Artykuł
Polityka samobójstwa
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Polityka samobójstwa

Poznań 1872

 

I.

Pisemko Radcy Stanu[1] jest w myśl autora owocem gorzkiego doświadczenia, dopełnieniem powinności obywatelskiej „po dłu­gich, lata całe liczących i myśli i losu próbach” (s. 79), słowem wycierpianym i wypędzonym jako nabój w działo uczuciem. Ude­rzającą oryginalność ostatecznych wniosków autora stanowi to, że autor proponuje ostatecznie z rozwagą i namysłem, wyzucie się przez patriotyzm z tego, co ludzie zwykli byli dotąd nazywać patrią, ojczyzną, narodowością; pozbycie się jeśli nie doraźne, to przynajmniej stopniowe, nałogu nawet narodowego języka. Przez czas niejaki w ciągu jednego, dwóch lub trzech pokoleń, nikt nie przeszkodzi Polakowi obcować po polsku w domu z przyjaciółmi i muzami (59), rozmawiać nawet z panem Bogiem i żegnać się po polsku z życiem, na łożu śmierci. Później nałóg ustąpi konieczno­ści życia, transformacja się dokona, nowa ojczyzna pracy stanie się ojczyzną serca (8) i przyszłość ujrzy, w najnaturalniejszy sposób ogół Polaków nie używających w obrębie Rosji polskiego języka (60). Odmiana ma być nie tylko językowa, ale i najwszechstron­niejsza, bytowa, zwłaszcza, że z naszego bytu, jak to autorowi wia­domo, nic nam prawie więcej nie zostało oprócz języka. Do odmia­ny tej, którą autor nazywa „procesem odrodzenia”, chce się on przy­łożyć o ile sił i mocy staje, nie biernie, a czynnie; podaje nie książkę, a czyn (s. 79) – chce ułatwić to odrodzenie w obrębie poje­dynczego sumienia (s. 65) każdego z czytelników, na którego serce padnie ziarno jego słowa. Autor proponuje nam umrzeć i zgnić, jako naród polski, ażeby się odrodzić w innej wyższej ca­łości, w Słowiańszczyźnie, posługującej się mową rosyjską, jako zrazu urzędowym, a później, z biegiem czasu, bytowym językiem, pod którego zwierzchnim pokryciem mogą wegetować inne języ­ki, jako miejscowe niecywilizacyjne narzecza. Wyzucie się z odziedziczonej po przodkach wiary lub mowy, idzie wszędzie na świecie z oporem i zwało się bez względu na pobudki – odstępstwem. W smut­nych naszych dziejach pogrobowych, odstępstwo objawiało się do­tychczas zwykle w dwóch formach: pozorne przez zemstę, czyli tak zwany walenrodyzm i najistotniejsze, przez obojętność, czyli tak zwany kosmopolityzm.

Odkąd największy z naszych wieszczów w niedobrą chwilę podniósł do ideału zdradę, jako środek walki, liczne pokolenia, jedno po drugim chorowały na walenrodyzm i truły się nim; nie obeszło się przy tym bez skażenia pojęć moralnych w narodzie. Prawdziwych Wallenrodów dojrzało wszakże mało, a tylko dotąd Rosjanin, w wyciągniętej ku niemu każdej dłoni polskiej upatruje Wallenroda. Co się zaś tyczy odstępstwa jawnego, to się dokonywało przez uroczyste wyparcie się swej narodowości, przez zelżenie jej i zbezczeszczenie (Senkowski, Bułharyn[2]). Odstępcy tego gatunku działali dla zysku i byli ludźmi tak małego kalibru w moralnym względzie, że odchodząc oddawali usługę narodowości naszej, po­zbywającej się tego śmiecia. Z Radcą Stanu ma się rzecz całkiem inaczej. Bezwarunkowo potępiając wszelką myśl walenrodyzmu, Radca Stanu miłuje po swojemu narodowość i na twarz umarłej dawnej Polski kładzie synowski, gorący prawie pocałunek. „Roz­biór Polski był wielką wyrządzoną nam przez sąsiadów krzywdą, to co robili ojcowie nasi dobijając się o odzyskanie straconego – dobrze robili, my byśmy sami powinni byli to uczynić, gdybyśmy się w takiejże znajdowali sytuacji (s. 3), ze zmianą jednak sytuacji, zmieniają się cele; korząc się przed tym faktem nic nam nie pozostaje, jeno zrobić z bytu swojego poświęcenie i ofiarę”. Odstępstwo proponowane przez autora jest to odstępstwo nat­chnione duchem poświęcenia i ofiary. Wszelkie nie już odstępstwo, ale nawet odstąpienie od przyjętego trybu myślenia i postępowa­nia, uzbraja przeciw sobie wszystkie zachowawcze instynkty to­warzystwa. Przy tych warunkach pracy, krytyka nadzwyczaj łatwa i wdzięczna, kiedy się nawet odbywa z zimną krwią, nie uciekając się do namiętności, jak to uczynił krytyk lwowski S. B. wołając: „chciałbym tchnąć w słowa moje wszystkie świata jady, spotęgowaną do najwyższego stopnia wściekłość”[3]. Można by z lepszym skutkiem, a z mniejszym forsowa­niem się i zachodem stoczyć świetną walkę z autorem pisemka, zwłaszcza, że Radca Stanu radzi sobie bardzo niedyplomatycznie i sam niebacznie słabe swe strony odsłania.

Chcąc pewną prawdę wyrzec współrodakom, wdział na siebie Radca bez potrzeby urzędowy wicemundur i ani na chwilę go nie zrzuca, przez co daje dowód albo braku taktu, albo tego, że ów wice­mundur przyrósł mu do skóry i zrzucić się nie da. Każdy rozsąd­ny i praktyczny człowiek stosuje to co mówi, do tego, do kogo mó­wi. W nocie albo memoriale przeznaczonym dla rządu, koniecz­ne i właściwe może ze względu na cel byłyby wyrazy „o wysoko­ści myśli przewodniczącej kombinacji 1862, o tych czci najdostojniejszych ludziach stanu Rosjanach, którzy swą rękę do tego dzie­ła przyłożyli (11), o tej kombinacji jako doszłej dzięki szczególne­mu zrządzeniu Opatrzności i wielkomyślności Monarchy (62), na koniec, o przezorności politycznej, jakiej naród rosyjski zawsze daje dowody w trudnych chwilach dziejowych (61)”. Ale w piś­mie przeznaczonym dla polskich czytelników rzecz się ma ina­czej; albo te wyrazy są tylko pewnymi retorycznymi obrotami mowy, nakazanymi przez kunszt pisarski, a wtenczas rozmijają się one z celem, bo nie rozczulają bynajmniej tych, do których są pisane i nie mogą być przyjęte na wiarę; albo też są one dosłownym tłumaczeniem istotnej myśli autora, w takim razie nie mielibyśmy do czynienia z mężem stanu, lecz z bardzo naiwnym człowiekiem, który przypatrując się z bliska rzeczy, brał jej po­zory za istotę i wierzył tym pozorom w prostocie swego ducha. Naród rosyjski nie jest politycznie przezorny; sam o sobie mówi: „tylnym rozumem mocen” (заднимъ умомъ крепокъ), co wycho­dzi prawie na polskie: mądry po szkodzie”. Naród rosyjski nigdy niczego nie przewidział, nie uprzedził, a że w chwilach kry­tycznych miewa pewne instynkty zachowawcze, które się budzą z ogromną mocą, poczym następuje długi letarg aż do nowego wybuchu, toć te wybuchy namiętności nie mają jeszcze nic wspól­nego z przezornością, jak nie ma nic wspólnego uczucie gniewu albo strachu z chłodnym rachunkiem w odległą przyszłość patrzącego rozsądku.

Naród rosyjski największe zawsze błędy popełniał, kiedy był panem pozycji i u szczy­tu powodzenia; lecz dopiero pobity i przygnieciony odzyskiwał sprężystość (1612-1812). Mówi to na korzyść wielkiej żywotności narodu, lecz wcale nie na korzyść jego przezor­ności. Potrzebaż jeszcze tłumaczyć autorowi powody niedowierza­nia tej „wielkomyślności”, jaką tchnęła jakoby kombinacja 1862 r. Ta wielkomyślność rządowa, jeśli nie od początku wieku, to przy­najmniej od 1831 r. miała wszystkie cechy karabinierów offenbachowskich w Rozbójnikach[4] „par un malheureux hasard… toujours trop tard, toujours trop tard”… Przez 30 lat wielkiego ucisku, który olbrzymią kopułą zaciążył nad obydwoma narodami, gro­madziły się materiały palne do wypadków 1863 r., rosło głębokie rozjątrzenie. Po 1855 r. praktyka złagodniała, ale system pozostał nietknięty. Gdyby wielkomyślność domyśliła się dać w tej chwili dziesiątą cząstkę tego, co przyrzeczono później po lutym 1861 r., wybuchu nie byłoby, lawa spłynęłaby spokojnie otwartym dla niej przezornie korytem. Aż do strzałów lutowych, zamykano oczy i nie chciano wiedzieć, że jest kwestia polska, a po tych strzałach już było: toujours trop tard. Nie wdzięk mowy żelaznego Margra­biego pociągnął, niby czarem śpiewu syreny, załogę ullisesową na­wy rządu rosyjskiego; Margrabia nasunął się jako pośrednik, ofia­rujący wyprowadzić niezaradnych i nieprzezornych z trudnej pozy­cji, a działo się to w chwili, kiedy kwestia polska nie przestawała być kwestią polityki wewnętrznej, kiedy za Polską nie ujmowały się jeszcze, swymi szkodliwymi notami, zachodnie mocarstwa i kie­dy sam naród rosyjski zachowywał się względem kwestii polskiej jeśli nie całkiem przychylnie, to przynajmniej obojętnie. Najboleś­niej jednak ze wszystkich wyrazów autora razi wzmianka o czci najdostojniejszych ludziach stanu Rosjanach. Gotówem wierzyć, że pomiędzy Rosjanami byli tacy, którzy po wypadkach 1863 r. nie zerwali z autorem stosunków zażyłości i przyjaźni (52), to jest, nie odwrócili się od niego i nie zamknęli drzwi swoich przed nim, ale stąd jeszcze nie wynika bynajmniej przekonanie, że ktokolwiek bądź z tych ludzi, w prywatnym życiu grzecznych i cywilizowa­nych, pojmuje kwestię polską i jest takimże narodu, jak osoby Radcy Stanu przyjacielem. Przychylając się do kombinacji 1862 r. rosyjscy mężowie stanu, albo czynili to dla wyjścia czasowo byle jakim sposobem z trudnego położenia, a w takim razie nie zasługu­ją na uwielbienie, jakie im autor pisemka poświęca; albo też, postępowali tak dlatego, że w głębi własnego sumienia poczytywali to za dobre, słuszne i sprawiedliwe, a wtenczas ich zapatrywania się nie powinny by się były zmienić nawet wobec wypadków 1863 r., owszem, wypadki te powinny by ich utwierdzić w myśli spełnienia dzisiaj programu 1862 r., albo przynajmniej choć cząstki tego pro­gramu, przy tak korzystnie zmienionych dla Rosji okoliczno­ściach, w chwili gdy dobrowolny krok taki przez nikogo w świe­cie nie mógłby być poczytany za wymuszony, a danie byle czego, zapewniłoby dającemu całą zasługę i wszystkie korzyści dobrze pojmowanej i rozumnej wspaniałomyślności. Najwięcej jeszcze moglibyśmy się spodziewać od samego panującego, mającego cha­rakter miękki, dość ludzki i niezawzięty, lecz wszystko co go do­tąd otacza, czynnie lub biernie, trzyma się systematu bezwarunko­wego i niemiłosiernego wytępiania. Czynią to przez patriotyzm, lecz szanowny autor przyznać musi, że w tym patriotyzmie jego czci najgodniejsi przyjaciele stoją dotychczas względem nas na sta­nowisku bojarów Iwana III[5] i IV Wasilewiczów[6], i bez porównania są niżsi, nawet od dworaków Katarzyny II[7]. Chroniąc się od za­rzutu drobiazgowości w krytyce, pomijamy po tych kilku uwagach wszelki rozbiór charakterystyki rządu, narodu i ludzi stanu rosyjskich; kładziemy je po prostu na karb nałogu stylu autora.

Pomijamy i inne osobliwości i śmiesznostki, np. odwołanie się prawie wyłączne do ojców familii, nad losem podrastających pokoleń rozmyślających (dedykacja) jako do jedynych stróżów istotnych interesów Polski (79) oraz natarczywe i gorączkowe, z no­żem że tak rzeknę, na gardło nastawanie na każdego z nas, abyśmy dziś jeszcze i to stanowczo, wyrzekli bez dalszego namysłu, z kim mamy zamiar trzymać na przyszłość: z Austrią, Prusami czy z Rosją? (17-47).

Nie sądzę, aby autor żądał na serio, od zabierającego głos w sprawie polskiej, legitymacji z ojcostwa; aby ojców tylko uwa­żał jako cives optimo jure, zwłaszcza że sam uznaje winę ojców w tym, że się dali pociągnąć dzieciom do gry hazardowej w r. 1863 (80), czyli innymi słowami, że w danej chwili, ojcowie, stróże inte­resów, poszli pod komendę młodzieniaszków i studentów. Z tego punktu widzenia, praktyczniej byłoby może odwołać się nie do ojców, ale do synów, i spróbować przemówić w sposób przekonywujący do młodzieży, która pociągała i pociąga, a nie do starych, którzy tak małodusznie dali się pociągnąć mimo woli w r. 1863, i dadzą się tym łatwiej ciągnąć na przyszłość, że ich zastępy prze­rzedzone, i że prawie wszystko co było wzniosłe i piękne w zeszłym pokoleniu, legło odcięte, a naród nasz stał się odtąd podobnym do pnia gołego, na którym zrąbano gałęzie.

Na koniec, co do natarczywego domagania się, abyśmy się decydowali dziś jeszcze, mniej niż kiedy, pojęte jest teraz takie gwałcenie woli. Czasu mamy chwała Bogu dosyć, mamy go może zanadto; jutro będzie jak dzisiaj, pojutrze mało co gorzej niż wczoraj, na długie zdaje się lata zaległa nad nami ciężka ołowiana, jednostajna chmura. Czas przestał, na teraz, być naszym zaciętym wrogiem, jest dla nas obojętny, może stać się nawet sprzymie­rzeńcem naszym, kiedy potrafimy, nie ulegając gorączkowym pory­wom, postąpić z nim oględnie i właściwie. Oględność wiele warta zawsze, a szczególnie w tak drażliwej kwestii, jaką jest narodowe małżeństwo, którego Radca Stanu jest swatem. Swat nalega: masz trzy panny do wyboru, jedna zła, druga gorsza, a trzecia najdo­skonalsza i najlepsza, żeń się z nią natychmiast. Jeżeli kandydat do ożenienia nie jest lalką lub półgłówkiem, rzecze niezawodnie: miły swacie, zaczekaj chwilkę; toć przecie śluby dozgonne, toć sakrament, raz ślubowawszy chcę dochować święcie i statecznie, jak dobremu człowiekowi przystało; jeśli i trzecia panna nie jest tak doskonała jak powiadasz, wolę się nigdy nie żenić. Ostrożnie więc i pomału weźmy do namysłu rady swata, połóżmy je na szalę rozwagi. Postarajmy się dać na propozycje odpowiedź dojrzałą, dostojną, zgodną z życzeniem autora, to jest ani „na krok nie wy­chodzącą za kres krainy, w której Muzy panują” (79). Z dwóch pytań nasuwających się naszej rozwadze, jest jedno podrzędne: czy szczerze radzi swat? – drugie główne: czy dobrze on radzi? Pierw­sze nazywam podrzędnym, bo rada i najzdrowsza, może wyjść z ust nawet sprzedajnych, a nawzajem nie radą, lecz zdradą może być przyjaciela. W każdym przypadku jednak, stopień dobrej lub złej wiary nie może nie wywierać przeważnego wpływu na ton i usposobienie krytyki. Lekko zbić można sofizm kupiony lub nieuczciwy, inaczej rzecz się ma z sumiennym obłędem. W su­mienności obłędu tkwi czar porywający, moc zaraźliwa dla innych umysłów, a i względem znajdującego się w takim obłędzie, jest moralny obowiązek, potykać się z nim równym orężem, przekonać, pokonać i może do odwołania tego co utrzymywał zmusić. W da­nym przypadku, pierwsze pytanie rozstrzyga się od razu. Gdyby nawet krytyk podpisujący się S. B. nie był nieszlachetnie i wbrew wszelkiej literackiej przyzwoitości, uchylił zasłony, ze wzięcia się do rzeczy, ze sposobu rozumowania, musielibyśmy przyznać, że z każdej stronicy pisemka w niebogłosy woła szczere, głębokie, chociaż spaczone przekonanie. Idźmy więc wprost in medias res [do sedna sprawy] potykać się na ostre z tym przekonaniem; sprawdźmy punkt wyjścia, logikę, ścisłość rozumowania, na koniec, zastanówmy się nad praktycznymi skutkami wniosków autora, jeżeliby takowe były przyję­te i urzeczywistnione.

 

II.

Odkąd na początku naszej historii Chrobry zakreślił szablą państwowe granice, Polska znalazła się w położeniu, z którego nie wyszła, otoczona i ze wschodu i z zachodu śmiertelnymi nieprzy­jaciółmi, z którymi jednocześnie staczać walki musiała. Możność bronienia się i przeciwko każdej z dwóch niemieckich marchii, i przeciw Rusi, a potem Moskwie, oraz przeciw sojuszowi wszyst­kich tych trzech potęg, stanowiła dla niej warunek istnienia. Polska nie podołała temu zadaniu, sąsiedzi ją rozebrali. Wypadek ten można wyrozumować dwojako: albo jako fakt nieunikniony, naturalny jak powódź, pożar, jak rozłożenie się konieczne organi­zmu, który się przeżył; albo jako morderstwo dokonane przez sąsia­dów. W pierwszym przypuszczeniu upada wszelka kwestia mię­dzynarodowo kryminalna; schodzimy na grunt historii natural­nej, społecznej; wszystkie próby odbudowania państwa politycznie, równają się galwanizowaniu trupa; zostaje do rozstrzygnięcia, czy po zwątpieniu w zmartwychwstanie polityczne, można jeszcze bro­nić istnienia narodowego, swojej kultury wyrobionej dziejami, swojego typu, wykutego wiekami świetnych powodzeń, tylko pra­cą moralną oczyszczonego z ojcowskich grzechów i błędów. Wszy­scy renegaci twierdzili, że nie można i nie warto. Jest to stanowisko bardzo mocne, z którego się już wprost schodzi do wszystkich praktycznych postulatów Radcy Stanu. Lecz Radca Stanu jest to człowiek przede wszystkim sercowy, nie chce rozstać się ani z jednym ze swoich ideałów młodości, chociażby potem między tymi ideałami przychodziło do walki. Polska została zamordowana, kryminał się popełnił, rozumuje on: ojcowie nasi dobrze robili le­jąc krew w walce z mordercami (3), nam tylko trzeba uderzyć czołem przed faktem dokonanym; bo, na nieszczęście, w międzynarodowym prawie nie istnieje restitutio in integrum [przywrócenie stanu pierwotnego]. Dziwne rozumowanie! Nie ma restitutionis in integrum, ale nie ma też i prze­dawnienia, proskrypcji. Pan Radca, który tak wierzy w porzą­dek moralny, że aż nam tłumaczy zamiary Opatrzności na każdej karcie pisemka, powinien wiedzieć, że jak w mechanice żadna czą­stka siły nie przepada nigdy, tak i w porządku moralnym nie może przepaść nie wiedzieć jak i zniknąć ani jedna cząsteczka tej moral­nej siły, którą nazywamy prawem, chociażby przeszły wieki krzyw­dy, zanim mogłaby wystąpić jawnie, ta siła niewidoma i ukryta. Ojcowie podług p. Radcy postępowali dobrze wybijając się na wolność, i podług tegoż Radcy, synowie, toż samo czyniąc, radzą sobie źle. Chciałbym wiedzieć dzień i godzinę, kiedy się odbyła ta oryginalna metamorfoza, że ojcowie przestali robić dobrze, a sy­nowie zaczęli robić źle. Jeżeli ojcowie radzili sobie dobrze, to i sy­nowie dochowali święcie ojcowskich tradycji, a że się im nie udało, toć przecie fortuna variabilis, Deus admirabilis [Bóg zadziwiający, szczęście zmienne], jak rzekł niegdyś Starowolski[8]; a p. Rad­ca Stanu co tak wielbi ojców, popełnia grzech śmiertelny dawnego Izraela, padając przed złotym cielcem powodzenia, całując proch, zaznaczony wartkim kołem rydwanu bogini fortuny, czczonej przezeń pod mianem dokonanego faktu. Jeżeli zaś synowie musieli przegrać, bo się upędzali za czczą marą, to i ojcowie upędzali się za tymże błędnym ognikiem; potępiając synów, trzeba było zacząć od potępiania ojców; synów zaś karcić za to, że niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, iż ich ojcowie byli po prostu głupi.

Radca Stanu kocha się w ideałach, i nie chciał za nic rozstać się z tym ideałem, który sam przez się rozbija cały następny sze­reg jego rozumowań. Państwo rozbito, kraj rozebrano, zaczął się długi okres tułactwa, siania kości polskich po całej kuli ziemskiej i zarazem, niestety, wyciągania ręki o pomoc ku dalekiemu zachodowi, przeciwko trzem zaborcom. Spełniony został wielki błąd i grzech, bo powstawać skutecznie chociażby i z cudzoziemską pomocą mogą tylko te narody, które stać podołają potem o wła­snych siłach; ażeby się u nas na to zanosiło, nikt z nas temu nie wierzył. Błąd jeszcze gorszy, że byt i przyszłość narodu przy­wiązano do dynastii, która nie tylko obcym, ale i swojemu krajowi gotowała same ruiny. Przez czas niejaki Polska była niby ogo­nem tej krwawej komety.

I nasz Radca okres ten przeżył i jako człowiek sercowy, zamiast otrząsnąć się z błędu, zasusza ideał i kładzie go obok innych kwiatków do wspomnień swoich herbarza. „Nie płochość umysłu (powiada on), kazała nam wierzyć we Francję (15), jakkolwiek orły napoleońskie były krwiożercze ptaki, jakkolwiek zimny egoizm wodza pędził je na pole kośćmi zasłane, ale leciały one z gniazda, gdzie jawnie światu całemu biły gorące serca dla idei, a choć w czynach deptano sprawiedliwość, nie wyrzeczono nigdy, że spra­wiedliwość fraszką”. Więc i nasz bonapartyzm znalazł odpusz­czenie, dobrześmy robili nawet ciągnąc ku orłom francuskim; złu­da to była, ale piękna złuda. Tu autor staje przed nami wyraźnie w postaci młodzieńca szillerowskiego, płaczącego, że „die Ideale sind zerronnen”. Marzący młodzieniec, poeta, ale czyż to mowa i tryb myślenia męża stanu? Pisemko Radcy nie jest tylko her­barzem, w którym się składają jak w pieśni Wajdeloty[9], zeschłych uczuć kwiaty; jest to Panteon, w którym się stawiają coraz nowe bogi. Obok posągu dawnej Polski, uwieńczonego wiankiem nie­śmiertelników i transparentu z orłem Francji, któremu rzucono szczyptę kadzidła, wykuta została framuga większa i głębsza, a w niej mieści się ostatnie dziecko ducha czasu, najnowszej daty bo­żyszcze: aglomeracja ludów, wskazana jako najprawdopodobniejsza faza przyszłego ustroju Europy (18).

Najrozmaitsze pierwiastki składały się na odlanie tego bo­żyszcza. Autor nie podając ani daty jego urodzenia, ani towarzy­szących urodzeniu okoliczności, przytacza tylko Napoleona III, zapewne jako proroka i Jana Chrzciciela nowego kultu, którego arcykapłanem był Cavour, jest dzisiaj Bismarck, a jutro będą zapewne pp. Hilferdyng[10] i Aksakow[11]; bo jużciż, kiedy ma się stać niebawem aglomeracja słowiańska, przez wlanie się wszystkich Słowian do pojmującej słowiańską misję Rosji, i dla utwierdze­nia wyższej nad dotychczasowe narodowości jedności zbiorowej, duch czasu i kolej wypadków pchną niezawodnie wodę na koła moskiewskich słowianofilów.

Radcę Stanu nie zastanawia wcale ta uwaga, że żadna z do­tychczasowych aglomeracji nowej daty, ani włoska, ani niemiecka, nie utworzyły się wskutek li tylko rasowego pobratymstwa aglo­merujących się; że żadna z nich nie była naprzód wymarzona, a później urzeczywistniona, że każdej przewodniczyła pewna poli­tyczna tradycja; Włochom – tradycja wielkiej przeszłej Romy, Niemcom – cesarstwa Karola Wielkiego. Radca nie zadał sobie pracy wytłumaczyć w czym, podług niego, wyraża się poczuwanie się narodu rosyjskiego do jego specjalnie słowiańskiej misji? Jeżeli panslawizm ma gorących adeptów w południowej Słowiańszczyźnie, a szczególniej między Czechami, to jest tylko dowodem, że ludy te w kłopotliwym będąc położeniu, szukają pomocy i spo­dziewają się jej z zewnątrz, jakeśmy się niegdyś od Francji spodzie­wali, ale rząd rosyjski ani razu dotychczas nie prowadził polityki słowiańskiej i spełniać nie myśli programatu, uciekających się do niego pobratymców. W Rosji samej, oprócz maleńkiego stron­nictwa słowianofilów, nie ma partii, która by doradzała chwycenie się tej polityki, ponieważ jest to polityka awantur, odbiegania od swoich własnych interesów i popuszczania cugli pysze narodowej, która od wieków była wrogiem doskonalenia się i ludzi i narodów. Krojąc na wielkie, powiadają przezorniejsi, wybierając się pano­wać poza domem, nie zdążymy zagospodarować się w samym do­mu naszym, i będziemy nadal i biedni i ciemni. Dodajmy przy tym, że nawet najbardziej zaawansowani spomiędzy panslawistów, na przykład Czesi, w swoich marzeniach nie posuwają się wcale tak daleko, jak Radca Stanu, i jeżeli myślą o aglomeracji sło­wiańskiej, to jako o rzeszy z wodzem Rosją na czele, nie myśląc bynajmniej nieść jej w ofierze własnego języka; przypomnijmy tylko apologię Riegera[12] o dzwonach w Moskwie w r. 1867 na zjeź­dzie słowiańskim, wśród etnograficznej wystawy. Autor pisemka nie wytłumaczył wcale, skąd się wzięła idea Słowiańszczyzny i dlaczego mamy wierzyć, że wszystkie ludy tego szczepu mają fatalnym pędem zlać się w tym roztopie? Każda idea potrzebuje jednak uzasadnienia. Zgadnijcie proszę, dlaczego mamy co prędzej wytępiać w sobie tak zwaną gminnie miłość ojczyzny i ułatwiać tym sposobem następcom naszym zbliżenie się do tego ogniska, które ma się rozniecić na naszych popiołach, przez nowy rzeczy porządek? (7) Dlatego, odpowiada autor, że każda zbiorowość od rodziny począwszy, a zatem i narodowa ojczyzna, jest to w grun­cie tylko pewna, odrębna forma bytu, dająca człowiekowi możność być prawdziwym człowiekiem (8), to jest wychować się i doskonalić się moralnie. Tu spotykamy się znów oko w oko i to niespodziewanie z czwartym ideałem autora, który już jest prawdziwym dopełnieniem jego kadryla: z ideą humanitarną, kosmopolityczną, wobec której ojczyzna narodowa jest po prostu suknią, dającą się odmieniać i handlować, tak, że gdy nam ciasno w jednej, możemy wziąć drugą, obszerniejszą, a nawet wleźć do ciaśniejszej, w na­dziei, że się roznosi, rozszerzy, i że przez dopuszczenie Mądrości Najwyższej, z kolei ojczyzna pracy stanie się dla prawnuków oj­czyzną serca. Ta idea kosmopolityczna ma, w ekonomii pisemka Radcy Stanu, przeważne znaczenie. Do niej ucieka się on chcąc skojarzyć sojusz Polaków z Rosjanami. „Nie jako Polacy – jako ludzie przychodzimy do narodu rosyjskiego, powiada on, i li tyl­ko jako ludzie wchodzimy do wspólnego politycznego ciała” (72). Z narodowości, jadąc do szczepowości, przejechać przez ludzkość, jest to, przyznajmy, jedną z najtrudniej­szych łamanych sztuk w dialektyce, i znaczy prawie to samo, co skoczyć naprzód po drabinie, zahaczyć się o najwyższy jej szczebel, a potem dać jeszcze większego susa w dół i stanąć na najniższym szczeblu. Nie myśli­my bynajmniej zaprzeczać rasowości; wpływ jej ogromny, potężny, nawet w najwykształceńszych narodach, trudny do wytłumaczenia, nie dający się wyrozumować, szczególnie gdy różnice zaognia­ne są i rozjątrzane przez nienawiść. Nie mamy tu zamiaru odrzucać idei ludzkości, nie pojmujemy tylko szczególniejszego tych dwóch idei zestawienia, i zdaje nam się, że zbliżając się do Rosjan w celu wproszenia się do Słowiańszczyzny, do której Rosja ma niby klucze posiadać, daleko konsekwentniej byłoby szukać rekomendacji nie w tym, żeśmy ludzie tylko, lecz raczej żeśmy Słowianie. Porozumiejmy się. Nie ma państw szczepowo jedno­litych; wszystkie prawie powstały z połączenia się, rzadko dobrowolnego, a najczęściej przymusowego, najrozmaitszych rasowych pierwiastków, które się zżyły, skombinowały i utworzyły ciało nowe, narodowość historyczną zupełnie co do właściwości i przy­miotów swych różną od pierwiastków jakie jej dały początek.

Między narodowościami rozmaitego pochodzenia, wspólna cywilizacja, wzajemne zapożyczanie kultury, czerpanie z jednych i tych samych źródeł oświaty tworzą niezmiernie mocne węzły du­chowego pochodzenia, które często o wiele przeważają wszystkie podobieństwa szczepowe. Poświęcać głębokie, tradycyjnie przez historię wypielęgnowane różnice, nie dlatego, że są złe, ale dlate­go jedynie, aby się pogrążyć w pierwotnym rozczynie szczepowym, znaczy iść w kierunku odwrotnym od biegu historii i oddalać się o tysiąc mil od idei ludzkości.

 

III.

Radca Stanu byłby niezawodnie w kłopocie, gdyby mu ktoś uprzytomnił całą doniosłość idei ludzkości, którą on wprowadzał, jako ogniwo mające połączyć Rosję z Polakami, a która całkiem dla ugruntowania słowiańszczyzny rosyjskiej, jak on ją pojmuje, niepotrzebna i nawet wadliwa; gdyby na przykład kto zażądał ure­gulowania naszych stosunków z Prusami i cesarstwem niemieckim, na zasadzie idei ludzkości i definicji ojczyzny, jaką w pisemku na­potykamy. Jeżeli narodowość jest tylko pewną, odrębną i zawsze jednostronną formą ludzkiego bytu, dającą się dowolnie odmie­niać, jeżeli korząc się przed dokonanym faktem, powiemy sobie, że nam nic nie pozostaje, prócz wynarodowienia, i przejmiemy się tą rozpaczą w postaci sylogizmu, jeśli korzystając z ostatniej, jaką jeszcze mamy, wolności wyboru między polewką białą lub czerwo­ną, w jakiej fatalnie mamy być zjedzeni i spożyci – zadamy sobie pytanie, jakiemu wolimy ulec wynarodowieniu, czy w niemieckim, czyli też w rosyjskim kierunku (32)? doprawdy nie pojmuję, dlaczego byśmy, trzymając się definicji ojczyzny przyjętej w pisemku, nie mieli obrać niemieckiego, który wedle uznania samego autora nie­skończenie wyższe rokuje nam korzyści? Wprawdzie autor pocie­sza nas tym, że wynarodowienie niemieckie jest dla Słowian nie­bezpieczeństwem, rosyjskie zaś tylko istotą urojoną (un être de raison) (32), lecz mimo to rozsądek każe raczej tę pociechę poczy­tać za urojenie, bo cóż istotniejszego i bardziej dotkliwego nad po­zbycie się języka, z którego autor każe nam przy przerosjanieniu się naszym uczynić ofiarę? Przy wyborze między wynarodowie­niem a wynarodowieniem, z punktu widzenia oderwanego, wszechludzkiego, niepodobna zawahać się na najmniejszą chwilę. Autor nam przyznaje, że z Prusami otrzymamy natychmiast dobry po­rządek w administracji i sądzie, doskonałych nauczycieli, ruch i popęd w rolnictwie i przemyśle, ogromne życie intelektualne i ekonomiczne (28). O wytępianiu nas przez Niemców, o stopniowym wymieraniu naszym pod falą niemiecką, jak wymierają czer­wone rasy amerykańskie, nie może być mowy na serio; raz, że pań­stwa nowożytne nie znają helotów i kardynalną ich podstawę sta­nowi równouprawnienie obywateli; po wtóre, że przy całym ogro­mie środków, jakie posiada państwo niemieckie, ruszają się jednak Słowianie i krzątają się około podtrzymania swoich narodowości w Poznańskim, Prusach, Łużycach, a żadna z tych grup dotąd nie zrezygnowała się na śmierć, która tym mniej będzie podobna do prawdy, im więcej przybędzie im sprzymierzeńców w ich walce z niemczyzną. Prócz tego skoro niemiecka forma bytu wyższa jest od słowiańskiej, a każda forma służy tylko jednostce za śro­dek do stania się człowiekiem, więc jednostka podlejszej, bo sło­wiańskiej kultury, za chlubę powinna by poczytać dla siebie, że się staje uczestniczką wyższej, doskonalszej cywilizacji, zawierającej w sobie, jak przyznaje autor, nieprzebrane skarby dla kształcenia tak społeczności ludzkich, jak i odrębnie wziętego człowieka, we wszystkich możebnych kierunkach.

Logika mówi jedno – instynkt szepcze autorowi znowu co innego. Niemiec i Słowianin, powiada on, są dwa pierwiastki nie dające się chemicznie połączyć, bo nie mają między sobą żadnego zgoła powinowactwa (28). My byśmy jeszcze, mówi on dalej, mo­gli może zespolić się z germańskim szczepem w imię kultury, któ­rej łakniemy, ale kultura ta nie mogłaby w żaden żywy sposób przesiąknąć do słowiańskiego kmiecia (34). Germanizując się wy­dalibyśmy na pastwę klasy niższe, zaprzedalibyśmy je w rasowe poddaństwo (25), przygotowalibyśmy dla nich przez naszą dezercję los Łotyszy i Estończyków w bałtyckich guberniach (34). Ani jeden z tych zarzutów nie da się utrzymać z punktu widzenia abstrak­cyjnie humanitarnego. Brak chemicznego powinowactwa między rasą słowiańską i germańską, jest dowolnym przypuszczeniem autora, obalanym co chwila przez historię. Niemczały nie wymie­rając wcale plemiona słowiańskie na zachodnich kresach, ale polszczały też przeważnie smugi niemieckiego szczepu, które w cią­gu średnich wieków zapuszczały się Bóg wie jak daleko na wschód. Niech autor przypomni sobie tylko historię naszych miast. Do dziś dnia, na każdym prawie miejscu w Rosji spotykamy przy­kłady zruszczenia Niemców, a przykładów tych więcej dotąd niż zniemczenia Rosjan. Nie ma powodu obawiać się, że kultura i dobrobyt nie będą mogły spływać, dla braku kanałów, aż do na­szego kmiecia, chyba przypuściwszy, że ten kmieć nasz w fizycznym i moralnym względzie, nieodzownie i fatalnie jest upośledzo­ny w porównaniu z kmieciem niemieckim, a niezdolny do dosko­nalenia się, nawet gdy mu przybędzie bodziec silnej konkurencji. (Wyższość kultury rozumiem, ale wyższości rasy żadną miarą przypuścić nie mogę).

Na koniec, między niemczeniem się Słowian na zachodnich na­szych kresach a losem Łotyszy i Estończyków, nie może być najmniejszego podobieństwa; bo z Niemcami w cesarstwie niemieckim zeszlibyśmy się na gruncie nowożytnego państwa, niosącego z sobą równo­uprawnienie, a bałtyckie prowincje są ostatnim średniowiecznym kształtem, w którego lochach pracują kajdanami przywileju skuci biedni niewolnicy niemieckich baronów. Walka w bałtyckich prowincjach jest nie tyle rasowa, ile stanowa i socjalna. Gdyby nie­miecka szlachta i mieszczaństwo wzięli na się początkowanie re­form i pieczę o dobrobyt łotewskiego lub czuchońskiego chłopa, gdyby mu dali ziemię, zapewnili udział w sądownictwie i samo­rzą­dzie, stosunki rasowe byłyby znacznie zmienione, zwłaszcza, że Łotyszowi lub Estończykowi pozostaje tylko wybór między germanizacją i rusyfikacją, ostatnia zaś pociąga nie pobratymstwem rasowym, które nie istnieje, lecz bardzo dotykalnymi materialnymi ko­rzyściami, jakie za sobą sprowadzi, jeżeli się posunie aż do złama­nia i zrównania z ziemią kasztelowych wieżyc i murów.

Nie jesteśmy bynajmniej zwolennikami niemczenia się Słowian. W czynie, w życiu, gotowi byśmy bronić każdej piędzi ziemi przeciw napływowi fali niemieckiej, lecz poważamy się twier­dzić, że powody dla których Radca Stanu wojnę niemczyźnie wy­powiada, nie mają nic wspólnego z jego określeniem narodowości, jako formy bytu o tyle dobrej, o ile daje każdemu możność stania się człowiekiem. Między definicją Radcy i radą jego wojowania z Niemcami, przesunęła się rasa niby widmo, które poplątało wątek rozumowania. Definicja zatem oczywiście niepełna, wy­maga modyfikacji; narodowość powinna by być w takim razie, we­dług właściwej myśli autora, formą bytu, dającą możność każde­mu w obrębach swojej rasy stać się prawdziwym człowiekiem, co pociągnęłoby za sobą uznanie rasowej ludzkości, to jest kilku ludz­kości na obszarze kuli ziemskiej. Rasa u Radcy Stanu nie jest rozumowym pojęciem, dającym się określić; jest po prostu uczu­ciem. Krytyka ma do czynienia z rozumowymi pojęciami, ale uczucie nie da się żadną miarą uprzątnąć i pozostaje po wszystkich operacjach krytyki, nie rozpuszczającym się osadem. Tego osadu dużo u p. Radcy. To rasowe uczucie stanowi jedyną najistot­niejszą podstawę pisemka, tym uczuciem tchnęła też wielka, choć niefortunna polityka Margrabiego, odzywa się ono także mniej więcej w każdym z nas: żyje i dźwięczy i może przeto pociągać ku sobie serca czytelników. Do rozumu atoli należy sprawdzić, czy tym uczuciem tchnąca polityka wiedzie nas w ciemne lasy i trzęsawiska, czy też na pola uprawne, kędy będziemy mieli słoń­ce nad sobą i twardy grunt pod sobą.

Otóż śmiem twierdzić, że rasowe uczucie Radcy w jego poli­tyce jest tylko błotnym zwodniczym ognikiem. Rasowe uczucie nie tworzy organizmu; przez wieki mogą istnieć obok siebie po­krewne ludy i ani pomyślą o skojarzeniu. Dla utworzenia raso­wego aglomeratu potrzebne są jeszcze zewnętrzne pobudki, wspól­ne niebezpieczeństwo nad całą rasą zawisłe, jak za Chrobrego[13] na zachodnich Słowian, albo też żądza bogatego łupu, mogącego być zdobytym wspólnymi siłami, jak u Hellenów za Aleksandra Mace­dońskiego. Radca Stanu nie wzywa do wojny zaczepnej z Niemcami, chociaż ukazuje w rodzaju przynęty na wędce nadzieję, po dokonanym zrosjanieniu się naszym, odebrania kiedyś od Niemców, na rzecz rosyjskiej słowiańszczyzny, wszystkich posiadanych dziś przez nich kawałków dawnej Polski (17). Radca Stanu nie udowadnia także, aby istniało w obecnej chwili niebezpieczeństwo zalania słowiańszczyzny i zgermanizowania jej przez Niemców. Ale przy­puśćmy, że to niebezpieczeństwo istnieje, groźne i bliskie.

W takim przypuszczeniu z dwóch rzeczy, jedna, albo Rosja poczuwa się do swojej misji słowiańskiej, albo się nie poczuwa. W pierwszym razie, widząc nadchodzące niebezpieczeństwo, prowa­dzi ona nas na Niemców, nie wymagając od nas wcale nie tylko nie­potrzebnej, ale owszem szkodliwej dla tejże misji ofiary, z naszej ojczyzny, serca i z nasze­go języka. Albo nie pojmując niebezpie­czeństwa, nie przestanie nas gnieść i tępić, nawet wobec nadcią­gających Niemców, a w takim razie, nie my rosjaniejąc potrafimy ją nauczyć jej słowiańskiej misji. Nie umieliśmy poradzić sobie i straciliśmy nasz byt polityczny, jakimże prawem i jakim głosem będziemy rady dawali i uczyli, nie już siebie samych, ale całą sło­wiańszczyznę, narażając się na to, że nam rzekną: medice cura te ipsum [lekarzu, lecz się sam].

 

IV.

Od stosunków pruskich w pisemku przechodzimy do austriackich i rosyjskich. Któż z ciebie nie żartował, o podupadła i po­szczerbiona dziedzino Habsburgów, prawdziwy naddunajski Babelu? Kto nad tobą nie wyprawiał swojej satyrycznej werwy? Śmieszne są zaiste twe niedochodzące lub na niczym kończące się sejmy, jednodniowe ministeria, frymarki o ausgleichy, cała poli­tyka pstrej rzeszy twoich szczepów i stronnictw, podobna do czer­pania wody sitem. Gdyby chodziło tylko o wytrzeźwienie naszych powiatowych polityków, dziś za pomocą Austrii odbudowujących Polskę politycznie, dalibyśmy od serca poklask dowcipnemu wy­śmiewaniu Austrii w pisemku i naigrawaniu się z mało skutecznych prób naprawiania na konstytucyjnym kowadle starej machi­ny w dwóch trzecich częściach pordzewiałej i popsutej. Wszakże nie chodzi tu o nawrócenie zaściankowych polityków, których nic nie nawróci, bo po straceniu wiary w Austrię, będą oni budowali swoje nadzieje na księciu Bismarcku i na hiszpańskich wypadkach; nie chodzi również o decydowanie sub specie aeternitatis [z punktu widzenia wieczności], o ideal­nej doskonałości konstytucji austriackiej teraźniejszej i przyszłej, ani o krytyczne sprawdzenie teorii dualizmu, centralizmu albo federalizmu. Przypuśćmy od razu, że usiedzieć ostatecznie nie po­dobna na żadnym z tych trzech krzesełek; przypuśćmy, że od Austrii nie mamy się spodziewać, nie tylko odbudowania Polski w historycznych granicach, ale nawet odbudowania jej na naj­mniejszą skalę; przypuśćmy, że stara machina naprawić się nie da i że złota korona, tyle razy ołowiem ausgleichów lutowana, rozpadnie się w kawałki, że Czechy zabrane zostaną przez Prusy, Galicja przez Rosję; czyż i w takim przypuszczeniu, każdy z nas chociażby i najsceptyczniej w przyszłość patrzący, nie potrafi zdo­być się na nic innego prócz słów ironii, podejrzenia i wzgardy? Czyż nie podpowie mu serce: Bóg zapłać ci państwo, coś było dla narodowości naszej, dla języka, dla naszych tradycji przytuliskiem podczas ulewy, szałasem chroniącym nas wśród burzy, kiedy na całym obszarze nie było prawie miejsca, gdzie byśmy mogli ode­tchnąć. Nie wiemy co nam niesie jutro, dziękujemy ci za dzisiaj, a mocno ufamy, że jeżeli ty się samo nie rozpadniesz, jutro będzie podobne do wczora, bo chyba ze złą wiarą można by cię posądzać, o co cię posądza Radca Stanu, o możność zgermanizowania Galicji za pomocą hegemonii niemieckiej z Wiednia, słowiańską peryferią kierującej (42, 48). Lecz serce ludzkie, pełne niedocieczonych tajemnic, przywiązuje się czasem nie do tego, kto mniej stosun­kowo szkodzi, albo nawet pomaga, lecz właśnie do tego, kto mo­cniej bije i tężej trzyma w garści. Wszystkie sympatie Radcy Stanu są poświęcone tej właśnie potędze, która najgorzej dotąd obchodzi się z nami, która wyłączyła nas ze wszelkich niemal funkcji prawa publicznego, nie dopuszcza nas do urzędów nawet wyborowych, młodzieży naszej nie pozwala się uczyć, nie przyj­muje jej do szkół swoich ponad rozmiar dziesiątego procentu, nie daje nam tak zwanego w samej Rosji ziemstwa, odmawia sądów i upośledziła nas ponad wszystkie swoje plemiona i rasy, stwa­rzając ukazem 10 grudnia 1865 r. osobne prawo cywilne, pozbawiające nas wspólnych wszystkim dobrodziejstw, testowania, na­bywania i pozbywania się własności. Nad ciałami naszymi panuje odtąd ta nieubłagana, tępiąca nas potęga; oddajmyż jej i serca na­sze, każdy – pojedynczo i bez żadnych warunków (65), bo o warunki nikt nie będzie się układał z tak zupełnie pokonanymi zbiorowo, a i radzić nawet nie możemy, jakbyśmy życzyli i uważali za słusz­ne, by się z nami obchodzono; vae victis [biafa zwyciężonym], myśmy zainteresowani i ja­ko tacy nie kwalifikujemy się na doradców. Przyjąwszy nas bez kondycji, darujecie nam wspaniałomyślnie na pierwszy początek, że odzywać się będą dawne przyzwyczajenia, że czas niejaki będzie­my rozmawiali po polsku z sobą w domowym zaciszu, z Panem Bogiem w domowej modlitwie (nie kościelnej, bo ta może być ruska), więc w modlitwie i z Muzami (53, 59). Później to przejdzie, i rzeczy dojdą do tego, że co krok można będzie napotykać Polaków nieużywających wcale polskiej mowy. Przyjmijcie nas bez kondycji, nie będziecie tego żałowali, będziecie mieli z nas zdol­nych urzędników, przedsiębiorczych agronomów i przemysłowców, wypróbowanych pedagogów (75). Uzdrowimy was przy tym z wa­szych chorób umysłowych, z trapiącego młodzież waszą nihilizmu, bo pod tym względem mamy węch doskonały i osobliwszym sposobem wyostrzony; poznamy przez skórę każdego, nawet kryptosocjalistę, albo kryptonihilistę (76), w końcu staniemy po stronie waszej i zasłonimy was piersiami własnymi, gdy wam przyjdzie stoczyć bój z Zachodem za Słowiańszczyznę (47). Ręka rękę myje, ze wzglę­du na wagę świadczonych wam posług nie będziecie mogli odmó­wić równouprawnienia tym, którzy się kwalifikują przed wami, już nie jako Polacy, ale przede wszystkim jako ludzie (72), a potem jako zachowawcze słowiańskie stronnictwo, gotowe pokrzepić sze­regi waszych zbyt rzadkich i niezaradnych konserwatystów (76). Przypuśćmy na chwilę, że zwrot ten nagły z konieczności, a niby od serca ku Rosjanom jest nieunikniony i moralnie dla nas możliwy. Rozsądek każe jednak i w takim przypuszczeniu zastanowić się nad tym, jakie zwrot ten za sobą prowadzi skutki, czy osiągnie cele swoje najbliższe, czy zostanie przez Rosjan przyjęty? Stra­szno pomyśleć o następstwach w razie, gdybyśmy darmo oddali jedyne dobro, jakie nam dziś pozostaje – moralną godność naszą i poniżywszy się bezwarunkowym uznaniem naszej winy, mieli doznać jeszcze upokorzenia odmownej ofiary.

Jeżeli się grubo nie mylę, pisemko gotuje nam niezawodnie jeszcze ten ostatni kielich goryczy.

Rosjanie, jak to sam autor zapewne przyzna, nie są ludzie sercowi, ale przezorni, podejrzliwi i pełni wężowej mądrości, rzucenie się na szyję ich nie ujmie, będą się bali, Danaos et dona ferentes[14], będą wietrzyli zdradę w słowiańszczyźnie proponowanej przez Radcę, w wielkich cywilizacyjnych przeznaczeniach tej sło­wiańszczyzny. Przyznajemy nawet, że będą mieli rację poniekąd.

Ta słowiańszczyzna, w której autor proponuje zespolić się natychmiast, jest jeśli nie zdradą, to przynajmniej złudą odry­wającą Rosję od najkonieczniejszych zatrudnień, od wewnętrznej nad sobą pracy, od konsolidowania swoich nowych konstytucji, które na to, by się przyjęły, potrzebują czasu i pokoju. Pojedna­nie się z Rosją przez wyznanie wiary, nie może dać Rosjanom wysokiego wyobrażenia o wpraszających się do niej pokutnikach.

Potęgą środków, przeciwko nam do dziś dnia używanych, mierzy się obawa, jaką nieciły już też nie środki nasze materialne, lecz oddziaływanie naszej narodowej idei. Pobici i tępieni, może­my w obliczu Rosji być nie mniej szanowani i dumni, możemy być traktowani, nie urzędowo, lecz przez wykształcone społeczeń­stwo rosyjskie, ze wszystkimi honorami wojennymi. Cóż o nas trzymać będą, jeśli na komendę, zrobiwszy na lewo w tył zwrot, zechcemy zmienić zwaną gminnie ojczyznę (7), i przez to przyznać się, żeśmy srodze dotąd błądzili (bo nie podzielamy logiki autora co do niewinności ojców a winy dzieci, o czym wprzód mó­wiliśmy), że i rozbiór Polski był rzeczą całkiem zasłużoną, że nie wie­dzieć za co i po co straciliśmy lat setkę na same szaleństwa?

Ta nasza zmienność poda nas tylko w poniewierkę i pogardę, zjedna nam miano ludzi niezmiernie lekkomyślnych. Przyszłość, zastanawiając się nad dziejami wygasłego narodu, może surowszy wyrok wyda jeszcze i może przyzna, żeśmy się sprzeniewierzyli nawet słowiańszczyźnie, dla której poświęciliśmy język swój i naro­dowość, żeśmy przynieśli jej nie zysk lecz stratę.

Historyczna narodowość odcięta od państwa, które było jej piastunem i naczyniem, może mieć wszelako prawo do życia, o ile mieszczą się w niej jeszcze żywe tradycje, podnoszące człowieka i uszlachetniające go, chociażby wśród innej państwowej społeczno­ści. Narodowość jest to skarb moralny, pracowicie uzbierany przez naród i przeznaczony na to, aby się stał dobrem całej ludzkości.   

Przez czas długi okoliczności mogą nie sprzyjać rozpowszechnieniu i spożytkowaniu tych cywilizacyjnych tradycji; obowiąz­kiem jednak narodu będzie, zawsze je święcie przechować, aż do czasu, kiedy tradycje te znajdą właściwe zastosowanie i użytek. Radca Stanu przypomina nam żeśmy Słowianie, słowiańszczyźnie zatem należą się przede wszystkim nasze narodowe tradycje. Im obfitsze narodowe tradycje ludów słowiańskich, tym bogatsza słowiańszczyzna. Zerwanie z tradycją narodową jednego z naro­dów słowiańskich, równa się ucięciu członka słowiańszczyźnie, zmarnowaniu wspólnego skarbu danego do przechowania. Wpraw­dzie Radca Stanu stara się odróżnić tradycje od języka i twierdzi, że „nieodrodny potomek Polaków z sercem do głębi wzruszonym, rad będzie słuchać podania o przodkach, choć ojczystej już za­pomni mowy” (60). Niech mi wolno będzie zaliczyć tę subtelną dystynkcję, pomiędzy najbezzasadniejsze utopie, wręcz przeciwne rzeczywistości. Stronę bierną narodowości w każdym człowieku stanowią pewne nawyknienia myśli, czucia i woli, których zupeł­nie pozbyć się nie mogą nawet zdrajcy lub odstępcy; z nich najważniejszy jest język; stronę czynną narodowości stanowi pa­triotyzm, ukochanie, rozmiłowanie w narodowym ideale. Nie-patriota zostaje jeszcze Polakiem o tyle, o ile skutek przywyknięcia od dzieciństwa, myśli mu leją się mimowolnie w polskie słowa, a w pamięci zostają pewne dawne pamiątki. W następnym po­koleniu, jeżeli dzieci po polsku nie wychowało, już to jego potom­stwo dla narodowości nie istnieje, nawyknienia ma inne i brak mu nawet klucza do narodowych ideałów ojczyzny ojca (klucz ten zawiera się głównie w języku), z rozrzewnieniem nie będzie ono słuchało podań o przodkach, podania te albo mu będą obojętne, albo nawet nie będzie na nie patrzało przez pryzmat swojej nowo nabytej, przez wychowanie, narodowości. Polaków nie-patriotów mamy jeszcze mnóstwo, lecz niech mi pokażą choć jednego Polaka, nie mówiącego polskim językiem, a mimo to, przechowującego polski rozum i serce? Autor zapewne sam się ze mną zgodzi, je­żeli zechce przypomnieć sobie tych potomków Polaków w Peters­burgu lub w Moskwie, zachowujących nawet wiarę rzymskokatolicką, którzy się po rosyjsku wychowali, a nie mają nic zgoła polskiego oprócz nazwiska; za to Rosja chlubi się często nimi, bo w nich nabyła gorących i dobrych dla siebie patriotów. W zwrocie Radcy Stanu do Rosjan jest jeszcze jeden ustęp bardzo wstrętny i smutny, znamionujący wielki upadek czucia moralnego, jest nim ofiarowanie posług naszych Rosjanom przeciw rosyjskim nihilistom.

Nie wiem, czy wielu pomiędzy nami znalazłoby się gotowych do wystąpienia w roli politycznych agentów przeciwko nihilistom; chcę wierzyć, że wszystko co szlachetniejsze, odwróciłoby się od takiej propozycji z pogardą; co zaś do Rosjan, mogę z pewnością twierdzić, że przetłumaczenie tego jednego ustępu, wystarczyłoby na to, aby prawie cała literatura rosyjska z bardzo małymi i wcale nie szanownymi chyba wyjątkami, wydała okrzyk zgrozy, potępia­jąc nieproszonych posługaczy. Ustęp ten nie wpłynąłby zgoła na zmianę usposobień, zwiększyłby tylko liczbę prześladowców, bo by odsłonił żądło gadziny, pod kwiatami uczucia, i kazałby nas po­sądzać o zamiary czynnego wtrącania się do rosyjskich spraw wewnętrznych i domowych interesów. Nie chcę brać wyrazów Radcy Stanu dosłownie i przypuszczam, że treść myśli jego zasa­dza się na tym, iż zostawszy Rosjanami, my, wskutek naszych zachowawczych usposobień, moralnie przyłożymy się do powścią­gnięcia tej wyuzdanej swawoli umysłowej, która w Rosji grasu­je pod imieniem nihilizmu. Ale nawet w takiej, mniej obrażającej formie, propozycja p. Radcy Stanu jest obelgą dla rosyjskiego narodu. Ze swoich ułomności naród sam się leczy i nikt obcy nie może mu być zgoła doradcą.

Jedna z najbardziej zażartych przeciw nam gazet petersbur­skich „Gołos”, przez pół roku powtarzała, że system represyjny Murawiewa[15] i Milutina[16] stosowany jest do nas przez miłość ku nam, dla uleczenia nas z choroby szlachtopapizmu, mającej nas niby przenikać do szpiku kości. Radca Stanu w diatrybie swej przeciw nihilistom, stanął na wysokości stanowiska gazety „Gołos”; działa tylko w przeciwnym kierunku. Radca Stanu, rzecz całą w pisem­ku swoim prowadził jako Polak, mający do czynienia z Rosja­nami jako z ogółem nie rozpadającym się na partie; do tego ogółu odzywa się on, wpraszając się w gościnę, aż tu w końcu zdjął mas­kę i przemówił jako konserwatysta, przez co jeżeli może zjednać dla siebie łaskę zachowawczego stronnictwa w Rosji, to jedno­cześnie naraża się wszystkim innym stronnictwom, szczególnie zaś tym, które dążą do przerobienia Rosji na europejskie i nowo­żytne państwo, nam zaś w przyszłości przyświeca chyba nadzieja, że się z Rosjanami pobratamy jako ludzie na gruncie nowożytne­go państwa. Radca Stanu wreszcie przyrzeka i w tym razie więcej niżeli dotrzymać może. Nie całe polskie społeczeństwo tchnie jednakowo zachowawczym duchem, są i wśród niego roz­maite barwy i odcienie, od najbielszych do najczerwieńszych, są liczne choroby, a wiadome jest przysłowie: medice cura te ipsum. Przypuśćmy, że nasi zapaleńcy mają mniej więcej realniejszą pod­stawę niż rosyjscy, bo się gruntują na jakichkolwiek tradycjach historycznych.

Stosunek ten się zmieni, skoro pozbędą się oni tradycji historycznych, stając się Rosjanami. Próżnia w sercu przy bra­ku ideałów historycznych każe im się przywiązać do socjalistycznych utopii; właściwość charakteru każe im natychmiast stosować te utopie, wprowadzać w czyn i w życie z większą jeszcze niż u Rosjan konsekwencją. Bezpośrednim więc następstwem rad autora pisemka, byłoby znakomite zwiększenie w Rosji zastępu nihilistów. Autor bezwiednie i wbrew swojej woli stałby się tym sposobem rosyjskim, jeżeli nie Wallenrodem, to przynajmniej Almanzorem[17].

 

V.

Pisemko Radcy Stanu sprawia wrażenie niesłychanie smutne i przykre, jesteśmy jakby na stypie pogrzebowej, jakby wśród rozbicia się i tonięcia okrętu. Nie słychać kapitana, dawno zni­knął sternik, ktoś krzyknął „uciekajcie i ratujcie się jak kto może”, i na ten okrzyk rzucają się wpław rozbitkowie, każdy pojedynczo, nikomu nie chodzi o to, aby zbudować z desek tratwę, albo spuścić szalupę. I jeżeli kłamliwie przypisywano pewne słowa rycerzowi spod Maciejowic, to słowa te słusznie byłoby położyć, jako epigraf na czele pisemka. Żegnaj na wieki święta religio smutku, święta komunio mąk przecierpianych, zawodów razem przeby­tych! U mogiły, u kurhanu stoją bracia; od kurhanu idą trzy drogi w trzy różne świata krańce; każdy z braci zajęty myślą nie tylko o tym, że wszyscy idą w różne strony, ale i o tym, że mają na wieki się rozbratać (17). Wprawdzie Radca powiada nam, że to tylko do czasu, że kiedyś zdybiemy się jeszcze i rozpoznamy po jakichś aforyzmach słowiańskich, wszakże są to słowa podobne do tych, jakimi niańki uspokajają zachodzące się od płaczu dzieci, prawiąc im o aniołku białym złotoskrzydłym, który przyleci bawić się z nimi i kołysać. Anioł słowiańszczyzny jest najzupeł­niej istotą urojoną (un être de raison). Każdy z nas, z osobna, będzie więc teraz na swoją rękę prowadził własną politykę: jedni austro-węgiersko-polską, drudzy – prusko-polską – trzeci nare­szcie polsko-rosyjską. Ile grup między nami, tyle będzie odręb­nych polityk. Jeżeli się nimi przejmiemy szczerze, a nie po zdradziecku, będziemy mieli pomiędzy sobą wojnę domową i to naj­gorszego gatunku, bo wojnę między sobą nie za nas samych, ale za obcych i dla obcych, których sami jedni na drugich naprowa­dzać będziemy. Polak z Królestwa Kongresowego lub Litwy, czułby się wtenczas w Krakowie lub Poznaniu o tysiąc razy bar­dziej obcy, niż Anglik lub Amerykanin, bo za nim szłyby w ślady posądzenia o panslawizm, a panslawizmowi nie mogliby bez zdra­dy hołdować, ani ci, którym Radca Stanu radzi, aby budowali nadzieje swe na Austrii, ani ci, którym tenże Radca Stanu zaleca regulować się najkorzystniej z rządem pruskim (17). Nie – jeszcze rzeczy nasze nie tak źle stoją, jeszcze nic nas nie zmusza leźć w to narodowe piekło, jeszcze na niebie naszym jest słońce, są gwiazdy i widać jak przed nami bieży w nieskończoność wąska, prawda, i trudna, ale jak linia prosta droga naszego obowiązku, po której idąc zapewne podołamy, jeśli nie ująć los nasz w swoje ręce, to przynajmniej wytrwać do końca w tym, co nam nakazuje nasze narodowe sumienie.

Wypadki ostatnich lat dziesięciu nie utrudniły, lecz ułatwiły nasze zadanie. Od samego rozbioru Polski, aż do 1863 r. w dzie­jach naszych pogrobowych były zawsze dwa prądy; część narodu może mniejsza, lecz w każdym razie niepoślednia, skłaniała się ku uprawianiu narodowości bez podnoszenia w niej pierwiastka po­litycznego, ku uprawianiu oświaty, nauki, sztuk, języka, nie tro­szcząc się o odbudowanie państwa; część druga narodu, bardziej gorąca, rwała się przede wszystkim do co najprędszego wskrzeszenia Polski, do odzyskania dla niej samobytności politycznej. Dziś oba te kierunki zbiegły się i zlały, dziś umiarkowani, postępowi i konserwatyści, bardziej niż kiedy przekonani są, że odbudowa­nie Polski politycznie jest na teraz czczą marą, że z dawnego państwa nie ma ani jednego kawałka drewna, ani jednej cegły, która by się zdała, jako gotowy materiał do roboty, że chybaby przyszło odtwarzać na nowo. W takich warunkach dziwna rzecz i zabawna, sprzeczać się o granice 1772 roku. Z drugiej strony, ci sami nawet, którym żal się rozstać z ideałem politycznym, nie mogą nie przyznać, że ten ideał odsunął się niezmiernie daleko, że im nawet z dala nie ujrzeć tej ziemi obiecanej. Stało się z nimi to, co się stało z pierwotnymi chrześcijanami, którzy wierzyli w zmar­twychwstanie ciał i przyjście Chrystusa niebawem, potem zrezy­gnowali się czekać go przez tysiąc lat, a gdy i te minęły, przywy­kli powoli uważać sam dzień sądu jako przenośnię i pojmować go w innym całkiem, idealnym znaczeniu. Przyznawszy raz, że od­budowanie Polski nie stanie się ani jutro, ani za dziesięć lat, a zatem, że trzeba zrezygnować na cierpliwość, legalność, skromne, ciche, organiczne działanie, już się tym samym dało prawie za wy­graną ideom samobytności politycznej narodu, jako rzeczy nie tak niezbędnie dla istnienia narodowości potrzebnej. Grodzą się kie­runki, łączą się stronnictwa, a hasłem pojednania może być tylko zaprzestanie wszelkich praktyk politycznych w tym przynajmniej XIX wieku, którego na życie nasze wystarczy. Dosyć mówić o powstaniu, dosyć budować nadzieje na Francji lub Anglii; precz ze śmieszną myślą wytworzenia z ciężkiej i zacofanej Galicji, która nawet z rusińską kwestią poradzić sobie nie umie, czegoś na kształt Piemontu polskiego, broń nas Boże od wszelkiego politykowania, od poduszczania Niemców przeciw Rosji, albo Rosji przeciw Niem­com; wara wsadzać palce między drzwi. Najcięższy zarzut, jaki można czynić Radcy Stanu, jest ten, że będąc tak boleśnie do­tkniętym wypadkami 1863 r., niczego się on właśnie nie nauczył, że nie wniknął w to, iż główną naszą winą było politykowanie, i że zaleca nam politykować na nowo, zmieniwszy tylko karty; nam cośmy się tak srodze oparzyli, doradza on igrać dalej z dzie­sięć razy straszniejszym ogniem, zwanym panslawizmem.

Nie bądźmy samobójcami, lecz chrońmy się też od tego narodowego egoizmu, któryby losy świata poświęcił, byle na jego zwaliskach postawić narodową ojczyznę. Pamiętajmy, że przy­szłość Polski zależy od tego, czy się ona jeszcze przyda na co nie tylko Słowiańszczyźnie, ale i światu. Starajmy się temu światu zasłużyć i do niego się zastosować. Nie uważajmy siebie za coś odrębnego i wyłącznego; dopóki tak się będziemy zasklepiali i odosobniali, nie przestaną nas traktować jako nieprzyjaciół, nie przestaną nas wyłączać od równouprawnienia i utrzyma się pra­wodawstwo względem nas wyjątkowe, któremu nie podpadają w Rosji ani Niemcy, ani Szwedzi, ani tyle innych narodowości. Oddajmy państwu wszystko co się państwu należy, prosto, szcze­rze, bez ogródek obcujmy z Niemcami, Węgrami, Rosjanami, państwowo, umysłowo i ekonomicznie, a obcowanie i współzawo­dnictwo nasze, szczególnie z Rosjanami, w tych zakresach bę­dzie niesłychanie dla obu stron pożyteczne. Nam konieczność na­kazuje poznać najdokładniej tych, wśród których jesteśmy, i wśród których liczebnie giniemy, jako kropla w morzu, na wschodzie od Wisły do Uralu i Kaukazu, i za Uralem i Kaukazem, bo aż tak daleko zamiotły nas losy; ale i oni, przyjrzawszy się nam z bliska, przekonają się, że jest i w nas coś więcej nad szlachetczyznę albo religijny obskurantyzm, o który nas hurtem pomawiają; że są w nas pewne tradycje, które gdyby zostały przez nich przyjęte, wzbogaciłyby pierwiastkami indywidualizmu życie ich społeczne. Najbardziej zaś starajmy się rozwijać i rozkrzewiać to, do podno­szenia czego jesteśmy szczególnie przez historię naszą uzdol­nieni: życie miejscowe, prowincjonalne; miejmy pieczę przecho­wania miejscowego kolorytu, tradycji, obyczaju. Rosjanie sami przyznają, że ta strona ich życia jest najzupełniejszym pustkowiem. Laboremus. Są pewne rodzaje pracy, których żaden rząd nie zechce ani potrafi zatamować.

Galicja może, z wielkim dla siebie i dla całej naszej narodo­wości pożytkiem, krzątać się około ugruntowania autonomii prowincjonalnej; Poznań może prowadzić wojnę odporną przeciwko germanizmowi, nie uciekając się wcale do panslawizmu. Mieszkań­com Królestwa Kongresowego i Rusi a Litwy stosunkowo najtru­dniej, ale i oni mają pole przed sobą; a gdy ich zapytają kiedyś, czego przez ten czas prób najcięższych dokonali, będą mogli odpo­wiedzieć spokojnie, że żyli, a samo to przechowanie życia stanie im za wielką zasługę, chociażby nie sprawili nic więcej – bo też niemały dowód żywotności składa plemię, które zdoła przechować życie swoje pod naciskiem państwa, wytężonego na jego tępienie. Wytrwałością wśród tak strasznie nieprzyjaznych okoliczności nowe zdobędziemy sobie prawo do pogodniejszych w przyszłości losów.



[1] Kazimierz Krzywicki (1820-1883) – urzędnik administracji carskiej, współpracownik Aleksandra Wielopolskiego, za jego rządów dyrektor Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, nadzorujący m.in. reformę systemu oświatowego. Jego wydana w Dreźnie broszura Polska i Rosja w 1872 r. była szeroko dyskutowana; środowiska patriotyczne zarzuciły Krzywickiemu narodową apostazję.

[2] Jan Tadeusz Bułharyn (1789-1859) – rosyjski pisarz, krytyk i wydawca, pochodzenia polskiego. Początkowo pisał po polsku, ale z czasem skupił się na pracach w języku rosyjskim. Choć w młodości miał epizod współpracy z dekabrystami, stał się później zagorzałym obrońcą dworu carskiego, współpracował z tajną policją. Napisał m.in. powieści: Iwan Wyżygin (1829), Dmitrij Samozwaniec (1830), Mazepa (1833-1834).

[3] Stefan Buszczyński (1821-1892), publicysta, autor cenionych prac poświęconych kwestiom historycznym, cywilizacyjnym i politycznym. W młodości związany był ze środowiskami radykalnymi i spiskowymi, z czasem przeszedł na pozycje bardziej zachowawcze, nie wierząc w powodzenie insurekcyjnego ruchu zbrojnego, czemu dał wyraz w ogłoszonej w 1862 r. w Paryżu broszurze Cierpliwość czy rewolucja. Niemniej po wybuchu powstania styczniowego zaangażował się w prace powstańcze na Ukrainie. Starał się o docenturę Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale jego kandydatura została zablokowana przez środowiska konserwatywne (zwłaszcza Józefa Szujskiego). Buszczyński był autorem m.in.: La decadence de l’Europe (1867; głośne dzieło, którego czytelnikami byli m.in. Napoleon III i Wiktor Hugo), Ameryka i Europa. Studium historyczne i finansowe z krytycznym na sprawy społeczne poglądem (1876), Rany Europy. Statystyczne fakta etnograficznemi i historycznemi notami objaśnione (pierwodruk po niemiecku jako Die Wunden Europa’s, 1875).

[4] Jacques Offenbach (1819-1880) – kompozytor francuski, pochodzący z żydowskim rodziny z Kolonii, słynny autor operetek. Rozbójnicy z 1869 r. są jednym z jego najbardziej znanych dzieł.

[5] Iwan III Wasiljewicz (1440-1505) – wielki książę moskiewski i pierwszy car Wszechrusi. Pojął za żonę Zofię Paleolog, ostatnią potomkinię rodu panującego w Konstantynopolu do czasu jego podboju w 1453 r. przez Turków. Stąd wzięły się rosyjskie roszczenia do określania Moskwy mianem „trzeciego Rzymu”.

[6] Iwan IV Groźny (1530-1584) – wielki książę moskiewski, car (od 1547), sprawujący krwawe rządy autor wielkich reform administracyjnych, wojskowych i finansowych. Toczył zwycięskie boje z Tatarami, zakończone przyłączeniem chanatu kazańskiego, astrachańskiego i syberyjskiego. Prowadził także wojnę z Polską o Inflanty, zakończoną rozejmem w Jamie Zapolskim (1582).

[7] Katarzyna II (1729-1796) – córka niemieckiego księcia z dynastii Anhalt-Zerbst, żona cara Piotra III, po obaleniu którego objęła rządy jako cesarzowa Rosji (od 1762). Skutecznie umacniała potęgę Rosji i swe absolutystyczne rządy. Żywo angażowała się w sprawy polskie, ingerując w kwestie personalne i ustrojowe, posługując się w tym celu zarówno przekupstwem, jak i interwencją zbrojną. Przeprowadziła – w sojuszu z Austrią, a przede wszystkim Prusami – trzy rozbiory Polski, likwidując jej niepodległość.

[8] Szymon Starowolski (1588-1656) – autor Setnika pisarzów polskich (1625), który po trzech latach uzupełnił dziełem De claris oratoribus Sarmatiae. Prace Starowolskiego stanowiły pionierską próbę opisania historii literatury polskiej. Przytoczone słowa wypowiedział w 1655 r. do króla Szwecji Karola Gustawa. Miało to miejsce w katedrze wawelskiej, przed grobowcem Władysława Łokietka.

[9] Wajdelota – w pogańskiej Litwie wieszcz, niższy kapłan, wróżbita, bard. Postać wykorzystana przez Adama Mickiewicza w Konradzie Wallenrodzie.

[10] Aleksandr Fiodorowicz Hilferding (1831-1872) – rosyjski slawista, folklorysta i dyplomata.

[11] Iwan Siergiejewicz Aksiakow (1823-1886) – rosyjski pisarz, publicysta i działacz społeczny, ideolog słowianofilstwa, w czym kontynuował działalność swego ojca Siergieja Aksiakowa (1817-1860).

[12] František Rieger (1818-1903) – czeski polityk, zasłużony uczestnik ruchu odrodzenia narodowego Czech, w latach 1848-1849 i 1879-1891 poseł do parlamentu austriackiego, jeden z przywódców stronnictwa tzw. staroczechów. Był redaktorem naczelnym pierwszej czeskiej encyklopedii.

[13] Bolesław I Chrobry (967-1025) – król Polski (1025) z dynastii Piastów, syn księcia Polski Mieszka I i czeskiej księżniczki Dobrawy. Rządy objął w 992 r. po śmierci ojca. Sprawował je z dużym rozmachem (np. interwencja w Czechach, wyprawa na Kijów), ale niekiedy bez należytej rozwagi (brutalna polityka na zajętych ziemiach).

[14] Quidquid id Est, timeo Danaos et Dona ferentes, łac. – czymkowiek to jest, lękam się Danajów, nawet gdy składają dary (Wergiliusz, Eneida) – tak rzec miał Laokoon na widok pozostawionego pod murami Troi przez Greków drewnianego konia .

[15] Michaił N. Murawiow (1796-1866) – od maja 1863 r. gubernator wojenny Litwy, krwawo stłumił powstanie na tym terenie i przeprowadził na szeroką skalę akcję represyjną; w 1865 r. podał się do dymisji.

[16] Nikołaj A. Milutin (1818-1872) – rosyjski polityk, wiceminister spraw wewnętrznych, sekretarz stanu do spraw polskich i przewodniczący Komitetu Urządzającego do spraw Królestwa Polskiego. Dmitrij Milutin (1816-1912) – feldmarszałek, autor reformy wojskowej w Rosji.

[17] Almanzor – wódz Maurów, który walcząc z Hiszpanami, w obliczu ich przewagi liczebnej i niemożności odniesienia zwycięstwa orężem, zaraził ich dżumą i tym samym ściągnął na nich śmierć. Sam także zmarł. Była to opowieść przywołana w Konradzie Wallenrodzie Mickiewicza.

Najnowsze artykuły

Literatura a życie polskie

Stefan Żeromski

Data dodania: 2017-11-27

Kongres Wiedeński

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27

Skarbiec Historii Polski - przedmowa

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27