Artykuł
Wracać czy nie wracać
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Stanisław Mackiewicz

Pierwodruk: Londyn 1945.

 

 

6000 słów rzuconych w świat.

Komunikat o rezultatach konferencji w Poczdamie ogłoszony w nocy z 2 na 3 sierpnia 1945 jest arcydziełem raczej dziennikarskiej, niż dyplomatycznej sztuki – wy­powiedziano w nim 6.000 słów, bez wyjaśnienia jakiejkol­wiek sprawy.

Nawet drobniejsze kwestie, jak na przykład kompetencje rządu austriackiego zostały odłożone do załatwienia przy dogodniejszej sposobności. Główna cecha komunikatu z Poczdamu polega nie na tym, co w nim jest, a na tym czego w nim nie ma, mianowicie brak w nim wzmianki o Japonii i Dalekim Wschodzie. Z komunikatu wyglądałoby, że w sprawach tych porozumienia, którego Amerykanie tak chcieli, nie osiągnięto, – czy nie osiągnięto go poza komunikatem? – Raczej nie, gdyż wtedy zapłacono by Rosji ustępstwami w Turcji i na Bliskim Wschodzie, tymczasem o tych sprawach także nie ma mowy w komuni­kacie.

W stosunku do Niemiec wypowiedziano szereg zdań nadających się do wyginania we wszystkie strony. Ogólny ton komunikatu wygląda jak metys, którego matką jest artykuł wstępny w moskiewskich „Izwiestjach”, a ojcem kazanie pastora protestanckiego gdzieś w Pensylwanii. Nie szczędzono też Niemcom nadziei, że się wychowa ich na porządnych ludzi. Przy pewnych szczegółach tej pedagogii trudno jest się powstrzymać od uśmiechu. Oto zapowiada się Niemcom, że nadmierna koncentracja sił gospodarczych, jak trusty, kartele, syndykaty będą u nich usunięte i że Niemcy wejdą na drogę zajęć rolniczych i błogiej pracy przemysłu domowego. Uśmiechamy się w tym miejscu, gdy sobie uprzytomnimy, że te bukoliczne pryncypia i zachęty ogłoszone zostały w deklaracji pod­pisanej przez Amerykę, ojczyznę koncentracji kapitału i trustów wszelkiego rodzaju i Rosję, która chełpi się scentralizowaniem wszelkiej siły gospodarczej w siedzibie politycznej. Oto co się nazywa: kochać bliźniego swego bardziej niż siebie samego.

Deklaracja w stosunku do Niemiec nie konkretyzuje właściwie niczego, ale po jej przeczytaniu sąd nasz musi wypaść następująco: w sprawie azjatyckiej nie uzgodniono niczego, natomiast tu na zachodzie, Niemcy mają nadal stanowić teren, który będzie łącznikiem, cementem solidary­zującym politykę trzech mocarstw. Bez bowiem dalszego i trwałego porozumienia i współpracy Wielkiej Trójki na terenie Niemiec nie można sobie wyobrazić przyszłości, gdyż utrzymano jedność i całość Niemiec i nie podzielono Rzeszy na państwa odrębne, jak to niektórzy projektowali. Ten cement solidarności na zachodzie musi więc oddziały­wać także na sprawy azjatyckie w kierunku powstrzymy­wania od konfliktów.

W 1941 podpisano kartę atlantycką, następne jednak akty międzynarodowe nie poszły w kierunku zasad w tej karcie ustalonych. Otóż jeśli chodzi o sprawy polskie konferencja poczdamska potwierdza całkowicie kierunek obrany na konferencji jałtańskiej. Właśnie w naszej sprawie komunikat poczdamski jest najmniej elastyczny i najbardziej konkretny i zatwierdza kartę niewoli narodu polskiego podpisaną w Jałcie. Moi rodacy, którzy przesadne znaczenie przypisują prasie, propagandzie i opinii publi­cznej ucieszą się raz jeszcze, gdy przeczytają, że korespon­denci zagraniczni, będą mogli podróżować po krajach zawojowanych przez Rosję. Mój Boże, gdyby konstato­wanie prawdy mogło mieć jakiekolwiek skutki politycz­ne, jakby inaczej ten świat wyglądał! Obietnica Rosji, że wpuści dziennikarzy jest tylko nowym wspaniałym aktem lekceważenia opinii w krajach kapitalistycznych nie po raz pierwszy przez Rosję okazywanym. Ważniej­sze jest, że komunikat poczdamski ustala, iż reparacje dla Polski załatwi Rosja we własnym zakresie, czyli że Polska nie jest dopuszczona do członkostwa w obrocie międzynarodowym nawet w tak bezpiecznej dziedzinie, jak ściąganie odszkodowań z Niemiec. Jest tam także w komunikacie dziwne zdanie, że ziemie niemieckie podle­gające administracji polskiej nie mają być uważane za teren okupacji sowieckiej. Rozumiem, że rozgraniczenie, co jest rosyjskie, a co polskie staje się w stosunkach międzynarodowych coraz trudniejsze do przeprowadzenia, ale jaki sens był w umieszczaniu tego zdania. Przypusz­czam, że ukryta jego intencja polega na stwierdzeniu, że Rosjanie nie będą odpowiedzialni za metody, którymi „Polacy” będą administrować zajęte przez siebie ziemie. Kto wie, może doczekamy się jeszcze trybunału, w którym humanitarni Rosjanie sądzić będą Polaków za okrucień­stwa w stosunku do Niemców z Wrocławia, czy Frank­furtu nad Odrą.

System koncesjonowania stronnictw, o którym piszę poniżej, został przez konferencję poczdamską przyjęty do wiadomości. W wolnych i nieskrępowanych wyborach będzie można wybrać tylko tego, kogą sobie władze sowieckie będą życzyć.

Nieproporcjonalnie dużo miejsca w komunikacie po­święcono zapewnieniu, że własność państwa polskiego za­granicą nie przejdzie w inne ręce. Czyżby to „lwi pazur” obecnego w Poczdamie p. Mikołajczyka?

 

Wolne i nieskrępowane wybory.

Na ulicach Londynu spotykamy ludzi ze wstążeczkami medali wojskowych, kręcących katarynki i zbierających miedziaki. Sprawa polska wygląda dziś podobnie, lub gorzej.

Rząd angielski w układzie z 25 sierpnia 1939 r., ogło­szonym przez tenże rząd w całości dopiero 5 kwietnia 1945, zobowiązał się wobec nas, że nie zawrze z Rosją układu, któryby naruszał terytorium, lub suwerenność Państwa Polskiego. Układu tego Anglia nie dotrzymała.

Zaraz po ogłoszeniu w całości układu z 25 sierpnia w broszurze pod tytułem „Świstek Papieru” wydanej w kwietniu 1945, wzywałem Rząd Rzeczypospolitej aby skoncentrował całą swoją pracę propagandową, na tym jednym zagadnieniu. Niedotrzymanie układu, przerasta kwestię polsko-brytyjskich stosunków, to rzecz zasad­nicza, uderzająca w obrót układów międzynarodowych w ogóle. Każdy obywatel brytyjski musiałby się do tej sprawy tak, czy inaczej, ustosunkować. Jedyna polityka, którą może rząd brytyjski zastosować w obronie swego postępowania w stosunku do tego układu, to polityka przemilczenia. Byliśmy w stanie tę politykę zerwać i zerwanie przemilczenia tego układu było jednym z bardzo niewielu czynów, które mogliśmy jeszcze w obronie własnej dokonać. Niestety, Rząd Rzeczpospolitej nie tylko nie skoncentrował wszystkich swych wysiłków na tej jednej sprawie, lecz dla upowszechnienia wśród Anglików znajomości układu z 25 sierpnia nie zrobił absolutnie nic. Przyjaźni nam Anglicy w 99,99% nie słyszeli nawet o tym, że rząd angielski w stosunku do nas złamał swe najformalniejsze zobowiązania.

Układ jałtański z 12 lutego 1945 oparł swą fikcję Polski „niepodległej” na dwu założeniach: 1) zrekonstruowaniu rządu ustanowionego przez władze sowieckie, co już miało miejsce przez wstąpienie do tego rządu ludzi przysłanych z Londynu; 2) na „wolnych i nieskrępowanych” wyborach na podstawie „powszechnego i tajnego” głosowania.

Ale w sprawie tych wyborów nie miejmy żadnych złudzeń! Z góry jesteśmy przekonani, że wszelka komedia wyborcza w Polsce będzie przez demokratyczne rządy w Londynie i Waszyngtonie uznana za wybory wolne i nieskrępowane, tak jak sąd nad Okulickim został uznany za sąd który „wykazał” i „stwierdził”. Gdyby było inaczej, dzisiejsze stosunki w Polsce nie mogłyby być tolerowane.

Wolne i nieskrępowane wybory muszą się opierać na wolnych wypowiedziach przed wyborami, a więc na możliwie nieskrępowanej prasie i na możności zawiązywa­nia stronnictw.

Prasa w Polsce w ogóle nie istnieje. Nie można bowiem nazywać prasą gazety reprezentujące rzekomo różne kierunki polityczne i młodzieżowe, ale mającego jedynego wspólnego wydawcę, mianowicie rzekomą spółdzielnię „Czytelnik”. Przestudiowałem stos tych gazet. W swych beznadziejnie szarych i jednostajnych artykułach obracają one na wszelkie strony kilka formułek, haseł-sloganów, w sposób znany nam z prasy sowieckiej. Hasła te nie dotyczą kwestii socjalnych, o nie! o tych kwestiach pisze się niedużo, natomiast widać, że zaleca się tej prasie używanie jak największej ilości haseł i zwrotów religijnych, jak np. „tak nam dopomóż Bóg”! lub „śp.” oraz haseł narodowych, ale tak skonstruowanych, aby służyły nie interesom polskim, lecz interesom rosyjskim. Na pierw­szym miejscu wysuwa się oczywiście hasło: wracamy nad Odrę i Nysę”. Sowieckie czynniki polityczne doskonale zdają sobie sprawę, że w dzisiejszych warunkach i w obecnej chwili zajęcie przez Polskę tych ziem oznacza pozbawienie Polski możliwości powrotu do samodzielności politycznej, do niezależnej egzystencji narodowej.

Jednocześnie można wyczytać w tej prasie, że arcy­biskup wileński został „repatriowany” do Białegostoku. Ksiądz Jałbrzykowski był pasterzem sumiennym, nie opuszczał swej archidiecezji w czasach ciężkich, jak to uczynił kardynał Hlond. Jeśli dziś wywieziony został z Wilna, to oznacza, że katedra biskupia wileńska założona w lutym 1387 po 559 latach istnienia żyć przestała. Kamień na kamieniu nie ma z nas zostać poza linią Curzona.

Co do swobody stronnictw, to w pełni wykorzystano zdanie z komunikatu o wynikach konferencji jałtańskiej, że: „w wyborach tych wszystkie stronnictwa demokraty­czne i antynazistowskie powinny mieć prawo uczestni­czenia i wysuwania kandydatów”. Opinia angielska i amerykańska zrozumiała ten frazes jako zapowiedź usunięcia od wyborów stronnictw nazistowskich i anty­demokratycznych, ponieważ Kot z Littauerem i innymi urzędnikami polskiego Ministerstwa Informacji przez wiele lat zapewniali, że stronnictwa nazistowskie w Polsce istnieją. Naprawdę jednak, zdanie to miało na celu umożliwienie tego, co się dziś w Polsce dzieje, to jest wprowadzenia systemu stronnictw koncesjonowanych. Do działalności politycznej uprawniane jest tylko takie stronnictwo, które uznane zostało z góry za demokratyczne i antynazistowskie. Powiedział kiedyś Ford o swoich samochodach, że będą one malowane na kolor dowolny, pod warunkiem, aby był to kolor czarny. Podobny żart ponuro wygląda w polskiej rzeczywistości. Stronnictwem koncesjonowanym w dzisiejszej Polsce może być stron­nictwo o dowolnym kierunku, pod warunkiem, aby to było stronnictwo kierowane przez agenturę sowiecką. W ten sposób istnieje dziś PPR, czyli bezpośrednia, podręczna – że się tak wyrażę – agentura sowiecka; zjednoczona PPS, czyli sfuzjonowanie wszystkich komunizujących grup socjalistycznych, pod przewodnictwem p. Szwalbe, który nigdy do prawdziwej PPS nie należał; wreszcie stronnictwo ludowe do którego wszedł Miko­łajczyk wespół z jawnymi sowieckimi agentami. To Eug. Małaczewski nazwał Rosję krajem ponurej anegdoty. Dziś ta ponura anegdota odwiedziła nasz kraj i nie myśli się wynosić. W połowie XIX wieku hr. Murawjew Amurski, generał gubernator Wschodniej Syberii osadzał kolonistów na brzegach Ussuri. Na żony dla nich sprowadził 1000 kobiet z katorgi i początkowo chciał, aby koloniści wybrali sobie wśród nich żony według gustu. Ale była już jesień, kra zaczęła iść po Amurze i Ussuri, nie było dnia do stracenia, – Murawjew ustawił dwa szeregi: kolonistów i katorżanek, w ten sposób, że każdy mężczyzna miał naprzeciw siebie kobietę. – „Żenię was, krzyknął – kochajcie się” i kazał duchowieństwu uznać to ex post za śluby małżeńskie.

W podobny sposób postępuje się dziś w Polsce. Istniała u nas chadecja, grupa katolicka i pobożna, której nieduża część, przez dezorientację, znalazła się pod wpływem p. Popiela. Podczas wojny powstało jakieś nowe stronni­ctwo demokratyczne, złożone z wolnomyślicieli; jako przedstawiciel tego stronnictwa witał Mikołajczyka w Warszawie p. Chajn, stronnictwo to składa się zresztą z dużej ilości Izraelitów. Szast-prast, powiedziano tym dwóm grupom: klerykalno-katolickiej i antyklerykalno żydowskiej: łączcie się. Oświadczono, że koncesje na czwarte stronnictwo może otrzymać p. Popiel tylko wtedy jeśli połączy swoich chadeków z demokratami łódzkiego wyznania i pochodzenia.

Słyszałem ludzi mówiących: zaczekamy jak wypadną wybory. Odpowiadam: o tym wiemy już dziś najdokład­niej.

 

Wyjaśnienie.

Słyszałem, że ludzie którzy przyjechali do Londynu z Polski, wrażają swe myśli w tym, mniej więcej, sensie:

O samodzielności politycznej Polski na długie lata nie ma mowy; o wojsku, znajdującym się w dyspozycji narodu polskiego, również nie ma mowy – Stalin nie jest Wielkim Księciem Konstantym i ani się z Żanetą Grudzińską nie ożeni, ani też nie dopuści do stworzenia takiego wojska które by mogło kiedykolwiek wystąpić przeciw Rosji; a samodzielności gospodarczej także nie ma mowy – dziś jesteśmy gospodarczo demontowani, jutro będziemy należeć do Wniesztorgu; pozostaje nam jedynie wąska działalność kulturalna, oczywiście działalność ta będzie tolerowana pod warunkiem, że się z naszej tradycji wyrzuci bezpowrotnie wszystko, co było w niej anty­rosyjskie łącznie z sentymentem do Wilna i Lwowa. Sytuacja jest więc ciężka, ale się nie zmieni. Anglia wojnę przegrała, żadnych wpływów na bieg wypadków nie posiada, a na Amerykę liczyć nie można. Trzeba ratować co się da. Polacy potrzebni są w Polsce. Wracajcie.

Informacyjna część powyższego jest niewątpliwie zgodna z prawdą. Z wnioskiem ostatecznym: wracajcie, nie zgadzamy się. Ale moglibyśmy tych panów uważać za swego rodzaju Petainów, którzy drogą skrajnej ugody z Rosją chcą ratować naród polski przed wysiedleniem do Azji, czyli nie odmawiać im osobistego patriotyzmu, gdyby nie to, że ludzie ci jednocześnie tolerują działalność Kota w Londynie.

Nie mówimy już o tym, że rozumowanie powyższe: sytuacja jest ciężka, ale że trzeba ją przetrwać, tylko wtedy będzie logiczne, o ile trwanie Polaków w kraju uzupełni się pracą Polaków poza krajem, która by nie pozwoliła aby świat nie wiedział o tym, co się naprawdę w Polsce dzieje i która by swobodnie mogła kontynuować polską kulturę i myśl polityczną.

Nie mówimy o tym, bo nie jest to nam potrzebne dla wykazania, że działalność Kota w Londynie nie ma nic wspólnego nawet z najjaskrawiej ugodową i najjaskrawiej kapitulacyjną wobec Rosji polityką, że to jest po prostu działalność antypolska.

Czynności profesora Kota i jego grupy w Londynie sprowadzają się do:

1)dezorientowania swoich i obcych o rzeczywistym stanie rzeczy w Polsce.

2)rozbijania emigracji polskiej, uniemożliwiania jej pracy dla sprawy polskiej, oskarżenia o germanofilizm, o chowanie pieniędzy itd. itd.

„Jutro Polski” pisało i pisze:

że wybory w Polsce będą na pewno wolne, że tylko senatorzy, którzy zawsze sami wybory fałszowali, mogą mieć pod tym względem jakiekolwiek wątpliwości;

że prasa w Polsce jest wolna;

że proces Okulickiego „stwierdził” to i „wykazał” tamto, czyli, że proces ten wcale nie był komedią;

że w Polsce jest pełno grup sympatyzujących z Niem­cami, że takie czy inne grupy polskie współdziałały z Niemcami, co jest nikczemnym oszczerstwem.

Głoszenie tych rzeczy nie może być dyktowane chęcią ugody z Rosją. Nie o żadną ugodę z Rosją tu chodzi, lecz po prostu o niszczenie Polaków.

Powtarzamy z naciskiem: chcielibyśmy p. Kołodziej­skiego i jego towarzyszy, którzy tu z Polski przyjechali, uważać za Polaków inaczej od nas myślących. Ale fakt, że tolerują oni działalność Kota uniemożliwia nam to stanowisko. Jeśli są szczerzy, powinni zacząć od… zamknięcia ust Kotowi za wszelką cenę. Ponieważ tego, jak wiadomo, nie uczynili dotychczas, wszelkie złe domysły co do intencji ich działalności są niestety uzasadnione.


O wracających.

W wojsku zapytywano żołnierzy i oficerów kto chce wracać do Polski. Pytania te wykazały, że niechęć do życia pod rządami Sowietów jest olbrzymia. Nie ręczę za dokładność cyfr, ale słyszałem, że w Szkocji zaledwie 20% żołnierzy oświadczyło chęć powrotu; na terenie wojsk polskich w Niemczech jedynie 3%, a w oddziałach generała Andersa jeszcze mniej. Jest to rezultat bardzo jaskrawy, zważywszy, że obecnie w naszych oddziałach mamy dużo byłych żołnierzy niemieckich, z których nie wszyscy mieli rozbudzoną świadomość narodową.

Gorzej niestety od żołnierzy, najmniej narodowo uświadomionych, wygląda nasza generalicja. Bogato udekorowany orderami generał Paszkiewicz, ogłosił, że rząd warszawski uważa za prawy rząd Rzeczypospolitej. Generał Paszkiewicz wie dobrze, że tak nie jest, że rząd warszawski ani formalnie, ani materialnie rządem polskim nie jest, wie dobrze, że tak pisząc, dopuszcza się aktu apostazji narodowej. Pomiędzy komunistą, twierdzącym dziś że warszawski jest rządem polskim, a generałem Paszkiewiczem, zachodzi ta wielka różnica na niekorzyść generała, że komunista w niepodległej Polsce siedział w więzieniu, a generał Paszkiewicz obfitował we wszystkie honory i dobra, które mu Ojczyzna za rzekomą wierną służbę dać mogła. Nawet kondotier nie zdradzał swego pana podczas wojny i nie przechodził do przeciwnika.

Wiem, że wśród emigracji znajduje się wielu ludzi niezdatnych w ogóle do niczego, i wolę, aby powrócili do kraju, niż żeby tu nas kompromitowali szmuglem, czy żebraniną, czy wejściem na drogę otrzymywania pieniędzy od profesora Kota. Wolę, aby sobie znaleźli chleb w łagrach sowieckich. Bo iluzje niektórych panów z Rubensa, że po powrocie do Polski otrzymają brygady czy dywizje są tylko iluzjami. W rzeczywistości element oficerski polski uważany jest w dzisiejszej Polsce za najbardziej podejrzany. Niech więc jadą do Polski ci, którzy chcą, ale w imię ich przeszłych lat służby wolno od nich wymagać, aby przed wyjazdem nie ogłaszali w „Jutrze Polski” zdradzieckich deklaracji.

Nie boję się także poruszyć sprawy kardynała Hlonda uważam że w katolickiej Polsce nastąpi teraz zwrot jeszcze głębszy ku Bogu i katolicyzmowi, że nadzieje nasze bardziej niż kiedykolwiek związane będą z nauką Chrystusa i jednością rzymsko-katolickiego kościoła. Ale trzeba odróżnić kościół od nepotów. Kardynał Hlond wbrew postanowieniu wydanemu przez Papieża Bene­dykta XV, który zakazał ordynariuszom opuszczać diecezje podczas wojny, uciekł przed Niemcami. Powinien był do kraju dawno wrócić, chociażby pierwszego dnia wkroczenia do kraju wojsk czerwonych, jeśli tak bał się dzielenia losów tylu biskupów i księży w niemieckich obozach koncentracyjnych. Ale oto kardynał Hlond wybrał sobie moment do powrotu najbardziej nieod­powiedni, właśnie wtedy, gdy świat się dzielił na tych, którzy uznawali zabór Polski przez Rosję w postaci uznania rządu „jedności narodowej” i na tych, którzy tego aktu przemocy i hipokryzji nie uznawali. I nie ma co w sprawie powrotu kard. Hlonda powoływać się na to, że jednak kard. Hlond wraca nie aeroplanem sowieckim a własnym wózkiem. Nie ma żadnych jed­nak. Kardynał Hlond powinien był wrócić albo wcze­śniej albo później, nigdy zaś w chwili, którą wybrał. Ale widać temu dostojnikowi wyrazy „Quo vadis” nie ukazują się nigdy w czasie jego podróży.

Niestety, w teatrum hańby narodowej wzięły u nas udział wszystkie stany: chłop – Mikołajczyk, robotnik – Stańczyk, oficer – Paszkiewicz.

 

Zestawienie dwóch procesów.

O przepaści, która dziś dzieli Rosję i nieszczęsną Polskę od Europy zachodniej w dziedzinie swobód obywatelskich, daje nam pojęcie chociażby zestawienie tych dwóch procesów politycznych: Petaina i Okulickiogo z towarzyszami. Oczywiście, że proces Petaina jest także wynikiem obrzydliwego zakłamania. My wszyscy, którzy byliśmy we Francji w 1940 r. wiemy dobrze jak to było naprawdę. Przede wszystkim żołnierz francuski został zdemorali­zowany pacyfistyczną propagandą, uprawianą wówczas przeważnie przez komunistów, popierających wtedy jeszcze politykę Hitlera i nie chciał się bić. Potem rząd francuski z Lebrunem i Reynaud na czele, wiedząc o tym doskonale, że Petain jest zwolennikiem kapitu­lacji oddał władzę Petainowi, przy tym zaledwie kilku ministrów, min. de Gaulle głosowało przeciwko temu. Następnie parlament francuski obradując w charakterze Zgromadzenia Narodowego przelanie władzy na Petaina jak najbardziej potwierdził, również znakomicie się orientując, że Petain chce się poddać i że się podda. Zaledwie około 50 senatorów i posłów głosowało przeciwko temu, między innymi Leon Blum. Plan ten był najzupełniej wyraźny i plan ten znakomicie się udał. Politycy III republiki, Reynaud, Daladier, Lebrun i wszyscy inni, za małymi wyjątkami, chcieli wyprowadzić Francję z wojny, przywrócić jej charakter państwa quasi-neutralnego, przeczekać wojnę bez wielkich strat, ale zrobić to wszystko w ten sposób, aby siebie samych nie skompromitować, aby móc w przyszłości powrócić do frazesów i pozy bohaterskiej. Politycy III republiki chcieli już nie dwie, lecz trzy pieczenie upiec na jednym rożnie, chcieli mianowicie: kapitulować, zrzucić z siebie winę za kapitulacji tej oczywiste skutki, skompromitować przy sposobności swoich przeciwników, którzy kilka lat przedtem, bo w 1934, zadali im dość poważne cięgi. Stary generał wziął cały ciężar hańby na siebie i teraz słusznie powiada: „oszczędziłem Francji losu Polski”. Plan ten może był mądry, na pewno był mądrzejszy od polskiej samobójczej polityki w czasie tej wojny, a jednak obrzydli­wie się robi, gdy różni Reynaud znęcają się nad Petainem w tanich frazesach. Nazywają go dziś zdrajcą, chociaż gdyby wówczas sami nie chcieli się poddać, to nie było nic prostszego, jak Petainowi władzy nie oddawać, a jechać do Algieru dla kontynuowania, walki. Lebrun mówi o Petainie z obrzydzeniem. – Czemuż pan pisał jednak do niego z powinszowaniem świąt i imienin podczas okupacji niemieckiej, pytają go obrońcy Petaina. Prokurator wyklina Petaina. – Czemuż pan mu składał przysięgę wierności? – Ta przysięga była parodią, odpowiada wzniosły stróż prawa. – A obecna pańska przysięga czy już na pewno jest na serio, pytają go znowu.

Z tymi wszystkimi obrzydliwościami, które uwypuklam umyślnie zestawienie procesu Petaina z procesem Okulickiego i towarzyszy, wykazuje pomiędzy nimi różnicę tak dużą, jaka istnieje chyba tylko pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy światem żywych ludzi a fosą pełną trupów gnijących. Petain zachowuje się z godnością, widać, że go nikt przed procesem nie torturował, nie hipnotyzował, nie preparował na śledztwie. Na sali sądu znać, widać, słychać walkę, ścieranie się poglądów; część sali demonstruje na rzecz oskarżonego; widać że belki wielkiego domu, załamując się w pożarze wojny, wyrzucają iskry i płomienie naturalne. Jakże inaczej wyglądał proces Okulickiego, Jankowskiego i towarzyszy. Ludzie ci oskarżali siebie samych, składali na siebie samych do­wody oskarżające, twierdzili, że działalność ich szkodziła sojuszni­kom, że pomagała Niemcom. Generał Okulicki powiedział, że rząd Polski podziemnej swymi informacjami starał się w błąd wprowadzić władze angielskie; – to twierdzenie dotychczas jest wykorzystywane przez „Daily Worker”. Jednym słowem oskarżeni składali zeznania potrzebne aparatowi propagandy sowieckiej. Oskarżeni zamiast się bronić, jak się broni każdy człowiek przed sądem, pogrążali i hańbili sprawę, której uczciwie służyli. Sąd nad Petainem jest słusznym, czy niesłusznym, formalnym czy nieformalnym, ale jest jakimś sądem. – Sąd nad Okulickim, tak samo jak sąd nad Bucharinem, jak dziesiątki innych procesów politycznych w Sowietach, były tylko okrutnym, sadystycznym, makabrycznym znęcaniem się nad pojęciem sprawiedliwości i sądu.

 

Sytuacja polityczna.

Proces: „mocarstwa likwidują półmocarstwa” inkubował w historii już dość dawno. Dzisiejszy system wiel­kiej trójki uderza w Europę i likwiduje znaczenia państw średnich. Polska jest, a raczej była państwem par excellence europejskim chociażby dlatego, że jest położona na kresach Europy i była najsłabszym z państw średnich w Europie. Logiczne więc że system wielkiej trójki rozwalił naszą państwowość.

Przypominam swoje wystąpienie przeciwko generałowi Sikorskiemu, gdy jeszcze w 1943 roku twierdził, że najważniejsze jest dla nas, aby się utrzymała jedność wielkiej koalicji: Anglii, Ameryki i Rosji.

Straty Rosji w czasie tej wojny wyniosły podobno 15 milionów ludzi. Straty Imperium Brytyjskiego, co prawda tylko w zabitych, są niższe od cyfry 350 tysięcy ludzi – dysproporcja jest więc olbrzymia. Ale nie kłóćmy się, kto wygrał wojnę: krew rosyjska, czy technika anglo-amerykańska; krew czy maszyny. W przekonaniu anglo-amerykanów wojnę wygrała jedność działania Anglo-Ameryki z Rosją i to przekonanie jest źródłem ideologii utrzymania wielkiej koalicji.

Francja, gdy zwyciężyła Niemcy w 1918 r. zaczęła na terenie Europy uprawiać politykę samodzielną, nie oglądając się na swego sprzymierzeńca, nie uzgadniając z nim tej polityki, a często działając nawet wbrew jego zamiarom, – tworzyła Małą Ententę, angażowała się w sojusz z Polską, podniecała Turków, okupowała Ruhrę etc. etc. Otóż Anglia odwrotnie po swoim zwycięstwie w 1945, żadnej samodzielnej polityki na terenie Europy nie uprawia, uzgadnia każdy swój krok z Ameryką. Kiedy Eden oświadczył, że nie będzie gadać z Rosjanami, dopóki nie wypuszczą Polaków zaproszonych na rokowa­nia, a później wtrąconych do więzienia, – uzgodnił to z Amerykanami; gdy powstały z Rosjanami tarcia o Triest i Karyntię uzgodniono to z Amerykanami itd., itd.

Imperium brytyjskie jest najsłabszym członem wielkiej trójki. Stosunek jego do amerykańskiego sprzymierzeńca przypomina nie stosunek Francji do Anglii po 1918 roku, lecz raczej stosunek Austro-Węgier do Niemiec przed 1914 rokiem. Wtedy mówiono w Wiedniu: „bez Niemiec na wojnę nie idziemy”. Uważam za wykluczone aby dziś Anglia mogła się angażować w jakiś poważniejszy konflikt, nie mając zapewnionego udziału Ameryki.

W lipcu 1945 doszli socjaliści do władzy w Anglii. Fakt ten nie zmieni zagranicznej polityki brytyjskiej, co najwyżej laburzyści nie zrobią tego, czego konserwatyści także by nie zrobili, ale o co ich posądzano że chcą zrobić. Polityka Atlee będzie to polityka Churchilla, z tym, że laburzyści przeniosą wagę swych zainteresowań na sprawy wewnętrzne w Anglii. Można się wyrazić, że Churchill urzędował na pokładzie okrętu, Atlee będzie urzędował w cegielni budującej domy dla robotników. Niektórzy twierdzą, że laburzyści zechcą objąć kierownictwo II Międzynarodówki na całym świecie. Bardzo wątpię! Tego rodzaju polityka zmuszałaby ich do ingerencji do wewnę­trznych spraw europejskich, od czego Anglicy dzisiaj uciekają. W ogóle jeśli względy na to że Labour Party jest partią socjalistyczną, należy do II Międzynarodówki itd. grały kiedykolwiek gdy laburzyści byli w opozycji, względnie nie mieli pełni władzy, to grać zupełnie przestaną, gdy laburzyści obejmą brzemię odpowiedzialności za całość polityki narodowej.

O losach świata decyduje już dziś nie Londyn, lecz Waszyngton i Moskwa. Ostatnia wojna obniżyła rangę Anglii wśród mocarstw świata. Waszyngton nie chce konfliktu z Rosją, przeciwnie Sowiety na terenie Stanów Zjednoczonych są obecnie bardzo popularne. Polacy mają wypaczone pojęcie o stosunkach w Stanach Zjednoczonych, różnymi optymistycznymi korespondencjami. Amerykanie dążą do opanowania Pacyfiku, jako swego jeziora, do zwycięstwa nad Japonią, z tą samą energią z jaką ich przodkowie zdążali na Daleki Zachód i zabijali czerwonoskórych. Zawsze to dążenie narodów z biegiem słońca, które nas tak dziwi i niepokoi w historii świata. Amery­kanie chcą zawojować Japonię, tak jak zawojowali Niemcy, a potem podzielić to państwo na dwie strefy zainteresowań: rosyjską i amerykańską. Przez długi czas sądziłem, że Rosja wybierając sojusznika, wybierze Japonię przeciwko państwom kapitalistycznym w Azji. Ale pożary Tokio, zniszczenie floty japońskiej zamknęły drogę Rosji do tej polityki, względnie ją odroczyły na czas nieokreślony. Amerykanie zapewne sądzą, że podział terytorium japońskiego stanie się czymś, czym były rozbiory Polski i polskie podzielone terytorium tj. łącznikiem, elementem solidarności pomiędzy państwami, które to terytorium między sobą podzieliły. Nie wiemy o ile Chiny są zdolne przeciwstawić się tym planom. Premier Song, rodzaj chińskiego Mikołajczyka, został na razie usunięty przez gabinet chiński. Ale, jak wiemy ze smutnego doświadczenia, to jeszcze nic nie znaczy.

Teraz przejdźmy do tematu, który my Polacy znamy i wyczuwamy lepiej od anglo-amerykanów – do polityki rosyjskiej. Jest ona imperialistyczna i zaborcza. Jest ona znakomicie swobodna w swoich ruchach ze względu na to, że Rosją rządzi dyktatura jednego człowieka. W 1939 roku Hitler chciał mieć przymierze albo z Rosją, albo z Polską, przy tym osobiście wolałby mieć sprzymierzeńca w Polsce, a nie w Rosji. Ale przyjęcie propozycji Hitlera przez Polskę było niemożliwe ze względu na naszą opinię publiczną. Stalin skwapliwie przyjął propozycje Hitlera i mógł je przyjąć, ponieważ był dyktatorem. Przyjmując te propozycje, Stalin dokonał posunięcia genialnego, spowo­dował jednocześnie: 1) wywołanie wojny państw nac­jonalistyczno-autarkicznych z państwami kapitalisty­cznymi, 2) zapewnił Rosji zawojowanie Polski, 3) opóźnił wstąpienie Rosji do wojny, co zapewne umożliwiło Rosji wygranie tej wojny. W razie zwycięstwa kombinacji pierwszej tj. przymierza niemiecko-polskiego, wojna zaczęłaby się nie od Polski lecz od Rosji, Niemcy nie byłyby osłabione dwuletnią już wojną, szansę wygranej rundy z Rosją miałyby duże. Polacy, w swej propagandzie, gadają dużo sentymentalnych naiwności, ale mają absolut­ną rację, gdy twierdzą, że odrzucenie przez nas pro­ponowanego nam przez Hitlera przymierza przesądziło o klęsce Niemiec i… dodajmy… o podbiciu Polski przez Rosję i ogłoszeniu nas za germanofili.

Kiedy w 1920 Rosjanie szli na Warszawę i zostali pobici przez Piłsudskiego, na którego pamięci dziś się tak mszczą przy pomocy mikołajczyków wszelkiego rodzaju, uważali się nie za Rosjan, lecz za międzynarodowców. Dziś się to zmieniło i ten, kto o dzisiejszej Rosji myśli jako o instytucji międzynarodowo-rewolucyjnej popełnia śmieszny anachronizm. Rosja się nie wyrzekła hasła rewolucji socjalnej także na eksport, lecz to, co było wtedy celem samym w sobie, stało się dziś tylko instru­mentem działania w rękach polityki rosyjskiej. Stalin, Gruzin, jest dziś wielkim Rosjaninem, jak Bonaparte, Włoch, Korsykanin z urodzenia, a florentczyk z pochodzenia stał się wielkim Francuzem. Komunizm rosyjski unarodowił się, jak swego czasu pod przewodnict­wem Piłsudskiego unarodowiła się P.P.S. Dziś Stalin występuje nawet jako wódz idei słowiańskiej. Trzeba wiedzieć, że w XIX wieku w Rosji słowianofile i rewoluc­joniści byli wrogami na śmierć i życie. Akces bolszewików do haseł słowiańskich jest takim samym przewrotem ideowym, jakim byłoby przystąpienie „Osservatoro Romano”, organu stolicy apostolskiej do szerzenia haseł ateistycznych. Zresztą cała obecna literatura piękna rosyjska jest dziś pod pewnym kątem widzenia najbar­dziej konserwatywną literaturą na świecie, do tego stopnia wyżywa się w umiłowaniu przeszłości, w Piotrach Wielkich, Iwanach Groźnych, Skobielewach, a nawet w Dostojewskim. Nie znaczy to oczywiście, aby Rosjanie pozwolili nam analogicznie wielbić Batorego, o nie! my będziemy się musieli kontentować wielbieniem Szeli, lub Kostki Napierskiego i zachwycać się oświadczeniem Tuwima, który niedawno napisał: „Jestem Polakiem, bo polskich faszy­stów nienawidzę bardziej od faszystów innych krajów”. O rewolucji globalnej, bez względu na interes rosyjski, myślą w Rosji tylko trockiści, tępieni tam jak wszy.

Stalin życzył sobie długiej wojny domowej w Hiszpanii, lecz nie dopuścił czerwonych do zwycięstwa w tej wojnie. Odosobnione zwycięstwo komunistów w jakimś państwie europejskim nic Rosji prócz ambarasów nie daje. Typ komunisty europejskiego, a rosyjskiego diametralnie różnią się między sobą. Komunista europejski to człowiek krnąbrny, awanturniczy, dynamiczny, gwiżdże sobie na wszystko. Komunista rosyjski to typ zdyscyplinowany, bezkrytyczny, wyzbyty ze zdolności samodzielności politycznego myślenia. Już przecież od dawna komunista europejski, gdy trafiał do Rosji z reguły szedł do więzienia. Dopóki ci komuniści walczyli z własną burżuazją, Stalin rządził nimi jak chciał i jak to widzieliśmy w czasie wojny przerzucał z obozu antyniemieckiego do filoniemie­ckiego i z powrotem. Ale jeśli teraz komuniści doszliby do władzy we Francji to albo pokłócili by się ze Stalinem, albo rozbiliby partię.

Z tym wszystkim hasło rewolucji socjalnej jest nadal dla Sowietów artykułem eksportowym. Ciekawą jest zwłaszcza literatura rosyjska o 69% lądu naszego globu – o Indii, Chinach, Japonii, wyspach Oceanu Spokojnego, o Afryce i        państwach Ameryki łacińskiej. Zwycięstwo komunistów w Paryżu to poważne zakwestionowanie prymatu komunizmu moskiewskiego. Zupełnie inaczej wygląda rewolucja w Brazylii, w Kongo, czy w Indiach. Wciąga ona te kraje w orbitę państwa moskiewskiego.

Cechą polityki Stalina jest dzielenie jej na etapy. Nie wyrzeka się on idei uniwersalnych, swego rodzaju Russiae est imperare orbi universo, ale był etap piatiletki; etap wojny z Hitlerem poprzedzony był etapem współpracy z Hitlerem itd. W etapie najbliższym Rosja lizać będzie swe rany, umocni się na terenach zdobytych, zniszczy naród polski, bo bez tego nie będzie czuła się bezpieczna w Europie środkowej. W etapie następnym przystąpi do dalszego rewolucjonizowania owych 69% lądu naszego globu. Wysunie wtedy hasła rasowe żółtych i czarnych, a raczej hasła antyrasistowskie, bo Anglików o rasizm w koloniach oskarżyć nie jest tak trudno. Potem dopiero przyjdzie etap ostatni, po drodze dalekiej i okrężnej.

Na razie Rosja będzie zawsze się cofać, gdy Anglia i Ameryka będą działać razem, atakować – w razie niezgody tych państw. Na uwzględnieniu tych cech polityki rosyj­skiej zasadza się także polityka angielska.

 

Kropka nad i.

Nowy oręż ujawniony 7 sierpnia 1945 tłumaczy nam może dlaczego pomoc Rosji przeciw Japonii nie była już w okresie Poczdamu potrzebna. Nie można jednak liczyć na to, aby ten nowy wynalazek stał się czynnikiem stałej i decydującej przewagi Anglo-Ameryki nad Rosją. Nigdy jeszcze nie potrafiono dochować sekretu technicznego, a Rosja ma wszelkie dane ku temu, aby skoncentrować swe siły w dorównaniu Anglo-Ameryce w produkowaniu nowej broni. Za rok, za dwa nowa bomba będzie już w posia­daniu Kremlina. Ta broń to kropka nad i w dotychczaso­wym rozwoju zdążającym do zapewnienia pełni władzy wielkim przemysłowym mocarstwom. Idą czasy, w któ­rych już tylko Bóg i wzmożenie poczucia religijnego i chrześcijańskiego ochronić będą w stanie ludzkość przed zniszczeniem.

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05