Artykuł
Kilka słów o doczesnej władzy papieża
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Pierwodruk:  Kraków 1866.

 

Jaki jest cel niniejszego pisemka.

                  I.                        Czy Papież jako Głowa Kościoła potrzebuje władzy doczesnej?

              II.                        Jeżeli Papież potrzebuje państwa doczesnego dla zachowania swojej niepodległości w zarządzie duchownym Kościoła, czy nie dość byłoby na to, aby posiadał same miasto Rzym bez innych prowincji?

           III.                        Czy nie lepiej byłoby, żeby Papież w miejscu państwa doczesnego miał zapewnioną od dworów katolickich roczną daninę odpowiednią do potrzeb Jego godności?

           IV.                        Co to jest w Osobie Papieża przywilej pierwszeństwa? (Primatus honoris)

               V.                        Więc nie można być dobrym katolikiem, będąc zdania, że Papieżowi niepotrzebne doczesne państwo?

           VI.                        Papieże obchodzili się bez państwa doczesnego przez osiem wieków; dlaczegóż i teraz obejść się bez tego nie mogli?

        VII.                        Czyżby dziś nastąpić miało coś podobnego, gdyby Papież wyzuty został z posiadłości doczesnych?

    VIII.                        Dlaczegóż Papież nie przeprowadzi reform potrzebnych w jego kraju, co by wszystko pogodziło?

           IX.                        Że osobie Piusa IX nie ma nic do zarzucenia o tym nikt nie wątpi; ale dlaczegóż ministrom rządzącym Państwem Kościelnym tak wiele błędów zarzucają?

               X.                        Czy Papieżowi godzi się wojnę prowadzić?

           XI.                        Jeśli tak się rzeczy mają, cóż więc jest przyczyną, że tak powszechnie powstają na władzę doczesną Papieża?

        XII.                        Zdaje się, że większa część przeciwników doczesnej władzy Papieża nie tylko z powyższych przyczyn powstaje na nią, jak raczej z przekonania, że władza ta z charakterem jego duchownym zgodzić się nie może.

 

Jaki jest cel niniejszego pisemka

 

Stolica Apostolska zagrożona jest w swoich posiadłościach doczesnych. Najbogatsze prowincje, należące do państwa kościelnego, już oderwane od niego zostały, i widocznym jest zamiar rewolucyjnej partii włoskiej wyzuć Papieża z reszty posiadanego przez niego kraju.

Kwestia ta zajmuje bardzo żywo świat cały; co łatwo zrozumieć, bo idzie tam o sprawę tyczącą się Kościoła, to jest społeczeństwa złożonego z przeszło dwustu milionów ludzi rozrzuconych po całej ziemi.

Lecz skądże pomiędzy katolikami najsprzeczniejsze o całej tej sprawie napotykają się zdania? I gdy Ojciec święty Pius IX[1] z mężną nieugiętością obstając przy swoich prawach i piędzi ziemi, będącej własnością całego Kościoła, ustąpić nie ma zamiaru, gdy całego świata biskupi już to pasterskimi odezwami swoimi, już wydawanymi w tej materii pismami, najgorliwiej popierają sprawę Jego posiadłości doczesnych, skąd się dzieje, że są katolicy, a przynajmniej katolikami się mianujący, którzy zupełnie przeciwnego w tej mierze trzymają się zdania? Jedni jawniej, drudzy skryciej – ci wręcz i bez ogródki, inni znowu z udaną dla osoby Papieża względnością, powstają na doczesną Jego władzę, i należą do liczby wyraźnych i najzawziętszych tej władzy przeciwników.

Zdaje się, iż wielu czyni to z niedokładnego rozpoznania tej bez wątpienia najważniejszej w dzisiejszych czasach kwestii. – Rozczytując się w pismach publicznych, będących tylko głosem partii przeciwnej doczesnej władzy Papieża, uprzedzony i stronny sąd mają o wszystkim.

Celem niniejszego pisemka jest, nie wdając się wcale w rozprawy z niewierzącymi, z niekatolikami (bo tych łatwo pojmuje się zawziętość na doczesną władzę Papieży), przedstawić katolikom, a katolikom szczerym i prawowiernym, we właściwym świetle tę wielką dzisiejszą sprawę.

 

I.

Czy Papież jako Głowa Kościoła potrzebuje władzy doczesnej?

 

Papież jako głowa Kościoła podwójny posiada w osobie swojej przywilej: jeden tak nazwany przywilej władzy (jurisdictionis), drugi przywilej pierwszeństwa (honoris). To znaczy: że Papież jako Zastępca Chrystusa Pana na ziemi najprzód ma najwyższą władzę w zarządzie duchownym całego Kościoła; a po wtóre, zajmuje stąd najwyższe i najpierwsze miejsce w hierarchii Kościoła.

Z powodu obydwóch tych przywilejów, potrzebna Mu jest posiadłość doczesna, a w obecnych czasach nie inna, jak posiadłość monarchiczna, władza panującego.

Zobaczmy naprzód, dlaczego posiadłość doczesna, władza panującego, potrzebna Mu jest do zachowania i swobodnego używania przywileju najwyższej Jego władzy duchownej (jurisdictionis).

Gdyby Papież nie miał państwa doczesnego, gdyby nie był panującym, byłby poddanym monarchy lub jakiejkolwiek władzy rządowej, istniejącej w miejscu, gdzie by On przebywał. Czyż trudno zrozumieć, jak w takim razie władza Jego duchowna, na świat cały rozciągająca się, wielce by na tym ucierpieć musiała? Wprawdzie byłaby ona zawsze tą samą, zupełną w swojej zasadzie, od wszelkiej ludzkiej potęgi niezawisłą władzą, jako od samego Chrystusa Pana Piotrowi i Jego następcom daną. Lecz patrzmy, ile by z wyzucia tej władzy z doczesnego panowania najzgubniejszych wypłynęło następstw.

Naprzód, gdyby Papież był poddanym jakiegokolwiek monarchy, ileż razy różne rozporządzenia i postanowienia Jego, tyczące się całego Kościoła, traciłyby na koniecznej dla takowych rozporządzeń i postanowień powadze? Jak bowiem łatwo, jak często przypuszczano by, że rozporządzenia te wydane zostały pod wpływem i naciskiem panującego, w którego kraju nie tylko by Papież przebywał, lecz oraz był jego poddanym?

Po wtóre, tenże panujący, w razie gdyby chodziło o jego własny interes, jakżeby łatwo mógł użyć środków najsilniejszych, aby wpływać na decyzje Papieża w celu zrobienia ich sobie sprzyjającymi? W każdym razie jakżeby mu łatwo było opóźnić albo zupełnie wstrzymać bulle papieskie, rozporządzenia, odezwy Jego i wszelkie stosunki z Biskupami całego świata, z wszystkimi wiernymi? Słowem jakżeby łatwo było panującemu, którego poddanym byłby Papież, zamknąć Mu usta, ile by razy chciał się odezwać do wszystkich wiernych; związać Mu ręce w zarządzie Kościoła i bez uderzającego gwałtu i przemocy odciąć go od reszty całego świata? Widzimy jak wykonywanie, owszem samo ogłoszenie różnych bulli i najważniejszych postanowień i rozporządzeń papieskich, bywa utrudzone w krajach niektórych i pewnych wypadkach, kiedy rządy miejscowe są im przeciwne; ale przynajmniej dopóki Papież nie ulega żadnemu rządowi w miejscu, gdzie przebywa, i nie jest żadnego monarchy poddanym, może bez żadnej przeszkody i nacisku takowe rozporządzenia wydawać. Gdyby nie miał państwa doczesnego, a podlegał władzy innego monarchy, wtenczas samo wydawanie bulli i różnych postanowień tyczących się całego Kościoła, w samym źródle swoim, byłoby narażone na podobne trudności, a często i na formalną niemożność, jakie napotyka ich ogłoszenie w różnych obcych państwach. Papież często byłby w niemożności wydawania takowych, to jest: nie przestając być Papieżem i nie przestając być Głową Kościoła, nie mógłby nim rządzić. Posiadałby zawsze swoją najwyższą władzę duchowną, ale by jej nie mógł używać i wykonywać swobodnie. Kościół istniałby zawsze, ale z niezmiernie utrudzoną możnością znoszenia się z swoją Głową widzialną. Wierni byliby podobni do rodziny, która wprawdzie miałaby ojca, ale przebywającego a często i umyślnie od nich odciętego w obcym i nieprzyjaznym kraju.

Papież, dalej w wypadkach łatwo się zdarzających, charakteru swojego powszechnego biskupstwa z obowiązkami biskupa państwa, którego byłby poddanym, żadnym sposobem pogodzić by nie mógł. Przypuśćmy na przykład, że Rzym dostałby się, co dziś nietrudno przypuścić, pod panowanie Piemontu; i gdyby to państwo, co też dzisiaj niepodobieństwem nie jest, przyszło do wojny z Francją. Papież jako poddany piemoncki w krajach do tego państwa należących, nakazałby modlitwy na uproszenie błogosławieństwa wojskom swojego monarchy. Biskupi francuscy z swej strony modlić by się kazali za pomyślność oręża swoich współrodaków. A tak – rozporządzenia biskupów z rozporządzeniem Papieża, to jest rozporządzenie podwładnych z rozporządzeniem Tego, który najwyższą piastuje władzę – znalazłyby się w najoczywistszym przeciwieństwie. Jak w tej okoliczności, tak i w wielu podobnych, a jeszcze ważniejszych, z samej natury tak zawisłego położenia, Papież w użyciu swojej najwyższej władzy duchownej napotykałby ciągłe i wielkie przeszkody.

„Powaga Papieży nigdy nie byłaby tak wielką, gdyby On przebywał w kraju do Niego nienależącym; gdyby obok Niego znajdował się obcy rząd świecki. Szanujmy Jego władzę duchowną, nie posądzajmy ją o stronność, dla tego właśnie, że Papież nie przebywa ani w Paryżu, ani w Wiedniu, ani w Madrycie, ani w żadnym nam nieprzyjaznym kraju, lecz w swoim starożytnym Rzymie, z którego najłatwiej Mu na równej szali rozważać sprawy całego świata. Długie wieki składały się, aby przyjść do tego i doskonale się to ułożyło. Nic stosowniejszego, nic mędrszego nie można było wynaleźć, dla rządzenia duszami” – tak się wyrażał Napoleon I[2], który przecież nie był fanatykiem.

 

II.

Jeżeli Papież potrzebuje państwa doczesnego dla zachowania niepodległości w zarządzie duchownym Kościoła, czy nie dość byłoby na to, aby posiadał samo miasto Rzym bez innych prowincji?

 

Taką wątpliwość można by roztrząsać wtedy, gdyby dziś Papież nic nie posiadał i gdyby chodziło o to, czy go obdarzyć większą lub mniejszą posiadłością. Lecz gdy dotąd zostawał On w posiadaniu państwa złożonego nie tylko z miasta Rzymu, ale i z niektórych innych do niego należących prowincji, zatem kwestię tak wypada postawić: czy nie lepiej by było, żeby Papież w obecnych okolicznościach zrzekł się władzy nad prowincjami państwa kościelnego i ograniczył się do posiadania samego Rzymu?

Tego Papież uczynić nie może, bo ani by to było z korzyścią Kościoła, ani się to Papieżowi godzi.

Nie godzi się z następnych powodów:

1) Bo tak jak samo miasto Rzym, tak i wszystkie prowincje do niego należące nie są osobistą własnością Papieża, ani jakowej panującej dynastii, ani nawet narodu tam zamieszkałego – ale są własnością Kościoła całego, są dziedzictwem kilkuset milionów katolików, w których imieniu i z których uznaniem król Pepin[3] i Karol Wielki[4], obdarzając nią Papieży, obdarzyli nią cały Kościół, a nie osobę tego lub owego Papieża. Żaden Papież nie ma prawa naruszać, uszczuplać, odstępować, oddawać lub darować komukolwiek tę posiadłość, bo ona żadnemu osobiście nie była daną na własność, lecz dla potrzeby Kościoła Powszechnego Głowie jego widomej powierzoną została.

Państwo Kościelne jest zupełnie tym dla Papieża, czym są grunty lub wioska, należąca do plebanii dla proboszcza. Państwo Kościelne jest uposażeniem przez cały świat katolicki najwyższego Pasterza – najwyższego Proboszcza. Są to grunta plebańskie, należące do probostwa świata całego. Jak nie wolno żadnemu proboszczowi alienować, naruszać własność parafialnego kościoła; jak każdego proboszcza świętym i ścisłym jest obowiązkiem bronić jej i w całości następcom swoim dochować; tak podobnież, tylko na większą skalę, a więc jeszcze ściślejszym jest obowiązkiem każdego Papieża nic nie uronić z własności do Kościoła Powszechnego należącej, i tym świętszą powinnością bronić jej mężnie i następcy swojemu nietykalną przekazać.

2) Papież musi bronić całości Państwa Kościelnego, bo wstępując na Stolicę Apostolską zobowiązał się do tego pod przysięgą. Jak monarchowie konstytucyjni przy wstąpieniu na tron przysięgają narodowi dochowanie konstytucji kraju ich rządom powierzonego, tak Papieże wstępując na Stolicę Apostolską, najuroczystszą przysięgą zobowiązują się wobec dwustu milionów katolików strzec, bronić i nietykalną dochować całość Państwa Kościelnego, z kolei im tylko powierzoną.

3) Papież musi stawiać opór niesprawiedliwemu i gwałtownemu zaborowi pewnych części swojego kraju, bo gdyby tego nie czynił w obecnych okolicznościach, kiedy one przez intrygi obcego nieprzyjaznego mocarstwa wydarte Mu zostały, uchwalałby, upoważniałby prawo mocniejszego z zapoznaniem wszelkiej sprawiedliwości. W obecnej bowiem kwestii posiadłości doczesnych Papieża chodzi nie tyle o terytorium, nie tyle o stratę najbogatszych prowincji, ile o pewną najprzewrotniejszą i najzgubniejszą zasadę. Papież musi w obecnych okolicznościach, bardziej niżeli kiedykolwiek starać się wszelkimi sposobami o odzyskanie wydartych Mu krajów, gdyż inaczej uznawałby on przewrotną zasadę tak dziś zwaną czynu dokonanego, według której czyny najhaniebniejszej polityki dałyby się usprawiedliwić. Przyjąć taką zasadę, a zgadzając się na nią, tym samym ją usankcjonować, nie godziłoby się Papieżowi nawet jako tylko sumiennemu monarsze, a tym bardziej jako Najwyższemu Stróżowi wszelkiej sprawiedliwości i moralności prywatnej i społecznej.

Biada i stokroć biada byłaby światu całemu, a szczególniej biada na zawsze gwałtem ujarzmionym i ciemiężonym narodowościom, gdyby występująca dziś na pole teorii społecznych zasada czynu dokonanego (fait accompli) miała usprawiedliwiać wszelkie polityczne zabory i gwałty, i stała się jedynym źródłem wszelkiej legalności. Papież więcej jak ktokolwiek inny walczyć musi przeciw takowej zasadzie, tymczasem on by ją uprawnił, gdyby przeciw oderwaniu swoich prowincji, dlatego tylko, że się ono stało czynem dokonanym, nie protestował wszelkimi środkami. Z tych więc wszystkich powodów żadnym sposobem nie godzi się Papieżowi pozwolić na zmniejszenie posiadłości Kościoła.

Czy by to przynajmniej było lepiej, czy by to było z korzyścią dla Jego władzy duchownej? Żadną miarą, a to znowu z powodów następujących:

Nie masz wątpliwości, że posiadanie państwa doczesnego obarcza Papieża zajęciami i obowiązkami, od których byłby wolnym, gdyby takowego państwa nie posiadał. Lecz gdy jak widzieliśmy powyżej, dla zachowania niepodległości Jego władzy duchownej państwo doczesne udzielne jest niezbędnym, zatem pomimo spływających stąd na Niego ciężarów, dobro Kościoła powszechnego wymaga, aby to państwo posiadał. Lecz gdyby państwo dotąd przez Kościół posiadane uszczuplić, albo w końcu ograniczyć do terytorium samego Rzymu, zajęcia i obowiązki około rządzenia taką posiadłością nie tylko i w takim razie byłyby równie kłopotliwe, ale nawet, jak to bywa w zbyt małych udzielnych państwach, zostałyby narażone na większe jeszcze trudności. Wtenczas Papież pod względem ulgi w zarządzie doczesnym nie doznałby żadnej, a niezależność potrzebna do rządu duchownego dostatecznie zabezpieczoną by nie była.

Państwo Kościelne w takich nawet rozmiarach, w jakich dotąd zostawało, było już zaledwie wystarczającym, aby Państwo udzielne stanowić mogło. Odjąwszy mu prowincje najbogatsze, jakimi są legacje już przemocą obcą oderwane, postawiłoby się Papieża w położeniu, w którym jako monarcha doczesny przy reszcie posiadłości z trudnością mógłby się obstać, a jako Głowa Kościoła nie znalazłby w takim posiadaniu dostatecznych warunków niezależności, o którą tu jedynie chodzi.

Nie dość jest bowiem, aby Papież posiadał takie tylko państwo, z którego mógł siebie i dwór swój utrzymać na jak najskromniejszej stopie panującego, co zresztą wszyscy Papieże czynili, a co szczególniej najściślej zachowuje Pius IX. Lecz nadto potrzeba, aby Papież był w możności łożyć na wszelkie koszta, jakie pociąga koniecznie za sobą załatwienie najważniejszych spraw Kościoła i utrzymanie niezbędnych a rozlicznych do rządzenia nim instytucji. Zakład propagandy, trudniący się rozesłaniem misjonarzy do wszystkich krajów niewiernych i utrzymujący ich tam swoim kosztem; różne kongregacje złożone z kardynałów i najwyższych dostojników kościelnych, przeznaczone i niezbędne do załatwiania wszelkiego rodzaju spraw duchownych, z całego świata do Rzymu się odnoszących; utrzymywanie na przyzwoitej stopie nuncjatur, to jest reprezentantów władzy kościelnej przy dworach zagranicznych; wszystkie podobne zakłady, bez których w obecnym stanie rzeczy Kościół wpływu swojego i stosunków z wiernymi całego świata zachować by nie mógł – wszystko to wymaga niezbędnych kosztów, na które dochody Państwa Kościelnego, jakie dotąd istniało, zaledwie wystarczyć mogły. Z drugiej strony utrzymanie dobroczynnych i miłosiernych zakładów, z liczbą których dziś istniejących w Państwie Kościelnym żadne inne państwo porównać się nie może, a które z samej istoty rzeczy w Państwie Kościelnym w większej nierównie ilości i kosztowniej utrzymane być powinny; dochowanie w odpowiednim stanie mnóstwa najbogatszych w świecie kościołów i wszelkiego rodzaju najszacowniejszych zabytków chrześcijańskich, których Rzym i całe Państwo Kościelne jest pełne i być nim powinno; na koniec okazałość obrządków kościelnych, których świątynie owe wymagają istniejąc w miejscu, gdzie te obrzędy spełnia Najwyższy Pasterz; wszystko to znacznych wymagające środków materialnych, stawia Papieża w niemożności obejścia się mniejszą posiadłością doczesną jak jest ta, którą go od tylu wieków, z powyżej wyliczonych powodów, roztropna i oględna pobożność katolicka obdarzyła.

I te to są jedynie przyczyny, nie już samą osobę Papieża, ale dobro i pożytek całego Kościoła obchodzące, dla których Papież przy swojej posiadłości tak obstaje i nietykalności jej broni. Z powyższych uwag łatwo poznać, iż czyni to jedynie dlatego, że inaczej by mu się czynić nie godziło, w innym bowiem stanie rzeczy Kościół wszelkich niezbędnych do swojej niezależności środków byłby pozbawiony.

 

III.

Czy nie lepiej byłoby, żeby Papież w miejscu państwa doczesnego miał zapewnioną od dworów katolickich roczną daninę odpowiednią do potrzeb Jego godności?

 

To jest, mówiąc wyraźniej – czy nie lepiej i stosowniej byłoby, żeby Papież, jako Głowa widzialna Kościoła, jako Zastępca Chrystusa Pana, jako duchowny samowładca kilkuset milionów sumień, a więc i sumień wielu monarchów, wielu panujących, sam nie był panującym, ale został na łaskawej pensji tychże monarchów?

Na to niech odpowie każdy szczery katolik. Niech się poradzi nie tylko swojego rozsądku, ale i swojego serca, swojego uczucia, swojej godności katolickiej.

Papież pensjonowany! Papież opłacany! To jest zastępca Chrystusa Pana, którego tytuł Ojca świętego wpisywałby się w regestra etatowe, obok różnych płatnych sług tego lub owego państwa! Którego imię Namiestnika Boskiego znalazłoby się w końcu w tychże samych rubrykach pomieszczone, w których by figurowało imię mistrza sprawiedliwości, a po prostu kata.

Któż z katolików nie czuje, że ani z dobrem Kościoła, ani z godnością Zastępcy Chrystusa Pana, zgodzić by się to żadnym sposobem nie mogło?

Nie sięgając odleglejszych czasów, za naszej pamięci w przeciągu bieżącego stulecia już trzy razy Papieże wyzuci byli ze swoich doczesnych posiadłości, a za każdym razem przez dwory i ludy katolickie. Gdy więc na takie przejścia narażona była posiadłość Kościoła, ulokowana, że tak powiemy na najpewniejszej hipotece, jaką dotąd była i jest posiadłość ziemi, i to posiadłość monarchiczna, cóż by się z tą własnością Kościoła tak niezbędną dla Jego niezależności stało, gdyby ona z takiej hipoteki podniesiona, zamieniona na roczne alimenty i zależną się stała od dobrej lub złej woli tego lub owego rządu, od większej lub mniejszej przychylności dla osoby Papieża, albo dla całego Kościoła, tego lub owego monarchy. Byłoby to prawdziwie zmarnotrawieniem dziedzictwa kościelnego, wydaniem go na widoczne straty, byle się od naciskających trudności na chwilę uwolnić.

Widzieliśmy, że postawienie Papieża pod obcym rządem, którego byłby poddanym, ujmowałoby powadze i swobodzie Jego postanowień odnoszących się do całego Kościoła i dawałoby często powody do przypuszczania, że Papież zostaje pod wpływem rządu lub monarchy, któremu podlega. Tym łatwiej można by to przypuszczać i tym trudniejsze byłoby pod tym względem Jego położenie, gdyby był pensjonowany od różnych dworów. Wtenczas rządom, na których łasce zostawałaby Stolica Apostolska, najłatwiej byłoby wywierać na nią osobistym interesem powodowany nacisk, ile razy chodziłoby o jakieś właśnie najważniejsze i najżywiej cały świat katolicki obchodzące postanowienia, a z jakichkolwiek bądź przyczyn niedogodne dla jednego z rządów opłacających Papieża. W takich razach zwłoki w wypłacie owych alimentów papieskich, zmniejszenie ich pod różnymi pozorami, a w końcu i zupełne odmówienie, byłyby dzielną bronią w ręku wszystkich władz świeckich ciągle grożących Papieżowi i pozbawiających Go niezbędnej do rządzenia Kościołem niezależności.

Gdyby skutkiem najsmutniejszego zbiegu wypadków Ojciec św. miał być wyzuty z doczesnego państwa, przyjąłby łaskawie pokorną i dobrowolną daninę grosza Piotrowego, przez wszystkich wiernych regularnie czy nieregularnie, w mniejszej czy w większej ilości, z miłością u stóp Jego składaną; lecz na żołdzie dworów obcych, na płacy monarchy chociażby Mu najprzychylniejszego nigdy by zostawać nie chciał. Byli Papieże rybakami, byli i rozdawcami koron; jednych włóczono po rusztowaniach męczeńskich, drudzy deptali karki okrutnych ciemięzców ludów; byli panującymi, bywali i wygnańcami, ale płatnych i pensjonowanych Papieży jeszcze dotąd nie było!

W dzisiejszym stanie rzeczy nie masz kombinacji, nie masz środka, który pozbawiwszy Papiestwo władzy doczesnej, nie naruszyłby z jednej strony niezależności do rządzenia Kościołem niezbędnej, a z drugiej nie uwłaczał Jego wyjątkowej i najwyższej godności.

Odjąć też Papieżowi państwo doczesne, zedrzeć koronę panującego z Jego czcigodnych skroni, wykreślić Go tym sposobem z rzędu tego najwyższego w dzisiejszym porządku politycznym i społecznym zaszczytu, byłoby to znowu uwłaczać wyraźnie drugiemu przywilejowi do Jego osoby przywiązanemu, to jest: przywilejowi pierwszeństwa (honoris).

 

IV.

Co to jest w Osobie Papieża przywilej pierwszeństwa? (Primatus honoris)

 

Jest to przywilej wypływający koniecznie z Jego najwyższej duchownej władzy. Albo raczej jest to nieoddzielna konieczna atrybucja Papieża jako Zastępcy Chrystusa Pana, jako Namiestnika, jako Alter Ego Boskiego.

Na mocy tego przywileju, skutkiem tej atrybucji najwyższego, jaki tylko być może na świecie urzędu, należy się Mu od każdego prawowiernego katolika cześć tak głęboka, poszanowanie tak wielkie, do jakiego żaden inny najwyższy i skądinąd najczcigodniejszy urząd i dostojeństwo w równym stopniu rościć sobie prawa nie może. Żaden bowiem inny na ziemi urząd i dostojeństwo, chociażby najwyższe i ze wszech miar najczcigodniejsze, równać się nie może urzędowi Tego, który w imieniu i w zastępstwie samego Chrystusa Pana sumieniami rządzi i działa z bezpośredniej nominacji samego Boga.

Pytam się: prawowierny katolik możesz nie rozumieć tego, nie uczuć bez żadnego nawet rozumowania, że takiemu urzędowi, takiej godności, jaką jest zastępstwo, namiestnictwo Chrystusa Pana, bez względu nawet na inne konieczności, z samego li tylko względu tej ogromnej preeminencji duchownego urzędu papieskiego nad wszystkie inne ziemskie urzędy, należy Mu się najpierwsze, najbardziej zaszczytne, najdostojniejsze w obecnym społecznym politycznym porządku miejsce?... Chcemy powiedzieć, czy z tego już tylko powodu wyjątkowej czci i poszanowania należnej Boskiej prawdziwie godności Papieża, nie należy Mu się krzesło tronowe, czy mu się nie należy tron? Tron niekoniecznie najpierwszy, niekoniecznie nawet jeden z pierwszych, ale bądź co bądź tron, to jest bądź co bądź, czy nie należy się umieścić Go i utrzymywać w rzędzie, w towarzystwie, które w dzisiejszym porządku świata społecznego jest najpierwszym i najwyższym oraz najbardziej uprzywilejowanym?

Proste bardzo porównanie rzecz tę, już i tak zdaje się zbyt jasną, lepiej jeszcze wytłumaczy.

Gdyby komu z nas wypadło urządzać miejsce, w którym zasiąść mieliby licznie zebrani, między którymi znaleźliby się i monarchowie, przygotowując dla wszystkich siedzenia, dla panujących według wszelkiej przyzwoitości, urządzilibyśmy takowe na wznioślejszym miejscu i odróżnilibyśmy od innych pewną wspaniałością. Gdyby do tak świetnego zgromadzenia wszedł nareszcie Papież, czy miło by było katolikowi, gdyby On nie miał prawa zasiąść pomiędzy umieszczonymi na wzniesionym miejscu? Czy uczucie katolickie nie ucierpiałoby na tym, gdyby Ten, który dla katolika jest Zastępcą Chrystusa Pana, w takowym zewnętrznym objawie swojej godności nie miał prawa należeć do rzędu tych, którzy w ziemskich godnościach pierwsze trzymają miejsca? Czy pomiędzy zasiadającymi na owych krzesłach monarchicznych nie znalazłby się żaden z uczuciem dość katolickim, aby Namiestnikowi Boskiemu ustąpił miejsca, albo który przynajmniej rozkazawszy urządzić podobnież jak sam zajmuje miejsce, na takowym Go posadziłby? Wprawdzie do tego nie zmuszałby żaden dogmat wiary, ale coś, co byśmy nazwali dogmatyczną przyzwoitością, koniecznie by zniewalało.

Obdarzenie Papieży władzą doczesną, obsadzenie ich na tronie doczesnym Państwa Kościelnego, pod tym względem było nie czym innym, jak przypuszczeniem ich osoby do rzędu osób panujących. Było to umieszczenie ich osoby, zaszczyconej przez zastępstwo Chrystusa Pana najwyższą, jaka być może na ziemi godnością, pomiędzy najszczytniejszymi godnościami świata. Rzecz ta nie będąc dogmatem wiary stała się w epokach wiary, w porządku politycznym, koniecznym następstwem dogmatu najwyższej władzy duchownej Papieża, a tym samym i najwyższej Jego godności.

Chcieć przeto dziś strącić Papieża z tronu, chcieć Go wyzuć chociażby tylko z tego świeckiego majestatu, byłoby to wyraźnie uwłaczać zewnętrznej czci należnej Jego osobie z powodu Jego władzy duchownej.

Skąd też pokazuje się, iż być zdania: że lepiej byłoby, aby Papież doczesnego państwa nie posiadał, lubo nie jest herezją, jest atoli bez wątpienia skutkiem i objawem uczuć najwyraźniej niekatolickich.

 

V.

Więc nie można być dobrym katolikiem będąc zdania, że Papieżowi niepotrzebne doczesne państwo?

 

Z tego cośmy wyżej powiedzieli, łatwo na to odpowiedź znaleźć można. Wspomnieliśmy, że konieczność posiadania przez Papieża państwa doczesnego nie należy do prawd dogmatycznych. Ale widzieliśmy także z powyższych uwag, jak dalece od posiadania lub nieposiadania władzy doczesnej zawisła koniecznie niepodległość władzy duchownej Najwyższego Rządcy Kościoła. Widzieliśmy prócz tego, że sama cześć i poszanowanie należące się osobie Zastępcy Chrystusa Pana, wymagają, aby On zaszczycony był godnością panującego. Jakże można być rozsądnym katolikiem, nie pragnąc, aby Głowa Kościoła posiadała wszelkie warunki niezbędne do swobodnego rządzenia Kościołem? I jakże można być pobożnym katolikiem, nie dbając o to, aby Namiestnik Boski na ziemi nie należał przynajmniej do rzędu tych osób, które najszczytniejsze posady ziemskie zajmują?

A będąc katolikiem nierozsądnym i niepobożnym, można się mienić dobrym katolikiem?

Ale przede wszystkim, jak można poczytywać się za dobrego katolika, będąc w sprawie tak ważnej dla Kościoła i dla religii, jak jest sprawa o doczesną władzę Papieża, będąc, mówimy, w sprawie tej zdania wprost przeciwnego zdaniu Papieża, zdaniu biskupów całego świata, zdaniu wszystkich gorliwych i oświeconych katolików, a nawet wielu i niekatolików, którzy powodowani samą siłą rozumu i prawością swoich uczuć, bronią dziś sprawy doczesnej władzy Papieża, jako sprawy z wszelkiego względu i strony najsłuszniejszej?

Wiadomo, że dotąd ani jeden z biskupów katolickich przeciwnej w tej mierze opinii nie objawił; że wszyscy przesłali do stóp Ojca świętego adresy wyrażające ich synowskie współczucie, ich szczególną cześć dla osoby Piusa IX tak mężnie i wytrwale władzy doczesnej Stolicy Apostolskiej broniącego, a wreszcie ich najpokorniejsze prośby i zachęcenia, aby na tej drodze wytrwał. Podobne oświadczenia pospieszyli złożyć u stóp Ojca wszystkich wiernych katolicy wszystkich krajów, zaopatrując je krociem podpisów, wśród których znaleźć można imiona najznakomitsze i najwyżej położonych osób. Co większa, niektóre nawet społeczności protestanckie, bezstronnym jedynie rozsądkiem zapatrujące się na ówczesne wypadki, przesłały Ojcu świętemu jako monarsze tak odważnie i wytrwale praw swojej korony i prawdziwego dobra swoich ludów broniącego, wyrazy swojego najwyższego uwielbienia.

Do tego nie tylko najznakomitsi nauką i świątobliwością duchowni, ale też wielka liczba świeckich, w pisarstwie najpoważniejszym dawno pierwsze zajmujących miejsce, w rozlicznych pismach broni wymownie i uczenie praw doczesnej władzy Papieża. Między owymi obrońcami tej sprawy są imiona najznakomitszych protestantów. Nie cytując wszystkich, dość wspomnieć o takich, jak pp. Guizot[5] i Cousin[6] i Sacy[7].

Słowem, zdaje się, iż w tak wielkiej i tak żywo świat cały obchodzącej kwestii o władzę doczesną Papieża, dwa się uformowały obozy. Do jednego, broniącego tej władzy doczesnej i posiadłości kościelnej, należą wszyscy szczerzy katolicy, a nawet i niekatolicy, byle znakomici rozumem i nauką; – a do drugiego ci wszyscy, którzy ani cechą znamionującą dobrego katolika, ani wyższością rozumu wcale się nie odznaczają.

Lecz mógłby kto powiedzieć, że podzielając wszystkie powyżej wyłuszczone uwagi, dlatego tylko jest w tej mierze przeciwnego przekonania, że według niego, w dzisiejszym stanie rzeczy, to jest w takim położeniu, w jakim dziś znajduje się Kościół, dogodniej byłoby dla Papieża i korzystniej dla całego Kościoła, gdyby Ojciec św. zrzekł się dobrowolnie swojej władzy doczesnej.

Na to zrobimy tylko następujące zapytanie, kto lepiej może ocenić, co w dzisiejszych czasach najkorzystniejszym jest dla Kościoła: czy Papież i sześciuset biskupów na całym świecie istniejących; czy odszczepieńcy, schizmatycy, niedowiarki, socjaliści i wszelkiego rodzaju nieprzyjaciele religii i Kościoła? Naturalnie, że najlepiej i jedynie trafnie ocenić to mogą ci, których dobro Kościoła szczególnie i prawdziwie obchodzi; i którzy najlepiej mogą wiedzieć, czego mu potrzeba. A wiemy przecież, że dziś w całej tej kwestii sam Papież, wszyscy bez wyjątku świata całego biskupi, są za koniecznym i całkowitym utrzymaniem się Piusa IX przy Jego państwie doczesnym, przeciwnie zaś wszyscy protestanci, wszyscy niewierzący i wszelkiego odcienia nieprzyjaciele katolicyzmu, są zdania, żeby władzę doczesną odjąć Papieżom.

Jeśliby więc katolika należącego co do zdania o władzy doczesnej Papieża do liczby tych ostatnich, można nazwać dobrym katolikiem, to by wszystkich biskupów świata całego, a na koniec i samego Papieża, wypadało poczytywać za złych katolików.

Wprawdzie zdarzało się to nieraz, ale w takich razach ci, którzy podobny zarzut robili Papieżowi i biskupom całego świata, sami stawali się albo schizmatykami albo heretykami.

W tej całej kwestii, Papież Namiestnik Pana Jezusa mógłby powtórzyć dzisiaj w całej ścisłości i rozciągłości te jego słowa: „Qui non est mecum, contra me est”. Kto nie jest ze mną, jest przeciw mnie.

Wszakże nie dosyć na tym, iż w obecnych czasach nie zasługiwałby ten na miano dobrego katolika, kto by w sprawie o doczesną władzę Kościoła nie trzymał razem z Papieżem, z powszechnością wszystkich biskupów i z wszystkimi gorliwymi katolikami, ale powiemy nawet, iż dobremu, szczeremu i prawdziwemu katolikowi w sprawie tej obojętnym być się nie godzi.

Bo choćby też, kto nie znał dostatecznie historii Kościoła, choćby też nie był w stanie objąć owego zresztą bardzo prostego rozumowania, przez które z dogmatu władzy duchownej Papieża wywodzi się potrzeba Jego władzy doczesnej, to już samo uczucie, samo serce wiernego syna Kościoła, powinno by wszystkie jego sympatie zwracać w tej chwili do osoby Ojca świętego, – Ojca wszystkich wiernych, w tak bolesnym, w tak trudnym, w tak stanowczym i niebezpiecznym zostającego położeniu.

W czasach, w których Kościół zażywa błogiego pokoju, najgorliwsi katolicy, najbardziej pobożne dusze, pamiętając o Najwyższym Pasterzu w zwyczajnych swoich modlitwach, mogą zresztą nie zaprzątać się, ani się nie troszczyć zbytnio o Jego osobę, i o to wszystko, co się wyjątkowo Jego duchownych rządów tyczy. Lecz w chwilach takiego wzburzenia na Kościół, w jakim my żyjemy, w przejściach tak stanowczych dla Papieża, w których On dla sprawy całego Kościoła wystawiony jest na najbardziej zażarte i najzręczniej kierowane pociski, kiedy Jego ojcowskie serce nurza się w goryczach, jednym z najściślejszych obowiązków każdego prawego katolika, jednym ze znaków gruntownej i żywej wiary, staje się takie względem osoby Papieża usposobienie, takie względem Niego uczucie, że go żadnym innym wyrażeniem określić nie potrafimy, jak nazywając je głęboką czcią, szacunkiem i poświęceniem się dla osoby i godności Papieża. Ta głęboka cześć, szacunek i poświęcenie się w takiej chwili, względem osoby Namiestnika Chrystusowego, było cechą Świętych, w każdej epoce i okoliczności. Lecz w epoce, w której Bóg dopuszcza, aby w Osobie Głowy Kościoła, zagrożony był Kościół cały, w takiej chwili najserdeczniejsze i bezwarunkowe przylgnięcie do sprawy i interesu Stolicy Apostolskiej, silne przejęcie się świętością i ważnością tejże sprawy, jest niezbędniejsze niżeli kiedykolwiek, owszem, jest ono koniecznym warunkiem prawdziwej pobożności, a nawet i samej prawowierności.

Jak w każdych czasach cechą wybraństwa, cechą duszy do szczególnych łask Boskich powołanej, było i będzie nabożeństwo do Matki Bożej, tak w czasach, w których żyjemy, jedną z cech tego rodzaju, obok nabożeństwa do Matki Zbawiciela, jest cześć i poświęcenie się Zastępcy Zbawiciela: dla Ojca Świętego.

To nam przypomina słowa pewnego szanownego zakonnika, który słysząc rozprawiających o powodach dzisiejszej kwestii rzymskiej: „Cóż w tym dziwnego” – wyrzekł – „wieki wiary, wieki pobożności obdarzyły Kościół państwem doczesnym; więc naturalną jest rzeczą, że wieki niewiary, wieki bezbożności, chcą Go z tego ogołocić”.

Nam się zdaje, że w kilku tych słowach zawiera się wszystko, co tylko o tej kwestii i za nią powiedzieć można.

Na koniec zrobimy tu jeszcze dla prawowiernych katolików następującą uwagę: sobory czyli konsylia powszechne, w których zawiera się nieomylność Kościoła, nie zaliczyły wprawdzie do artykułów wiary konieczności posiadania władzy doczesnej przez Papieży. Atoli w takowych konsyliach powszechnych Kościół wsparty Duchem św. po dwakroć wyrzekł, że posiadłości doczesne Stolicy Apostolskiej są rzeczą świętą, bona sacra. A Sobór Trydencki, ostatni z soborów powszechnych, zawyrokował wielką klątwę, ekskomunikę przeciw wszelkiego stopnia i stanu chrześcijaninowi, który czy to sam przez się czy pośrednio przez drugich, śmiałby zagrabiać lub jakimkolwiek sposobem przynosić uszczerbek w posiadłościach Państwa Kościelnego.

Kto przeto chce prawdziwie po katolicku zapatrywać się na wypadki zaszłe obecnie we Włoszech, w wspomnianym wyroku Soboru Trydenckiego znajdzie prawidło, według którego oceniać je winien.

 

VI.

Papieże obchodzili się bez państwa doczesnego przez osiem wieków; dlaczegóż i teraz obejść się bez tego nie mogli?

 

Niedokładnością jest historyczną utrzymywać, jakoby Papieże dopiero w ósmym wieku otrzymali posiadłości doczesne. Jak tylko ustały wielkie prześladowania, jeszcze za Konstantyna Wielkiego[8], Papieże zostali właścicielami Rzymu. Prócz tego mieli zawsze na swoje zawołanie ogromne środki materialne, wystarczające na odpowiednie do ich godności utrzymanie i zapewniające im swobodne sprawowanie zarządu już rozszerzającego się Kościoła.

Przed tą zaś porą, sięgając czasów apostolskich i czasów bliskich tej epoce pierwotnego Kościoła, nie potrzebowali Papieże doczesnych posiadłości, bo w ich ręku były majątki i wszelkie posiadłości wiernych. Wiemy o tym z księgi Dziejów Apostolskich, że pierwotni chrześcijanie składali u nóg Apostołów wszystkie swoje majątki i że Ananiasz i Safira, bogaci właściciele, za to, iż tego szczerze nie dopełniali, cudownym sposobem w samym czynie tego rodzaju sprzeniewierzenia się, nagłą śmiercią na miejscu dotknięci zostali.

Trudno wymagać, aby odjąwszy Papieżom posiadłość doczesną, zastąpić ją w dzisiejszych czasach czymś podobnym.

Rzeczywiście więc tylko w czasach najsroższego prześladowania Kościoła Papieże żadnej nie posiadali własności. W czasach, kiedy żadnemu chrześcijaninowi, jak skoro tylko takowym się wyznał, nie wolno było posiadać jakiejkolwiek bądź własności, nawet i własności życia, rzeczą było naturalną, że i Kościół, to jest Papieże nic nie posiadali; ale że owszem jak każdy katolik ze swoim wyznaniem, tak każdy Papież z swoją władzą, a cały Kościół z swoim istnieniem kryć się musieli w podziemnych pieczarach.

Toteż przez ten ciąg czasu korona męczeńska mniej więcej krwawa od tiary papieskiej była nieoddzielną, z drugiej zaś strony ciągła gotowość na męczeństwo była zwykłym, normalnym stanem każdego z wiernych.

Toteż w tym stanie rzeczy pięćdziesięciu kilku Papieży prawie z rzędu jeden po drugim, niektórzy po kilkuletnich więzieniach i torturach, męczennikami zostało; a miliony wiernych męczeńską śmiercią ten stan rzeczy opłacało. Nierozdzielnie to bowiem jedno za drugim idzie. Czasy męczeństwa Papieży były czasami prześladowania i męczeństwa wszystkich wiernych całego Kościoła.

Czyż takie czasy, czyż taki stan Papiestwa i całego Kościoła, a w nim i z nim wszystkich wiernych jest do pożądania? Czyż może on służyć za argument przeciw posiadaniu przez Papieży władzy doczesnej? Chyba w ustach najzaciętszego wroga Kościoła.

 

VII.

Czyżby dziś nastąpić miało coś podobnego, gdyby Papież wyzuty został z posiadłości doczesnych?

 

Papiestwo, a z nim Kościół cały, wszedłby w takim razie w zupełnie nowe koleje. Jakie by one były, trudno przewidzieć, wszakże, że los dopiero wspomniany stałby się losem Papieży, przekonać się o tym możemy, zastanowiwszy się tylko cokolwiek nad istnieniem Kościoła na ziemi.

W trzech stanach, w trzech położeniach znajdować się może Kościół uważany w swoim istnieniu ziemskim, w swoim stosunku do świata. Albo w stanie ucisku i prześladowania. Albo w stanie swobody i pomyślności. Albo w stanie między tymi dwoma ostatecznościami środkującym.

W pierwszym z tych trzech stanów zostawał za czasów pogańskich. W drugim w wiekach średnich. W trzecim znajdował się od pewnej pory, aż do dni naszych.

Otóż jest to faktem historią stwierdzonym i z samej natury rzeczy wynikającym, a o którym szczególnie w obecnych czasach pamiętać wypada, że stan całego Kościoła, wszystkich wiernych pod względem ich swobody religijnej, był, jest i będzie zawsze w jak najściślejszym stosunku z położeniem, w jakim znajduje się Papiestwo, to jest sama tegoż Kościoła Głowa, sam ten, który w swojej Osobie najszczytniej, a więc najdobitniej, jakby streszczony cały Kościół przedstawia.

Jeśli Papiestwo uciśnione, jeśli Papieże prześladowani, jeśli spomiędzy Papieży większa część zostaje wygnańcami i męczennikami, uciśnionym też, prześladowanym, dręczonym i zalanym krwią swoich wyznawców zostaje i Kościół cały.

Jeśli Papiestwo nabywa prawa obywatelstwa w społeczeństwie doczesnym, jeśli Papieże w porządku politycznym szczególnym blaskiem i powagą jaśnieją, szerzy się też swoboda całego Kościoła, społeczeństwa kształcą się, urządzają i rządzą się w duchu i pod wpływem katolickich zasad, i wszyscy wierni zupełnej używając swobody, do rozwijania się religijnego, to jest do prawdziwego postępu, zewsząd napotykają pomoce.

Na koniec, jeśli Papiestwo znajduje się w położeniu środkującym między tymi dwoma ostatecznościami, w którym nie górując politycznie, jak w średnich wiekach, ale też i nie kryjąc się w katakumbach, jak w czasach prześladowania, posiada atoli warunki swojej własnej niepodległości; jeśli Papieże nie szafując koronami, sami posiadają jednak państwo doczesne, położenie niezależne, wtenczas i Kościół cały znajdować się będzie w stanie podobnym, to jest pomiędzy dwoma pierwszymi środek trzymającym. Wtenczas i wierni, co do swobody swojej religijnej w niezależnym położeniu zostawać będą.

Dość jest rzucić okiem na historię Kościoła, aby się o tym przekonać. Dość jest zastanowić się cokolwiek głębiej nad Boską instytucją papiestwa, aby zrozumieć, że stan, że sytuacja papiestwa jest i być musi najważniejszym barometrem stanu i sytuacji całego Kościoła. Że za położeniem świeckim Papieża idzie koniecznie położenie całego Kościoła w świecie. Jakie położenie zajmuje w porządku społecznym, politycznym Papież jako Głowa Kościoła, w takim położeniu, w takim stanie znajduje się cały Kościół, wszyscy wierni, pod względem większej lub mniejszej swobody religijnej. Tak dalece, że ono proste przysłowie: „jakie drzewo taki klin; jaki ojciec taki syn”, można tu zastosować mówiąc: co spotka Papieża, to już spotkało albo wkrótce spotka i Kościół cały. Jeśli ujmuje się warunków potrzebnych Papieżowi do niezależności i swobody jego najwyższego duchownego urzędu, ujmuje się i krępuje się swoboda całego Kościoła, wszystkich wiernych pod względem ich wyznania. Jeśli uciska się Papieża, niezwłocznie uciśnionym będzie w całym świecie Kościół. Jeśli prześladuje się Papieża, już, i nad całym Kościołem straszne zawisło prześladowanie.

Gdyby więc dziś, czego nie daj Boże, Papież przez wyzucie Go z państwa doczesnego, postradał te konieczne do Jego niezależności warunki, gdyby losy Papiestwa, z którymi tak ściśle, tak nierozdzielnie związane są losy całego Kościoła, na nowe albo raczej na znane już i byłe niegdyś, a najsroższymi prześladowaniami pamiętne koleje zejść miały, czyż trudno przewidzieć, na jakie koleje wszedłby i Kościół cały, w jakim położeniu i on by się znalazł wkrótce?

Widzieliśmy, że w trzech tylko stanach zostawać on może, uważany w stosunku swoim do świata, w istnieniu swoim na ziemi: albo w stanie ucisku i prześladowania, albo w stanie swobody i pomyślności, albo w stanie pomiędzy tymi dwoma środkującym. W tym ostatnim stanie znajdował się obecnie. Gdyby więc miał wyjść z niego, czekałby go koniecznie jeden z dwóch poprzedzających, to jest albo stan prześladowania, albo stan wielkiego tryumfu.

Na który z tych dwóch stanów dziś się zanosi, któż nie widzi? Że stan prześladowania i ucisku, zrazu mniej się czuć dający, lecz wkrótce przechodzący wszystko, co dotąd Kościół w ziemskich swoich kolejach ucierpiał, spotkałby go niechybnie, któż z katolików oświeconych, znających i rozumiejących potrzeby Kościoła, nie czuje?

I dlatego to, dlatego tylko Pius IX tak mężnie, tak bohatersko przy prawach swojej władzy doczesnej obstaje. Dlatego tak usilnie domaga się o modlitwy wszystkich wiernych swoich. Dlatego biskupi na świecie całym nakazują nabożeństwa za Głowę Kościoła. Dlatego wszystkie dusze pobożne tak gorąco się modlą za Ojca świętego. I dlatego to, dlatego w tych czasach ogłoszonym został dogmat Niepokalanego Poczęcia, aby tym świeżym i najświetniejszym, jakie było dotąd rozbudzeniem nabożeństwa do Matki Zbawiciela, oddać pod szczególną opiekę Niepokalanie Poczętej Dziewicy tę wielką obecnych czasów potrzebę, to większe jak kiedykolwiek było Kościoła całego niebezpieczeństwo! Dignare nos laudare Te Virgo Sacrata da nobis virtutem contra hostes Tuos. Dozwól nam chwalić Cię Panno Przenajświętsza! Wzmacniaj nas naprzeciwko nieprzyjaciołom Kościoła świętego!

 

VIII.

Dlaczegóż Papież nie przeprowadzi reform potrzebnych w jego kraju, co by wszystko pogodziło?

 

Nigdy o to nie chodziło na szczere, a teraz wcale już o to nie idzie, aby Papież przeprowadził reformy w rządach swojego kraju. Dziś już wyraźnie i bez ogródki nieprzyjaciołom Stolicy Apostolskiej chodzi ani o mniej, ani o więcej, jak o zupełne wyzucie Papieża z wszelkich jego posiadłości doczesnych. Nie wątpi o tym nikt, kto tylko cokolwiek z biegiem wypadków teraźniejszych jest obeznany.

Wymaganie reform w rządzie Państwa Kościelnego było tylko fortelem użytym w celu prędszego dojścia do tego, do czego dziś już przyszło, to jest do przeprowadzenia zamiarów pozbycia Papieża korony doczesnej.

Od niejakiego czasu zaczęto bezwstydnie miotać najbardziej fałszywe potwarze na rządy papieskie. Wprawdzie ile razy rozgłoszono jakowe oszczerstwo na rządy papieskie (a takowego nie szczędzono wcale), dzienniki miejscowe rzymskie zaraz odpierały zarzuty, wyjaśniały najoczywiściej ich fałsze, cytując najdokładniej prawdziwe fakty, często nie tylko zbijające oskarżenia, ale nawet przy takich sposobnościach wyświecające niektóre wielkie zalety rządów Państwa Kościelnego. Lecz to zwykle na nic się nie przydawało. Z ludźmi bowiem złej wiary; z ludźmi, którzy z umysłu, z nienawiści do Papiestwa, z zamiarem, aby Jego doczesną władzę obalić, wyświeceniem prawdy, którą oni najczęściej z wiedzą obrażali, nic się nie zyskiwało. Stugębne gazeciarstwo płatne w tym celu, albo chcące dla większych zysków popłacać u publiczności nieprzychylnej katolicyzmowi, a tym samym i Stolicy Apostolskiej, jak raz rozgłosiło jaki fakt wymyślony, jaki fałszywy zarzut przeciw rządom doczesnym, nie odwoływało go wcale, lubo pisma broniące Papieża zbiły go kompletnie i fałsz jego dowiodły; tylko następnie nowe zmyślano fałsze, i na tak nowo wymyślonych nowe rozgłaszano oszczerstwa. Od lat dziesięciu stało się to zwykłą taktyką wszelkiego odcienia wrogów katolicyzmu.

Na koniec, gdy już opinia powszechna co do rządów Państwa Kościelnego dostatecznie omamioną i skrzywioną została, poczęto domagać się od Papieża reform.

I o jakież to jeszcze reformy chodziło? Albo o takie, które już sam Papież dawno zaprowadził lub o ile się to tylko daje, powoli i roztropnie wprowadza, albo wreszcie o takie, które żadnym sposobem w kraju tym utrzymać by się nie mogły, nie odpowiadając wcale potrzebom miejscowym.

Nie można zapewne utrzymywać, żeby rządom Państwa Kościelnego nie było zgoła nic do zarzucenia, żeby w nich nie było nic, co by wymagało reformy. Sam to Pius IX czynem swoich reform wyznał. Lecz czy był kiedy, i czy wolno roić sobie, żeby kiedykolwiek mógł istnieć rząd doczesny, rząd ludzki, któremu by nic do zarzucenia nie było, i który różnych reform w miarę zmieniających się okoliczności nie potrzebowałby? Czy dziś w całej Europie w rządach tylko Papieża znaleźć można coś do zarzucenia, a zresztą czy żaden rząd świecki nie potrzebuje reformy? Oby tak było! Ale tak nie jest i nigdy nie będzie. Póki ludzie ludźmi, w rządach ludzkich znajdzie się zawsze wiele do zreformowania. Lecz biada byłaby społeczeństwu, gdyby pod pozorem potrzebnych w kraju jakim reform, miano nadać obcym rządom prawo narzucać takowe. Nie tylko uwłaczałoby to godności właśnie tego narodu, którego rząd reform by wymagał, ale z podobnego bezprawia, dozwalającego jednym rządom wkraczać w prawa drugich, wynikłyby szkody, klęski i zaburzenia stokroć opłakańsze od samego braku najpotrzebniejszych reform. W takim razie rzeczą najgwałtowniejszej reformy wymagającą byłoby właśnie takowe pogwałcenie prawa międzynarodowego, od którego porządek świata całego zawisł.

Reformy najpotrzebniejsze i najpilniejsze, skutecznie, legalnie i spokojnie przeprowadzać może tylko rząd miejscowy. Aby zaś mógł je przeprowadzać łatwo i w jak najkrótszym czasie, niezbędne do tego dwa są warunki. Naprzód: aby w zewnętrznej polityce swojej nie był naciskany przez obce mocarstwa, co by kompromitując jego godność, paraliżowało wewnątrz wszelkie jego działanie; i po wtóre, aby w samym kraju nie napotykał jakiejś niespokojnej partii, czyhającej tylko, aby skorzystawszy z jakichkolwiek liberalniejszych w rządzie reform, porządek cały zakłócić i rząd istniejący obalić.

Rząd Państwa Kościelnego właśnie od czasu, kiedy tam stały się potrzebne reformy, w przeprowadzaniu takowych napotyka ciągle obie te przeszkody, i to w wysokim bardzo stopniu, pomimo iż potrzeba owych reform nie z miejscowych wcale przyczyn, nie z defektów samych rządów papieskich wynikła.

Do czasów wielkiej rewolucji francuskiej w Państwie Kościelnym o żadnych reformach i ich potrzebie mowy nie było. Państwo to rządzone było systemem tak nazwanym municypalnym, nadającym obszerne przywileje i swobody mieszkańcom miast i miasteczek, z których cała niemal składa się ludność. System ten najlepiej odpowiadał potrzebom miejscowym, naturze narodu i naturze rządów papieskich.

Dopiero kiedy Napoleon I, zagarnąwszy z resztą Włoch i te kraje, zamienił Państwo Kościelne na prowincję Francji[9], zaprowadzono tam inny system rządowy. Odjęte zostały miastom ich przywileje i swobody, a władzę scentralizowano. System municypalny zachowany do tej pory przez Papieży i najlepiej odpowiadający prawdziwym potrzebom ludu Państwa Kościelnego, zamieniono na system centralizacyjny, odpowiadający rządom francuskim.

Po przywróceniu dawnego stanu rzeczy w Europie, kiedy i Państwo Kościelne Papieżom oddane zostało, rządy Państwa Kościelnego spotkały wielkie trudności. System centralizacyjny, zaprowadzony tam przez władze francuskie, był najbardziej niewłaściwy. Ale powracać do dawnego systemu nagle, wśród wzburzonych umysłów rewolucją francuską i rozszerzonymi przez nią ideami, rzecz była niebezpieczną. Trzeba więc było wracać wprawdzie do dawnego systemu rządowego, to jest reformować to, co rewolucja francuska zaprowadziła, lecz trzeba to było czynić powoli i oglądnie. Rząd też papieski ciągle tego dopełniał, pomimo przeszkód, jakie duch rewolucyjny, który później stał się duchem socjalistycznym, stawiać mu nie przestawał. I jeżeli jakowe potrzebne reformy dotąd tam przeprowadzone nie zostały, to właśnie w coraz się wzmagających tego rodzaju przeszkodach znajdują się jedyne opóźnienia powody.

Rok 1848 dowiódł, jak dalece odstąpić w tej mierze od najściślejszej ostrożności było niebezpiecznie. Pius IX idąc za popędem najbardziej liberalnych uczuć, śmielej zaczął postępować na drodze potrzebnych reform. Cóż się stało? Rok nie upłynął, a partia socjalistyczna rozzuchwalona pospiesznym na drogach reformy działaniem rządu, podburzyła lud i monarchę powodującego się zbytkiem wspaniałomyślności do ucieczki zmusiła.

Pius IX wygnaniem przypłacił zamiar prędkiego przeprowadzenia reform w swoim państwie.

Lecz po powrocie do Rzymu i objęciu na nowo rządów Państwa Kościelnego, od zamiarów swoich wcale On nie odstąpił. Nauczony tylko świeżym doświadczeniem, jak ostrożnie z reformami postępować trzeba, przeprowadzał i przeprowadza je ciągle z ostrożnością wprawdzie, lecz uwzględniając najbardziej liberalne ówczesne potrzeby swojego ludu.

I tak postanowił radę stanu, która rozpatruje projekty do praw przed ich przedstawieniem do najwyższego zatwierdzenia oraz roztrząsa wszystkie ważniejsze administracyjne kwestie.

Podobnież postanowił tak nazwaną konsultę rządową, kontrolującą wydział finansowy. Ona roztrząsa budżet wydatków, stanowi o nowych podatkach lub o zmniejszeniu istniejących, jak i o najstosowniejszym rozkładzie takowych. Do niej należy podawać środki do podniesienia handlu, słowem wszystko, co się skarbu publicznego tyczy.

Postanowił też radców prowincjonalnych, którzy mianowani są przez Papieża, ale z liczby kandydatów podanych przez wybory gminne. Do tych należą wszelkie interesy prowincji miejscowe; oni roztrząsają rozchody pieniężne dla tychże prowincji asygnowane; oni układają tabelę przychodu i rozchodu administracyjnego w każdej prowincji, powierzonego komisji administracyjnej szczegółowej, wybranej przez radę prowincjonalną, przed którą są odpowiedzialnymi.

Na koniec ustanowił komisję oddzielną do przeprowadzenia wszelkich potrzebnych reform i ulepszeń w wydziale sądowniczym, w prawodawstwie cywilnym, w kodeksie karnym i administracyjnym.

Słowem usunął, ile tylko było można, centralizację cywilną i administracyjną, nadając ludowi prawdziwie roztropne i wystarczające swobody. Zachował wprawdzie przy Osobie Papieża władzę panującego, lecz otaczając ją radą i światłem najznakomitszych ludzi wybranych z całego kraju, zabezpieczył ile tylko można od wszelkich zboczeń i nadużyć.

Czegóż więcej w duchu prawdziwej potrzeby ludu, czegóż więcej pod względem reform w rządzie papieskim wymagać można? Ale czyż kiedy komu z żądających takowych reform na serio o reformy chodziło? Bynajmniej, a dziś bardziej niżeli kiedykolwiek stało się to oczywistym, że tam idzie tylko, po zagarnięciu najbogatszych części Państwa Kościelnego, o wyzucie Papieża ze wszelkich Jego posiadłości.

Zresztą lubo w rządzie Państwa Kościelnego, jak w każdym innym istniejącym rządzie, niektóre reformy mogą być potrzebne (reform tych zresztą nikt szczerzej nie pragnie jak Pius IX, i nikt by ich z powodu zewnętrznych i wewnętrznych trudności prędzej od Niego przeprowadzić nie potrafił), lud przecież jest bardzo szczęśliwym. Podatki są tam mniejsze niż w jakimkolwiek najmniej opodatkowanym kraju w Europie. Wynoszą na przykład połowę tych, jakie są opłacane we Francji. Konskrypcji, tego, jak go słusznie nazywają podatku krwi, nie ma zupełnie. Policja tak dalece łagodna, że powszechnie zarzucają jej zbyt wielką nieczynność, tym jednak usprawiedliwioną, iż byle lud ten fanatyzmem politycznym nie był rozhukany, w istocie niewiele by ta władza miała tam do czynienia. Uprawa roli coraz się więcej podnosi, a w niektórych częściach Państwa już wyrównywa uprawom najwyżej rozwiniętego rolnictwa. Sądownictwo tak sławnym jest z nieskazitelności, że przeciw niemu już i najzaciętsi oszczercy rządów papieskich nigdy nic wynaleźć nie mogli. Prawo hipoteczne, za panowania już Piusa IX ułożone, według zdania znakomitych prawników francuskich doskonalsze jest od instytucji tego rodzaju we wszystkich innych krajach Europy. W tych ostatnich latach, gdy dwory obce nalegały na Papieża o wprowadzenie do Jego państwa kodeksu Napoleona[10], najpierwszemu prawnikowi w Rzymie zlecił Pius IX tenże kodeks porównać z prawem istniejącym w Państwie Kościelnym. Po takowej jak najakuratniejszej konfrontacji każda zachodząca między tymi dwoma systemami różnica (a było takowej bardzo mało) wykazała wyższość prawodawstwa w Państwie Kościelnym istniejącego nad kodeksem Napoleona. Byt materialny klasy najuboższej w ogólności bez porównania lepszy jak wielu innych krajach włoskich. Najrozmaitszych dobroczynnych zakładów jest tak wiele, że w Państwie Kościelnym żebrakiem może być tylko ten, który takowy stan jako dogodne rzemiosło sobie obiera. A że wielu w istocie czyni to w miejscach, gdzie jest jakikolwiek napływ cudzoziemców, więc piszący o stanie ludów papieskich, głoszą stąd o wielkiej tam liczbie żebraków. Gdy tymczasem według ostatnich statystycznych spisów, taka jest pod tym względem proporcja ubogich w Państwie Kościelnym w porównaniu z niektórymi krajami w Europie: w Hiszpanii trzydziesta część z ogólnej ludności jest w stanie ubóstwa uznanego; we Francji dwudziesta; w całych Włoszech dwudziesta piąta; w Anglii czwarta, a niektórzy utrzymują, że trzecia; w Państwie Kościelnym czterdziesta. W Paryżu nędzarzy jest na piętnastu mieszkańców jeden, w Londynie jeden na ośmiu, a w Rzymie jeden na osiemdziesięciu. Ci, co pod tym względem dokładnie badali stan ludności w Państwie Papieskim wiedzą, iż wiele jest miast złożonych od pięciu do sześciu tysięcy ludności, w których literalnie ani jednego ubogiego znaleźć nie można.

Rzecz zaprawdę godna uwagi! Anglia jest krajem, w którym kształt rządu z istniejących dziś w świecie uchodzi za najlepszy, i jest nim może w istocie. A rząd Państwa Kościelnego uważać za najgorszy jest rzeczą tak powszechnie przyjętą, że na niego miotają obelgi ci nawet, którzy wyobrażenia nie mają, na czym dobry rząd zawisł. Tymczasem w Państwie Kościelnym stosownie do ludności jest tak mało ubogich, jak w żadnym innym kraju w świecie; a o pauperyzmie w Anglii, to jest o tych krociach rodzin całych zalegających podziemne tawerny, wilgotne piwnice miast angielskich, i pogrążonych w ostatecznym stopniu nędzy i rozbestwienia, któż nie słyszał? I Anglia to, Anglia ma czoło w imieniu ludzkości domagać się reform w Państwie Kościelnym.

Za Piusa IX, pomimo klęsk, jakie sprowadziła po sobie rewolucja 1848 r., pomimo cholery kilkakrotnie i silnie w Państwie Kościelnym grasującej, liczba ubogich znacznie się tam zmniejszyła. Przypisać to należy głównie temu, że teraźniejszy Papież, prócz wielu zakładów miłosiernych przez niego świeżo wzniesionych, wielki nadał popęd prywatnej dobroczynności, sam własnym przykładem do niej zachęcając. Poznać to można z następujących szczegółów. Tak nazwana lista cywilna jakiego monarchy, jest to roczny wydatek skarbu publicznego, przeznaczony jedynie na utrzymanie osoby panującego, a stąd pod jego osobiste, dowolne rozporządzenie oddany. Z takowej listy cywilnej Papieża, z której Pius IX na utrzymanie swojej osoby dziennie wydaje dziesięć złotych, na jałmużny prywatne wydaje On rocznie około miliona. Od roku 1850 do 1856, to jest w przeciągu lat sześciu, kiedy opłakane skutki rewolucji najdotkliwiej czuć się dały dla biednej klasy, jałmużny prywatne Papieża wyniosły przeszło 10 000 000. W tej więc porze rozdawał On ubogim rocznie 1 200 000, a dziennie przeszło 3 000 złotych. Kiedy monarcha ma takie serce, prędzej On, jak ktokolwiek inny dopatrzy, jakie reformy w jego rządzie są prawdziwie potrzebne; i zanim się takowych inne rządy domyślą, już On je sam dawno przeprowadzi.

 

IX.

Że Osobie Piusa IX nie ma nic do zarzucenia o tym nikt nie wątpi; ale dlaczegóż ministrom rządzącym Państwem Kościelnym tak wiele błędów zarzucają?

 

To rozróżnianie osoby Piusa IX od Jego ministrów w kwestii rządów Państwa Kościelnego jest jednym ze zręcznych wynalazków dzisiejszego dziennikarstwa, nieprzyjaznego sprawie papieskiej, w celu tym śmielszego miotania różnych obelg na rządy Papieża. Nie śmiejąc lżyć i oczerniać samego Piusa IX, którego wysoka świątobliwość znaną jest całemu światu, dołożono wszelkiego starania, aby w opinii publicznej poniżyć osoby w zarządzie Państwa Kościelnego szczególniejszym zaufaniem Ojca świętego zaszczycone. Co jest nie czym innym, jak poniżaniem i znieważaniem samego Papieża. Gdyby ministrowie papiescy, a szczególnie ten, któremu Ojciec święty od lat 10 powierzył całą zewnętrzną swoją politykę[11], byli takimi, jakimi oszczercy rządów papieskich przedstawiają, to by znaczyło, iż sam Papież jako panujący książę, używający tak nieodpowiednich urzędników, byłby jakimś niedołężnym starcem i występnie niedbałym o dobro swojego ludu monarchą.

Któż nie widzi, że Pius IX obok wysokiej świątobliwości swojej, obdarzony jest przy tym wielką siłą charakteru? Od chwili rozpoczęcia teraźniejszych wypadków w polityce, której się trzyma niepopierany przez żadne obce mocarstwo, owszem najpotężniejsze mający sobie przeciwne, ani na krok od raz obranej drogi nie odstępuje. Przeciw tylu zaprzysiężonym na obalenie Jego władzy doczesnej, sam jeden mężnie dotrzymuje pola. Ani obłuda jednych, ani intrygi drugich, ani oszczerstwa stronnych i płatnych dzienników w Europie całej, ani groźby zewnętrzne, ani bunty wewnątrz kraju przez obcych nieprzyjaciół podżegane, ani bezprawne zabory niektórych prowincji – wszystko to, czego na przemian używają ówcześni nieprzyjaciele Stolicy Apostolskiej, aby zmusić Papieża do ustępstw, wszystko to zachwiać Go nie potrafiło.

Takich przymiotów, takiej stałości monarcha, chciejmy to dobrze zrozumieć, żadnym nie ulega wpływom osób Go otaczających, Boga się przede wszystkim radzi, i sam i Bogu i ludziom tak ze swoich własnych czynności, jak i wysokich urzędników, którym zaufał, gotów zdać zawsze rachunek.

Ci więc, którzy miotają oszczerstwa i obelgi na ministrów Piusa IX, Jego własnej uwłaczają Osobie, a czynią to w sposób najbardziej Go poniżający jako monarchę.

Rządowi Państwa Kościelnego, to jest prałatom, którym powierzone są najwyższe posady urzędowe w Państwie Kościelnym, jeśli można coś ważniejszego zarzucić, to chyba zbytek łagodności. Trudno bowiem, by rząd jakikolwiek, jako rzecz ludzka pod tym względem w swoich wyższych dygnitarzach, jako stróżach i egzekutorach prawa uważanych, nie miał coś do zarzucenia. Zwykle nachylać się on będzie do jednej z dwóch ostateczności: albo będzie miał za mało łagodności, i wtenczas nachyli się ku tyranii, albo będzie jej miał zanadto, i w takim razie w wielu okolicznościach znajdzie się za słabym. Takim w istocie jest rząd papieski. Ludzie złej woli mogą w tej mierze najdziwaczniejsze upowszechniać uprzedzenia; zawsze tak będzie, że w wypadkach, w których idzie o użycie jakowego środka większej surowości, a urzędnikiem roztrząsającym sprawę będzie ksiądz, który do ołtarza idzie lub tylko co od niego wrócił, niełatwo się on na takowy środek zdecyduje i najczęściej zupełnie go zaniecha. Lecz wynikającej stąd w rządach papieskich wadzie, umyślnym rozporządzeniem swoim Opatrzność zda się zaradziła. Lud rzymski i w ogólności lud całego Państwa Kościelnego jest tej natury, tego szlachetnego usposobienia, że z nim, byle on obcym nie ulegał podpuszczaniu, rząd łagodny wszystkiego dokaże, cokolwiek ostrzejszy rozdrażni tylko i wzburzy. Że dziś inaczej się dzieje, i że rząd papieski właśnie dla swojej słabości ze zbytku łagodności wynikającej, zdaje się tam nieodpowiednim, to jedynie jest skutkiem ciągłego od lat kilkunastu podżegania i buntowania umysłów przez napływ ogromnej liczby burzycieli wszelkiego odcienia partii socjalistycznych z innych krajów powydawanych. Pomimo tego, gdyby Państwo Kościelne w ostatnich latach nie uległo było jeszcze bardziej wyjątkowemu wpływowi propagandy mazinistowskiej[12], protestanckiej, piemonckiej, angielskiej i innej jeszcze skuteczniejszej, bo skrytszej a wielkimi zasobami rozporządzającej, rząd papieski byłby nie tylko obszedł się bez okupacji wojsk cudzoziemskich, ale do utrzymania wewnętrznego spokoju byłby poprzestał na tak małej liczbie własnego wojska, z jaką odpowiednio do ludności żadne inne najbardziej liberalne państwo w Europie nie odważyłoby się pozostać, chociażby przez dzień jeden. Przed rozpoczęciem ostatniej wojny we Włoszech, Papież przewidując, na jakie trudności z jednej i z drugiej strony narażą Go w takowym starciu okupacje cudzoziemskie, usilnie się domagał na drodze dyplomatycznej, aby Austriacy Legacje, a Francuzi Rzym współcześnie opuścili, upewniając, że byle względem Państwa Kościelnego ścisłą zachowano neutralność, rząd papieski z małą garstką swojego wojska sam porządek wewnętrzny utrzymać zdoła. Oba te państwa do żądania Papieża przychylić się nie chciały. Obydwu bowiem pod pozorem protegowania Stolicy Apostolskiej chodziło o zachowanie wpływu na Włochy całe przez zbrojną okupację części Państwa Kościelnego.

Wszelkie więc w rządach papieskich nastręczające się w obecnych czasach trudności, wszelkie objawiające się tam niezadowolenia i wzburzenia, nie z wad rządu miejscowego, nie z winy osób wybranych przez Papieża do rządzenia państwem wynikają, lecz są tylko skutkiem obcych intryg i podpuszczeń. To prawdziwym i jedynym jest źródłem wszystkich wypadków zaszłych tam w ostatnich czasach, które dla ludu Państwa Kościelnego stają się źródłem klęsk coraz większych, a panowanie Piusa IX tak wielkimi trudnościami otoczyły.

 

X.

Czy Papieżowi godzi się wojnę prowadzić?

 

Co tylko godzi się, co tylko wolno jest każdemu innemu panującemu, to wszystko bez żadnego wyjątku w zarządzie państwa doczesnego wolno jest i godzi się Papieżowi. Nie masz żadnego przywileju, żadnego prawa do osoby monarchy przywiązanego, byle takowy według prawdziwej moralności zasad był pojęty, których by nie mógł używać Papież jako monarcha doczesny.

Nie ma pod tym względem dla Papieża żadnych innych prawideł, jak te, według których rządzić się powinien każdy inny, byle sumienny świecki panujący.

Prowadzić wojnę sprawiedliwą, poskramiać bunty przez zewnętrznych lub wewnętrznych nieprzyjaciół ojczyzny podżegane, według ścisłej słuszności karać wszelkiego rodzaju przestępców itd., wszystko to, jak każdemu panującemu, tak i Papieżowi w zarządzie Jego Państwa doczesnego godzi się bez żadnej wątpliwości.

Żeby to łatwiej zrozumieć, dość jest zapatrywać się na wszelkie przywileje i prawa panującego ze stanowiska prawdziwie chrześcijańskiego. Wielka bowiem fundamentalna zachodzi różnica między tym, jak takowe prawa i przywileje pojmuje katolicyzm, a jak je zwykle oceniamy. W tej na przykład okoliczności, o której mówimy, zdawałoby się, że w ogólności panującemu dlatego godzi się prowadzić wojnę, godzi się poskramiać bunty, godzi się karać przestępców itp., że on ma do tego wszystkiego prawo. Tymczasem według pojęć katolickich, wolno mu to i godzi się nie dlatego, że ma ku temu prawo, bo by takowe mógł ustąpić, ale dlatego godzi się mu to, że w pewnych okolicznościach jest to jego najściślejszym obowiązkiem. Co znaczy, że w pewnych razach popełniłby grzech, popełniłby zbrodnię, zdradziłby ojczyznę, gdyby ją albo od zewnętrznych nieprzyjaciół niezbędną wojną nie zasłonił, albo oddał na pastwę wewnętrznym nie poskramiając buntów itd.

Z takowego zapatrywania się i pojmowania praw i przywilejów panującego, które w swojej istocie są niczym innym, jak każdego panującego ścisłymi obowiązkami, wynikają dwie rzeczy: naprzód, że nie ma żadnego powodu, dla którego Papieżowi, równie jak każdemu innemu monarsze świeckiemu nie godziło się w pewnych razach prowadzić wojny, i po wtóre, że jak raz wojna staje się niezbędną i sprawiedliwą, nie tylko ma On, jak każdy inny panujący obowiązek ją prowadzić, ale owszem w danej okoliczności jest do tego ściślej obowiązany, jak każde inne państwo najgodziwszą wojnę prowadzące. Posiadłość doczesna Papieża jest dziedzictwem Kościoła całego, przedstawia interes, a interes najwyższej wagi, bo niezależności religijnej, niezależności sumień kilkuset milionów katolików świata całego; nie tylko więc w imieniu swojej Ojczyzny jako panujący Rzymianin Papież powinien bronić państwa swojego, ale jest Jego obowiązkiem czynić to w imieniu wszystkich wiernych, to jest w imieniu i w interesie najliczniejszego społeczeństwa, jakie kiedy istniało.

Jak każdy monarcha zdradzałby naród, którego rządy powierzone mu zostały, gdyby w razie potrzeby wojny nie prowadził, tak Papież zdradzałby wszystkich wiernych, Kościół cały, uchylając się od wojny, kiedy ona do zachowania posiadłości kościelnej staje się niezbędną. Jak każdy monarcha stałby się winnym zguby niepodległości narodu swojego, gdyby go wojną od zaboru nieprzyjaciela nie bronił, tak Papież zgubiłby niepodległość Kościoła, niepodległość sumień dwustu milionów wiernych, nie broniąc przez wojnę swojej władzy doczesnej, od której, jak to widzieliśmy, zawisła niepodległość całego Kościoła, niepodległość sumień wszystkich wiernych. O ile więc wszystkie te względy wyższe są w oczach katolika nad wszelkie inne, chociażby najgodziwsze i święte pobudki, mogące usprawiedliwiać wojnę prowadzoną przez każdego monarchę świeckiego, o tyle tym bardziej godzi się Papieżowi prowadzić wojnę dla obrony Państwa Kościelnego, o tyle tym ściślejszy w takim razie jest Jego obowiązek i o tyle energiczniej, wytrwałej i mężniej spełniać go powinien.

To samo ma miejsce, gdy idzie o poskromienie buntów w Państwie Kościelnym, a szczególniej, jak to teraz ma miejsce, przez obce wpływy wznieconych. Jak bowiem każdy monarcha świecki, tak i Papież z władzy swojej doczesnej ma prawo albo raczej ma ścisły obowiązek bronić swojej posiadłości, to jest swojego kraju, swojej ojczyzny, nie tylko od nieprzyjaciół zewnętrznych, ale i od wewnętrznych przez tamtych podburzonych, zapłaconych i podtrzymywanych. Czy nie wolno było, czy nie godziło się, czy nie było obowiązkiem Rzeczypospolitej Polskiej, broniąc zguby ojczyzny, uderzyć na Konfederację Targowicką i rozproszyć całe jej stronnictwo przez nieprzyjaciół Polski zawiązane? Oderwanie się Romanii od Państwa Kościelnego[13] jest wypadkiem tak niewyrażającym zdrową i prawą wolę narodu, tak jest dziełem obcych intryg i wpływów, jak nim była konfederacja, o której mowa. Że Europa, która na rozbiór Polski zezwoliła, zdaje się zezwalać i na grożący rozbiór Państwa Kościelnego, nie idzie za tym, żeby Papież nie miał obowiązku i prawa swoją Ojczyznę, a dziedzictwo Kościoła całego od podobnego gwałtu zasłaniać, i przytłumiać rokosze podniesione przez zapłaconych stronników Piemontu, a zdrajców ich właściwej Ojczyzny.

Wypadków bowiem zaszłych w Romanii żadnym sposobem nie można mieszać ze sprawą narodowości włoskiej. Romania należąca do Państwa Kościelnego nie znajdowała się wcale w położeniu innych części Włoch, które miały rządy obce, nie narodowe. Państwo Kościelne podlegające Papieżom, podlega rządowi arcynarodowemu. Papież jest więcej księciem włoskim jak każdy inny na tym półwyspie panujący, nie wyłączając wcale i króla Piemontu. Owszem nie tylko Państwo Kościelne, ale i Włochy całe, gdyby wśród siebie nie posiadały Papiestwa z władzą doczesną, straciłyby to, co jedynie stanowić może prawdziwą ich wielkość polityczną. Dość jest być cokolwiek obeznanym z historią tych krajów, żeby wiedzieć, że cała ich świetność od tego zawsze zależała. Włochy bez Papiestwa byłyby czymś podobnym, czym by była Anglia bez parlamentu, Francja bez wojska, Rosja bez caryzmu, a Polska bez katolicyzmu.

Piemont też przez grabież własności Państwa Kościelnego, przez zamach na zupełne wyrzucenie z krainy włoskiej doczesnej władzy Papieży, opatrznie i od wieków z wielkością tych narodów złączonej, najsroższy cios wielkiej sprawie narodowości włoskiej zadaje. Korzysta on z usposobienia chwilowego, z zamętu, jaki zrodziła w umysłach Włochów walka o ich wyswobodzenie się i pod pozorem przewodniczenia temu ruchowi myśli tylko o powiększeniu swojego terytorium. Nie trudno już dopatrzyć teraz, że król Emanuel[14] nie pierwszy i nie ostatni niestety uległ osobistym ambitnym zamiarom, i poświęca im tę sprawę, którą z początku może i na szczere podjął. Dla widoków osobistych, dla rozprzestrzenienia posiadłości dynastii swojej, a na nieszczęście dla całej sprawy narodowości włoskiej, zawadził nią o sprawę Państwa Kościelnego i tym sposobem zhańbił ją, zbłąkał i albo zgubił, albo na długo cofnął. Nigdy bowiem bezkarnie nie uchodziło i nie ujdzie targnięcie się na posiadłości Kościoła. Świadkiem tego w naszych czasach historia Napoleona I i fatalny obrót tejże sprawy włoskiej w r. 1848. Sprawa narodowości to wielka sprawa, którą łatwo bardzo wziąć za pozorne hasło do przeprowadzenia tylko widoków osobistej ambicji. To właśnie czyni teraz król piemoncki.

Lecz oderwania się Bolonii od Państwa Kościelnego nie tylko za sprawę narodowości włoskiej w ogólności, albo za powstanie narodowe Państwa Kościelnego poczytywać nie można, ale w rzeczywistości nie było to nawet buntem jednej prowincji, ani nawet jednego miasta. Był to po prostu najazd cudzoziemski. Zabór części kraju, nie tylko bez woli miejscowych mieszkańców, ale wręcz ich życzeniom przeciwny. Zachowano tylko niektóre formy, otoczono to pewnymi pozorami woli ludu, a dziennikarstwo jak na miejscu przez rząd piemoncki, tak we Francji przez politykę napoleońską kierowane, najważniejsze fakty albo zataiwszy, albo przekształcając, łatwowierną publiczność całej Europy w najwyraźniejszy błąd wprawiło.

Oto są bowiem szczegóły zaszłych w Legacjach wypadków, które tam powstaniem narodowym nazwano.

Po wyjściu z Bolonii załogi austriackiej, znany od dawna ze stosunków swoich z partią piemoncką margrabia Pepoli[15] powziął zamiar rozpocząć tam rewolucję. Pomimo znacznych pieniędzy rozrzuconych w tym celu pomiędzy mieszkańców, pomimo sprowadzonych z zagranicy płatnych, tak nazwanych demonstratorów, to jest awanturników mających przewodniczyć demonstracji ludowej, nie mógł on zebrać więcej malkontentów jak około stu osób. Z tymi począł obiegać ulice Bolonii, w której ani jednego żołnierza papieskiego nie było, i przy okrzykach: niech żyje król Emanuel! udał się do ratusza dla zrzucenia stamtąd herbów papieskich. Mimo tak wyraźnego wystąpienia partii rewolucyjnej, nikt nie dał się nakłonić, aby do tego czynu ręce przyłożył. Nikt nawet z zapłaconych i z zagranicy przybyłych, nie odważył się tknąć znamion władzy papieskiej, z obawy, aby lud oburzony takową zniewagą swojego monarchy, nie rzucił się na winowajców. Wtedy użyto podejścia. Zgromadzonej w innych częściach spokojnej i najprzychylniejszej władzy papieskiej ludności wyperswadowano, żeby dla zasłonięcia herbów Papieża od zniewagi, na jaką narażone były, odważniejsi poszli zdjąć takowe i z uszanowaniem skryć wewnątrz gmachu ratuszowego. Znaleźli się tacy i godła władzy papieskiej takim tylko fortelem usunięte zostały.

Skutkiem jednak takowego zaburzenia urzędnicy papiescy miejscowi, pozbawieni wszelkiej siły zbrojnej, która by ich osłonić mogła, wystawieni na puginały zapłaconych bandytów, którzy bezbronnego miasta od razu stali się panami, jedni odjechali, drudzy się pokryli. Wtedy niezwłocznie z Florencji nadesłano piemonckich wojskowych różnego stopnia, komisarzy urzędowych, amunicję, broń, pieniądze, i ogłoszono rząd tymczasowy.

I to ma się nazywać powstaniem narodowym? To ma dowodzić prawdziwej potrzeby zmiany tam rządu? To ma objawiać prawdziwą wolę ludu? Czym ona jest w istocie, jakim jest usposobienie tam powszechne, dowiodła tego najlepiej powszechna wotacja. W tej na sześćdziesięciu mających prawo wotowania, pięćdziesięciu dziewięciu od wotowania wstrzymało się. Wszystkie zaś powyższe szczegóły stwierdzone są dokumentami najpoważniejszymi. Wyszczególnione znaleźć je można w dyplomatycznych notach Stolicy Apostolskiej w tych czasach wydanych, którym fałszu nikt zadać nie śmiał, i które dowodzą i wykazują, czym jest oderwanie się Legacji od Państwa Kościelnego. Czy czynem narodowym i objawem woli ludu, czy tylko gwałtem najoczywistszym przez obce stronnictwo dokonanym na tej prowincji do Papieża należącej.

Gdyby ludy Państwa Kościelnego w istocie były z rządów Papieża niezadowolone, już by dawno powstać powinny były wszystkie prowincje Państwa Kościelnego przy takich i tylu sprzyjających im ku temu okolicznościach. Przy tak usilnej i długiej, bo od lat kilku rozgałęzionej tam rewolucyjnej piemonckiej propagandzie, przy niepojętej masie użytych do tego pieniędzy, bo w ostatnim roku wydano w tym celu około 80 milionów franków, przy tak słabej policji, jaką jest w tych krajach, a szczególniej po prowincjach, gdzie jej prawie nie ma, przy braku wojska krajowego, którego do tych ostatnich czasów ledwie 4 000 było, przy tak potężnym poparciu, na jakie rewolucja w Państwie Kościelnym śmiało od razu liczyć może, już by kraj cały rządom papieskim dawno posłuszeństwo wypowiedzieć był powinien, gdyby w istocie te rządy były mu nieodpowiednie. Gdy jednak widzimy, że nie tylko do tego nie przyszło, ale przeciwnie, ze wszystkich części kraju wysłane zostały deputacje do Ojca świętego, z zapewnieniem wierności Jego poddanych; gdy z liczby stu czterdziestu kilku rodzin należących do najwyższej arystokracji, pięć tylko osób adresu podpisać nie chciało, a reszta złożyła u stóp Piusa IX najuroczystsze odnowienie przysięgi swojej wierności i najenergiczniejsze zobowiązanie się bronienia praw Jego władzy doczesnej, gdzie tu dopatrzyć w zaburzeniach Państwa Kościelnego wyraz sprawy narodowej? Na mocy czego przypuszczać można, iż Papież przeciw woli ludów swoich postępuje? I jak można tego nie zrozumieć, że w obecnych okolicznościach Pius IX nie tylko dla dobra Kościoła całego, lecz już dla samego dobra tychże ludów swoich, zaburzenia przez cudzoziemską partią wzniecone, jak najenergiczniej powinien poskramiać, posiadłości swojej korony bronić i zagrabionych poszukiwać.

 

XI.

Jeśli tak się rzeczy mają, cóż więc jest przyczyną, że tak powszechnie powstają na władzę doczesną Papieża?

 

Przyczyną tego jest, że w obecnych czasach mało bardzo jest, spomiędzy mianujących się nawet katolikami, katolików szczerych, gorliwych i dostatecznie w rzeczach religijnych, w kwestiach kościelnych oświeconych.

Myliłby się wielce, kto by sądził, że od czasów Lutra[16] i Kalwina[17] protestantyzm ogarnął tylko te kilka krajów, które od Kościoła zupełnie się odszczepiły, jak Anglia i inne. Duch protestantyzmu ogarnął prócz tego mnóstwo umysłów w krajach dotąd katolickich. O jakże wiele i w kraju naszym, lubo na pozór katolików i niektóre przepisy Kościoła wypełniających, jest w duszy protestantów, to jest nieprzyjmujących z nauki Kościoła jak tylko to, co do ich osobistego przekonania trafia, co ich osobistym skłonnościom i upodobaniom nie sprzeciwia się.

Gdyby pod tym względem można było coś dokładnego wyświecić, gdyby pod względem takowego usposobienia religijnego można było sklasyfikować w dzisiejszych czasach świat cały i kraj nasz własny, może jak kiedyś Hieronim św.[18] wołał, że świat sam się tego nie spodziewając, znalazł się prawie cały ariańskim, tak w obecnych czasach, kto wie, czy z przerażeniem nie można by powiedzieć, że podobnież świat cały nie mając o tym przeświadczenia, z małym wyjątkiem stał się protestanckim.

Wszyscy do tej kategorii należący, to jest z imienia tylko katolicy, znajdują się w położeniu z tego powodu wyjątkowym. Nie należąc otwarcie do protestantów, nie chcą atoli we wszystkim podlegać Kościołowi i Jego nauce. Nie będąc tak jak protestanci jawnie zewnętrznie uwolnieni zupełnie od jurysdykcji Kościoła, chcieliby jednak tak jak protestanci uchylić się o ile w ich możności od jego wpływu. Chcieliby, i w istocie to czynią, żeby nie robiąc zewnętrznego wyznania wiary protestanckiej, używać tego rozkiełzania rozumu i woli, do jakich ona upoważnia, a które Kościół potępia.

Z takiego stanu rzeczy cóż wynika? Oto, że dla wszystkich tego rodzaju osób jest to jak mówią solą w oku, że religia katolicka chce wywierać wpływ na sumienia, że nie tylko podaje ona do wierzenia różne dogmaty, ale że prócz tego stanowi o godziwości lub niegodziwości różnych czynów ludzkich. Nie są oni otwarcie przeciwni temu, aby Kościół istniał, lecz pragnęliby, aby się ile możności do niczego nie mieszał. Gdyby można było, chcieliby go osadzić na księżycu, byle go od wszelkiego wpływu na ziemskie sprawy odsunąć. Pozwalają mu głosić i nauczać artykuły wiary, chociażby najtrudniejsze do zgłębienia rozumem ludzkim, byle on żadnej ludzkiej czynności nie potępiał i z założonymi rękoma na wszystko zezwalał.

Wszyscy więc tacy przeciwni są posiadaniu doczesnej władzy Papieży. Jedni bowiem skutkiem głębszego poglądu na rzeczy rozumieją dobrze, jak ta władza doczesna niezbędną jest dla Kościoła, aby on swoją niezależność zachowując, wpływ swój mógł łatwiej wywierać; a drudzy, lubo tak dalece rozumowaniem swoim nie sięgają, instynktownie, iż tak powiem, czują, jak wiele Kościołowi, aby mógł swój wpływ wywierać na tym zależy, aby Jego najwyższy Rządca posiadał władzę doczesną. Stąd, tak jak najprostoduszniejsza dewotka bez głębokich zaciekań się w kwestii władzy doczesnej Kościoła dziś gorąco się modli, żeby z niej Papieża nie wyzuto, tak podobnież bez żadnego wyrozumienia najprostoduszniejszy niedowiarek, sam nie wie dlaczego, lecz zagorzale powstaje na posiadanie przez Papieży Państwa Kościelnego.

Dzisiejszy świat, co do swojego usposobienia względem Kościoła, podobny jest do tego kolatora wiejskiego, który w najserdeczniejszej zgodzie z plebanem zostaje, póki on tylko summę śpiewa, procesję po łanach pańskich odprawia, a nawet chociaż i o piekle, ale w ogólności z ambony rozprawia. Lecz niechże tylko księżyna nie zechce zgodzić się na jakie żądanie dziedzica, wręcz przeciwne prawom Boskim i prawom Kościoła, albo zgani jego gorszące postępki, chociażby w sposób najwłaściwszy, wnet zrywają się z nim wszelkie stosunki, dom mu się wypowiada, i za pierwszą sposobnością wytacza się proces o dziesięciny i o grunta kościelne. Znośny, dobry, owszem potrzebny był proboszcz, ale póki jako stróż i nauczyciel moralności prawdziwej, to jest póki jako ksiądz nie występował, póki pod tym względem był jakby go wcale nie było. Ale skoro raz miesza się do rzeczy sumienia, trzeba go ile możności usunąć, od łaski kolatora zależnym uczynić i w respekcie trzymać.

Jakowym jest podobne usposobienie kolatora względem swojego proboszcza, względem swojego pasterza, takim jest dziś najpowszechniejsze usposobienie względem powszechnego pasterstwa, względem Kościoła całego. Wielu bowiem chciałoby, aby pozostawić Kościół przy jego prawie dogmatyzowania tylko, lecz wpływ jego na moralność, to jest na sprawy tego świata jak najsłabszym uczynić. A więc żeby te dwie rzeczy pogodzić: jego istnienie z jego jak najmniej czuć się dającym działaniem, potrzeba, nie obalając go absolutnie, uczynić go ile tylko możności zależnym w osobie jego ministrów, jego kapłanów, a przede wszystkim w Osobie najwyższego Kapłana, w Osobie, która jest jego Głową widzialną na ziemi, w Osobie Papieża.

I to nam najlepiej tłumaczy, dlaczego tak wielu na doczesną władzę Papieża powstaje.

 

XII.

Zdaje się że większa część przeciwników doczesnej władzy Papieża nie tyle z powyższych przyczyn powstaje na nią, jak raczej z przekonania, że władza ta z charakterem Jego duchownym zgodzić się nie może.

 

W istocie z tej to głównie przyczyny dziś tak powszechnie powstają na władzę doczesną Papieża. Upowszechnionym jest bowiem zdanie, że rząd papieski jako rząd duchowny nie może odpowiadać dzisiejszym potrzebom ludów.

To też właśnie wyświeca najsmutniejszą stronę usposobienia dzisiejszych umysłów; i w tym, a nie gdzie indziej leży prawdziwe jądro tej wielkiej ówczesnej kwestii. Rzecz to bardzo zawiła. Spróbujemy ją cokolwiek wyjaśnić.

W tych czasach ogłoszoną została broszura pod tytułem Papież i Kongres[19]. Napisana pod względem literackim z bardzo miernym talentem, a ile ważną dzisiejszą polityczną kwestię dotykająca, interesująca głównie Włochy, a i tam tylko lud Państwa Kościelnego, obiegła ona jak iskra elektryczna świat cały i w pewnej masie osób ogromną sympatię obudziła, przywodząc innych do najgłośniejszych i najrozliczniejszych protestów.

Jedni przyjęli ją z tym współczuciem i zapałem, z jakim się przyjmuje coś, co najsilniejszym przekonaniom naszym doskonale odpowiada, z jakim się czyta pismo streszczające i śmiało wyrażające to, co my dawno i żywo czuliśmy i myśleliśmy, tylko tak wyrazić albośmy nie umieli, albo nie śmieli. Drudzy zbijając ją najenergiczniej, napisali tak wiele, że jak to zauważano, tomy całe byłoby z czego ułożyć. A na koniec sam Ojciec Święty w uroczystym przemówieniu wspominając o niej, ocenił i wykazał całemu światu katolickiemu jej fenomenalną ważność i również fenomenalny charakter.

Cóż w niej było tak dalece nadzwyczajnego, co z jednej strony powszechne przyzwolenie zjednało, a z drugiej tak silne wywołało protesty? Oto właśnie, oto jedynie zdanie to, że władza doczesna Papieża zgodzić się nie może z Jego charakterem duchownym. Kto z uwagą broszurę tę odczytał, musi przyznać, że przypuszczenie takowe położone przez nią jako pewnik jest podstawą wszelkiego jej rozumowania, wszelkich planów i wniosków, a położone jest w niej tak absolutnie i rozwinięte tak śmiało, jak jeszcze dotąd nikt tego nie uczynił.

Lecz wiadomo, że kiedy jaka opinia w powszechnym usposobieniu umysłów napotyka szczególne przyzwolenie, kiedy odpowiada wyobrażeniom wielkiej liczby osób, w ten czas nie jest ona nową jakąś myślą, w głowie chociażby najgenialniejszej wylęgłą, tylko jest to zdanie i opinia dawno już przez wielu wyglądana, upragniona, podzielana, i tylko trzeba było, aby zawadziwszy o ważniejsze w świecie wypadki, wyszła ona na jaw i znalazła pole do rozwinięcia się dostateczniej.

Tak na przykład zdanie i opinia, którą ogłosił Marcin Luter, to nie było zdanie przez niego dopiero wymarzone, tylko było śmiałe orzeczenie tego, co tysiączne głowy już zaprzątało, czekając, aby kto lepiej to rozwinął i żeby jakowaś okoliczność wyprowadziła z tego powszechniejsze następstwa.

Skutkiem wielu najdziwaczniejszych herezji, nagromadzonych ubiegiem wieków, a skutkiem jeszcze i innych okoliczności czasowych, w wielu umysłach istniało już pragnienie protestantyzmu, to jest usposobienie wypowiedzenia Kościołowi uległości w niektórych jego dogmatach, kiedy Luter z powodu błędów swoich w kwestii odpustów począł nauczać, że bez wyjątku w tym, co wierzyć lub odrzucić mamy z wiary, nie ma innego i wyższego sędziego nad własny rozum człowieka. Z tej okazji, kiedy ten najkompletniejszy, jaki dotąd był heretyk, począł z gruntu obalać nieomylność Kościoła w przedmiocie wiary, już wówczas bardzo powszechnie o tej nieomylności niektórych artykułów wiary wątpiono.

Niestety coś zupełnie podobnego dzieje się dzisiaj, tylko na innym polu, a raczej na drugiej skibie pola, które Kościół uprawia, i które tylko Kościół uprawiać ma prawo.

Kościół bowiem posiada nie tylko nieomylność w swojej nauce wiary, ale oraz posiada w tejże nauce zasady prawdziwej moralności, i w tym, podobnież jak i w kwestiach wiary, jest nieomylnym.

Luteranizm uderzył na Kościół w jego przywileje dogmatyzowania.

Dziś powstały zamachy na jego posłannictwo, na jego przywilej moralizowania.

Protestantyzm położył zasadę, że Kościół nie posiada w sobie nieomylności co do wiary; dziś występuje teoria, że Kościół nie ma w swojej nauce nieomylnej moralności do prawdziwych potrzeb człowieka zastosowanej, potrzebom dzisiejszych społeczeństw odpowiadającej.

Z dwóch więc nieomylności Kościoła, jednej w przedmiocie wiary, drugiej w przedmiocie moralności, na tę drugą jego nieomylność dziś uderzono i znaleziono pod tym względem w powszechnym umysłów usposobieniu takie usposobienie, jakie protestantyzm przed trzema wiekami znalazł pod względem wiary, gdy począł obalać pierwszą. Znaleziono pod względem zasad moralności katolickiej tak powszechne odstępstwo, jakie wówczas było pod względem wiary zachwianie.

I inaczej być nie mogło. Błędy bowiem ludzkie mają swój logiczny związek, jedne z drugich wypływają, następne są dalszym rozwinięciem się poprzedzających. Wszelka fałszywa zasada, jak w człowieku w szczególności uważanym do coraz opłakańszych, a wreszcie i do ostatecznych zbłąkań go doprowadza, tak i w społeczeństwie ludzkim coraz ostateczniejsze błędy wyradza.

Od chwili, jak Kościół istnieć począł, pojawiały się ciągle herezje. Znajdowały się zawsze umysły, które co do wiary różniąc się w jakimś artykule z nauką Kościoła, na tym punkcie wypowiadały uległość, do tego jednego lub kilku dogmatów nie rozciągały jego nieomylności. Odszczepieństwa takowe, jedne z drugich powstając, jedne po drugich rozwijając coraz dalej swoje zasady i coraz więcej podkopując wiarę, w wieku XVI, kiedy pojawił się Luter, doszły już były do swojego najwyższego rozwoju, do swojej fatalnej pełności. Do tego czasu każda z pojawiających się herezji zaprzeczała ten lub ów dogmat, czasem kilka, a resztę przyjmowała, resztę nakazywała koniecznie. Protestantyzm położywszy zasadę, że to tylko wierzyć i wyznawać powinniśmy, co rozum osobisty przyjąć zechce, a bez wyjątku wszystko to odrzucić wolno, czemu on poddać się odmówi, sprawił, że po nim żadna ściśle mówiąc nowa herezja pojawić się i właściwym mianem odróżnić się nie mogła, bo każda sama przez się w nim się znajdowała, wszelkie on upoważnia i każdą w siebie pochłania.

Gdy więc tym sposobem dla wszelkich możliwych błędów, przeciwnych wierze katolickiej, co do słowa nie było już co do roboty, bo wszystko i za wszystkie co tylko było do zrobienia, zrobił już był protestantyzm, wzięto się do nowego dzieła przez sam protestantyzm nawet nietkniętego. Wzięto się do zasad moralności katolickiej. Po najabsolutniejszym otrząśnieniu się ze zbawiennych hamulców, jakie nakłada rozumowi ludzkiemu nieugięta wiara katolicka, pozostało już tylko otrząsnąć się jeszcze i z nałożonych pęt na wolę człowieka przez surowe i również nieugięte zasady katolickiej moralności. Uszło to, i jak uszło zdanie, że wiara taka, jakiej Kościół wymaga jest nieracjonalną, trzeba teraz powiedzieć sobie, że moralność taka, jaką on głosi jest niepraktyczną, jest nieodpowiednią do dzisiejszych potrzeb człowieka, a tym samym i społeczeństwa. Że tak jak wiara katolicka sprzeciwia się rozumowi, tak katolicka moralność nie zgadza się z naturą człowieka i dążnością społeczeństwa całego.

Nowa też zupełnie odtąd nastała dla polemiki i propagandy antykatolickiej era. Wszystko się przeniosło na pole li obyczajowe. O dogmacie już nigdzie mowy nie wszczynano, bo z nim już się skończyło; a odtąd na zasadę tylko moralności katolickiej uderzać się będzie. Upoważniło się już, usankcjonowało się wszelkie błędy rozumu, trzeba teraz upoważnić i usankcjonować wszelkie nadużycia woli. Walka z Kościołem i jego nauką z pola dyskusji dogmatycznej, na którym protestantyzm uderzał na wiarę, przeszła na pole dyskusji obyczajowej i kwestii praktycznego życia, tak indywiduów, jak i społeczeństwa całego. Scholastyka i jej poważne formy właściwe przedmiotom dogmatu i spekulacji, ustąpiła pola literaturze lekkiej obyczajowej, odpowiedniej kwestiom moralnym. Teologia, o ile nauka dogmatów stała się z nauk najniepopularniejszą, a natomiast różne systematy socjalne, o ile kwestie moralności społecznej zaprzątnęły i najsilniejsze i najmniej wykształcone głowy. Jak dawniej herezje występujące przeciwko dogmatom światem wstrząsały, tak odtąd już tylko najdziwaczniejsze systemy socjalne, jedne po drugich występują i społeczeństwem wichrzą, jako to: loże masońskie, St. Simonizm[20], Furieryzm[21], komunizm, socjalizm itd.

Z drugiej strony poczęto upatrywać w moralności katolickiej do indywiduów zastosowanej, zbytnią wymagalność. Zrazu samo uczucie, samą sentymentalność wzięto za wszelką regułę życia i obyczajów; a po tej szkole Russa[22] i jego zwolenników, przeszło się wkrótce do monstrualnych zasad moralności, uniewinniających, owszem apoteozujących wszelkie namiętności i wszelkie bezprawia, którymi jak wiadomo odznacza się w dzisiejszych czasach literatura najbardziej poszukiwana.

Stąd w masach upowszechniły się zasady moralności antykatolickiej, uformowało się niejako sumienie niechrześcijańskie. Nie tylko sfałszowało się wszelkie pojęcie prawdziwego moralnego dobra lub złego, nie tylko wszelkie katolickie zasady o godziwym lub niegodziwym zachwiane zostały, ale niektóre czyny przez katolicką moralność wręcz i silnie potępione, poczytywać się poczęły albo za niewinną i nieprzezwyciężoną skłonność natury człowieka, albo nawet za cnotę i obowiązek. Doszło się do czasów, w których można było wydać dzieło wielce poszukiwane, w którym jeden z najulubieńszych ówczesnych powieściopisarzy z urokiem nadzwyczajnego talentu dowodzi, że każdy z tak nazwanych przez moralność katolicką siedmiu grzechów głównych jest w istocie cnotą. Sentymentalność to jest najsubtelniejsza zmysłowość uniewinniająca wszelkie nierządy, punkt honoru to jest najsubtelniejsza pycha upoważniająca najpodlejsze postępki, byle junactwem pokryte, jedno i drugie stało się kodeksem nowej moralności, w miejscu surowej moralności katolickiej, a kodeksem znającym swoje właściwe najprzeciwniejsze duchowi chrześcijańskiemu prawidła, przykazania i stopnie perfekcji.

Stąd w stosunku człowieka w szczególności uważanego z zasadami moralności katolickiej, jak i w stosunku społeczeństwa całego z Kościołem też moralność dla społeczeństwa przedstawiającym, nastąpił większy jak kiedykolwiek rozbrat.

Że zaś rządy są zbiorowym i najdobitniejszym wyrazem moralności społecznej, więc w nich rozdział ten stać się musiał najoczywistszym. Gdy społeczeństwo przestało być katolickim, nie tylko co do zasad wiary, ale i co zasad moralności, państwo (l'état) tak dalece z Kościołem zrazu walczyć, a następnie rozdzielić się musiało, że znowu przyszło się do czasów, w których jeden z najznakomitszych mężów stanu nie lękając się zaprzeczenia, mógł orzec to zdanie, że rząd, aby był doskonałym, powinien być bezbożnym. Le gouvernement doit ètre athée. Słowem nastąpić musiał i nastąpił w istocie absolutny rozdział Kościoła od społeczeństwa cywilnego (la séparation de l'Eglise et de l'État), to jest absolutne usunięcie wszelkiej zasady moralności katolickiej w urządzaniu się i w rządzeniu się cywilnym społeczeństw.

Lecz tak opłakany stan rzeczy wydać musiał swoje owoce. Położywszy raz zasadę, że społeczeństwo w swoim rozwoju cywilnym do surowej moralności katolickiej stosować się nie może, i ma prawo, a tym samym i obowiązek zupełnie ją pomijać, przyjąwszy dla wszystkich, nawet i dla katolickich państw i rządów to prawidło, że rząd jako wyraz społecznych potrzeb nie może być ściśle katolickim, trzeba było naturalnie przyjść do tego zdania, że nie może, że nie powinien być rządem ten rząd, który nie może nie być rządem ściśle katolickim, że nie może, że nie powinno istnieć państwo, które nie może być innym, jak państwem ściśle katolickim. Czyli że Papież właśnie dlatego, że jako Papież przedstawia w sobie przede wszystkim katolicyzm, państwem doczesnym rządzić nie jest w stanie, to jest, że władza doczesna Papieża nie może się zgodzić z Jego charakterem duchownym.

Otóż pamiętać na to potrzeba, że kiedy jaka wielka zasada moralna wychodzi na pole publicznej dyskusji, kiedy tym sposobem ważą się jej losy, wtedy najgrubsze umysły interesem własnym powodowane, umieją odgadnąć, owszem przeczuć jej najsubtelniejsze wnioski, najodleglejsze konkluzje, i takowe do siebie, do osobistego interesu zastosować. Wtedy albo ową zasadę zapamiętale bronić będą, jeśli ona dogadza ich usposobieniom, albo na nią powstaną, jeśli obraża ich przekonanie.

To właśnie ma dziś miejsce w kwestii władzy doczesnej Papieża, tak szczególnie wszystkich zajmującej. W zdaniu, że Papież dlatego, iż Papież, dlatego, że reprezentant katolicyzmu całego państwem doczesnym rządzić nie może, zawierają się dwa zdania: jedno społeczne, drugie prywatne z pierwszego wypływające. Zdanie społeczne wyraża nie co innego, jak widzieliśmy, jak to, że społeczeństwo według ścisłej moralności katolickiej rządzone być nie może. A jakiż z takowego zdania i opinii wniosek praktyczny, prywatny, osobisty koniecznie wyprowadzić trzeba? Oto, że tak jak społeczeństwo z ludzi i indywiduów składające się, według moralności katolickiej rządzonym być nie może, tak indywiduum, czyli człowiek w szczególności wzięty naturalnie, że nie może prawideł tej moralności ściśle zachować.

Że zaś takich, którzy radzi by swój niekatolicki rodzaj życia, swoje odstąpienie od surowych zasad moralności katolickiej, ile możności nie tylko uniewinnić, ale nawet uprawnić, że takich, mówimy, jest dziś większa jak kiedykolwiek liczba, więc i z tego powodu tak wielu na władzę doczesną Papieża powstaje. Tu znowu jak poprzednio wspomnieliśmy, jeśli nie wszyscy czynią to z wyrozumowaniem i z dokładnym pojęciem ścisłego związku tej kwestii moralności społecznej z ich moralnością osobistą, z ich osobistym usposobieniem względem moralności katolickiej, z ich własnym interesem, to czują to instynktownie i żywo czują. Coś wewnątrz ich umysłu przemawia, że dowieść, iż Papież dlatego, że duchowny, to jest, że przede wszystkim katolik i jako taki rządzić docześnie ludźmi nie może, jest to tym samym dowieść a na wielką skalę, że i człowiek w szczególności nie może, a więc nie ma obowiązku żyć i postępować według prawideł moralności katolickiej.

Do jakiej więc kategorii należą ci, którzy powstają na doczesną władzę Papieża, a czynią to głównie z powodu jakoby ona z Jego charakterem duchownym, to jest przede wszystkim katolickim zgodzić się nie mogła, łatwo teraz poznać. A dla jakich pobudek drudzy z tego szczególnie punktu też władzę bronią, podobnież nietrudno odgadnąć, jak również i wytłumaczyć sobie, dlaczego pierwszych więcej nierównie jak drugich. Tamci bowiem są to ludzie, którzy już nie tylko co do wiary, ale i co do zasad i wyobrażeń moralności przestali być katolikami, ci zaś, jako wierne dzieci Kościoła, wiedzą i są najżywiej przekonani, że jak bez zasad moralności katolickiej dla człowieka w życiu jego prywatnym nie masz prawdziwej moralności, tak równie i dla społeczeństwa całego, jeśliby ono nie miało lub nie mogło skutkiem powszechnego odstępstwa od katolicyzmu być rządzonym według tejże moralności, nie masz innej drogi i przyszłości, jak broń nas od tego Boże droga i przyszłość pogańska.

I tym to sposobem kwestia doczesnej władzy Papieża pojmowana, jest nie tylko kwestią polityczną, ale nabiera ona już i z tego tylko powodu charakteru kwestii religijnej. Potrąca bowiem o drugą nieomylność Kościoła, o nieomylność co do zasad moralności, jak niegdyś protestantyzm uderzył na pierwszą, na nieomylność co do zasad wiary.

Bądźmy więc ostrożni, bowiem powiewa tu coś na kształt sztandaru nowego ówczesnego odszczepieństwa, tym prawdopodobniejszego, niestety!, że jak to w powyższych widzieliśmy uwagach, byłoby ono nie czym innym, jak naturalnym a opłacanym następstwem wielkiej herezji XVI wieku.

Kościół z tej nowej walki wyjdzie jak zawsze zwycięsko; o tym wątpić nam nie wolno. Lecz w ciągu odbywania się takowego kryzysu, wśród tego bolesnego przeradzania się jednej epoki dziejów katolicyzmu w drugą, iluż to, ilu z kochanych braci naszych w Chrystusie, z obowiązkami prawowiernych dzieci Kościoła rozminie się niestety! Jak wielu złudzonych hasłami najszlachetniejszych potrzeb społecznych, pozornie tylko użytymi przez nieprzyjaciół Kościoła dla pokrycia ich zamachów na Niego, wpadnie w sidła najprzewrotniejszych, antykatolickich zdań i dążności. – Módlmy się więc i gorąco się módlmy; bo do dzisiejszych to czasów szczególnie stosować potrzeba one słowa Pana Jezusa: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie zostali wodzeni na pokuszenie”. Vigilate et orate ut non intretis in tentationem. Módlmy się i wytrwale się módlmy; bo tego głównie, tego jedynie, tego usilnie domaga się od wszystkich wiernych swoich Ojciec Święty, w każdej swojej odezwie, w każdej uroczystej przemowie. Módlmy się z wielką ufnością, bo sam Bóg na te smutne czasy ułatwił nam modlitwę, zachowując rozporządzeniem Opatrzności Swojej na szczególną obecnego wieku potrzebę, szczególną opiekę Matki Przenajświętszej, przez dogmatyczne ogłoszenie za dni naszych przywileju Jej Niepokalanego Poczęcia!

 

Pisano w dzień Siedmiu Boleści Matki Bożej 30 marca 1860 r.

I. M. J.

Modlitwy

Za obecne potrzeby Kościoła Świętego

 

Modlitwa I

Panie! Polecamy Ci oblubienicę Twoją, Matkę naszą Sty Kościół Twój, pomny żeś go omył, oczyścił, Boską Krwią Twoją, żeby był nieskalany i bez zmazy. – Racz go oczyścić i uświęcić, wyniszczając w nim wszelkie zgorszenia i grzechy. – Nie dopuszczaj, aby był poniżony i uciśniony, Ty nim rządź, Ty go zachowaj, Ty go wznoś pomiędzy wszystkimi ludami i po całym świecie.

V. Żebyś Kościół Twój Święty rządzić i zachować raczył.

R. Ciebie prosimy wysłuchaj nas Panie.

Ojcze nasz. Zdrowaś. Chwała Ojcu.

 

Modlitwa II

Panie racz się zmiłować nad uciśnionym chrześcijaństwem. – Wszakże to pole, na którym Ty i Twoi Apostołowie zasiali ziarno Ewangeliczne. – Patrz jako kąkol błędu zasiał na nim powszechny nieprzyjaciel. – O! Ileż ludów, ile królestw jest herezją zarażonych. – A któż wykorzenić zdoła ten zjadliwy kąkol ciągle usiłujący pysznie przygłuszyć dobre ziarno katolickiej prawdy. – Któż inny zdoła to uczynić, jeżeli nie Ty, który jesteś wszechmocny!– Ty upokorz tylu heretyków, którzy trapią Twój Kościół i spraw, aby z wyniszczeniem wszelkich błędów, wszyscy ludzie żywą wiarą uwierzyli Tobie i w Ciebie i nie zbaczali bynajmniej od tego, czego ona naucza wierzyć i czynić. –

V. Abyś nieprzyjaciół Kościoła Świętego poniżyć raczył.

R. Ciebie prosimy wysłuchaj nas Panie.

Ojcze nasz. Zdrowaś. Chwała Ojcu.

 

Modlitwa III

Panie! Tyś urodziwszy się przyniósł pokój na ziemię, i przez usta Aniołów ogłosiłeś go ludziom. O jakżeż go potrzebujemy teraz, gdy zdaje się chrześcijanie nie umieją używać broni jak tylko na własnych braci. Więc Królu pokoju wlej w serce królów chrześcijańskich ducha jedności i zgody, pojednaj i połącz ich serca świętym węzłem miłości, aby nim wszyscy skojarzeni bronili katolickiej religii od wszelkich jej nieprzyjaciół i świątobliwie panowali i rządzili swoimi podwładnymi.

V. Abyś Królom i Panom Chrześcijańskim pokój i zgodę prawdziwą dać raczył.

R. Ciebie prosimy wysłuchaj nas Panie.

Ojcze nasz. Zdrowaś. Chwała Ojcu.

 

Modlitwa za Ojca Świętego

Najwyższy i wieczny Pasterzu Jezu Chryste! Polecamy Ci Twego Zastępcę na ziemi naszego Pasterza, Ty nim rządź, Ty go oświecaj, Ty go wzmacniaj, Ty go zasłaniaj, Ty go nie odstępuj.

V. Módlmy się za Papieża naszego Piusa IX.

R. Pan niech go zachowa, niech ożywia, niech go błogosławi na ziemi i niech go nie podaje w ręce nieprzyjaciół jego.

Ojcze nasz. Zdrowaś. Chwała Ojcu.

 

Jego Świątobliwość Pan nasz Pius IX nadał odpust 7 lat i tyleż Kwadragen za każdym pobożnym odmówieniem powyższych modlitw.

Odpust zupełny tym, którzy odmawiając przez cały miesiąc, przynajmniej raz na dzień, spowiadać się i komunikować będą – modląc się według intencji Jego Świątobliwości.


 



[1] Pius IX, Giovanni hrabia Mastai-Ferretti (1792-1878) – papież od 1846 r., święcenia kapłańskie przyjął w 1819 r., od 1827 r. był arcybiskupem Spoleto, od 1840 r. kardynałem. Na czas jego pontyfikatu przypadły gwałtowne zaburzenia związane z procesem jednoczenia Włoch i konfliktami społecznymi. W 1848 r. z uwagi na rozruchy w Rzymie papież musiał opuścić swą siedzibę i wyjechać z miasta. Powrócił do niego dopiero w 1850 r. z pomocą wojsk francuskich. W 1860 r. tereny Państwa Kościelnego zostały – wbrew woli papieża – przyłączone do Królestwa Włoch; w 1870 r. utracił on kontrolę nad samym Rzymem, gdy wobec wojny z Prusami wycofały się z niego wojska francuskie, pod których ochroną dotąd w nim przebywał. Starania o zachowanie świeckiej władzy papieża były jedną z najważniejszych kwestii dla wielu polskich konserwatystów i myślicieli katolickich – m.in. Maurycego Manna i Zygmunta Goliana. Popierały go najgłośniej środowiska ultramontańskie. Najważniejszą encykliką Piusa IX była Quanta cura z 1864 r., w której m.in. odrzucił ideę rozdziału Kościoła od państwa – dołączony był do niej Syllabus, piętnujący m.in. socjalizm i racjonalizm. W 1869 r. zwołał Sobór Watykański I, na którym ogłoszono m.in. dogmat o nieomylności papieża w sprawach religii i moralności.

[2] Napoleon I Bonaparte (1769-1821) – cesarz Francuzów (1804-1814). 9 listopada 1799 r. obalił rządy dyrektoriatu i objął władzę jako konsul, w 1804 r. koronował się na cesarza. Zapisał się w dziejach jako wybitny dowódca i reformator (kodeks Napoleona), choć jego imperialna polityka podbojów budziła wiele kontrowersji. Pokonany przez koalicję na czele z Anglią i Rosją, zmarł na zesłaniu, na Wyspie św. Heleny.

[3] Pepin Krótki (714-768) – syn Karola Młota, majordom ostatniego króla Francji z dynastii Merowingów Childeryka III, którego zdetronizował i został królem Franków (751 r.), jako pierwszy władca z dynastii Karolingów. Zawarł sojusz z papiestwem i występował w jego obronie, walcząc z Longobardami. Prowadził także z powodzeniem walki z Maurami.

[4] Karol Wielki (742-814) – król Franków i Longobardów, jeden z najwybitniejszych władców średniowiecznej Europy. Toczył liczne wojny, m.in. z Arabami, Sasami, Awarami i Longobardami. Rozmiary jego imperium wymuszały przeprowadzanie reform wewnętrznych, służących jego unifikacji i zapewnienia sprawności administracyjnej, co udawało się Karolowi dokonywać. 25 grudnia 800 r. papież Leon III koronował go na cesarza Imperium Rzymskiego.

[5] François Guizot (1787-1874) – francuski historyk i polityk, profesor Sorbony, w latach 1847-1848 premier Francji, autor m.in.: Cours d' histoire moderne (1828-1830), Histoire de la civilisation en France (1828-1830), Histoire de la civilisation en Europe (1828), Mémoires (1858-1867).

[6] Victor Cousin (1792-1867) – francuski filozof i historyk filozofii, minister oświecenia publicznego, członek Institut de France, profesor École Normale Supérieure i Sorbony, autor m.in. Histoire de la philosophie au XVIIIe siècle (1829), Cours de l'histoire de philosophie (1841), Du scepticisme de Pascal. Défense de l'université et de la philosophie (1844) i De la société française au XVIIIe siècle, d'après le grand Cyrus (1859).

[7] Antoine Isaac, baron Silvestre de Sacy (1758-1838) – francuski lingwista i orientalista, rektor Uniwersytetu Paryskiego

[8] Konstantyn I Wielki, Flavius Valerius Constantinus (282-337) – cesarz rzymski od 306 r., w 324 r. zjednoczył cesarstwo, wprowadził równouprawnienie chrześcijaństwa (edykt mediolański z 313 r.), zreformował administrację, system monetarny, wojsko. Założył drugą stolicę państwa w Konstantynopolu (330 r.).

[9] Napoleon włączył Państwo Kościelne do Francji w 1809 r. Uzasadniający to dekret, wydany z pałacu Schönnbrunn pod Wiedniem, wskazywał m.in. na złe korzystanie przez papieży z donacji Pepina z 756 r., która stanowiła prawne podstawy rządów papieskich nad Rzymem, a została potwierdzona przez syna Pepina Karola Wielkiego. Za ten krok Napoleon – który już wcześniej, w 1808 r. zezwolił, by marionetkowe Królestwo Włoch zaanektowało prowincje papieskie Anconę, Fermo, Maceratę i Urbino – został ekskomunikowany przez papieża Piusa VII. W odwecie papież został uwięziony przez wojska francuskie – uwolnili go dopiero huzarzy Radezkiego w 1814 r. Państwo papieskie zostało przywrócone na mocy decyzji kongresu wiedeńskiego.

[10] Kodeks Napoleona – kodeks prawa cywilnego wprowadzony we Francji w 1804 r., w wielu rozwiązaniach stanowiący istotny przełom w regulowaniu stosunków prawnych; wywarł on duży wpływ na prawodawstwo polskie, nie tylko Księstwa Warszawskiego, lecz także Królestwa Polskiego.

[11] Giacomo Antonelli (1806-1876) – kardynał, dyplomata papieski, bliski współpracownik Piusa IX, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej od 1848 r. do śmierci, nazywany „włoskim Richelieu”.

[12] Propaganda mazinistowska, a więc związana z Giuseppe Mazzinim (1805-1872) – włoskim rewolucjonistą, przywódcą demokratyczno-republikańskiego nurtu risorgimento, założycielem organizacji Młode Włochy (1831) i Młoda Europa (1834). Walczył on w antyaustriackiej partyzantce G. Garibaldiego. W 1849 r. został triumwirem Republiki Rzymskiej. Był przeciwny zjednoczeniu Włoch pod panowaniem dynastii sabaudzkiej, w latach 1861-1870 przebywał na emigracji, po powrocie uwięziony, wkrótce amnestionowany.

[13] Romania została oficjalne przyłączona do państwa papieskiego w 1278 r. Do jednoczących się Włoch dołączyła w 1860 r.

[14] Wiktor Emanuel II (1820-1878) – król Sardynii od 1849 r., odegrał wielką rolę w procesie zjednoczenia Włoch, m.in. u boku Francji toczył wojnę z Austrią 1859 r., agitował na rzecz zjed­noczenia wśród swych poddanych, wspierał politykę Cavoura; w 1861 r. został pierwszym królem zjednoczonych Włoch.

[15] Gioacchino Napoleone Pepoli (1825-1881) – włoski polityk, senator Królestwa Włoch, burmistrz Bolonii.

[16] Marcin Luter (1483-1546) – mnich augustiański, twórca reformacji w Niemczech, doktor filozofii i profesor teologii. Występował przeciwko handlowi odpustami, supremacji papieskiej, interpretacjom Pisma Świętego, które wykraczały poza jego treść. Został ekskomunikowany w 1521 r. przez papieża Leona X. Nauczanie Lutra trafiło na podatny grunt, choć nie zawsze zgodnie z jego intencjami, czego przykładem może być wojna chłopska – antyfeudalne powstanie chłopów niemieckich, które Luter (po początkowych próbach pośrednictwa) zalecał stłumić.

[17] Jan Kalwin (1509-1564) – francuski teolog i humanista, reformator Kościoła, na protestantyzm przeszedł między 1532 a 1534 r. Związał swe życie z Genewą, którą faktycznie władał, choć nie sprawował żadnej oficjalnej funkcji politycznej, zaś obywatelstwo Genewy otrzymał dopiero 5 lat przed śmiercią.

[18] Hieronim ze Strydonu (331/347-419/420) – doktor Kościoła, święty Kościoła katolickiego i prawosławnego, autor tłumaczenia Pisma Świętego na łacinę (Wulgata).

[19] Autorem napisanej po francusku broszury Le Pape et le Congrès (1859) był Louis Étienne Arthur Dubreuil, wicehrabia Guéronnière (1816-1875) – francuski polityk i publicysta, związany z Lamartinem, później z Ludwikiem Napoleonem (Napoleonem III), publikujący m.in. w „Le Bien Public”, „La Presse” i „Le Pays”, będący ambasadorem w Belgii i Imperium Osmańskim. Napisał również m.in. Études et portraits politiques contemporains (1856), Empire: La France, Rome et Italie (1851), L'Abandon de Rome (1862) i De la politique intérieure et extérieure de la France (1862).

[20] Claude Henri de Rouvroy de Saint-Simon (1760-1825) – francuski historyk, filozof i myśliciel społeczny, hrabia, przedstawiciel socjalizmu utopijnego, zwolennik historyzmu w ujmowaniu przemian społecznych.

[21] Charles Fourier (1772-1837) – francuski socjalista utopijny, krytyk kapitalizmu, propagator idei ustroju bezpaństwowego, pozbawionego przymusu i opartego na dobrych skłonnościach natury ludzkiej.

[22] Jan Jakub Rousseau (1712-1778) – francuski filozof, autor koncepcji woli powszechnej i umowy społecznej (Umowa społeczna, 1762). Jego idee cieszyły się wielką popularnością w Polsce u schyłku I RP. Na prośbę Michała Wielhorskiego Rousseau napisał Uwagi nad rządem Polski (1770). Zdaniem dziewiętnastowiecznych konserwatywnych krytyków ustroju I RP, francuski myśliciel gloryfikując go, utwierdzał Polaków w złym pojmowaniu wolności i niezrozumieniu roli silnej władzy dla sprawności funkcjonowania państwa.

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05