tym okresie realizm sprowadza się już tylko do ochrony instytucji, nie wiąże się z nadzieją pozytywnej ewolucji władz lecz z przekonaniem, że warto chronić kluby i wydawnictwa. Znacznie odważniejsze jest w tym okresie środowisko „Więzi” i część warszawskiego KIK. Nie przypadkowo zaowocuje to później znaczącą rolą ludzi z ul. Kopernika w tworzeniu „Solidarności”. Wysoka pozycja, jaką w związku tym zdobył Tadeusz Mazowiecki, zaowocowała po latach misją utworzenia pierwszego niekomunistycznego rządu.

Przyczyn odmienności postawy Mazowieckiego można szukać zarówno w biografii, jak i w poszukiwaniach ideologicznych. Po pierwsze - wspomnienie własnej aktywności w Stowarzyszeniu „Pax” mogło ciążyć jak wyrzut sumienia i prowadzić do działań odważniejszych i bezkompromisowych. Po drugie - wśród bohaterów wymienianych w jego publicystyce[25] - trudno znaleźć, jak u Stommy, polskich realistów, a ich miejsce zajmują katoliccy radykałowie z pierwszej połowy XX wieku. Realizm Mazowieckiego jest raczej pragmatyzmem, brakiem złudzeń, co do intencji władz. Jego system wartości jest z kolei w naturalny sposób bliższy - niż krakowsko-tygodnikowy - laickiej i lewicowej opozycji, z którą potrafi wypracować istotną koncepcję legalizmu praw człowieka, jako uzasadnienia dla działań przed rokiem 1980.

Przed rokiem 1980 realizm staje się już tylko ostrożnością. W latach 1980-81 przybiera nowe zupełnie odmienne oblicze, oznacza nawoływanie „Solidarności” do umiaru i związany jest z nierozstrzygalną historycznie dyskusją, czy ówczesny „karnawał” mógł zakończyć się inaczej niż demonstracją siły.

Po 13 Grudnia Tygodnik Powszechny poszedł jeszcze dalej, przybrał żałobne szaty, stał się pismem moralnej kontestacji systemu, pismem idącym pod sztandarem niepogodzenia się z realiami. Co więcej – niechętnym okiem patrzącym na kontynuatorów realizmu – zwłaszcza w kręgach kościelnych. Tygodnik poddał się „moralnym przewartościowaniom” jakim uległa po Sierpniu istotna część polskiej inteligencji, która odrzuciła powszechną dotąd praktykę angażowania się w oficjalne struktury polityczne, a dokonawszy tego z niezwykłym krytycyzmem traktowała to, co sama stosunkowo niedawno czyniła. Owa pryncypialność – momentami nieznośna i groteskowa – miała swoje uzasadnienie moralne (w poczuciu odzyskania wspólnoty obywatelskiej i narodowej, wobec której winni jesteśmy lojalność) i psychologiczne (streszczające się w prawdzie, iż neofici są najpobożniejsi). W swej skrajnej postaci, obecnej w publicystyce lat osiemdziesiątych negowała nie tylko tradycyjny realizm epoki PRL, ale także inne formy politycznej kalkulacji, postulując

Obrońcy postawy realistycznej - jak choćby profesor Stomma - nie znajdą już oparcia w „Tygodniku” i rozpoczną tworzenie nurtu realistycznego w oparciu o inne środowiska polityczne. W latach osiemdziesiątych zresztą Tygodnik przestawał istnieć jako środowisko polityczne. Odgrywał – i w pierwszych latach Trzeciej Rzeczypospolitej – miał odgrywać nadal rolę wpływowego środowiska towarzyskiego i intelektualnego, które nobilitowało i które lansowało własne punkty widzenia.

 

Zamknięta tradycja myślenia

 

Historia „Tygodnika” w powojennym półwieczu jest zatem nie tyle historią ważnych tez z zakresu myśli politycznej. W tej sferze koncepcje wysuwane przez głównych ideologów środowiska - Stommę czy Kisielewskiego - można uznać za realistyczne poprzez historyczne nawiązania, a nie przez to, że stanowiły rzeczywistą podstawę podejmowanych działań.

Formuła Koła Poselskiego „Znak” była mało efektywną formułą „realizmu kolaboracyjnego”, a wszystkie argumenty podawane w jej obronie - deklaracja z 1968 roku, wstrzymanie się od poparcia poprawek do konstytucji z 1976 r. - należą raczej do demonstracji „romantycznych gestów”. Poważniejszym uzasadnieniem działań środowiska - a zatem także klubów i wydawnictw - byłby „realizm oporu”, który zapewne ożywiał tych, którzy byli nieufni w stosunku do obietnic władzy i sensu działania w strukturach PRL. Ten realizm nie ma jednak równie silnej eksplikacji w tekstach - po części tylko z powodów cenzuralnych, gdyż emigracyjne wypowiedzi Kisiela (na łamach „Kultury”) byłyby tu znakomitą okazją do wypowiedzenie takiego stanowiska.

Lata 1976-1981 pokazały dobitnie, że realizm oporu jest postawą, która ma w środowisku „Znak” wielu zwolenników (by wymienić choćby postać redaktora naczelnego „Znaku” Bohdana Cywińskiego), co więcej, że grono to powiększa się. W latach siedemdziesiątych nie przeciwstawiano mu zresztą żadnych - poza ostrożnością - poważnych argumentów. W następnej dekadzie doszło do wyraźnego rozejścia się postaw realistycznych z romantycznymi. „Tygodnik” jako pismo stanął w szeregu obrońców politycznego romantyzmu.

Ze środowiska tego wyszło po roku 1989 kilku polityków, nie wyłoniła się jednak żadna szkoła myślenia politycznego. Można zadać pytanie, czy koncepcje realizmu (neopozytywizmu) były tylko uzasadnieniem, racjonalizacją przyjętych z innych pobudek postaw politycznych, czy też miały w wartość samoistną, czy były tylko eleganckim uzasadnieniem politycznej ostrożności, czy może stanowiły konieczny w każdym działaniu społecznym kod wspólnych pojęć ? Rozbieżności między słowem pisanym a wspomnieniami i dziennikami wskazują na to, że „realizm kolaboracyjny” był doktryną powierzchowną i skonstruowaną przede wszystkim na potrzeby politycznego działania części środowiska. Jego niekwestionowane dokonania nie należą natomiast do sfery politycznej, lecz do sfery kultury.



[1] Jacek Żakowski, Pół wieku pod włos, czyli życie codzienne „Tygodnika Powszechnego” w czasach heroicznych, Kraków 1999; Robert Jarocki, Czterdzieści pięć lat w opozycji (o ludziach „Tygodnika Powszechnego”), Kraków 1990.

[2] Stanisław Murzański, Wśród łopotu sztandarów rewolucji. Rzecz o „katolewicy” 1945-1989, Kraków 1998.

[3] Zob. Stanisław Stomma, Trudne lekcje historii, Kraków 1998; Stefan Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1998.

[4] Jacek Żakowski, op. cit., s. 42.

[5] Andrzej Micewski, Postawy i poglądy. Z doświadczeń ideowych dwudziestopięciolecia, Warszawa 1970, s. 57.

[6] Stanisław Kutrzeba, Jak to było w Moskwie, „Tygodnik Powszechny” 1945 nr 16.

[7] Stefan Kisielewski, O co właściwie chodzi ?, „Tygodnik Solidarność” 28 lipca 1989.

[8] Andrzej Friszke, Opozycja polityczna w PRL 1945-1980, Londyn 1994, s. 194.

[9] Stanisław Stomma, Maksymalne i minimalne tendencje społeczne katolików, „Znak” 1946 nr 3, s. 257-275.

[10] Antoni Gołubiew, Dlaczego bierzemy udział …, op. cit.

[11] Zespół „Tygodnika Powszechnego”, Październik i styczeń, „Tygodnik Powszechny” 3 lutego 1957.

[12] Stanisław Stomma, Idea i siła, „Tygodnik Powszechny” 25 grudnia 1956.

[13] Zespół „Tygodnika Powszechnego”, Październik i styczeń….

[14] Stanisław Stomma, Pozytywizm od strony moralnej, „Tygodnik Powszechny” 14 kwietnia 1957.

[15] Ibidem.

[16] Wybory [artykuł redakcyjny na pierwszej kolumnie], „Tygodnik Powszechny” 20 stycznia 1957.

[17] Rozmowa ze Stefanem Kisielewskim, „Kultura” 1957 nr 6, s. 33.

[18] Stefan Kisielewski, Czy geopolityka straciła znaczenie?, „Res Publica” 1979 nr 1, cyt za: Stefan Kisielewski, Wołanie na Puszczy, Warszawa 1997, dalej jako WnP 60-61.

[19] Tamże.

[20] Janusz Zabłocki, Zawieyski jakiego znałem, „Chrześcijanin w świecie” 1982 nr 8, s.96.

[21] Antoni Gołubiew, Dlaczego bierzemy udział w sprawach politycznych ?, „Tygodnik Powszechny” 13 stycznia 1957.

[22] Stefan Kisielewski, Czy neopozytywizm ?, „Tygodnik Powszechny” 25 grudnia 1956.

[23] Stefan Kisielewski, Dramat ekonomiczny, „Tygodnik Powszechny” 13 stycznia 1957.

[24] Żakowski, op.cit., s. 82-85.

[25] Mowa tu przede wszystkim o zbiorze Rozdroża i wartości, Warszawa 1970.

Najnowsze artykuły

Przegrana Francji i przyszłość Europy

Walerian Kalinka

Data dodania: 2017-07-26

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13