Artykuł
Kontrrewolucja. O naturze władzy w powstaniu
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

 

W sprawie 29-go [listopada 1830 r. – red.] polityka poprzedza wojnę. Z tego wyniknę­ły bardzo ważne konsekwencje; historyk naszej kampanii powinien to zawsze mieć na względzie, że przed rozpoczęciem kroków nieprzyjacielskich uorganizowaliśmy Polskę determi­nując byt przed bytem, porządkując skutek przed skutkiem.

Z tego obrotu niezgodnego z naturą powstania i prawdzi­wym interesem Polski wszystkie nieszczęścia nasze wysnuły się jednym ciągiem.

Przeciwnie, zdaniem moim, trzeba było postąpić sobie w tej mierze: zacząć od wojny, a skończyć na polityce. To zalecała powszechna reguła wyciągnięta z doświadczenia, to wreszcie było w chęciach i w myśli narodu polskiego, który, jak raz nadmieniłem, idąc za instynktem swego zbawienia nieograni­czoną władzę poruczył żołnierzowi.

Od Prosny do Dźwiny tę myśl zrozumiano; Chłopicki był prawdziwą potęgą naszą i nie kto inny, tylko on w polityczne nic ją odmienił. Ten szczególny człowiek samego siebie nie pojmował. On, któremu wszyscy wierzyli, nikomu ufać nie chciał. W nim koncentrowały się wszystkie siły nasze; on je zwątlił swoją odrazą. Jego niezmienne przekonanie, że naród polski nie zdoła dźwignąć się z upadku, zadało najpierwszą i najdotkliwszą klęskę sprawie 29 listopada.

Cokolwiek bądź, dyktatura zostanie na zawsze ważnym, pa­miętnym dowodem tego, co by wypadało nazwać le gros bon sens [prostym zdrowym rozsądkiem] rewolucji polskiej. Trzeba tak rozumieć tę instytucję, jak była zalecona publicznemu rozsądkowi, jak ją wszyscy natenczas, prócz kilku, pojmowali. Jest to, że się tak wyrażę, najenergiczniejszy i najgroźniejszy giest narodowego powsta­nia, które się zaraz porwało do korda.

Polska powiedziała wtenczas samej sobie: cedat toga armis [niech toga ustąpi zbroi]. Miała rację; nie przenikała tylko, że dyktatura była fortelem dowcipnie wymyślonym przeciwko tej samej sprawie, którą według powszechnego mniemania miała uzbroić i zbawić.

Jakim trybem powstanie narodowe (gdy zamiary nieprzy­jaciół kraju objawione dążnością i upadkiem dyktatury do celu nie doszły), zdjąwszy pancerz z siebie, przywdziało togę, jak w tej kapocie pod zwierzchnim kierunkiem reprezentantów Polski kongresowej wojowało z carem, to przedsięwziąłem wyłuszczyć w tym i w następnym liście.

Wojna potrzebuje rządu. Kto rządził polską wojną? Sejm. Jaką drogą przyszedł sejm do naczelnej władzy w powstaniu narodowym? Przez uznanie tego narodowego powstania za narodowe. Na koniec, jak sprawował wziętą władzę? Podług prawideł monarchii konstytucyjno-reprezentacyjnej.

Te krótkie założenia i odpowiedzi wszystko zamykają. Ten jest postęp wyobrażeń rewolucji 29-go, ten ciąg jej głównych wypadków. Musieliśmy upaść, gdyż sami wplątaliśmy się w koło obłędne, z którego Polskę zaledwie drugi Cromwell, cno­tliwy jak Kościuszko, wyrwać by zdołał.

Krótka, jasna jest historia dwóch pierwszych miesięcy. Re­wolucją pokonała kontrrewolucja, kontrrewolucją patriotyzm narodu. Opinia publiczna w Warszawie, przez uchylenie obce­go piętnastoletniego przymusu nagle wyzwolona, w jednym momencie razem z swobodą nie mogła odzyskać właściwej so­bie przenikliwości. Pani Stäel z upodobaniem powtarzała: znam ja kogoś, co ma więcej jeszcze rozumu niżeli Voltaire i Rous­seau, tym ktoś jest tout le monde [wszyscy]. Otóż na szczęście dla spra­wy naszej ten tout le monde, szczególniej w pierwszych dniach po 29., kiedy ledwie nie wszystko od jednej chwili zale­żało, nie był mędrcem w Warszawie. Przeciwnie, była to najułomniejsza w świecie istota, która nie umiała jeszcze odga­dywać ani ludzi, ani wypadków. Z nią nieprzyjaciele narodu albo tacy, którzy źle Polsce nie życzyli, którzy owszem chcieli Polski całej i niepodległej, ale jej bardziej jeszcze za­szkodzić mogli swoim nierozumem, zawarli bez żadnej trud­ności przymierze zaczepne i odporne. Za wspólną wszystkich zgodą, wśród rzęsistych oklasków i gęstych pochwalnych adre­sów, popęd 29-go zbity został z swojego toru. Alleluja całej opinii jednym wtórzyło chórem Lubeckiemu, gdy pieśń swoje de profundis zaintonował rewolucji naszej. Jak w pierwszym liście okazałem, mieliśmy przed sobą potężnego przeciwnika, ale wtenczas właśnie jakby zaczarowanego chwilową niemocą. Nie dać mu wyjść z tego krytycznego stanu przez obcesowe rzucenie się na jego zimowe leże, czyli, innymi wyrazami, obrócić, przez pomknięcie wojny w kraje zamykające istotę jego dzielności, podporę państwa carów przeciwko nim samym, powstać nie we cztery, ale we dwanaście milionów; ten był śmiały, lecz samą zuchwałością swoją genialny i mądry układ twórców 29 listopada. Cóż się natomiast wydarza? Oto kon­spiracja dostaje zawrotu głowy. Związek rewolucyjny w chwi­li piastującej w swym łonie przyszłość Polski odchodzi od zmy­słów, od rozumu. Minister skarbu nie zaniedbał korzystać z tego pierwszego błędu rewolucji. Mimo silnej protestacji pod przywództwem kilku, kilkunastu odjął powstaniu to, co miało najmocniejszego i najstraszniejszego dla Moskwy: rozszerzalność, zbrojną propagandę.

Tym to kształtem jeden człowiek odważny, obrotny, niewybadany, wymowny, wierny swemu monarsze burzy w mgnieniu oka dzieło kilkuletniego namysłu, w chimerę odmie­niając zamiar potajemnych knowań całego młodego nieszczę­śliwego pokolenia.

Za sprawą tego Mefistofelesa rewolucji 29 listopada znika myśl bohaterska najazdu, upada projekt zdobyczy, którą ułat­wiał nieprzyjaciel uszczuplony w sile i nic nie przewidujący, do której nas Litwa i Ruś ciągnęły współziemiańską ponętą. Minister finansów znał dokładnie stan carstwa pod względem siły wojskowej. Wiedział także, co się rewolucji udać mogło w owej porze. On jeden doskonale pojmował interes Polski. Postanowił go wniwecz obrócić przewłoką i na swoim posta­wił. Szczęście tak dalece służyło mu w tej kabale, że na kogo tylko łaskawie wejrzeć raczył, tego natychmiast, jakby cudotwornym przeobrażeniem, odmieniał to w instrument woli swojej, to w wielbiciela swego patriotyzmu, to na koniec w wykonawcę swych poruczeń.

Rzetelny i głęboki jak otchłań sens kontrrewolucji przez Lubeckiego ukartowanej jest ten: „Najjaśniejszemu panu trze­ba czasu do poskromienia buntowników silnym ramieniem. Ja odjeżdżam do Petersburga, waszą jest rzeczą trzymać tymczasem na wodzy zapaleńców, niechaj dyktator rządzi, póki się Moskwa nie uzbroi”.

Niczyja instrukcja nie była punktualniej wykonana. Nie poszła w las ta nauka! Interes narodowy Polski, pojęty przez tych, którzy rewolucję zaczęli w duchu porywczego napadu, zrozumiany został (za staraniem Lubeckiego) przez tych, któ­rzy rewolucją rządzili, którzy mieli za sobą powszechną opinią naprzód w sposobie negocjacji z odwiecznym wrogiem polskie­go imienia, a potem, gdy się dyplomatyka nie udała, gdy sępowi odrosły szpony na skałach bałkańskich stępione, w du­chu przymuszonego, ciągle i następnie dyplomatyzującego od­poru. Po wielkim wstrząśnieniu nastąpił długi odpoczynek. Od 5 grudnia (daty dyktatury) do 6 lutego, w tej prawdziwie stuletniej epoce dla powstającego kraju, przez ten cały prze­ciąg czasu, w którym car, daleko czynniejszy i przezorniejszy niżeli rewolucja polska, ledwie stodwudziestotysięczne wojsko mógł zebrać, żadnej minuty daremnie nie straciwszy, w któ­rym strzeliste modły zasyłał do nieba, żeby orężowi jego po­błogosławiło, przeciwko nam nadludzką nawet nie gardząc pomocą, dysputujemy, sejmujemy, sejmikujemy, intrygujemy w Warszawie. Próżnując tak nieznośnie długo, wmawiamy w samych siebie urojone potrzeby, jakby już istotnym za dość się stało. Rewolucja podczas tego biwaku w stolicy zaczyna rozumować jak metafizyk ze szkoły sceptyków; zaczyna wąt­pić o własnej egzystencji, samej sobie zadając prawdziwie ory­ginalną kwestię: czy jest narodowa? Niesłychane, bez­przykładne zapytanie! Kiedyż która rewolucja pytała się: kto jej pozwolił być rewolucją? Kiedy który naród samego siebie pytał: czy chce być narodem? My jednak przed bytem osądziliśmy za rzecz potrzebną, żeby ktoś pierwej ten byt uznał. Rewolucja życzyła sobie, żeby jej podziękowano za noc 29-go; łaknęła pochwał, żądała pieczęci, mandatu; chciała jednym sło­wem uprawnić swoje prawe i niczyjej sankcji nie potrzebu­jące działanie.

Któż mógł wtenczas dogodzić temu kaprysowi i rewolucji 29-go? Oczywiście nie kto inny, tylko sejm.

Od uznania do władzy niedaleka droga. Papież namaścił Karolowingów2; Karolowingowie w odpłacie wdzięczności wszystkie korony do niezamierzonych czasów od Stolicy Apostolskiej zależnymi uczynili. To było dobre w swojej porze; ale powiadam, że stąd nic dobrego dla nas nie wypłynęło. Przy­chodzi mi na pamięć ten wiersz dowcipny: „Petra dedit Petro, petrus diadema Rudolpho (Opoka (Chrystus) dała berło Piotrowi, Piotr zaś berło Rudolfowi). We wszelkim działaniu poli­tycznym natura, początek władzy jest rzeczą i najistotniejszą, i najciekawszą. Kto się bez cudzej sankcji żadną miarą obejść nie może, poddaje się tym samym pod posłuszeństwo woli te­go, który sankcjonuje. Tak się działo z cesarzami świętego niegdyś państwa rzymskiego; tak się i naszej zdarzyło rewo­lucji. Rewolucja ta, nie wziąwszy zewnętrznego popędu, zwi­nęła go, skoncentrowała. Zbyt wiele mając czasu, weszła na koniec w siebie; to ją do niepotrzebnych skłoniło refleksji. Sejm uznał rewolucję, która była narodową, za narodową; przez to uznanie stał się jej mistrzem, zwierzchnikiem.

   Ogromna tedy magistratura, skomplikowana machina reprezentacji piętnastoletniego Królestwa, wyścigając prawo mie­cza, wyprzedzając skutki wojny, powiada na samym wstępie: fiat Polonia! [Niech się stanie Polska!] i zwierzchnie przełożeństwo swoje, bez względu na wypadki cwałem lecące, sprawować przedsiębierze podług rozwlekłych form, które jej konstytucja przepisała. Powstanie w kraju naszym z natury swojej tylko orężne, z woli Boga tylko pancerne, ta konna, płomienista i podjazdowa, ta roznośna jak powiew wiatrów jesiennych i jak nawalne burze grzmiąca sprawa Polski, tym jednym, przez wieki uświęconym żelazem z Moskwą ucierać się mogącej, zbacza z tego odwiecz­nego szlaku i przywdziewa purpurę na swe ramiona. Kraj ogła­sza się monarchią[1]. Insurekcja zostaje królem!

Królem konstytucyjnym! Tego się nigdy nie spodziewałem. To przed rewolucją nikomu ani przez myśl nie przeszło. Od tego momentu anioł stróż narodowego powstania wzleciał gdzieś wysoko ponad obłoki; zdawało mi się, że patron Polski zrazu rzewnie zapłakał, a potem parsknął od śmiechu.

Kształt władzy wykonawczej, Rząd Narodowy, któremu Najjaśniejsza Izba poleciła wskrzesić Polskę, będzie w dziejach sławną pamiątką naszego niedoświadczenia, naszej małoletniości w najistotniejszych względach politycznych. Projekt rzeczypospolitej platońskiej, społeczna nawet hierarchia sęsymonistów, przestają być urojeniem w porównaniu z tą jedyną w swym rodzaju kombinacją polskiego kwintumwiratu, który był tylko triumwiratem. Gdyby w skutku nie było u nas tego rządu, poczytałaby go potomność za najśmielszą utopią. Mie­liśmy monarchię reprezentacyjno-konstytucyjną w pięciu kró­lach, w pięciu osobach; lecz rzeczywiście była to jedna trójca w pięciu istotach. Trzej królowie z sobą się nie zgadzali; każdy co innego wyobrażał, inaczej myślał i czego innego żądał.

Naprzód Polska przed podziałami, Jagiellonów sięgająca, wieki kawalerskie, wytworne maniery patrycjatu; dalej Polska z ramienia kongresu wiedeńskiego, sława, obywatelstwo i cier­pienia opozycji piętnastoletniego Królestwa; na koniec Polska, której jeszcze nie było na tym świecie, ledwie w młodych świ­tająca głowach, skazana uchwałą sejmową na wychodzenie za drzwi w obecności naczelnego wodza: temu to wszystkiemu sejm swojej nie odmawiając ufności, po obliczeniu kresek, ka­zał być jednością, rządem.

„Ja mówię (rzekł poseł jędrzejowski na posiedzeniu izb sejmowych d. 4 czerwca), że rząd nasz w istocie z trzech tylko członków się składa, gdyż stosownie do uchwały sejmu ta liczba komplet stanowi”. Chyba kto nie chciał, nie wiedział tego jeszcze przed rozpoczęciem kroków nieprzyjacielskich, że  rząd pięciu z trzech tylko opinii się składał; izba atoli dopiero w dziesięć dni po bitwie ostrołęckiej, to jest: po zniszczeniu całej prawie siły moralnej powstania, o tym się dowiedziała, dopiero wtenczas postrzegła różnorodność. Ciała prawodaw­cze bardzo tedy powoli myślą i pojmują! Lepsza jednak choć późna, choć nad grobem ojczyzny refleksja niżeli ciągłe omamienie.

Nie mogę tego przewieść na sobie, żebym tu nie położył dalszych wyrazów posła jędrzejowskiego, który na tym samym posiedzeniu tak charakteryzuje władzę wojującą natenczas z największym państwem na kuli ziemskiej: „Nazwijmy np. członków rządu (są słowa jego) numerami 1, 2, 3, 4, 5. Niech numera 1 i 2 jedno mają dążenie, a 3, 4 i 5 przeciwne tam­temu, co łatwo być może; natenczas w czasie nieobecności nu­mer 1 i 2, bądź przez słabość, bądź z innej przyczyny, komplet z trzech ostatnich numerów złożony w swoim duchu uchwały wydaje. Przypuśćmy potem, że numer 4 i 5 są nieobecne, wów­czas numer 1 i 2 przybrawszy numer 3 z tamtego kompletu, większość mając za sobą, zupełnie przeciwne urządzenie wy­dadzą. I tak można by więcej jeszcze składów z pięcioczłonkowego a różnorodnego rządu wywieść. Tej to więc różno­rodności przypisać należy brak energii, którego rząd dał dowody w najważniejszych okolicznościach”.

Dowcipnie i rozsądnie mówił poseł jędrzejowski, choć za późno, choć bez skutku. Tej różnofarbnej władzy trzeba przy­pisać upadek Polski. Rząd z ramienia sejmu, z samym sobą niezgodny, niezgodnych też mianował ministrów. W przeważ­nych materiach stanu, np. czy monarchią reprezentacyjno-konstytucyjną narzucić Litwie i Rusi lub nie, ministrowie dawali gorszący, w żadnej monarchii konstytucyjnej, w żad­nym porządnym systemacie, w żadnym kraju na całej kuli ziemskiej nie praktykowany przykład wzajemnych między sługami jednego rządu wobec majestatu nieporozumień. Każdy inaczej wolę króla tłumaczył. Ta niezgoda rozciągała się do najodleglejszych ogniw służby publicznej. Pełno było jej w skarbie, pełno we wszystkich oddziałach administracji wojen­nej. Pod działami nieprzyjaciela, obozującego o kilka mil od stolicy, powstanie w przeciwne rozniosło się kierunki, walczy­ło z samym sobą. Pod grzmotem tych dział rozdajemy sobie nawzajem krzesła senatorskie, infuły biskupie, tytuły, urzędy, z insurekcją nic wspólnego nie mające. Władza królewska w bezkrólewiu najpierwej o potrzebach wojennych za­pomniała; nie wiedziała, że rewolucja była oblężona, że w stanie oblężenia od zapasów żywności i furażów wytrwałość twierdzy zależy, inaczej bowiem, czyżby była mianowała Aleksandra hrabię Bnińskiego, senatora, kasztelana, ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, intendentem generalnym wojsk polskich! - który ogłodził powstanie, nie zachowawszy żadnego porządku w kolei i stopniowym posuwa­niu magazynów ku stolicy, z czego, jak wiadomo, w ostatecz­nej chwili przed szturmem Warszawy wyniknęła konieczność oddalenia połowy wojska polskiego po żywność dla rewolucji. Rząd nie znał ani strategii, ani taktyki; często bywał w obo­zie, ale postępków naczelnego wodza nie oceniał; nie odjął mu buławy w swojej porze: ani go zmusił do działania, ani po­ciągnął do odpowiedzialności. W miarę jak ścieśniał się zakres narodowego powstania, im natarczywiej podstępował nieprzy­jaciel, rosło wewnątrz oburzenie, zgroza. Rząd Narodowy, wi­dząc się w największym kłopocie, przeraża opinię publiczną; przybija na rogach ulic kartelusze, donosząc, że są zdrajcy, że się knują wewnętrzne zamachy, że jeżeli pokaże się zdrada, przykładnie ukarać jej nie omieszka. Lud otacza powóz preze­sa rządu, który słowem honoru zdrajców ukarać obiecuje. Ja­kiż to obraz! Zdrady rzeczywiście nie było; ale podrażniono lwa, wzbudzono podejrzenie. Lud zbuntował się przeciwko temu rządowi.

Starałem się oznaczyć w poprzednim liście charakter na­szych stronnictw podług wyrazów rzymskiego dziejopisa: „quod mihi a spe, metu, partibus reipublicae, liber animus erat” (Że duch mój był wolny od nadziei, obaw, stronnictw rzeczypospolitej). Ale gdzież to te partie miały swoje źródło? Czy nie w sejmie, nie w rządzie? Partie są to części, elementy, z któ­rych się składa publiczna siła narodu. Na łonie pokoju i swo­body, w stanie uorganizowanym, kiedy razem zakwitną han­del, przemysł, sztuka i umiejętność; w takiej, mówię, doźrzałości społeczeństwa nic mu nie szkodzą wewnętrzne podziały; owszem nadają ruch całej machinie, nie dopuszczając, żeby rdzewiały jej koła środkowe, żelaza, sprężyny; ale u nas, w na­szym położeniu jakże przerażający, jak straszny był ten roz­dział! W wielkim momencie, wśród boleści politycznego poro­du, któż pozwolił, żeby te elementy w równej walce z sobą zostawały? Któż sprawił, że nikt całej siły nie mógł rozwinąć dla użycia jej przeciw zewnętrznemu nieprzyjacielowi? Z kolej­ną ruiną każdej u nas opinii, w miarę jak drobnieli zwolenni­cy różnych systematów, ginął powszechny interes narodu.

Łatwo było powiedzieć sejmującym: będziemy monarchią konstytucyjną; ale niełatwo ani wykonać ten pomysł, ani za­pobiec, żeby się skutki monarchii konstytucyjnej, to jest le­galnej anarchii, nie objawiły w powstaniu. Co! Polska miała się z tego urodzić, co próchnieje w Anglii i we Francji? Naro­dowe polskie powstanie niczymże innym być nie mogło pod względem kształtu swojej władzy, tylko monarchicznym bez­królewiem, tylko konstytucyjnym bezrządem, tylko koncep­tem zachodnich mózgów? Nie mogło się obejść bez obrad parlamentowych, bez pompy reprezentacyjnej, bez dwóch izb, bez opozycji, bez dziennikarstwa i bez buntu przeciwko rządowi na ulicach Warszawy! Wszystko to z tej monarchii konstytucyj­nej jak ze zdroju wypłynęło.

Kto chce powziąć dokładne wyobrażenie o rewolucji naszej, niechaj ją ciągle przyrównywa, ze względu na ten stan nasz wewnętrzny, do płodu zbyt skwapliwego, który się podrzuca w brzemieniu i targa na wszystkie strony.

Eaubonne, 5 października

 

Prezentowany artykuł ukazał  się na łamach „Pamiętnika Emigracji Polskiej”, 5 października 1832 r.

 



[1] Uchwała sejmowa z dnia 8 lutego 1831 roku. Artykuł 1: „Sejm w imieniu narodu oświadcza, iż uznaje monarchię konstytucyjną repre­zentacyjną z prawem następstwa wybrać się mającej rodziny, jako je­dynie odpowiadającą potrzebom swoim; że form jej w tym nawet bez­królewiu ściśle przestrzegać będzie i nikomu ich bezkarnie przekroczyć nie dozwoli”. Artykuł 2: „Nim naród w sejmie obierze króla, wykonana będzie przysięga sejmowi  naród  reprezentującemu, przy którym teraz prawa majestatu zostają”. (Przyp. aut.)

 

Najnowsze artykuły

Przegrana Francji i przyszłość Europy

Walerian Kalinka

Data dodania: 2017-07-26

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13