Artykuł
Księga ponurych niedopowiedzeń
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
KSAWERY PRUSZYŃSKI

Na marginesie książki gen. Mieczysława Norwida-Neugebauera Kampania wrześniowa 1939 w Polsce.

 

 

 

Jak się nasi biją ? – pytał działacz socjalistyczny, późniejszy minister polskiego rządu, rannego oficera polskiego, napotkanego we wrześniu 1939 r. pomiędzy Katowicami a Warszawą.

        Nasi się nie biją ; nasi umierają – odpowiedział ranny. – Człowiek może walczyć z człowiekiem. Ale jeśli naprzeciwko człowieka idzie maszyna, człowiek, wobec maszyny bezbronny, może tylko umierać.

 

Kilka słów wstępu

 

Nie mogę się skarżyć aby moje artykuły o kampanii wrześniowej natrafiły na obojętne przyjęcie czytelnika. Spotkało mnie, przeciwnie, zbyt wiele słów szczerego i gorącego uznania ze strony ludzi których ofiarność dla Polski jest naprawdę bezgraniczna, aby nie miało mnie to radować. Spotkało mnie, na odwrót, zbyt wiele wylewów wściekłości, złorzeczeń, wymysłów, a nawet pogróżek (w stylu znanym i ze sprawy Nowaczyńskiego, i ze sprawy Dołęgi-Mostowicza, i wreszcie ze sprawy Cywińskiego), by mi nie miały zrobić przyjemności nie mniej serdecznej, niż uznanie innych. Dziękuję i tym czytelnikom za poczucie że trafiłem w sedno. Nie mam im tego bynajmniej, i ani chwili, za złe. Rozumiem doskonale, że jak dla potomka niejednej magnackiej rodziny polskiej wspomnienie Targowicy jest po dziś dzień haniebne, tak samo – a nawet w większym jeszcze stopniu – świeże wspomnienie własnych win musi być szczególnie dotkliwe dla tych, co brali większy lub mniejszy, bliższy lub dalszy, współudział w tym co się działo w Polsce. Jest to tym boleśniejsze dla tych zwłaszcza, którzy nie wyrzekli się wcale nadziei odgrywania w przyszłej Polsce tej samej elitarnej roli, jaką odgrywali w niedawnej.

Natomiast wydaje mi się celowe, by omawianie tego co było – a omawianie to jest nieuniknione – dokonywało się w świetle jawnej dyskusji, przy użyciu argumentów i przeciwargumentów, na wzór, że tak powiem, europejski. Artykuły w piśmie przemijają łatwo; przeciwnicy moi – widocznie nie zawsze znajdując argumenty – wolą przekręcać moje twierdzenia i dopiero z wyinaczeniami własnej wyobraźni, nader bujnej gdy chodzi o potwarz, polemizować. Broszura, choćby niewielka, dotrze łatwo do rąk ludzkich: czytelnik zachowa ją może w szufladzie, w kieszeni albo w plecaku. Ktoś, co moje wywody zna dotąd jedynie z przekręceń ludzi niechętnych prawdzie, będzie mógł przy tej okazji sprawdzić, czy pisząc te słowa uczyniłem jakiś uszczerbek bohaterskiej pamięci naszych żołnierzy, którzy istotnie bili się wspaniale, co zresztą było ich własną, a nie niczyją inną zasługą. Ktoś, kto sądzi, że odmawiam polskim oficerom zalet bojowych, przekona się wtedy sam, a nie z cudzego gadania, że jeśli nie zapomniałem o Zaleszczykach i limuzynach, to pamiętałem i o tych co padli pod Kutnem. Tylko że prowadzić wojnę, to nie tylko być dzielnym i nie tylko umieć zginąć. Prowadzenie wojny, to umiejętność; to wiedza; to myśl; to kroczenie z duchem czasu gdy chodzi o wynalazki techniczne. A może jeszcze i z duchem czasu kiedy chodzi i o inne sprawy...

 

Jak wyglądały przygotowania Polski do wojny w 1939 r.: polityczne, gospodarcze i wojskowe?

 

Jest rzeczą naturalną, że każdy Polak myśli i mówi o Wrześniu; zapobiec temu nie sposób i zapobiegać temu nie wolno

Po rozgromie państwa polskiego, we wrześniu 1939 r., od razu podniosły się głosy, by nie podnosić rekryminacji, nie oskarżać, nie badać, nie potępiać. Nazywało się to walką z judzeniem, z „opluwaniem poległych”, z „jątrzeniem ran”, z nieposzanowaniem żałoby. Na moment zapomniano o mądrym zdaniu Żeromskiego że „trzeba rozrywać rany polskie by się nie zabliźniły blizną podłości”. „Blizny podłości”, jak widzimy, nie dla wszystkich są wstrętne. Ci sami, którzy najgorliwiej komasowali wokoło jednej postaci, formacji czy obozu, całość zasług odbudowania państwa polskiego, obecnie, gdy państwo to runęło w okolicznościach i tempie, którego jednak nie przewidywał ani jeden z trzydziestu pięciu milionów obywateli, orzekli, że za to o przyczynach, winie i błędach, które spowodowały upadek, mówić nie należy. Używano nawet argumentu szczególnie fałszywego: „Popatrzcie na Francuzów i Anglików, czy oni w takich wypadkach żrą się, kłócą, wspominają o przeszłości? Nigdy w życiu; mówią o tym co teraz być powinno”. Tego rodzaju „argument” używany jest albo przez ludzi, którzy nie znają ani Anglii ani Francji, albo którzy sądzą, że ich rozmówca czy czytelnik tej Anglii i Francji nie zna. Przeciwnie. Katastrofa francuska wywołała nie jedną, ale szereg książek, oskarżeń, polemik, analizujących przyczyny upadku, szukających winnych, wypatrujących jakie popełniono błędy. Polityka Anglii i Francji, polityka europejska owych lat ostatnich doczekała się już teraz licznych opracowań (w których nb. polityka Marszałka Piłsudskiego występuje w świetle nader korzystnym, co oczywiście nie znaczy wcale by w tym samem świetle występowała i jej beckowska kontynuacja). To nie kto inny niż Winston Churchill powiedział publicznie że „badanie błędów przeszłości jest drogą do poprawy na przyszłość”. Święte, mądre, uczciwe słowa. (W ogóle jaka szkoda, że nasi mężowie stanu nie biorą i w tym i w niejednym praktycznego przykładu z brytyjskiego premiera i że polski podziw dla tego niezwykłego człowieka ogranicza się w praktyce do zamieszczania jego fotografii w urzędówkach i obkadzania go w artykułach).

Raz jeden jeszcze w naszej historii krzyk tych, co nie chcieli „rekryminacji”, wziął górę nad rozsądkiem tych, co jednak chcieli jakiejś odpowiedzi na pytanie: „jak się to stało?”. Wrzesień 1939 i to, co mu towarzyszyło, stało się jednak istnym „tabu” dla polskich pisarzy, dla polskich pism, dla polskich wydawnictw. O rok późniejsza tragedia francuska, majowa Dunkierka, ba - Norwegia i Holandia, doczekały się omówień. Polska – nie! W książkach i broszurach omówili ją - Niemcy. U nas przeciwnicy „rekryminacji”, zwolennicy świętej zgody narodowej, gdy można nią własne błędy pokrywać, ruszyli nawet do przeciwnatarcia.

Toteż przyklasnąć należy – z samej zasady – książce gen. Mieczysława Norwida-Neugebauera[1], bo z dużym nakładem pracy, z wielką sumiennością, z poważną zwięzłością słowa, rozpoczął nareszcie swą Kampanią wrześniową omawianie przez Polaków największej klęski ich historii. Trzeba ją przeczytać. Trzeba się nad jej zdaniami zastanowić. Trzeba ją przemyśleć. Albowiem istotą demokracji (o której, niestety, mamy na razie raczej frazesy od święta) jest właśnie to, że społeczeństwo jest wdrożone nie tylko do ofiar na rzecz swego państwa, ale także do myślenia o swym państwie, jak chłop myśli o swym gospodarstwie, kupiec o sklepie, robotnik o warsztacie. I z tą jedyną, jak dotąd, książką o naszej klęsce, napisaną przez generała, przez zwolennika i b. ministra niedawnych rządów, nachylmy się poważnie i badawczo nad tym co się stało.

 

* * *

 

Prawdopodobnie wielu czytelników już po pierwszych rozdziałach dojdzie do wniosku, wraz z autorem niniejszych słów, że książka ta ujęła zagadnienie, na które szukamy odpowiedzi, za ciasno i za krótko. Albowiem ujęła je wyłącznie jako pewne zagadnienie wojskowe i wyłącznie jako pewną kampanię wojenną, od dnia jej rozpoczęcia do dnia jej zakończenia.

Polityka zagraniczna popełniła szereg błędów; komu zawdzięczamy jednak najbardziej absurdalne?

Niestety jednak, przyczyny, jakie się złożyły na klęskę wrześniową, sięgają znacznie głębiej i rozpościerają się znacznie szerzej.

Są to zagadnienia z dziedziny polityki zagranicznej, jak Rosja, jak Słowacja, jak sojusz brytyjski. Jest niewytłumaczalne, dlaczego - skoro groziła wojna - nie uczyniono nic, choćby dla próby, by pozyskać sobie życzliwość sowiecką? Dlaczego postąpiono tak, jakby za Zbruczem i Horyniem kończył się orbis terrarum, zaczynało polityczne vacuum, skąd nic grozić nie mogło? Mniejszym zagadnieniem, ale jeszcze jaskrawszym błędem była nasza polityka słowacka. Nikt nigdy nie wiedział, o co Polsce chodziło, kiedy podniecała przeciwko Pradze „irredentę słowacką”, czy o przyłączenie Słowacji do Polski (czego bodaj nie chciała), czy o przyłączenie jej z powrotem do Węgier (czego znowuż nie chcieli Słowacy), czy wreszcie Warszawa chciała mieć w Europie Środkowej jedno państwo więcej? Po podbechtywaniu Hlinków, Tisów, Murgaszów i Machów, po uznawaniu Słowaków za to samo, czego gwałtownie odmawiano o ileż samodzielniejszym Ukraińcom, tj. za odrębny naród, zagrano po Zaolziu politykę odmienną. Wołano teraz o Spisz i Orawę, odkryto 100 000 „zesłowacczonych” Polaków i ze wspaniałym użyciem siły zbrojnej zagarnięto Słowakom parę skalistych gmin, które w Polsce nie obchodziły nikogo poza taternikami; za to w Słowacji aneksja ta oburzyła na Polskę cały dosłownie naród. Warto przypomnieć, że w tej wojnie tatrzańskiej, to G.I.S.Z. i wojsko pchały nasze ministerstwo spraw zagranicznych po najfatalniejszej już drodze. Nie wolno zapominać, że na uwagi sceptyków, iż nie warto rzucać Bratysławy w ramiona niemieckie dla kilkunastu mizernych wiosek góralskich, odpowiadano nam tajemniczo, że chodzi o „względy strategiczne” i że posiadłszy tych parę dolinek, będziemy zabezpieczeni od południa. W rezultacie wszystkich wysiłków Słowacja stała się niebawem Prusami Wschodnimi naszej granicy południowej, bo oddała się w ręce niemieckie. Jeżeli zaś chodzi o „walory strategiczne” owych gminek, zabłysły one w całej okazałości i splendorze już w pierwszych godzinach wojny, kiedy armie niemieckie przedostały się bez najmniejszego trudu do Suchej, Zakopanego i dalej. Dzisiaj wiemy wszyscy że ów marsz na Słowację, jak i pochód na Litwę rok przedtem, były typowym posunięciem kamaryli wojskowej, którą rozpiera żądza „sławy” dość efektownej, a co najważniejsze - jak najtańszej. Stąd nagła żądza „poszerzenia Ojczyzny” o obszar Skalitego i Czadcy. Tym fatalnym posunięciem polskiej dyplomacji, walnie tu wspartej przez jeszcze bezmyślniejsze czynniki wojskowe sztabu, uzyskiwano istotnie „poszerzenie”, co prawda nie tyle Ojczyzny ile frontu. O z górą 600 km.

Wreszcie istnieją błędy dyplomatyczne z ostatniej już chwili. To błędy polsko-francusko-brytyjskiej umowy sojuszniczej. Jak wiadomo, w wypadkach podobnych sojuszy, obliczonych na działania wojenne, po zasadniczych rozmowach dyplomatów następują rozmowy sztabów. One to dopiero ustalają pewne ściślejsze okoliczności współpracy, omawiają terminy, formę, jaką przybierze, rozmiary. Sojusz brytyjsko-francuski sprzed r. 1914 nie istniał jako akcja dyplomatyczna; oficjalnie były to tylko porozumienia sztabów. Te porozumienia były jednak tak płodne, że wystarczyły na cztery lata wojny. W wypadku polsko-brytyjsko-francuskim sprawa przedstawia się - zdaniem gen. Norwida-Neugebauera - znacznie gorzej. „Rozmowy między kierowniczymi organami sił zbrojnych, - pisze on - które odbyły się w maju i czerwcu 1939, obejmowały jedynie wzajemną wymianę informacji, pozostawiając stronom sprzymierzonym zupełną swobodę i niezależność. Bliżej, lecz w najbardziej mało wiążącej formie, był omówiony czynnik czasu jedynie z Francją”.

Należy zaprotokółować sobie te twierdzenia wybitnego wojskowego i pisarza. Są one nadzwyczaj cenne. Okazuje się, że nasze władze wojskowe nie uczyniły nic, aby ukonkretnić wojskowo ów sojusz. Nie wytargowały tego, by w razie wtargnięcia Niemiec do Polski Francja i Anglia pośpieszyły z natychmiastową pomocą. Nie ustaliły jakiegoś terminu takiej pomocy, ofensywy sprzymierzonych, czy czegoś podobnego. Czym wytłumaczyć to zaniedbanie? Prawdopodobnie tą nieprawdopodobną butą i pewnością siebie, jaka cechowała, niestety, wielu naszych rządzących i pozwalała im zapewniać na prawo i lewo, że będziemy niebawem w Królewcu, w Pradze czy w Berlinie. W ten sposób największe dzieło dyplomacji polskiej nie zostało wyzyskane na czas. Raz jeszcze, nawet w dyplomacji, wojskowi psuli.

Polityka gospodarcza nie przygotowała tej wojny; ale czy czynniki gospodarcze są za to odpowiedzialne?

Jeżeli dobra polityka zagraniczna może wojnie zapobiec, może ją starannie lub niestarannie przygotować przez swe sojusze czy konflikty, to oczywiście istnieje jeszcze i przygotowanie gospodarcze wojny. W książce gen. Norwida-Neugebauera, która jest wyraźnie wojskowa  i – z wielką dla przejrzystości korzyścią – unika odbiegania ku innym sprawom, niema o tym nic. A jednak niema Polityka gospodarcza nie przygotowała tej wojny; ale czy czynniki gospodarcze są za to odpowiedzialne? rozumnego człowieka któryby nie wiedział, że polityka gospodarcza państwa może prowadzenie wojny ułatwić lub utrudnić, że na losach przyszłej kampanii wojennej zaważy tak lub inaczej. Nie pragnę się rozwodzić dłużej nad tym zagadnieniem. Nie byłem nigdy zwolennikiem ani polityki ani osoby ministra skarbu Kwiatkowskiego. A jednak jest oczywiste, że wystarczyłoby jedno słowo „drugiej osoby w państwie”, jaką stał się marszałek Śmigły-Rydz, aby Kwiatkowskiego przegonić, by zamiast budowania własnych fabryk broni, na co był może czas w r. 1929 i 1930, ale na co w r. 1935 było już grubo za późno, iść na zakup broni u obcych, co niejedno państwo praktykowało z niemałym powodzeniem. Oczywiste jest jednak, że budowanie własnych fabryk stwarzało nieograniczone możliwości posad, czy raczej synekur zarządczych, na których umieszczano „zasłużonych” ze sztabów. Wreszcie, to nie kto inny tylko czynniki wojskowe regulowały u nas od początku sprawę, której błędne postawienie rozumiało w Polsce najgorsze nawet pismo, – z wyjątkiem „Polski Zbrojnej”, – sprawę haniebnej motoryzacji. Jeśli kto pamięta choćby taki szczegół, że urzędnik kupujący dwuosobową „Simca” uzyskiwał ulgi, raty i potrącenia, a rzeźnik nabywający ciężarówkę nie uzyskiwał nic, ten rozumie, że nawet to jedno zagadnienie zaważyło straszliwie na Wrześniu, bo zaważyło podwójnie szkodliwie. Raz, że uniemożliwiło szybki przerzut wojsk na potrzebne odcinki i na czas (do tego brakło właśnie owych rzeźnickich ciężarówek). Po drugie, że umożliwiło elicie posiadaczy nieużytecznych wojskowo „Simek” szybkie przeniesienie się do Zaleszczyk i dalej, na obdarzanie Ojczyzny dalszą, równie owocną, pomocą.

Ale nie tylko wielkie zagadnienia, które przygotowały na swój sposób Wrzesień, są w książce gen. Norwida-Neugebauera pominięte tematycznie. Pominięte jest również i samo wojskowe przygotowanie do wojny. Książka rozpoczyna się właściwie na parę dni przed

1 września, dniem wojny. Nie jestem żadnym strategiem, choć ostatecznie widzieliśmy ze i ci co się za takich pozwalali podawać, strategami także nie byli. Ośmielę się jednak powiedzieć, że – moim skromnym zdaniem – ciężar wydarzeń spoczywa nie po 1 września, ale przed tą datą, że nasza klęska dokonała się znacznie, znacznie wcześniej, że nastąpiła już przed wojną. W bridżu, który w pewnych kołach w Szkocji znajduje więcej amatorów niż głupie „learn English!”, istnieją dwie odrębne części: licytacja i rozgrywka. Otóż zdarza się często, że licytacja wadliwa czy udana przesądza już o wyniku gry, która po niej nastąpi, że w „rozgrywce” można potem nadrobić lub nie nadrobić lewy, ale że najlepsza nawet rozgrywka złej licytacji już nie przekreśli. A zwłaszcza licytacji fatalnej.

 

* * *

 

Francuzi mieli swoją koncepcję przyszłej wojny, i Niemcy swoją, i Sowiety swoją; nawet Czechosłowacja miała swoją koncepcję; jakąż jednak koncepcję miała – Polska?

Od szeregu lat sztaby europejskie posiadały pewne koncepcje przyszłej wojny. Stosownie do tych swych koncepcji, kładziono nacisk to na tę, to znowuż na inną stronę przygotowania wojny. Sztaby niemieckie i włoskie, podobnie jak rosyjski, miały dość jednolitą koncepcję przyszłej wojny jako wojny par excellence ruchowej. Czołgi, zmotoryzowana artyleria, zmotoryzowana piechota, samoloty – miały umożliwić rzucenie wielkich elementów ognia i nie mniejszych ruchu na pewne konkretne odcinki, przełamanie tam oporu i wdarcie się niewstrzymane dalej. Sztab francuski (w odróżnieniu od jednego z jego świetnych młodych oficerów, płk. de Gaulle) był innego zdania. Sądził, że linia nowoczesnych fortyfikacji zatrzyma na swoim przedpolu i wyniszczy doszczętnie armie na motorach. Wojna hiszpańska nie dała ostatecznie odpowiedzi na te pytania. Wprawdzie pas obronny wokoło Bilbao udało się wojskom gen. Franco przełamać, ale Madryt z liniami nad Jaramą i z Guadalajarą wskazywał że bywa i inaczej. Nieszczęściem i błędem Francji była głównie niekompletność jej koncepcji maginotowskiej. Całe północne odcinki tej linii w ogóle nie powstały, wobec rachuby na belgijskie linie obronne, które były słabe, niepełne, i zostały zdobyte bez trudu. I może nie tyle błędność samego założenia, że linia Maginot zatrzyma wszystko ile niedoprowadzenie do końca tej koncepcji, było główną przyczyną wojskową załamania się Francji.

Sztab polski miał o miedzę od siebie kilka doskonałych przykładów nowoczesnych koncepcji wojennych. Miał niewielką, ale świetnie wyposażoną, na wskroś nowoczesną, zaopatrzoną i w linie obronne i w czołgi czy samoloty, armię czechosłowacką. Armia ta nie walczyła. To prawda. Ale nie walczyła dlatego, że i sama armia, i cała Czechosłowacja, wchodziły w skład pewnej koncepcji ogólnoeuropejskiej. Były tylko odcinkiem frontu. Cennym, ale tylko odcinkiem. Jeśli główne linie oporu cofają się naraz, obrona odcinka może być heroicznym samobójstwem, pięknym symbolem, i koniec. Plan ugody i przetrwania, koncepcja Hachy, może być godna nagany, ale jest koncepcją. Dzięki niemu położenie Czechów jest najznośniejsze w porównaniu z położeniem kilkunastu narodów podbitych przez Niemcy. Że armia czechosłowacka, posłuszna swej władzy, rozbrojona w Monachium, nie walczyła, gdy Niemcy zajęli Pragę, to jedna sprawa, a to że Czechosłowacja miała swoją koncepcję obrony i była dobrze uzbrojona, to inna. Koncepcja czeska wahała się pomiędzy niemiecką a francuską. Pomiędzy motoryzacją a linią fortów. Miała to i miała tamto. Tylko myśmy nie mieli niczego.

Był jeszcze także o miedzę przykład niemiecki i przykład sowiecki. Oba tym dla nas ciekawsze, że chodziło o naszych sąsiadów. I tym że obaj finansowali wielki plan zbrojeniowy nie złotem, bo go nie mieli, ale szeregiem innych sposobów, które wzbogacały Niemcy o autostrady a Sowiety o Dnieprostroje. Specjalnie przykład sowiecki mógł być dla nas ciekawy. Pokazywał jak kraj zniszczony wojną, pozbawiony kredytów zagranicznych, stwarza sobie ciężki przemysł, sadza parobków na traktory, żołnierzy na czołgi. Nasi literaci podziwiali w Sowietach dobrobyt ludowy, którego nie było, nasi biurokraci nie mieli słów zachwytu dla tych systemów nowoczesnego brania za mordę, w jakie wyposażyła państwo rewolucja socjalistyczna. Tylko czołgi pozostały niezauważone i niedostrzeżone. Wiedział o nich każdy obywatel Rzeczypospolitej. Pokazywano je na każdej paradzie w Moskwie. Zapraszano na te parady naszego attache wojskowego. Poczym koła „kompetentne” uspokajały nas, że czołgi te są z tektury i dykty, że ten sam czołg pojawia się na paradzie kilkanaście razy pokolei. O niemieckich czołgach powiadano u nas, że nie przejdą po naszych drogach, że zatrzymają je Wisłok, Pilica, Nida i Bzura. Utrzymywaliśmy masy kawalerii. „Była to broń kosztowna” – stwierdza gen. Norwid - Neugebauer. Dlaczegośmy ją zatrzymali? – pyta mimowoli czytelnik. Gen. Norwid-Neugebauer podaje następujące racje; wzgląd na tradycje narodu, stan dróg, myśl o wojnie na wschodzie i niezmotoryzowanie kraju. Odpowiemy na to: tradycja narodu jest rzeczą bardzo piękną, ale nie w tej dziedzinie. Idąc tak dalej, musielibyśmy reaktywować w naszej armii pancerze spod Wiednia i łuki króla Popiela. Stan naszych dróg nie skłonił Niemców do wyrzeczenia się czołgów. A nasz sąsiad ze wschodu, ten właśnie na którego mieliśmy ruszyć po staremu, po polsku, z lancą i szabelką, a na koniku, gramolił właśnie swoich kozaków na stupudowe czołgi... O, tak! Kawaleria była to broń kosztowna. Kosztowała nas ogromnie wiele. O wiele więcej niż mogły Uczyć najśmielsze budżety kawaleryjskich pułków.

Polska tedy nie miała ani stałej linii obronnej, ani motoryzacji. Nie miała ani francuskiej, ani niemieckiej czy rosyjskiej koncepcji. Nie miała i własnej. Nie miała też czeskiej nowoczesności. Sprawa lotnictwa jest tu może najbardziej ponurą sprawą. Nie tylko wojskowości. W ogóle rządów naszych, niestety – od r. 1926. Dn. 8 września 1939 r. okazało się że po 13 latach rządów wojska mamy znikomą cyfrę 377 samolotów bojowych. Mniejsza już – jeśli wolno tak mówić – że bombowiec niemiecki był szybszy od polskiego myśliwca, że – jak stwierdza mimochodem gen. Norwid-Neugebauer – samoloty niemieckie i szybkością i uzbrojeniem górowały nad polskimi. Pozostanie faktem, że w r. 1926, w tym samym czasie gdy zamierzona została, nieprzeprowadzona potem, motoryzacja armii, posiadaliśmy samolotów bojowych więcej niż po 13 latach rządów wojskowych. Jak to? Jak to się stało? – zapyta każdy myślący czytelnik. Co za szkoda, że w książce gen. Norwida-Neugebauera nie znajdzie na to pytanie żadnej odpowiedzi.

Byliśmy bez czołgów, byliśmy bez linii obronnych, byliśmy bez samolotów. Ale za to szczyciliśmy się że w żadnej armii europejskiej dzień marszowy piechoty nie jest tak długi jak w naszej. Rekord 70 km dziennie! Niestety, zmotoryzowane jednostki innych armii europejskich odbywały tę przestrzeń w ciągu dwóch godzin. Posiadaliśmy żelazną dyscyplinę. Posiadaliśmy wreszcie idealny materiał żołnierski. O, takiego nie posiadała w Europie żadna armia. Ale znowu, że tak było, to nie było zasługą ani sztabu, ani G.I.S.Z.u, ani wojska. Było to zasługą polskich tradycji, zasługą polskiej matki, polskiego domu, polskiej szkoły powszechnej, ludu polskiego, że młodzież nasza wchodziła w życie z pozytywnym stosunkiem do wojska, a heroicznym – do wojny. Toteż, jeśli kto wspomina, jak gen. Norwid-Neugebauer, że nie mieliśmy czołgów, ale mieliśmy świetny materiał żołnierski, żaden myślący człowiek nie może tego zapisać ani na benefis wojska, ani na benefis państwa. Był to benefis narodu. Istotnie, naród we wrześniu dał z siebie tyle, ile Kartagińczycy w drugiej wojnie punickiej, ile Hellada pod Termopilami, ile Lwów w listopadzie 1918 r. Tym większa szkoda, że państwo nie umiało gospodarować tym wspaniałym materiałem, jaki otrzymało. Że nie umiało go ani nowocześnie uzbroić, ani nowocześnie wyszkolić. Że nie umiało z tylu ofiarnych śmierci wydobyć maksimum korzyści.

 

Przestróg nie brakło...

 

A przestróg jednak nie brakło. Mniejsza o prasowe i polskie. Stanisław Mackiewicz został przecież w r. 1939 osadzony w Berezie za „podważanie wiary w siły obronne naszej armii” właśnie po swych artykułach o motoryzacji, o czterech zmotoryzowanych dywizjach, których się domagał wbrew zdaniu organu kół wojskowych, po swych uwagach o Słowacji. Inny przykład: w „Polonii” katowickiej, w r. 1936, w korespondencji z wojny hiszpańskiej Tadeusz Kiełpiński wypowiada pogląd, że wojna ta uczy iż rola kawalerii i konia kończy się ostatecznie, a ich miejsce zajmie czołg i motor. W trosce obywatelskiej posuwa się do tego iż krytykuje nasze polskie stawianie na kawalerię i niewzmacnianie broni motorowej. Cóż się dzieje z artykułem, który mógłby się ukazać w prasie każdego europejskiego państwa? Zostaje skonfiskowany; sąd pod presją odpowiednich czynników – a wiemy jak to wygląda – uznaje autora winnym i zatwierdza konfiskatę. Oto jak wyglądał los tych co odważyli się mieć rację na przekór rzekomym, samozwańczym fachowcom.

Jeśli jednak słowo dziennikarskie można było traktować w ten sposób, tak wspaniale je zlekceważyć, to przecież były i przestrogi niepolskie: Abisynia pokazała, że czołg przejdzie po bezdrożach górskich – i to jakich, Hiszpania pokazała jak się z czołgiem walczy. To wcale nie oddziały zdyscyplinowane mikołajewską wprost dyscypliną zatrzymały czołgi w dolinie Guadalajary. To były „bandy”, jakby to u nas określano, anarchistów, komunistów, ludu. Potrafiły trzymać dwa lata. Można było te metody poważnie, przez ludzi inteligentnych, przestudiować, wnioski wyciągnąć. Tymczasem tym, co o tym pisali, robili potem nasi dwójkarze najbardziej łajdackie kanty. Co gorsza, z nauki hiszpańskiej nie wyciągnęli żadnej, najmniejszej, lekcji. Polska zapłaciła za to krwią swoich najlepszych żołnierzy, męką, hańbą. Ci, co byli winni, zmienili tylko miejsce pobytu.

Nawet, jeśli się miało mało czołgów i mało samolotów, były w Polsce wielkie możliwości obrony. Należało obarykadować i bronić każdego miasta w wojskowych walkach ulicznych. „Costa lo que costa”, jak mi mówili bohaterzy osmoleni z Ciudad Universitaria. Masowo użyty karabin przeciwpancerny, świetne dzieło polskiego technika, inżyniera, oddałby tu usługi. Ale ileż ich było, tych karabinów? Należało kontratakować co nocy, zamiast odsuwać się coraz dalej. Należało nie sprzedawać zagranicy broni pancernej, co pochwalała znowu „Polska Zbrojna” a co krytykował znowu Mackiewicz, ale zatrzymać te działka przeciwlotnicze do obrony kraju. Należało wprowadzić pistolet automatyczny, rozpowszechnić moździerz, broń tanią, łatwiejszą dla nas. Należało oprzeć łączność nie na antycznym telefonie, ale na radiu. Nie uczyniono i tego.

 

W Polsce armii nie odmawiano niczego

 

Byliśmy wprawdzie biedni, ale byliśmy niezwykle ofiarni i niezwykle entuzjastycznie nastrojeni dla armii. W parlamencie francuskim głosowanie nad budżetem wojskowym zamieniało się w sarabandę karczemnych awantur. W brytyjskim powstawały obiekcje zasadnicze. W Polsce ten sam budżet przechodził przez aklamację. Ba, głosowało za nim nawet ukraińskie Undo! Od r. 1926 armia była faktycznie wyjęta spod kontroli sejmu.

Kto rządził Polską w wszystkim w Polsce? Czy stan ten był dobry dla państwa a zdrowy dla armii? Gdybyż to tylko! Ale armia coraz faktycznie) rządziła i kontrolowała wszystko. Po politykach co przeszli „stage” legionowy, przyszli po prostu wojskowi do ministerstwa spraw zagranicznych, wojskowi – do spraw wewnętrznych, wojskowi – do skarbu, wojskowi – na wojewodów, na starostów, na wychowawców młodzieży, wojskowi – do ciężkiego przemysłu. Gdzież nic było wojskowych? Jakich spraw w Polsce nie ogarniała ich „kompetencja”? Wszak obejmowała już i sprawy agrarne, gdzie toczyli zaciekłe boje z ministrem Poniatowskim, i sprawy mniejszościowe, gdzie powoływali do życia nowy naród Hucułów, wynaleźli 100 000 szlachty zagrodowej, nawracali na katolicyzm w pasie K.O.P.u, burzyli cerkwie na Chełmszczyźnie, wydawali czasopisma i książki, dożywiali dzieci, budowali luksusowe yacht-cluby, eksplorowali Madagaskar. Słowem, robili szereg rzeczy potrzebnych lub. niepotrzebnych, pożytecznych lub szkodliwych, o to mniejsza, ale najniezawodniej nie należących nigdy i nigdzie do kompetencji armii. Czy to przemysłowcy z Łodzi, jak czasem sądzono, albo ziemianie z Nieświeża, jak tłumaczyli inni, rządzili w ostatnich czasach wszystkim w Polsce? Nigdy: – rządzili wojskowi.

Nieskrępowanie armii prawem, oddanie państwa w jej zarząd, zemściło się srodze właśnie na armii. „Moral” wojskowy wygniwał sprawami takimi jak okaleczenie Nowaczyńskiego, czy najohydniejszy już, plamiący w oczach uczciwego Polaka honor munduru, samosąd nad Cywińskim. W Niemczech, kiedy Reichswehra próbowała rządzić albo mieszać się do rządzenia, Hitler parokrotnie i brutalnie wyperswadował jej te niewczesne, szkodliwe dla niej, pomysły. Los gen. Schleichera, zastrzelonego przez Gestapo, kilku pułkowników i majorów powystrzelanych jak kaczki z okazji Röhma, pouczył kogo należy. (W Sowietach Stalin nie zawahał się przed rozstrzelaniem dwóch marszałków, kilkunastu komdywów i kombrygów (generałów), nie mówiąc już o całej czeredzie pomniejszych pułkowników). Nie przeszkodziło to armii niemieckiej w osiągnięciu niezwykłych sukcesów. I dlatego twierdzę, że oddaje armii najgorszą przysługę ten kto chce by stanowiła ona o wszystkim, umieszczała swoich łudzi wszędzie, kontrolowała wszystko. Twierdzę, że odsunięcie armii, mówiąc konkretnie-wojskowych, od tych zadań, do których ani rodzajem wykształcenia ani zawodem się nie nadają, jest prawdziwą usługą oddaną właśnie armii.

I historia nasza wzniesie jeszcze pomniki temu człowiekowi w Polsce, który zerwie z tym co się działo u nas w ostatnich latach. A obarczy straszliwą współodpowiedzialnością tych ludzi, co tego stanu rzeczy, kiedy mogli, po klęsce 1939 r., nie potrafili zmienić, okazali się na to za słabi.

Oto w czym można oddać Polsce historyczną usługę albo obciążyć własne karty najczarniejszym z błędów.

 

Jak wyglądał plan tej kampanii?

 

Rozdział, który w książce polskiego generała brzmi jak akt oskarżenia....

Dyplomatyczne i gospodarcze przygotowanie wojny było więc jak najgorsze. Winne temu były przede wszystkim czynniki wojskowe, albowiem, po pierwsze, nikt tyle nie miał do powiedzenia w Polsce co marszałek Śmigły-Rydz, po drugie, bo takie błędy polityki zagranicznej, jak sprawa Słowacji, takie spóźnienia polityki gospodarczej, jak budowanie własnego przemysłu zbrojeniowego kiedy już na to było za późno, kiedy lepiej było u obcych zakupić broń, samoloty, dokonane zostały właśnie przy walnej ingerencji czynników wojskowych[2].

Te wszystkie sprawy, choć tak podstawowe dla klęski wrześniowej, porusza gen. Norwid-Neugebauer jedynie mimochodem. Trzyma się bowiem bardzo ściśle tematu jaki sobie zakreślił: samej kampanii. Dla konstrukcji książki na pewno słusznie. Niema jednakże myślącego czytelnika polskiego, któryby poza tą konstrukcję nie wybiegał, nie pytał, nie badał.

Ale oto dochodzimy z kolei do spraw, które książka gen. Norwida-Neugebauera ujęła bardzo dokładnie. To już wydarzenia wrześniowe. To to co było we wrześniu. To kampania. A najpierw, dwa plany kampanii: polski i niemiecki.

Jakżeż wygląda plan tej kampanii?

Nie posiadam, niestety, tego wykształcenia wojskowego, które by mi pomogło dokonać fachowej krytyki planu, z jakim nasz sztab przyjął dzień 1 września. Gen. Norwid-Neugebauer, dawny towarzysz marszałka Śmigłego-Rydza, wyraża się o tym planie możliwie powściągliwie. Ale wyraźnie przeciwstawia mu „przejrzystość celów”, jaka cechowała – jego zdaniem – plan niemiecki. O polskim powiedzieć tego nie próbuje.

Istotnie. Pobieżne nawet przyjrzenie się polskiemu „planowi” dowodzi, że jeśli „planem” nazywamy coś co ma pewną myśl przewodnią, zadania, cele do osiągnięcia, to planu – nie było.

Po prostu, wzdłuż olbrzymiej granicy niemiecko-polskiej porozstawiano, jak była długa, szeroka i wygięta, to co miano wojska. Nieco za tym postawiono mgławice odwodów. To było wszystko. Zamiarem pierwszym było bronienie wszystkiego. I Śląska – bo węgiel, i Krakowa – bo tradycja, i Gdyni – bo morze, i Poznania – bo taki polski. Zamiarem następnym był odwrót w głąb kraju, na linie rzek, tj. Wisły–jak mawiali jedni, Bugu–jak sądzili pesymiści. Tu należało czekać na deszcze, zimę, pomoc sprzymierzonych i dalszy bieg wydarzeń. Oto był plan polski w swej „myśli przewodniej”.

Nie kto inny ale gen. Norwid-Neugebauer wysuwa w stosunku do niego szereg pytań, które są szeregiem zastrzeżeń. Jest to strona tak bardzo fachowa książki, że nie próbujemy jej skomentować. Zwracamy uwagę czytelnika na co innego. Oto gen. Norwid-Neugebauer daje najwyraźniej do poznania, że owo rozstawienie wojsk wedle linii granic i owo bronienie wszystkiego było dowodem, że plan polski nie miał idei strategicznej. Na owym planie wojskowym zaważyły – jego zdaniem– inne względy. Wzgląd na opinię publiczną. Na wrażenie, jakie wywoła w kraju oddanie Gdyni, Krakowa czy Poznania. „We wszystkich sercach polskich mogła być tylko jedna odpowiedź: nie” – pisze na str. 49. Ale, choć wojskowy, sam dodaje: „tajemnica wojskowa jest obowiązkiem, ale nie byłoby wykroczeniem zasięgnąć opinii niektórych przedstawicieli narodu i utwierdzić się w przekonaniu że społeczeństwo zdecydowałoby się na ofiarę przejściowego opuszczenia połowy kraju. Zmieniłoby na decyzję wyboru krótszej i terenowo wygodniejszej linii obrony”.

„Krótszej i terenowo wygodniejszej”. Tzn. takiej, która kosztowałaby nas mniej krwi przelanej rozrzutnie, Niemców zmusiła do cięższych ofiar, umożliwiła zatrzymanie ich rozpędu. Przyznaje to generał i były minister rządów pomajowych. Tragiczne wyznanie! Bo przecież po to właśnie zerwaliśmy z sejmem, aby na najważniejsze decyzje państwowe nie miały wpływu nastroje powszechne, opinie mas, ale jedynie „względy rzeczowe”. Okazało się jednak, że gdy przyszło do decyzji najważniejszej, ugięto się wobec nastrojów najpowszechniejszych. Może szlachetnych, ale najgłupszych. Liczono się z niemi. To nas kosztowało. I minister rządów pomajowych uważa dzisiaj, że trzeba było omówić te sprawy z przedstawicielami narodu, że wtedy można było uzyskać poparcie, wytłumaczyć społeczeństwu odwrót.

Kogo ma na myśli gen. Norwid-Neugebauer, pisząc „przedstawiciele narodu”? Mam nadzieję, że nie płk. Wendę, nie mjr. Galinata i nie „Ozon”. Myślę, że mowa jego jest żołnierska i że ma na myśli prawdziwych przedstawicieli narodu, tj. takich, których sam naród, w sposób nieskrępowany, wybrał. Jeżeli tak, to nigdy jeszcze instytucja parlamentu nie została uznana za tak pożyteczną, jak w owym skromnym zdaniu pomajowego ministra. Tzn., że rządząc wespół z przedstawicielami narodu można było w pewnym momencie oddać wrogowi połowę ziem polskich i jednak nie załamać tym psychiki narodu. Można było wykonać plan wojskowo lepszy. A przeciwnie, rządy wojskowe, które nie uznawały przedstawicieli narodu, nie znalazły w sobie dość mocy by wykonać taki plan wojenny, któryby zmusił wprawdzie do bolesnego psychicznie odwrotu, ale za to dawał szanse walki planowej, czyli skutecznej. Dochodzimy tu do następującego wniosku:

(1) Czynniki wojskowe uważały, że najlepszym planem strategicznym byłoby wycofanie się dalekie w głąb, oparcie się na liniach rzek.

(2) Liczyły się jednak z reakcją społeczeństwa, które oddania bez walki Krakowa, Śląska, Gdyni i Poznania łatwo by nie zniosło.

(Nb. owe „nastroje społeczeństwa” wywołały i rozdmuchały one same. Jeśli niepoczytalne pisma rządowe i nieodpowiedzialni publicyści rządowi tak długo wmawiali narodowi że mamy arcygenialnego wodza, znakomitych dowódców, zapiętą „na ostatni guzik” armię, pełne arsenały, to tą bezmyślną robotą, nakazaną z góry, utrudniali zadania armii, nie przygotowywali narodu. Przemowa Churchilla po objęciu władzy, z zapowiedzią trudu, znoju, łez i krwi, była lepszą lekcją wychowawczą. O, tylko wielcy durnie, albo wielkie łajdaki, mogą rezonować wzniośle: „nie mamy się czego uczyć od obcych!”).

W rezultacie planu nie było. Była nakazana walka na granicach i cofaniem się w głąb kraju, ku nowym, linom obronnym. Ustalając to, sztab polski zapomniał o dwóch rzeczach. O tym, że niemieckie kolumny zmotoryzowane posuwają się szybciej niż piechota polska i że szybciej niż ona dotrą nieraz do „nowych linii”. A dalej i o tym, że żołnierz polski jest znacznie lepszy w natarciu niż w odwrocie...

W ten sposób, w owym kompromisowym półplanie, z jakim nas zastał wczesny świt września, nie doceniliśmy i właściwości przeciwnika, i właściwości naszego żołnierza.

 

Najtragiczniejszy miesiąc historii Polski

 

Gdy mszczą nie na strategii zaniedbania techniczne...

Trzon książki gen. Norwida-Neugebauera poświęcony jest, niestety, nie owej „licytacji” przedwrześniowej, jaka poprzedziła kampanię, tak jak w bridżu licytacja poprzedza rozgrywkę, a właśnie rozgrywce, czyli samej kampanii. Ci wszyscy którzy rozumieją wraz ze mną, że kampania wrześniowa nie została przegrana we wrześniu, ale przed wrześniem, zapewne odczują tu zawód.

Albowiem owa kampania, nieprzygotowana nowocześnie, pozbawiona jasnego, konsekwentnego planu, ma ogromnie mało walorów, jeśli chodzi o strategię. Jak mało walorów strategicznych przedstawiały walki Europejczyków z plemionami najbardziej bohaterskich Indian w Ameryce, tak samo bez znaczenia strategicznego musi być każda walka, gdzie dysproporcje uzbrojenia sprawiają, że o zwycięstwie decyduje nie genialność dowodzących, ale wyższość techniczna ich oręża. W r. 1920 mogliśmy marszem na Siedlce zajść na tyły armiom sowieckim z przedpola Warszawy i Płocka, albowiem i my i oni znaliśmy, jako środek przerzucania mas wojska, albo miłego konia, albo tyle sławione jeszcze wciąż w pieśni żołnierskiej „własne nogi dwie”. I my i oni. Sytuacja była wyrównana. Ale w 19 lat później nowy nasz przeciwnik przerzucał motorami ogromne siły swego wojska w tempie takim, że wobec niego najmądrzejsze nawet myśli strategiczne były skazane z góry na niewykonanie. Samolot dokonywał reszty. Napoleon niewiele by wskórał wobec przeciwnika uzbrojonego w karabin maszynowy! Być może, że na naszych grach wojennych wykrzesały się jakieś wielkie talenty strategiczne. Ale karygodne, niechlujne, kołtuńskie zlekceważenie nowoczesności, wynalazku, myśli ludzkiej jako środka do wygrywania wojen, przez wielbicieli drylu, pomściło się fatalnie na nich samych. Nie mogli nigdy rozwinąć swych talentów w sposób szerszy. Kto wie, może strategicznie niejeden z naszych generałów nie był gorszy od niemieckich? Nie dowiemy się tego nigdy: bo niemieccy, niestety, dali lepszy od naszego dowód zrozumienia czym jest technika współczesna, nauka i myśl w służbie wojny.

Śmigły-Rydz; decyzje odwoływane, cofane i zastrzeżone

Natomiast każdy z zainteresowaniem przeczyta te luźne uwagi, jakie przy omawianiu chronologii wypadków poświęca gen. Norwid-Neugebauer dowodzeniu naczelnego wodza. Uwagi te cechuje niewątpliwie najszlachetniejsza powściągliwość w krytykowaniu pokonanego. A jednak trudno jest nie wytknąć tego że naczelny wódz scentralizował szkodliwie dowodzenie w swoim ręku, że rozkazy parokrotnie odwoływał i cofał, że zastrzegłszy sobie decyzję w sytuacji, która raczej wymagała paru ośrodków decydowania, na różnych odcinkach frontu, sam czynił z niej użytek w sposób jak najdalszy od zdecydowania.

Pod tym jeszcze względem wydaje się że naczelny wódz tej kampanii nie korzystał z taktyki Marszalka Piłsudskiego. Marszałek, człowiek o niezwykłej osobowości, właśnie dawał podkomendnym ogromnie wiele wolnej reki.. Był on raczej zwolennikiem koncepcji Moltkego starszego, który swym dowódcom armii zostawiał szeroki margines do własnych decyzji, niż Napoleona, który centralizował decyzję we własnym reku i nawet swoim marszałkom dawał minimum inicjatywy własnej. Dzieje odwrotu z Kijowa były klasycznym przykładem tej moltkowskiej taktyki Marszałka. Śmigły-Rydz uważał jednak widocznie, że łatwiej mu pójdzie naśladowanie Napoleona, niż naśladowanie Piłsudskiego.

Kto wie; zagadnienia osobowe mają wpływ wielki. W Polsce było dwóch generałów, których Śmigły-Rydz prześcignął w swojej karierze. Gdyby byli powołani na czas do armii, zapewne liczyłby się z ich zdaniem bardziej niż z poglądami swoich wychowanków, od niedawna ozdobionych generalskim wężykiem. Sikorski, postawiony na czele np. armii północnej, miałby wtedy może de facto większy zakres samodzielności? Sosnkowski, postawiony w Poznaniu, może działałby jeszcze skuteczniej niż potem nad Wereszczycą ?

Ale marszałek Śmigły-Rydz uważał, że Polskę we wrześniu 1939 r. stać w pełni na luksus pozostawienia dwóch najdoświadczeńszych generałów polskich w jak najdalszym odwodzie.

 

* * *

 

Wojna nieprzygotowana, rozpoczęta z, „planem”, który miał wszystkie złe strony kompromisu pomiędzy tym czego wymagało położenie i strategia a tym co dyktowały nastroje, dała od pierwszych dni niewstrzymany ciąg klęsk.

Wojska niemieckie rozpruły front polski na każdym kierunku uderzenia. Niemieckie oddziały zmotoryzowane z Opola znalazły się dn. 6 września o kilkadziesiąt kilometrów od Wisły; wojska polskie, cofające się z Poznania, by zatrzymać się na tejże Wiśle, były oddalone od niej o km 150. Wojska polskie mogły więc dojść do Wisły najwcześniej za trzy dni, wojska niemieckie najpóźniej za sześć godzin.

W tym momencie naczelny wódz opuszcza stolicę w kierunku na wschód.

Ten, który otworzył rajd na Zaleszczyki

Nie mamy zamiaru twierdzić że zawsze i wszędzie naczelny wódz ma trwać w stolicy. Tak samo jak wcale me uważamy by zawsze, w razie klęski, naczelny wódz powinien ginąć. Książę Poniatowski oddał Warszawę Austriakom w r. 1807, Jan Kazimierz oddał ją Szwedom w r. 1655. Poczytajmy jednak co o tym sądzi gen. Norwid-Neugebauer (str. 84–85), a wtedy trudno będzie nie przyznać racji jego słowom krytycznym. Wszystko, istotnie, wymagało właśnie wtedy bliskiej obecności naczelnego wodza. I plan akcji, by wojska poznańskie wpadły na tyły owych zapędzonych nad Wisłę i oderwanych od własnej piechoty, kolumn motorowych ; i wzgląd na trudności porozumienia się z kwaterą główną – i tak już wielkie, tym większe w razie przenosin, które stały się potem wielokrotne. I wreszcie wzgląd na opinię kraju. Brał go pod uwagę marszałek Śmigły-Rydz jeszcze parę tygodni temu kiedy porozstawiał wojska wzdłuż granic, a nie na jakiejś linii obronnej, aby społeczeństwo nie powiedziało że oto oddaje Kraków, Poznań czy Gdynię. Kosztowało nas to wiele ofiar daremnych. Opinii kraju nie wziął pod uwagę wtedy, gdy chodziło o niego samego. Tym razem ofiary były mniejsze.

Wódz pozostający w mieście frontowym, bombardowanym, byłby wodzem nieszczęsnym, lecz mężnym. Dowodów przewidywania, energii, rozumu, decyzji, nie dał. Mógł dać jeszcze jedną rzecz – przykład męstwa. Tego nie dał także. Pozostawił armie walczące na przedprożu Warszawy, nad „smutną rzeką Bzurą”, pod Kutnem toczących bój rozpaczny. Jakieś Maciejowice rozwleczone nie na jeden, ale na szereg dni.

Jakąś Małogoszcz idącą w setki tysięcy. Tu generałowie i pułkownicy nie poszli śladami swego marszałka. Odpowiedzialni w znacznie mniejszym stopniu za nieprzygotowanie armii, czasem nawet i nieodpowiedzialni, – wzięli na siebie chłostę wojny. Czuli może, czego nie czuł Śmigły-Rydz, że owo nieprzygotowanie wojenne zapamięta nieszczęśliwy naród. Ci odgrodzili się od Zaleszczyk. Ginąc w szarżach kawaleryjskich na czołgi niemieckie, popełniali samobójstwo heroiczne, harakiri samurajskie za to co było. Bo doprawdy, jeśli kto mówi że była to „najkrwawsza dla Niemców bitwa w całej dotychczasowej wojnie”, nie wolno zapominać o tym, że owa bitwa, tak krwawa dla Niemców, była dziesięciokrotnie tak krwawa dla Polaków. Żołnierz polski, mając przeciwko sobie samoloty, czołgi, olbrzymią przewagę artyleryjską, piechotę nie wyniszczoną uciążliwymi marszami, walczył nieraz bez takich pomocy, jak kuchnie, lazarety, uzupełnienia amunicji. W tych warunkach trzeba wiele uporu by szukać w tym morzu krwi jakiegoś strategicznego manewru, jakiejś myśli wodzowskiej. Nie była to bitwa wojenna. Była to narodowa, dobrowolnie przyjęta na siebie, rzeź. Straszliwy Sedan bez kapitulacji. Tragiczne Waterloo bez Napoleona. Maciejowice, od tamtych stokroć krwawsze. Biała Góra żołnierza polskiego.

Nieraz bowiem to już on tylko dowodził. Ostatnim dowódcą obrony Sochaczewa nie był żaden generał, żaden oficer. Był nim – pisze gen. Norwid-Neugebauer – jakiś starszy strzelec. A obrona Sochaczewa – pisze płk. Roman Umiastowski w nr. 57 „Wiadomości Polskich” była–ogromnie ważnym zadaniem...

 

Co sądzi rzeczoznawca wojskowy o decyzji naczelnego wodza

 

A gdy zagrzmi nad miastem dział huk,

On rycerzy ginących porzuci;

Z arki kraju wyleci jak kruk,

Strzaśnie skrzydła, do arki nie wróci...

 

„W dziwnej sytuacji”

 

Jest to wiersz Słowackiego, mówiący o gen. Krukowieckim, który oddał Warszawę wojskom kniazia Paskiewicza-Erywańskiego we wrześniu (fatalny miesiąc) 1831 r, I jego, i Czartoryskiego, i innych wodzów powstania potraktował polski poeta bardzo surowo. Nikt mu jednakże wtedy nie powiedział, że nie ma prawa o tym mówić, bo to nie jego, ale wojskowych, sprawa i że poeta na tym się nie zna. Sto lat temu społeczeństwo i emigracja polska były na zbyt wysokim poziomie umysłowym, aby występować z tak niedorzecznymi zarzutami i robić ze świeżej klęski „tabu”, o którym wolno wypowiadać sądy wyłącznie generałom. Jednak ówczesne oddanie nie było ani w części tym czym przekroczenie granicy rumuńskiej przez naczelnego wodza dn. 17 września 1939 r.

Znowu jest to sprawa, którą omawia gen. Norwid-Neugebauer wyłącznie z punktu widzenia wojskowego, właśnie, z punktu widzenia wojskowego, najwyraźniej ją potępia. „Wojsko polskie – pisze swym powściągliwym obyczajem na str. 130 – znalazło się w dziwnej sytuacji. Pozbawione jest naczelnego dowództwa. Skąpa w ostatnich czasach orientacja o ogólnej sytuacji ustaje zupełnie. Armie działają wedle otrzymanych poprzednio dyspozycji i pośrednio przekazanych wskazówek z dn. 15 września”.

Ale wojskowe omówienie tej sprawy nie wyczerpuje jej, tak samo jak omówienie kampanii wrześniowej dokonane z punktu widzenia czysto wojskowego jest omówieniem zbyt, ciasnym, zbyt skąpym, omówieniem, któremu brakuje clausewitzowskiej szerokości ujmowania spraw wojennych. W czasach kiedy wojna jest totalna, tzn. nie tylko wojskowa, ale psychiczna, społeczna, gospodarcza i jaka jeszcze–taki sposób zacieśniania omówienia jest anachronizmem tej samej klasy co lanca ułańska, piechota bez czołgu i bagnet w epoce pistoletu automatycznego. Po wsze czasy zresztą zachowanie się naczelnych wodzów było przedmiotem rozważań pozawojskowych.

A istotnie, jak powiada gen. Norwid-Neugebauer, wojsko polskie znalazło się „w dziwnej sytuacji”. Nie tylko zresztą wojsko. Cała Polska, jej armia i jej naród, znalazły się w rzeczy samej w sytuacji, którą chcąc nazwać najłagodniej w świecie, można nazwać, co najmniej sytuacją „dziwną”. Takiej sytuacji – wiedziało o tym każde dziecko polskie – nie miała bowiem Polska w toku Tego Polska tysiąca lat swej historii.

Tego Polska dotąd nie miała

Ta Polska pamiętała, że jeden jej król i naczelny wódz poległ na czele swych szyków na polach bałkańskiej Warny, a jego ojciec, w walce na polach Grunwaldu, narażał życie. Polska pamiętała męstwo swych królów na polu walki. Pamiętała i klęski, chwały pełne. Pamiętała, że siwowłosy Stanisław Żółkiewski, hetman wielki koronny, padł na polach Cecory, że sędziwy Jan Karol Chodkiewicz, hetman wielki litewski, zmarł w oblężonym i prochów pozbawionym Chocimiu, że Stefan Czarniecki brał buławę na łożu śmiertelnym w polu, że syn hetmański zginął pod Żółtymi Wodami, a dwaj hetmani dostali się pod Korsuniem do niewoli kozackiej. Prawda, były i Piławce. Ale pozostały po wiek wieków synonimem hańby. Wieczną plamą na szlachcie polskiej pozostanie pamięć owego obozu, z którego uciekano w panice, pozostawiając srebra, dywany cenne i mienie na łaskę czerni. Ale nowa szlachta rządząca nową Rzecząpospolitą sreber i dywanów nie zostawiała. Wiozła je z sobą.

Polska miała nie tylko tak dalekie wspomnienia. Jeden z jej naczelnych wodzów podniesiony był półmartwy na polach Maciejowic, z ośmioma ranami od spis kozackich. Inny, ranny parokrotnie, zatonął w nurtach Elstery. Inwalida z nogą drewnianą, generał napoleoński, padł w kościółku na Woli. Traugutt zawisł na szubienicy. Takie rzeczy nazywał Marszałek Piłsudski „imponderabiliami”. Takich ,,imponderabiliów” wymagała Polska dn. 17 września 1939 r. Do rozporządzenia naczelnego wodza było jeszcze owego dnia sześć samolotów. Mógł udać się niemi do bohaterskiej Warszawy, mógł przedostać się nad Wereszczycę. (Najwięcej mający władzy, największym cieszący się ongi posłuchem u narodu, największą dźwigający odpowiedzialność, był najbardziej winny. Jeśli się mówi o błędach dyplomatycznych Becka czy gospodarczych Kwiatkowskiego, to zapominać nie można, że jeden wyraz woli marszałka Śmigłego-Rydza wystarczał do usunięcia ich w ciągu dwudziestu czterech godzin. Mógł. Nie chciał. To znaczy akceptował.

Taka decyzja naczelnego wodza nie byłaby zapewne strategiczna. Ale byłaby polityczna i heroiczna. Gdyby zginął, byłby tragicznym bohaterem szekspirowskiej miary. Gdyby dostał się do niewoli, byłby ekspiował. Rząd limuzyn walących do Rumunii byłby wtedy przesłonięty tym marszałkowskim gestem. Stało się inaczej. Kondukt zaleszczycki, otwierany Packardem naczelnego wodza, przeszedł, niestety, do historii Polski. A ponieważ sąsiaduje z Warszawą, z Helem, z walką kobiet i dzieci nieletnich, jest tym straszliwszym wyrzutem.

I tego jednak Polska nie zapomni

Śmigły-Rydz przegrał swą rolę w historii Polski. Pewno, że w odróżnieniu od tylu krajów, które na tym źle nie wyszły, Polska nie miała szubienic, nie stawiała gilotyn, i w Polsce zawsze wszystko rozłaziło się – niestety! – po kościach. Jeśli za rok, za dwa, wrócimy do kraju, okrucieństwa sowieckie i niemieckie przesłonią nawet i Wrzesień. Nie; nic nie grozi byłemu naczelnemu wodzowi. Ale nawet najgorętsze krzątanie się, puszczanie plotek, doklecanie legendy przez tych co przy nim robili kariery, niewiele już pomoże! Na to by naród polski mógł wybaczyć Rydzowi, musiałby i sam spodleć. A bohaterstwo, jakie nasz naród pokazał podczas tej właśnie wojny, jest dowodem, że na spodlenie Polaków jeszcze się nie zanosi.

 

 

Czego nas uczy klęska wrześniowa

 

Wydanie książki gen. Norwida-Neugebauera, choć książka ta ujmuje, temat tak zawodowo, tak wąsko, choć jest ogromnie powściągliwa w swych sądach i krytykach – jest zjawiskiem bardzo szczęśliwym.

Mylą się bowiem ci co sądzą że uda się stłumić w opinii publicznej wszelkie rozmyślania na temat Września, albo też że uda się to przedstawić jako wzór postępowania na przyszłość. Nie można zapobiec aby ludzie nie myśleli i nie mówili o Wrześniu. I rozumny człowiek będzie wolał, aby dyskusja o tym toczyła się w pełnym świetle dziennym, na przewiewie odmiennych zdań, wypowiadanych z argumentacją i umiarem, niż w tajni zakamarków, w niezdrowym odorze plotek i bajan. Lepiej o tym pisać otwarcie.

Jeśli chodzi o ocenę Września, prawdopodobnie najtrafniejszą formułą byłaby następująca: naród zdał egzamin ze swego bohaterstwa jak najwspanialej; rządzący ze swych zdolności państwowych zdali fatalnie.

 

Społeczeństwo

 

Albowiem, jeśli podnosimy plusy kampanii wrześniowej, mówimy zawsze o heroizmie żołnierza czy oficera polskiego, o bezprzykładnym męstwie kobiet i dzieci, o harcerzach broniących Katowic kiedy już armii nie było, o kosynierach Gdyni, o ludzie warszawskim. To wszystko dał naród. Konkretnie, dała to polska rodzina, polska matka, polska szkoła powszechna i polska tradycja.

Państwo i armia otrzymywały od narodu obywatela i rekruta, wychowanego w idei czynnego patriotyzmu, a nie pacyfizmu, jak np. we Francji. Jeśli ten żołnierz potem ginął heroicznie, a nie uciekał, było to zasługą narodu.

Gorzej zdały egzamin agendy polskiego państwa. Przede wszystkim ci co mieli przygotować wojnę. Nie umiano u nas żołnierza odpowiednio uzbroić; nie umiano korzystać z lekcji sąsiadów, z przykładu wojen i kampanii lat ostatnich; nie umiano przestawić naszej gospodarki na potrzeby zbrojeniowe; lekceważono zdobycze techniczne i ich rolę w wojnie; nie było koncepcji wojennej; nie było planu; nie było informacji o planach sąsiadów, jak chociażby Rosji. Nasz wywiad, mimo zręcznej reklamy jaką się zawsze umiał otaczać, znacznie mniej inteligentnie pracował poza granicami państwa, niż w intrygach wewnątrzpolskich, tak go niestety absorbujących.

Chytry wybieg: zasłanianie własnych win bohaterstwem – cudzym. Otóż tych olbrzymich błędów, popełnionych przez rządzących, nie wolno bronić heroizmem narodu. Jeśli w obronie Warszawy ginęły kobiety, a za obronę Katowic rozstrzeliwano dzieci polskie, to zasłanianie ich heroizmem owego rajdu limuzyn na Zaleszczyki byłoby doprawdy świętokradztwem. Jakże to więc? Ich śmierć, która nastąpiła właśnie z winy nieprzygotowania tamtych, miałaby jeszcze na dodatek bronić honoru tych co mogli wszystko, nie zrobili nic i uciekli? Czy to jednak jest zupełnie w porządku?

Chyba nie. Heroizm kobiet i dzieci, ludności cywilnej i ochotników, nie może służyć za parawan najhaniebniejszym stronicom naszej historii. Było jedno i było drugie. To co naród dał rządzącym, stało na wyżynach bohaterów Plutarcha. To co rządzący zrobili z tym co dał naród, osiągnęło dno upadku historii Polski.

Upadek dawnej Polski w XVIII w. był kompromitujący jeszcze bardziej dla narodu, niż dla państwa. Ówczesny rozkład państwa był skutkiem rozkładu narodu, jego spodlenia w jurgieltach, jego ciemnoty, jego niechęci do walki. Kościuszko, zwolennicy trzeciego maja, znajdowali się w znacznej mniejszości. Państwo musiało upaść skoro jego ludzkie podstawy były przegniłe.

Upadek Polski w w. XX był kompromitujący nie dla narodu, ale dla rządzących. To rządzący nie umieli wyzyskać tego co tak ofiarnie niósł obywatel, ilekroć powiedziano mu że wolność tego wymaga. To rządzący odsunęli tego obywatela od głosu. Oni zmarnowali jego heroizm. Pod jarzmo popadł nie naród przegniły, ale zdrowy jak mało który w Europie. I to właśnie było tragedią Września.

 

* * *

 

Nie wystarcza ginąć, nie wystarcza dawać na F.O.N.; trzeba mieć wgląd w rządzenie państwem.

Na Wrzesień należy patrzeć jak na wielką lekcję historii.

Czegóż ona nas uczy ?

Uczy nas tego że nie wystarcza heroizm narodu. Konieczne jest dobre operowanie tym heroizmem przez państwo. Uczy nas że państwo nie kontrolowane przez naród nie wychodzi na tym dobrze. Uczy nas że można najofiarniej łożyć na armię, ale że to nie wystarczy. Trzeba by obywatel badał jak armia zużytkowuje owe nakłady, czy buduje za nie armaty, czy yacht-cluby augustowskie.

A wreszcie uczy jednej jeszcze rzeczy. Jak fatalne są rządy wojskowe. Jak złym systemem jest wydobywanie z kadr oficerskich premierów, ministrów, dyrektorów i starostów. Fatalnym dla kraju i dla armii. Anachronizmem, który jest obcy i państwom demokratycznym, i ustrojom totalnym, a który pojawia się chyba tylko w tworach półtotalnych, czy ściślej mówiąc, policyjnych. Jest to schorzenie polityczne. Ciężki, niebezpieczny ropień. Tym niebezpieczniejszy, że trudny potem do usunięcia.

 

Zbawienne nauki dla armii

 

Armia może wynieść z tej srogiej lekcji dziejowej bardzo wiele korzyści. Może ocenić w pełni czym jest zastosowanie nowoczesnej techniki, nauki, fachowości, do wojny i do wojska. Może program wyszkolenia w armii oczyścić z zabytków zeszłowiecznych. Może wyszkolić żołnierza piechoty raczej do kroczenia współ z czołgiem, niż maszerowania paradnym krokiem na defiladzie. Może z tego żołnierza uczynić kierowcę samochodowego, i radiotechnika, i spadochroniarza, obznajmić go z obsługą czołgu i miotacza ognia. Może wykształcenie oficerskie wesprzeć dyplomem inżynierskim z tej czy owej dziedziny. Może wyciągnąć konsekwencje z tego, że jeden żołnierz w lotnictwie ma się dzisiaj w stosunku do jednego żołnierza w piechocie, jako wartość wojenna, jak 100 do 1. I położyć cały nacisk nie na kawalerię, która z całym swym heroizmem tyle nas kosztowała, a tak mało nam dała, nie na ulubioną piechotę, ale na bronie motorowe, pancerne, lotnictwo. Już teraz. Właśnie teraz. Oto jak armia może skorzystać z lekcji Września.

Jeśli pozostanie to samo, powtórzy się także to samo.

Może z niej również i nie skorzystać. W Polsce niejedna nauka poszła już w las! Możemy dalej lubować się w koniku, w defiladzie, w musztrze. Możemy dalej cierpieć na przerosty sztabów. Hodować olbrzymie także to samo brzuszyska kosztem młodych mięśni. Możemy dalej uważać to co było za ideał, do którego trzeba wrócić jak najspieszniej. Dalej patrzyć z pogardą na czołg, na samolot, na radiowy „drucik”, i nie chcieć nic wiedzieć o nowych broniach. Wszystko oprzeć na dyscyplinie, możliwie odruchowej i bezmyślnej. Możliwie mechanicznej.

Niestety, nie wszystkie mózgi są zdolne do tego, by brać naukę z doświadczeń! Ale są jeszcze poza tym ludzie młodzi, i ludzie którzy przemyśleli Wrzesień. Ci właśnie mają wtedy obowiązek przeciwstawić tamtemu konserwatyzmowi jednolitą postawę. Choćby ich rola była nie wiedzieć jak mała. Należy w naszej opinii publicznej – a tą jest każdy Polak – szerzyć właściwy pogląd na przyczyny klęski wrześniowej, domagać się w każdej dostępnej formie unowocześnienia armii, zwalczać w każdy możliwy sposób – krytyką, polemiką, ośmieszaniem, dyskusją – wszystko co służy kontynuowaniu starych metod, starych wad, starych obyczajów i co może poprowadzić Polskę tylko do nowej klęski.

Zadanie takie spoczywa dzisiaj na każdym Polaku. Niech pamięta on, że jest to walka o przyszłość Polski, że za nim stoi cały Kraj, który mówić nie może i cierpi. Że za nim stoją ci wszyscy, którzy we wrześniu 1939 r. dali swą krew tak ofiarnie i których zgon bohaterski mógłby być wojskowo wyzyskany o ileż lepiej.

Myśl, mów, czyń.

Miej odwagę swego zdania.

Inaczej nawet ta klęska narodowa nie ocuci narodu, i nasze dzieci za lat dwadzieścia ten sam los spotka.



[1] Mieczysław Norwid-Neugebauer, generał dywizji. Kampanią wrześniowa 1939 w Polsce. Londyn, M. I. Kolin, 1941; str. X i 2nl. i 160 i 4nl. i tabl. 15.

[2] Mówię: czynniki wojskowe, albowiem jest rzeczą powszechnie znaną że marszałek Śmigły-Rydz był człowiekiem mało wybitnym, iż faktycznie poprzez niego rządziło i decydowało jego najbliższe otoczenie wojskowe, samo zresztą przeciętne i poddające się sugestiom innych. Nie interesuję się w tej pracy, kto i w jakiej mierze oraz w jakich dziedzinach wpływał na marszałka Śmigłego-Rydza; to inne zagadnienie. Ale jak nie leży mi na sercu „ oczyszczenie" b. naczelnego wodza, tak samo nie chciałbym aby moi czytelnicy mniemali, że on i tylko on wszystkim kierował i że sam jeden jest odpowiedzialny.

Najnowsze artykuły

Gdzieś na antypodach czy jednak znacznie bliżej? (wywiad)

Rafał Habielski

Data dodania: 2017-06-26

O duchu rewolucyjnym. Wybór pism.

Hieronim Kajsiewicz

Data dodania: 2017-06-08