Artykuł
Uwagi nad stanem socjalnym Galicji
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

 

Wypadki, które krwią i zniszczeniem okryły część Galicji i nadal równym zagrażają nieszczęściem, nie są przypadkowe ani wynikają jedynie z zamierzonego a w wybuchu swoim przytłumionego powstania. Przyczyna ich sięga dawniejszych czasów i stosunków i aby je zrozumieć, w przeszłość zapuścić się trzeba.

Tylko dokładne poznanie przyczyny złego może wskazać zarad­cze środki. W rozpoznaniu zatem bezstronna sumienność, a w wyjawieniu prawdy otwartość śmiała przewodniczyć powinny – godne wielkiego zadania, którym jest: przywrócenie i ustalenie socjalnego porządku.

Przy rozbiorze Polski c.k. rząd austriacki obejmując w po­siadanie Galicję miał przed sobą dwie drogi: albo zachować tę prowincją pod swoją władzą i zarządem jak prowincją polską i dać w niej istniejącym dawnym stosunkom i żywiołom cywili­zacji pod wpływem narodowości a swoim kierunkiem dalej roz­wijać się i wykształcać. Albo spoić ją jednością ustaw admi­nistracji, wychowania publicznego i języka z dawniejszymi pro­wincjami państwa i z tymi zupełnie asymilować.

Droga ostatnia wybraną została, a z tej wywinęły się dwie konsekwencje na siebie wzajemnie działające:

Pierwsza, że krajowcy, nie znający ani języka, ani form nowo zaprowadzonych, zostali różnymi powodami odsunięci od udziału i wszelkiego wpływu w zarządzie prowincji. Drugą zaś konsekwencją było obsadzenie urzędów cudzoziemcami, nie znającymi języka, stosunków ani właściwości miejscowych.

Stąd powstały dwie przeciwne sobie dążności, które rozwijały się za horyzontem rządu centralnego: dążność naro­dowości i dążność biurokracji.

Właściwie tylko tę ostatnią nazwać by można dążnością, po­nieważ rozwijała się czynnie, pierwsza zaś była tylko wyrazem odepchniętej i w sobie zamykającej się narodowości.

Naprzeciw narodowości polskiej, zdaje się, iż w tym razie narodowość niemiecka stanąć by powinna była – ale wcale nie. Te dwie narodowości nie są sobie przeciwne; zlać się w siebie nigdy nie mogą, bo są obcej sobie natury, ale zarodu wstrętu żadnego w nich nie ma. Przeciwnie, wspólne cywilizacyjne dąże­nie, spokojne obu narodów usposobienie, samo położenie geogra­ficzne, stosunki gospodarcze i handlowe, a może i wspólne nie­bezpieczeństwo grożące – pociągają te dwie narodowości ku sobie.

Epoka zaborów wojennych już się skończyła, a nastała epoka spokojnych cywilizacji postępów. Tym postępom różnice, które stanowią narodowość, żadnym sposobem szkodzić nie mogą.

Nie narodowość zatem niemiecka naprzeciw polskiej jako nieprzyjazna potęga stanęła, ale stanęła władza obcych urzęd­ników, która oddalona od oka rządu centralnego, zostawiona sama sobie, wzrosła w silną biurokrację.

Biurokracja już ze swojej istoty jest nieprzyjazną nie tylko obcej, ale i własnej narodowości. Z góry biorąc swoje życie, rozwijając się w dół, garnie pod siebie to, co każda narodowość, z dołu do góry się wznosząc, osiągnąć pragnie. Tym wspól­nym celem jest udział w zarządzającej władzy.

W początku w obydwóch zwyż rzeczonych dążnościach nie tyle działał indywidualizm na drodze jakowegoś w daleką przyszłość wytkniętego planu, jak raczej rozwijała się tylko ciągle konieczna konsekwencja pierwszego ich zarodu. Jako współubiegające, musiały nie tylko pozostać sobie zawistnymi i nieprzyjaznymi, ale co więcej, siłę – aby tak rzec – swojego życia i wzrostu tylko ze wzajemnej szkody czer­pać mogły.

I tak zaraz język niemiecki, stając się powszechnym w szko­łach, stał się ułatwieniem jednej a utrudzeniem drugiej stronie. Stąd wynikała w równej mierze i stosunku łatwość lub trudność osiągnięcia jakiego stanowiska w składzie społeczeństwa.

Nie tylko język, obcy pięciu milionom ludności, a właściwy tysiącu urzędników, stał na zawadzie tej ludności w postępie intelektualnym, w publicznym współdziałaniu, w opatrzeniu na­reszcie przez to i własnego losu, ale i skład miejscowych stosun­ków wzmacniał – nierównością przystępu do nauk – nie­równość dalszej konkurencji.

W kraju rozległym, rolniczym, miast niewiele – w miastach szkoły, w miastach siedziba urzędników, a po wsiach – kra­jowców. Kiedy zatem dzieci urzędników od początku aż do ukończenia nauk nie wychodzą, jeżeli nie z rodzicielskiego, to przynajmniej z familijnego domu – przeciwnie dzieci tak ubo­gich, jak i majętnych krajowców muszą pod obcą, odległą i nie­dostateczną opiekę zaraz z początku wychodzić. Im dalsze szkoły, tym większe koszta dla rodziców, koszta, które częstokroć giną bez wynagrodzenia w burzliwym młodocianym wieku dla braku dozoru ojcowskiego lub dozoru jakich zakładów edukacyjnych, których w całym kraju nie ma. Przewinienie dziecięcej jeszcze lekkomyślności ukarane wytrąceniem ze szkół powraca rodzicom ciężar, a społeczeństwu daje nieużytecznego członka.

Jeżeli przy tym na wzgląd weźmiemy protekcję, którą w każ­dym razie prędzej naturalnie swój swemu niż obcemu udzieli, i w czyim ręku ta protekcja – wytłumaczy się łatwo, co się wyżej powiedziało, że dwie dążności, rozwijające się za hory­zontem rządu centralnego, siłę swego życia i wzrostu tylko w szkodzie wzajemnej czerpać mogą.

I kiedy one zrazu porywały i unosiły indywidualizm wstępu­jący w nie, później, z biegiem czasu, indywidualizm coraz bardziej świadomy swojego położenia zaczął nimi kierować. Dążności objawiły się stronnictwem: stronnictwem biu­rokratycznym i stronnictwem narodowości.

Narodowość w Polsce była i jest dotąd z dwóch części złożona. Jedna, prawie nieświadoma siebie, która wynika z położenia ziemi, klimatu, pokarmu, sposobu życia, krwi i języka. Druga zaś, świadoma siebie, która żyje tylko życiem pierwszej, ale wzmaga się wspomnieniami, stosunkami przez wieki utrwalo­nymi, ukształceniem umysłowym, a nareszcie i władzą, którą długo posiadała. Pierwszej reprezentantem jest Lud. Drugiej szlachta, a z nią i klasa wyższym stopniem oświecenia uszlachetniona. Po rozbio­rze Polski pierwsza została nietknięta, bo i tkniętą być nie mogła. Druga zaś ze swoich tylko korzyści spłacać musiała stratę Oj­czyzny.

Kiedy więc pełnomocnicy obcego rządu zmienili się w stron­nictwo biurokratyczne, tylko narodowość działają­ca mogła zwrócić na siebie nieprzyjaźń jego, tylko jej repre­zentanci, to jest szlachta, mogli stać się jego przeciwnikiem.

Ale zagrodzić przeciwnikowi drogę postępu moralnego zdało się biurokracji niedostatecznym. Uznała jeszcze za potrzebę osłabić go materialnie: poróżniła więc z ludem, z młodszym bra­tem jednej matki. Stosunki włościan z panami, spoczywające na ciemnych zasadach, stały się powodem ciągłych zatargów. Wszystko, co tylko drażliwego, dotkliwego ma w sobie władza wykonawcza administracji, wszystko to dziedzic naprzeciw swo­jej gromadzie połączał w swą osobę. A dobrodziejstwa, które z dawien dawna wypływały z jego woli i ciągle czuwającej opieki, przeszły w obowiązujące prawo, nie wzniecały już więc wdzięczności, ale otwierały pole do nieograniczonych żądań i nieukontentowania.

Dotąd biurokracja zajmowała stanowisko li protekcjonalne, a szlachta stała na przód wysunięta, jak iglice ściągające pio­runy; iglice znikają, ale nie pioruny. – W kogo odtąd bić będą – wielkie pytanie.

Jeżeli pierwszy szczebel administracji ściąga na siebie wielkie ciężary, nie wynika stąd, aby miał być źle umieszczony w ręku dziedziców. I owszem, patrymonialna władza dziedzicom przy­należy, nikt ich nigdy skuteczniej nie zastąpi. Ale wyższe urzę­dy, zastępujące częstokroć arbitralnym rozstrzygnieniem prawa i rozporządzenia, które za niestosowne dla kraju uznawały, a o których zmianę nie chciały się starać, potrącały przez to i dziedziców w niejaki absolutyzm, który znowu z drugiej strony był celem prześladowania ze stanowiska istniejących, zaniedba­nych i tylko w duchu stronnictwa obudzanych przepisów. Sto­sunki poddańcze, w praktyczne nie ujęte karby, stały się po­wodem do owych licznych i po kilkadziesiąt lat trwających pregrawacyjnych procesów. Niepewność zasad utrudzała roz­strzygnienie, wymaganie wynagrodzenia za najodleglejszą prze­szłość wywoływało uporczywą obronę i przeszkadzało załatwie­niu w drodze zgody. Ogólnym zaś ich skutkiem było: demorali­zacja podrzędnych urzędników, których sobie ująć starały się spierające strony: lękliwa oględność w udzielaniu łaski u dzie­dziców, a nieufność u gromad; utworzenie na koniec klasy pokątnych pisarzy, którzy dla lichego zarobku niecili wszędzie niezgodę i teraz są jej najgorliwszymi apostołami.

Na zamianie patriarchalnej opieki panów na opiekę praw­niczą biurokracji włościanin w Galicji nie zyskał. Z ubogiego stał się nieszczęśliwym, bo stracił wiarę w ludziach i Bogu, bo przyjął w serce zaród nieukontentowania i zawiści, bo przestał szukać polepszenia losu we własnych siłach, a zapragnął z cudzej własności, bo się nareszcie odsunął od tych, od których jedynie oświata dobroczynna na nie­go przelać się mogła. Ale na tym wszystkim biurokra­cja zyskała, bo jej znienawidzona szlachta coraz bardziej samą, coraz bardziej opuszczoną się widziała.

Patrzała szlachta polska w milczeniu, ale z bolesnym uczu­ciem, z trawiącą goryczą, jak ją obdzierano powoli i następnie ze wszystkiego, co człowieka uszlachetnić może. Wytrącona z czynnego życia, którego działaniu niegdyś nic za wysoko ani za daleko nie było, pełza teraz w prywatnym zakresie. Czuje, że nie postępuje w ukształceniu intelektualnym, bo nie ma pola rozwinąć go. Widzi się bezwładną a potępioną, że nie wypełnia powołania swego względem tych, których Opatrzność jej pod­rzędnymi uczyniła. Widzi każdą myśl wypływającą ze swojej narodowości wszędzie ściganą, zawsze odepchniętą – i wszyst­kich tych bolesnych uczuć przyczynę przeciwnemu tylko stron­nictwu przypisać może.

Dobroczynne zamiary Najwyższego Rządu dla kraju, równie jak tegoż głos do Tronu, przechodząc przez stronnictwo biuro­kracji, przybierały inne formy i treść inną. Nieufność wzajemna w obu stronnictwach wzmagała się i doszła do tego stopnia, że zniknął nareszcie punkt, gdzie by ich dążności spłynąć się mogły, gdzie by jaka korzyść albo szkoda dla nich wspólną być mogła. Opozycja została opozycją quand-même.

Kiedy więc żywioł ruchu bezwzględnego przeciw istniejącemu porządkowi rzeczy, objawiający się w różnych kształtach, wci­skający się różnymi drogami, stanął w naszym kraju między dwoma stronnictwami dzielącymi społeczeństwo – nie zna­lazł w stronnictwie narodowym ukształconej, znaczną liczbą wyznawców reprezentowanej opinii, która by go mogła śmiało odtrącić lub rozsądnie oczyścić.

I jakże taka opinia ukształcić się mogła, kiedy wszelkie zgro­madzenie światlejszych ludzi, nawet prawem zezwolone, starano się zawsze skracać lub niweczyć?

Zgromadzenia wychodzą z narodowości, przeto grożą biurokra­cji. A jednak opinia przeważna w kraju tylko z długiego ściera­nia się zdań wywinąć się może. Im lepiej zrozumiane, tym trwal­sze mogą być jej zasady, tym silniejsze działanie, tym łatwiej­szy z nią układ w jakimkolwiek względzie.

Jeżeli więc ustne udzielanie myśli nie mogło wyrobić przeważnej opinii, tym mniej to się jeszcze stać mogło za pomocą druku. Nasze gazety milczą o tym, co się w kraju dzieje, milczą o reformie miejscowych stosunków, od której byt przyszły i spokojność każdego zawisły. Milczeć nawet muszą w obronie przeciw tym, pod obcym niebem wylęgłym, wzrosłym w nieznanych nam potrzebach, prowadzącym w krainę marzeń i obłędu, tym stokrotnym pryncypiom, które wszakże z niezmordowaną pracą wciskać do nas pod różnymi kształtami starano się nieustannie.

Żywiołu zatem, który potrącił rozprzężenie socjalne, stronnictwo narodowości powściąg­nąć nie mogło, tym więcej, że go stronnictwo biurokratyczne w części na swoje korzyść użyć chciało – nie wyrachowawszy wszakże, czy jest dość silne zostać nadal jego panem. Rozstrzelone zaś zdania w kraju, zostawione samym sobie, brały nowe, na nie naciskające myśli w takiej formie, jak się tymże objawiać podobało. Ulegały najczęściej, jak jednostka wielkiej liczbie ulec musi, zwłaszcza kiedy nie ma sposobności przeko­nać się, czy ta liczba jest istotną. Niejeden potakiwał, ażeby przerwać rozprawę – niejeden słuchał, nie rozumiał – niejeden pieniężnym datkiem chciał wykupić swój udział osobisty – niejeden w jawności widział niezaprzeczoną siłę – niejeden na­reszcie, przekonany o niepodobieństwie czynu, spuszczał się na opiekę systemu, który go nauczył uważać się zawsze za małolet­niego lub za żołnierza, którego obowiązkiem słuchać, a nie rozu­mować. Ogólnie biorąc, więcej było wieści niż namowy, więcej groźby niż przekonania, mało odporu, mniej jeszcze udziału. Takie to jest owe mniemane współdziałanie wszystkich, które w rzeczy nie było, jak tylko powziętą wiedzą najczęściej z ust znakomitych urzęd­ników w kraju.

Z głębokim więc przekonaniem powtórzyć możemy, że wstrząśnienie stanu socjalnego nie działaniu narodowości przypisać należy, ale właściwie brakowi działania nie dosyć w niej rozwiniętej siły i przewagi.

Nie możemy wchodzić w krwawe zdarzenia zachodnich cyr­kułów. Czas je wyświeci może. Bóg osądzi pewnie. Zasta­nowimy się tylko nad tym, co wiadome, co nam do dalszego roz­winięcia myśli staje się potrzebne.

Powstanie chłopów nie było austriacko-patriotyczne. Za pa­triotyzm bowiem wtenczas tylko by je przyjąć można, gdyby zwy­cięzcy po zwalczeniu burzycieli istniejącego porządku byli zaraz do niego powrócili, jak do stanu dobrego, ulubionego, który swoimi materialnymi korzyściami (bo o innych mowy być nie może) wzniecał i utrzymywał ich przywiązanie do Rządu, ich tak nazwany patriotyzm. Ale gdy nie tylko że nie wrócili, lecz teraz wszędzie sami czynnie i biernie przeciw niemu występują, więc okazuje się wyraźnie, że ich rzucenie się skrytobójcze nie tyle było na insurgentów, ile raczej na dziedziców i mandatariuszów, jako wykonawców w pierwszej instancji rzeczonego porządku, nie ulubionego więc, ale znienawidzonego od dawna, i o któ­rego sprostowanie tysiące próśb lat tyle roz­bijało się o urzędy.

Czyn morderczy wypełniony przez chłopów przybrał zaraz z początku u całego ludu w Galicji formę, która odpowiada poprzedniemu twierdzeniu. Po całym bowiem kraju rozległa się wieść nie zwycięstwa nad burzycielami pokoju, ale tylko, że chłopi panów wymordowali, są już wolni, nie robią pańszczyzny.

Później, lubo w części zmuszono morderców do obowiązków prawem nakazanych, dalsze okolice nic o tym nie wiedzą, nic wiedzieć nie chcą, jeden głos grzmi tylko: są wolni, nic nie robią, bo panów wymordowali. Pochwały zaś źle zrozumiane i ulgi w powinnościach, których doznali, pociąg­nęły za sobą smutną, acz nieprzewidzianą konsekwencję, to jest przekonanie, że jeżeli zupełnie nie są uwolnieni od wszelkiej robocizny, to dlatego, że zupeł­nie wszystkich panów nie wymordowali.

A zatem nie patriotyzm, ale długo pielęgnowana, ciągle draż­niona nienawiść do istniejących stosunków była jedną z głów­nych – z tych, o których mówić możemy – przy­czyną obudzenia potęgi ludu. A ta potęga, raz obudzona, mając wybór, poszła za potrąceniem, które większe bezpieczeństwo, lepsze korzyści i pewniejsze skutki obiecywało.

Jakiż teraz jest stan rzeczy i jakich skutków spodziewać się można?

Targnięcie się ludu na władze miejscowe, mordy po najwięk­szej części nie uniewinnione ani obawą o własne bezpieczeństwo, ani zawrotem trunku, ani nawet w wielu razach szałem obłędu, przywłaszczanie sobie nareszcie cudzej własności, wszystko to, jeżeli jako już czyn dopełniony nie ściągnęło wkro­czenia karzącego prawa, musiała obudzić się wątpliwość o wszel­kiej prawności w niewykształconych i namiętnością zaciemnio­nych pojęciach ludu. Dowodem tego niech będzie szalona pogło­ska, że już dziesięcioro Boskiego przykazania Cesarz skasował.

Prawo z bezprawiem miesza się coraz bar­dziej i staje się oporu przyczyną. Jedni żałują, że mało, drudzy, że nic nie zrobili; pierwsi winują się otwarcie, że oszczędzili kobiety i dzieci, bo te żyjąc odziedziczą po zamordo­wanych te prawa, które oni bezprawiami zowią, które są podług ich mniemania utrzymywane tylko wpływem przemożnych pa­nów. Zostawieni są w przekonaniu, że ich mor­dy nie były zbrodnią, zostawieni są w chęci wyłamania się z karbów posłuszeństwa, chęci, której tylko sposobności nie staje, aby w krwa­wy czyn przeszła. Ulegają jedynie sile zmuszającej, uisz­czając się z obowiązków swoich względem pana. Wychodzą oni wprawdzie do roboty i przez to wprowadzają w błąd wyższe urzędy, że wszystko wraca do dawnego porządku. Ale ich robota nie tylko leniwa, ale często na przekór wykonana. Zuchwałą się, roszczą sobie najdziwniejsze pretensje, odgrażają się; słowem, ich usposobienie do anarchii nie zmniejsza się, ale raczej zwięk­sza. Inne mniemanie w tym względzie ze strony władz rządzą­cych mogłoby za sobą najgorsze skutki pociągnąć. Wszakże już w wielu miejscach gromady oskarżać zaczynają urzędy cyrkularne, jakoby te przekupione bezprawnie przeciw nim działały. Sprawdzać się więc już poczyna przewidziana konsekwencja zniszczenia moralnej władzy dziedziców. Biurokracja zaczyna stawać brew w brew z masami, innej nad bagnety nie mając pomocy.

Przytłumiwszy narodowość cywilizowaną, obudzą dziką, której przewodniczyć ku wykształceniu nie zechce, nie może i z którą w wiecznym sporze pozostać musi. Bezprawie bezkarnie pusz­czone nie ginie, odradza się z korzenia i coraz bujniejsze. Walka z nim tym straszniejsza, im dłużej zwlekana. Nie zemsta to stron­nicza wzywa karzącego prawa; głos proszący o sprawiedliwość – prosi o równą dla wszystkich. Nie chęć nabycia przewagi, nie chęć zgnębienia drugich powoduje nami, ale właśnie – dla wy­prowadzenia ludu całego z błędu, w którym brnie coraz więcej, dla pojednania go z samym sobą, z Bogiem i ze społeczeństwem – na drogę prawa powrócić trzeba. Bezprawie za punkt oparcia do dalszego postępu, za zasadę do kształcącej się budowy socjal­nej przyjąć nie można. Bezkarność przechodząc w tradycję udo­wadniać będzie możność wystąpienia z kolei prawa.

Bezkarność będzie ciągle stała na zawadzie do polepszenia losu naszych włościan, bo każde dobrodziejstwo uważaliby za konsekwencję występku, bo i pomyślność ich choćby najwyżej posunięta – datowana od bezprawia – nie mogłaby być ani trwała, ani spokojna. Trwałość mieszka w prawności, spokojność w czystym sumieniu. Ręka krwią bratnią zmazana – nie będzie nigdy ogniwem socjalnego porządku.

Dla ogólnego dobra nie tyle idzie o ukaranie czynu, jak więcej o uznanie karygodnym, o potępienie jawne bezprawia, by w pra­wo nie przeszło. Winny – w nieograniczonej łasce monarchy nadziei tracić nie może, jeżeli winę swoją uzna, jeżeli jej żało­wać może.

Gdyby zaś ustalenie porządku na dal zostawiono czasowi, pię­trzyłaby się tylko budowa grożąca zawsze upadkiem. Jeżeliby stronnictwo biurokratyczne wrócić chciało i mogło do dawnego systemu, który siłę porządku społeczeństwa opierał na rozdwo­jeniu jednorodnych jego części, byłoby to okropnym marzeniem; siły tylko równe spierać się tylko mogą. Władza dziedziców, tak jak teraz jest postawiona naprzeciw chłopów, długo ostać się nie zdoła.

A przy tym jedno z dwojga: albo szlachta, nie jako szlachta, ale jako część oświeceńsza i majętniejsza, jest jeszcze czym znaczącym i potrzebnym w całości społeczeństwa, albo jest ni­czym. W pierwszym razie trzeba na nią mieć wzgląd i przez ciągłe odtrącania nie rzucać jej w nowy kierunek – jeżeli nie czynu, to chęci. W drugim zaś: nie będzie już mogła odgrywać owej odwracającej roli, którą od lat siedemdziesięciu kilku od­grywała i której teraz padła ofiarą.

Przedsięwzięliśmy w niniejszym piśmie wykryć przyczyny złego położenia kraju i z gruntownego tychże poznania wniosko­wać o zaradczych środkach. Przedsięwzięliśmy szukać prawdy śmiało i sumiennie i śmiało i sumiennie ją wyjawić. Z tego ostatniego względu uczyniliśmy zadość zadaniu naszemu.

Niechże nam wolno będzie postępując dalej ku zamierzonemu celowi przełożyć kategorycznie zaradcze środki, z których jedne, jako zapewniające trwały porządek na dal, drugie zaś, jako odporne przeciw obecnemu złemu – przedsięwziąć zdaje nam się nieodzowną potrzebą. Zapewnieni przy tym jesteśmy, że śmiałe wyjawienie naszego zdania za przychylność, a żądania za najpokorniejszą prośbę przyjęte będą.

Co do środków działających na dal:

1° Aby reprezentacja stanowa, wolą śp. cesarza Józefa urzą­dzona a rozszerzona i zapewniona aktem kongresu wiedeńskiego, weszła w jej celowi odpowiednią działalność.

Jak na zgromadzeniach sejmowych wnioski tyczące się we­wnętrznych interesów kraju wolne, a dyskusje nie na kilku­nastu godzinach ograniczone będą, natenczas wywinie się ze sporu zdań opinia większości przeważna w kraju, pociągająca ku sobie i dyrygująca sobą podług zasad rozsądku i prawa. Opinia, któ­rej niebytność opłaciliśmy drogo w ostatnich czasach.

Stosunki miejscowe, potrzeby kraju, jego korzyści i szkody ewentualne przez nikogo gruntowniej i rzetelniej roztrząsane być nie mogą, jak przez tych, których tyczą się bezpośrednio. Jak protokoły obrad sejmowych będą nie ich treści wyciągiem, ale dokładnym powtórzeniem i staną się przez to u podnóża Tronu wiernym zwierciadłem, zwierciadłem tak zbiorowych powodów wszelkiego postanowienia, jak i indywidualnej ten­dencji i zdolności – natenczas Naród z rządem łączyć się będą związkami ufności i dobrze zrozumianego wspólnego interesu.

Wydział Stanowy nie może być odgłosem rządu prowincjo­nalnego, stałby się bowiem zupełnie nieużyteczny, powinien za­tem mieć – aczkolwiek pod jego supremacją – ile możności niezawisłą działalność – połączenie więc urzędów tych dwóch instancji w jedną jaką osobę nie zdaje się być odpowiednim jego przeznaczeniu. Podług najwyż­szego postanowienia dwóch doradców wybranych z grona oby­wateli stanowych miało zasiadać na obradach gubernialnych. Ci doradcy, zmienieni w konsyliarzy i zajęci specjalnym refe­ratem, stali się dla kraju nieużytecznymi zupełnie.

2° Zaprowadzenie języka polskiego w szkołach i urzędach w Galicji przedstawia nam się jako konieczna konsekwencja za­sady, od Najwyższej łaski spodziewanej, zasady utrzyma­nia narodowości w prowincji. Przykład tej zasady w Lombardii tylko do naśladowania skłonić może. Nauki są najłatwiej w ojczystym, a najtrud­niej w obcym języku pojęte. Trudność taką tylko pojedyncze talenta potrafią przełamać, ogół zaś otrzymuje ukształcenie płyt­kie i powierzchowne. Jak zaś jest rzeczą pewną, że rządy od gruntownie uczonych ludzi niczego obawiać się nie mogą, tak z drugiej strony nie podpada wątpliwości, że ludzie powierzchowni i półuczeni są dla nich najniebezpieczniejszymi. Z tego względu i literatura, która jest objawianiem i przewodnią razem ukształcenia umysłowego narodu, jakiekolwiek jest jego położenie po­lityczne, z korzyścią tylko tak dla kraju, jak i dla Rządu wzra­stać może, jeżeli zbyt ciasne więzy jej wzrostu nie skrzywią.

Przez zaprowadzenie języka polskiego w szkołach tutejszych i urzędach otworzyłoby się szersze pole młodzieży galicyjskiej do rozwijania zdolności swoich na drodze prawej i do użycia ich w usługach kraju. Przez to samo zmniejszyłaby się, ledwie nie znikła, liczba tych, co nie mając żadnych widoków przed sobą dają się porywać, najczęściej mimo swej woli, pierwszym od­głosem rozruchu, w każdej bowiem zmianie spodziewają się los swój opatrzyć, do czego dziś droga im zamknięta.

Narodowość polska, która dziś zamyka się głównie i wyłącznie niemal w samym języku, jest przez dążność przytłumienia go wielce drażniona i pobudzana do czynów gwałtownych; przez wrócenie mu zaś jego praw miejscowych weszłaby spokojnie w zakres działania odpowiadający, jak się wyżej wyłuszczyło, potrzebom kraju i Rządu.

Z powodu gwałtownego wciskania się języka niemieckiego na­wet w szkółki pierwszego stopnia – zakładanie tychże po wsiach nie znalazło udziału i pomocy w kraju takiej, jakiej by znaleźć było powinno, zwłaszcza że wszyscy są przekonani o potrzebie rozszerzania między ludem oświaty, której abecadłem są niezaprzeczenie szkółki – nie tylko jako pierwszy szczebel nauk, ale razem jako i najpierwsza sposobność ugłaskania dzikości wiejskich dzieci. Obowiązek przepędzenia kilku godzin dziennie przyzwoicie i spokojnie wprowadza je powoli w łożysko dal­szej obyczajności i moralnego wykształcenia.

Ale zawsze i wszędzie społeczeństwo podzielonym zostanie na majętniejsze i uboższe klasy; udziałem majętniejszych zawsze będzie łatwość przejścia wszystkich szkół i przyswojenia sobie potem ostatecznego rezultatu tam nabytych nauk – to jest oświaty praktycznej. Taka oświata może z wyższych klas na najniższe, już w szkółkach otarte klasy przeciągnąć się jedynie za pomocą wzajemnej ufności, ufności, którą zatem i ze względu na postęp intelektualny naszego ludu, jak wyżej ze względu na porządek socjalny, za potrzebną uznać musimy, a któ­rej zniszczenie i zniszczenia przyczynę staraliśmy się wykazać.

3° Na sejmach rozwijać się tylko właściwie może to, co się zasiało po kraju. Rozsiewanie zaś wiadomości o miejscowych stosunkach i potrzebach za pomocą tylko dzienników stać się może. Jest więc do życzenia, aby w tym względzie cen­zura nieco na dal przystępniejszą była. Zwłasz­cza, że z wiedzy nigdy szkody nie ma i że tak ci, co mają prawo sejmowania, jak ci, co go nie mają – równie objaśnieni i za­wiadomieni być powinni, bo równy mają udział w ogólnym in­teresie kraju.

4° Zgromadzone Stany wyrzekły kilkakrotnie potrzebę zmiany w stosunkach dziedziców z poddanymi. Ale nie wyrzekły się nigdy prawa stanowie­nia o własności swojej, nie przelały go w obce ręce, przelać nie chcą i nie mogą. Od urządzenia stosunków z poddanymi nie tylko majątek, ale i bezpieczeństwo kraju zależeć będzie. Tylko dobrze świadomi rozstrzygać mogą. Zatem niezaprzeczoną jest sprawiedliwością, aby tylko Komisja, wybrana z istotnie i najwięcej zainteresowanych w tym pytaniu, stanowczy głos miała – głos, który wszakże tylko za opieką i za wolą Najwyższej Wła­dzy w dzieło przejść może.

Co zaś do środków nie cierpiących zwłoki:

1° Podług naszego przekonania najpierwsza kondycją sine qua non do uspokojenia kraju jest: jawne i wyraźne po­tępienie popełnionych bezprawiów. Tak jak do poprawienia stosunków poddańczych najpierwsza być powinna: przywrócenie prawem określonego porządku, jako stanu przygotowania i przejścia.

Musimy przy tym zrobić uwagę, że przy śledzeniu prawdy w miejscach zbrodni i rabunków urzędnicy tameczni zanadto są zainteresowani w wystawieniu rzeczy, aby mo­gli bezstronnymi pozostać w badaniu, a tym więcej w sądzie po­pełnionych czynów.

Bliższe rozpoznanie ze strony Rządu centralnego po­stępowania niektórych urzędników w czasie rozruchów wzma­cniałoby tylko zaufanie kraju w jego bezwzględnej sprawiedli­wości.

2° Opór przeciw prawnemu uiszczaniu robocizny i danin dzie­dzicowi ze strony gromad ustanie, jak tylko po przykład­nym skarceniu bezprawia niżsi urzędnicy w poje­dnawczym duchu posłannictwa swoje wypełniać będą. Chłosta za ociąganie się w pańszczyźnie oburza uczucie ludzkości i na długo rozdrażnia umysły; uwięzienie buntowników i oddalenie od domu na czas jakiś byłoby, jak się zdaje, skuteczniejszym środkiem. Ale w każdym razie zadaniem niższych urzędników być powin­no: jak najprostszą mową przekonywać lud, że pańszczy­zna nie jest tylko własnością pana, ale że jest razem konsekwencją ustanowionego porządku mocą prawa i wolą Monarchy – że nie wypełniający w tym względzie swoich obowiązków narusza prawną włas­ność, a nade wszystko wykracza przeciw rzeczo­nej Najwyższej Woli – i że jeżeli ściąga na siebie karę, to nie za to, że się ociąga w robocie dla pana, ale za to, że się opiera przez Cesarza ustanowionemu prawu.

Na dal tylko reforma z gruntu i przewiedziona z energią w poddańczych stosunkach może porządek socjalny ustalić.

3° Zapomoga, którą dziedzic obowiązany dawać poddanemu, nie polepszała dotąd jego stanu; wiodła go do spuszczania się na obcą pomoc, robiła chciwym cudzego, krętaczem, gdy przycho­dziło uiszczać się z długu. Gdzie udzielanie zapomogi nie weszło w zwyczaj, tam chłop więcej o sobie myśli, jest gospodarniejszy, a przeto i w lepszym stanie.

Ale co dawniej było znośnym ciężarem, wynagradzanym po­niekąd jaką taką wdzięcznością – co częściowo, czasami i nie wszędzie miało miejsce – dziś grozi stać się obowiązkiem nie do wypełnienia i szkodliwym dla wszystkich, tak w materialnym, jak i moralnym względzie.

Nie przepisy to cyrkularne stawiały dziedzica w możności wy­konywania kurateli nad kilkuset rodzinami nieoświeconego ludu, ale była to władza moralna, zabytek dawnych czasów, która broniła rolnikowi nie dbać o własne gospodarstwo albo marno­trawić zbiory w nadziei zapomogi pańskiej.

Teraz, na pierwsze podanie gromady, zjeżdżał w wielu miej­scach cyrkularny komisarz, rozdzielał pańskie zboże, rozdawał pieniądze, intabulując na majątku, bez przekonania się poprzed­niego o istotnej potrzebie, bez zasiągnienia przyzwolenia ani nawet rady właściciela. Jeżeli tak i nadal będzie, jeżeli dzie­dzic będzie odpowiedzialny za niezasianie rustykalnych gruntów, do czego zmusić ma prawo, lecz nie jest już w mocy – jeżeli bez żadnego ograniczenia będzie zmuszony pożyczać zboże w czas drogi, aby je w tani odbierał, a raczej nie odbierał, bo gromady długów odrabiać nie chcą, a pytanie, czy zwrócić będą w stanie, tym bardziej że już zawczasu w nadziei przymuszonej zapomogi marnują swój dobytek – jeżeli zniesione są dnie pomocne, które były w związku z zapomogą – pomoc za pomoc – a ten, co nad wartość kazał sobie płacić swoją robotę przy zbiorze, przyjdzie na wiosnę o część tegoż upominać się, bez zamiaru zwrócenia, bez miary i wdzięczności – któż natenczas zechce dominikalne grunta zasiewać? Płacić z góry robociznę, a zbiory rozdawać – jest to tracić więcej, niż się mieć może.

Uregulowanie zatem ograniczające zapomogi staje się nieod­zownie i nagle potrzebne. Niedostatek znowu grozi. Ci, którzy brali, co chcieli, roku tego, będą i na przyszły chcieć toż samo, a może i więcej, jeżeli się ich nadziejom wcześnie nie położy tamy. Jednym ze środków tymczasowych choć w części pomocnym byłby – nakaz jak najprędszy, aby odrabiano długi, z ostrzeżeniem, że tylko ci, którzy się z tychże w jakiej części uiszczą, będą mie­li prawo nadal upominać się o zapomogę.

Zapomoga, która już teraz obejmuje nie tylko zasiewy, ale i wyżywienie gromady, powinna by mieć swoje granice. Jej wartość powinna by w pewnej ustanowionej mierze odpowiadać wartości poddańczych powinności tego, który o nią prosi.

Nadal szpichlerze, kasy gromadzkie i liczne w kraju uprzy­wilejowane zakłady pożyczające na zastawy będą mogły nieść pomoc i od lichwy zasłaniać razem.

To są środki, które nam zdają się być skutecznymi do przy­wrócenia i ustalenia porządku w Galicji; skutki odpowiedzą środkom, jak środki odpowiadają pierwotnym przyczynom.

Okropne zdarzenia zachodnich cyrkułów powinny stać się na­ganą przeszłości a przestrogą na przyszłość. Niesforny ruch wszystkich części społeczeństwa niech w nowych kolejach pój­dzie równiej i silniej. Siła powstanie z jedności. Stronnictwa wzrosłe za horyzontem Rządu centralnego zmienią się w jego organa nie wojujące, ale kontrolujące się wzajemnie.

Pod szerokim skrzydłem prawa znajdą i różne stany, i różne narodowości swoje miejsce – miejsce dostateczne.

Narodowość polska, z upokarzającego położenia wydobyta, działać może w zakreślonych granicach; a biurokracja wpusz­czając w szeregi swoje krajowców straci swoją obcość, egoistycz­ną dążność i wzbogaci się znajomością kraju, którym przewod­niczyć powołana. Jeden tylko duch panować będzie, duch po­rządku socjalnego, który jest duchem najwyższej władzy.

Kończąc nasze niniejsze przedstawienie nie możemy jeszcze przemilczeć jednej uwagi, aczkolwiek ta zdaje się przechodzić zakres naszego zadania:

Galicja, prowincja o pięciu milionach Słowian, położona mię­dzy innymi jednorodnymi, pod sąsiednie rządy poddanymi kra­jami, bez żadnej wewnętrznej miejscowej moralnej siły i wagi – jest i będzie zawsze łatwą do wzruszenia i do pociągnienia w tę lub ową stronę. Ale jeżeli rozwinie w sobie narodowość polską, stanie się ona wtedy w Słowiańszczyźnie odporną i przyciąga­jącą potęgą. Stanie się razem przedmurzem i punktem oparcia dla wielu słowiańskich pokoleń, zjednoczonych pod ojcowskie berło austriackiego Domu.

Najnowsze artykuły

Szukałem w źródłach innej Polski (wywiad)

Krzysztof Kawalec

Data dodania: 2017-04-05

Fascynujący wiek XIX i pokusy historii najbliższej (wywiad)

Tomasz Gąsowski

Data dodania: 2017-04-05