Artykuł
Dwa ideały
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
DWA IDEAŁY

Pierwodruk: „Przegląd Poznański; pismo sześciotygodniowe”, 1851 T.12. Przedruk: J. Koźmian, Dwa bałwochwalstwa, Kraków 2008.

 

 

Ktokolwiek żyje na świecie życiem serca i umysłu, ktokolwiek czuje w sobie godność duszy nieśmiertelnej, obiera koniecznie jakiś ideał i dąży do niego. Ideał raz przyjęty prowadzi, przyświeca, ogrzewa i chociaż niewypełniony, do usiłowań pobudza. Oprócz tego wywiązuje się on w następstwa nieuchronne. I nie tylko ludzie pojedynczy za ideałem jak za gwiazdą przewodniczką wzrok obracają; wszystko, co się na świecie we wspólność zawiązało – rodziny, pokolenia, narody – ma ideały swoje, dąży za ideałami.

Bezwzględny dla całego katolickiego świata ideał stanowi Słowo Boże, spoczywające pod strażą Kościoła. Katolickie narody podnosić się ku niemu wiarą silną, cnotliwą wolą i cnotliwymi dziełami powinny. Koło niego dopiero mają krążyć inne ideały sfer pomniejszych. Wartość tych ostatnich próbuje się, co oczywiste, ich harmonią z owym ideałem chrześcijańskim. Im który ideał bardziej do niego zbliżony, tym pewniejsze jego światło; im dalszy, choćby głośny, obietnicami ponętny, tym większą, tym sumienniejszą wobec niego ostrożność mieć należy. Tylko ideały zgodne z prawdą Bożą posiadają siłę trwania i siłę płodności; ideały jej przeciwne przemijają, a przemijają bezowocnie.

Ideały narodów pojedynczych są albo dziejowe, albo czasowe. Czasowe zależą od przeszłości, od obaw i nadziei, od ambicji, od uprzedzeń nawet. Jedne i drugie świadczą o wysokości moralnej narodów, orzekają o ich losach. Dobre ideały wiodą narody do wielkich przeznaczeń, chronią od zguby, ratują w niebezpieczeństwach. Złe ideały ściągają na kraje wielkie klęski i wszelkiej poprawie skutecznej drogę zagradzają.

Pan Bóg tak zrządził, że poezja pisarza czy opowiadacza najdobitniej ideały maluje, w najprzystojniejsze dla wszystkich przyobleka je szaty. Inni mogą czuć prościej i lepiej, poeci do największej liczby przemawiają. Godeł i zaklęć poezja zawsze dostarczała.

W tej chwili mamy zamiar porównać z sobą dwa polskie ideały czasowe, w pismach dwóch wielkich poetów odbite. Zanim przecież bliżej myśl naszą oznaczymy, podamy kilka historycznych uwag. Trzeba zrozumieć, wśród jakiej rzeczywistości owe dwa ideały zabłysły, co je wywyższyło i co stanowiło – albo stanowi – o ich znaczeniu, żeby móc jeden i drugi należycie ocenić.

W epoce nieszczęśliwego zakończenia wojny kościuszkowskiej, po upadku kraju, ideał polski, wojenny i patriotyczny, wcielał się z jednej strony w żyjącą poezję legionów, z drugiej w uczuciowy kierunek Woronicza[1], Niemcewicza[2] tudzież całego towarzystwa puławskiego, także w usiłowania Tadeusza Czackiego[3]. Jego urzeczywistnienie ma swoje wzniosłe strony, ma pamiątki chwały wojennej i uczestnictwa w wielkich sprawach świata, ma zasługę szkoły krzemienieckiej i kuratorii wileńskiej. Cóżkolwiek bądź, jako że brakowało tam podstawy religijnej, a często i prostego pojęcia obowiązku, zrodziły się w kraju złe następstwa, mianowicie kosmopolityzm wojskowy i osłabienie moralnych przekonań. Już to zwykle długie wojny, tudzież ciągłe koleje przemian politycznych, prowadzą za sobą rozprzężenie moralne i osłabienie najzwyczajniejszych wyobrażeń o tym, co cnotliwe, a nawet o tym, co godziwe. Otóż kiedy z upadkiem Napoleona[4] nadzieje polskie upadły, zachwiały się umysły Polaków. Mało kto jął się użytecznej pracy; większość ludzi czynnych powierzyła się zawodnym wielkościom wolnomularstwa i karbonaryzmu, zapuściła się w kolej sprzysiężeń. Nastąpiło w lat kilkanaście powstanie narodowe, najpotężniejsze z powstań polskich. Objawiły się wtedy wiara w odrodzenie i zapał; okoliczności sprzyjały, można było zwyciężyć. Upadliśmy; i jakaż nauka została z katastrofy? Oto, że najmniej gorliwości pokazali dawni sprzysiężeni lóż mularskich, że nowi sprzysiężeni nie podołali zadaniu, oraz że najlepszych żywiołów do organizacji sił narodowych dostarczyli ci, co nie należeli do żadnych spisków, albo co użytecznymi zajęci robotami, byli spiskom przeciwni.

Wśród sprzysiężeń litewskich wyrobił się Adam Mickiewicz[5]. Znalazł on w kraju wiarę w podziemne środki i wszedł w otwarty przed sobą zawód knowań tajemnych. Cnotliwej, prostej, najkorzystniejszej prawdy nie dojrzał, nie stanął przeciw głośnym mniemaniom, dał się porwać prądowi. Czy się dziwimy temu? Bynajmniej. Trudno się oprzeć wpływom zewnętrznym, zwłaszcza wpływom ludzi, z którymi się żyje, których się kocha, których uwielbienie wywołuje wzajemność myśli i uniesień. Bądź co bądź, bolejemy, że się wtedy mylił polski naród i że się wieszcz jego omylił. Torem wielkich umysłów pochwyciwszy myśli fałszywe, Mickiewicz przydał jeszcze do złego; za wielkimi także idąc przykładami, swoje zboczenia moralne (bo cóż to są za obowiązki patriotyczne, które moralnych poświęceń, moralnej surowości nie wymagają?) upoetyzował, wytłumaczył. Dzieje osobiste poety wykładają najlepiej jego pojęcia dawniejsze i późniejsze. Zrazu przechodził próby cierpień serca (wtedy należał już do tajnych związków, ale podrzędnie pojmując ten popęd), ugrzązł potem w zmysłowych rozkoszach, co opowiedział potężną i ognistą mową, niedobry wzór młodemu pokoleniu stawiając. Dopiero później zaczął jawnie pracować w kierunku patriotycznym i błędny ideał wznosić. Przyszła chwila nawrotu do religii, już po upadku rewolucji 1831 roku. W tej epoce życia swego Mickiewicz wywarł wpływ potężny, przekonał, pociągnął wielu, pokierował umysły na drogę prawd wysokich i rzeczywistej tradycji narodowej. Wielka to zasługa, wszakże i tu odezwało się w jego pieśni kilka fałszywych akordów. Późniejsze zboczenia mistyczne poety pomijamy. Nie przydały one ani jednego promienia do ideału, jaki naród już był z rąk jego przyjął.

Ideał Mickiewicza, wedle nas szkodliwy dla Polski, oznaczamy teraz bliżej, biorąc pod uwagę: Odę do Młodości, [Konrada] Wallenroda, wiersz Do Matki Polki, trzecią część Dziadów, Księgi pielgrzymstwa [polskiego] i ustęp Rozum i Wiara.

Oda do Młodości zaczyna się od słów pogardy dla świata. Poeta zaraz budzi niechęć, podsyca krytyczne usposobienia. Przez to, że wbija w dumę bez granic, że zaślepia oczy na wszystko, co czcić i kochać na świecie należy, pozbawia on młode serca pogody i ufności, które są równie potrzebnymi do rozwinięcia przymiotów duszy, jak jest koniecznym słońce do wzrostu drzew i ich kwitnięcia.

Wiersz wstępny brzmi jak następuje:

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy!

Ziemia dla poety to:

Obszar gnuśności zalany odmętem

Mówi on także:

W krajach ludzkości jeszcze noc głucha.

Dopiero tak odepchnąwszy rzeczywistość, w kraj ułudny młodzieńcze umysły z sobą porywa. Pójdziemy, powiada:

Kędy zapał tworzy cudy,

Nowości potrząsa kwiatem.

Warto starać się zrozumieć, warto kochać to, co istnieje? Oczywiście, że nie; wyjątku tam żadnego nie ma, ani dla rzeczy, ani dla ludzi; nawet o ojczyźnie najmniejszej nie napotykamy wzmianki. Nowość, nowość to wszystko! Cóż po tym? Poeta coraz wyżej próżność rozkołysuje:

Młodości! ty nad poziomy

Wylatuj, a okiem słońca,

Ludzkości całe ogromy,

Przenikaj z końca do końca.

To nie dość:

Razem młodzi przyjaciele!…

W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele!

Otóż bałamutny kosmopolityzm! Tak jest, kosmopolityzm tli się w głębi tych orzeczeń o „ogromach ludzkości” i o „szczęściu wszystkich”.

Jednością silni, rozumni szałem

– dodaje jeszcze poeta, dostarczając zawczasu tłumaczenia wszystkim pragnieniom pychy niedołężnej. O, ileż to sumień te wyrazy „rozumni szałem”, wyrazy tak sprzeczne, tak się nawzajem wykluczające, zakłóciły i wykrzywiły?

Wiersz kończy się szaloną obietnicą, obietnicą, która o tyle lat poprzedziła wszystkie marzenia socjalistów:

Dalej bryło z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory,

Aż opleśniałej zbywszy się kory,

Zielono przypomnisz lata.

Wspaniała to skądinąd liryczna poezja; nieszczęściem jednak wykołysała ona roje próżnych myśli i czczych zamiarów. Powtarzała ją, powtarza jeszcze dotąd młodzież szukająca w przedwczesnym na świat oburzeniu wymówki dla własnych zboczeń albo dla niechęci do użytecznego życia. Czystych, płodnych natchnień nie wypiastowała Oda do Młodości.

Jest wielki przedział od szału do fałszu moralnego; przedział podobny istnieje między Odą do Młodości a Wallenrodem. Poemat Konrad Wallenrod, tak bogaty w myśli wzniosłe, w obrazy urocze, taką muzykalnością formy pociągający, nacechowany taką doskonałością językową, powstał z najszkodliwszego wyobrażenia. Poeta wyidealizował w nim kłamstwo i zdradę na korzyść kraju, użyczając najzłudniejszej piękności nikczemnej doktrynie złych środków dla dobrych celów. Ileż to marzeń o najrozmaitszego rodzaju wallenrodyzmie pogodę dusz młodych odtąd zmąciło? Żaden Wallenrod się nie znalazł (to psychologiczne niepodobieństwo), a proste pojęcie cnoty wielki w narodzie szwank poniosło. Miło jest przynajmniej pomyśleć, że pierwsza idea tego skrzywionego bohaterstwa nie w Polsce się zjawiła i że Mickiewicz tylko Szpiega Coopera[6] w pewnej mierze odtworzył.

Powstanie listopadowe, na którego przygotowanie nie mógł był jeszcze przeważnie wpłynąć Mickiewicz (jego wziętość rzeczywista, powszechna, jest późniejszą), oddziela Wallenroda od trzeciej części Dziadów i od wiersza Do Matki Polki. W Dziadach widzimy zapasy dumy człowieczej z Panem Bogiem, dumy zwyciężonej, ale nie upokorzonej prawdziwie; wszystko udramatyzowane patriotycznie i oprawne w ramy epizodów z dziejów sprzysiężeń litewskich. Tu znowu całe poświęcenie, cała zasługa przyznane są młodym spiskowym, co w pierwszym uniesieniu, bez przeświadczenia o tym, co robią – przeświadczenia, które dopiero wartość moralną czynom daje – często przypadkiem wplątali się w odpowiedzialność. Towarzystwo zaś, obok którego stawia ich poeta (mówimy tu o towarzystwie polskim w Warszawie), do tego stopnia śmiesznością jest okryte, że obryzg ironii nawet na Kazimierza Brodzińskiego[7] pada. Nie zaprzeczamy wielkości trzeciej części Dziadów. Rzadko w poezji wszystkich krajów i wszystkich czasów śmielsza myśl w potężniejsze przyoblekła się szaty. Nie brak tam ustępów najdelikatniejszej, najczystszej piękności, nie brak rzewnych opowiadań, co płaczem myśl napełniają i długo zostawiają tęskne ślady w pamięci. Ale nam w tej chwili chodzi jedynie o moralne znaczenie poematu*.

W wierszu Do Matki Polki, wierszu pełnym goryczy rzeczywistej, rzewnością głęboką porywającym, znajdują się te niedobre zwrotki:

Każże mu wcześnie w jaskinię samotną

Iść na dumanie.... zalegać rohoże,

Oddychać parą zgniłą i wilgotną,

I z jadowitym gadem dzielić łoże.

Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem,

I być jak otchłań w myśli niedościgły!

Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,

Postać mieć skromną jako wąż wystygły.

Przepisów dzikiego stoicyzmu nikt w życiu nie zastosował; ale co wielu zrozumiało, to, że wolno „mową truć z cicha”.

Są piękne i szlachetne, są zbawienne rzeczy w Księgach Pielgrzymstwa. Często napotyka się tam myśli zdrowe, dowodzące o zwrocie do pojęć prostej moralności, często widać wskazany kierunek tej drogi, na której Polska ujrzała potem Brodzińskiego, Witwickiego[8], Zaleskiego[9], księdza Kajsiewicza[10]. Wszakże obok rzeczy wypróbowanej wartości, rażą w tej książce chwalba narodowa i ujemny krytycyzm, skryty pod wiatami poetycznymi, pod zaręczeniami miłości. Równie jest źle narodom jak pojedynczym ludziom pochlebiać. Pochlebstwo zawsze upaja i zaślepia, zawsze poprawie przeszkadza. Tymczasem Mickiewicz w Księgach Pielgrzymstwa więcej się rozwodzi o doskonałości Polaków, o ich wyższości nad innymi ludami, niż o potrzebie zasługi i poprawy. W nich to znajdujemy pierwsze ślady kilku zbyt śmiałych albo fałszywych myśli, które odtąd po wszystkich zakątkach ojczyzny dźwięczą. Jest tam porównanie męczeństwa Polski do męczeństwa Syna Bożego (porównanie tak dziś nadużywane, tak zużyte), jest zalecenie sojuszu z wolnością świata (niebezpieczny ogólnik, którego następstwa widzieliśmy), jest zalecanie wszelkiej emigracji jako wyraźnego obowiązku**.

Ale może najszkodliwsze owoce wydała owa dumna religijność, wywyższająca ciągle głowę nad ludzi; religijność, która się objawiła w prorockich uroszczeniach albo w dziwnym trybie bratania się z Panem Bogiem. Przepowiednie napotykamy szczególniej w trzeciej części Dziadów. Zuchwalstwo religijne uderza nas i w Dziadach, i w wierszu Rozum i Wiara, w którym czytamy:

Kiedy rozumne, gromowładne czoło,

Zgiąłem przed Panem jak chmurę przed słońcem:

Pan je wzniósł w niebo, jako tęczy koło,

I umalował promieni tysiącem.

I będzie błyszczyć na świadectwo wierze,

Gdy luną klęski z niebieskiego stropu:

I gdy mój naród zlęknie się potopu,

Spojrzy na tęczę i wspomni przymierze.

Odtąd ileż to proroctw, ile mistycznych śmiałości w literaturze naszej! Rzadko który pisarz z tych, co Pana Boga ciągle na ustach mają, przypomni sobie piękne wiersze autora Marii[11]:

[...] Nad przepych świata i blasków pozory,

Widniejsze pióra biało zniżonej pokory.

albo myśl spolszczoną przez samego Mickiewicza:

Niech się twa dusza jako dolina położy,

A wnet po niej jak rzeka popłynie duch boży.

Zbierając w jedno rozproszone nasze uwagi, powiemy, że Mickiewicz raczej duszę w młodzieży polskiej podnosząc i uczucie jej drażniąc, jak wzmacniając w sercach i umysłach moralne pojęcia, raczej pochlebiając namiętnościom, jak ucząc powściągliwości, raczej przystając na dualizm moralny, jak naprowadzając na drogi słoneczne, raczej dając przykład jak wyzywać Pana Boga, niźli jak się modlić do niego – przyczynił się do obłąkania sumień polskich.

Jedna ogólna o poezji nastręcza nam się tutaj uwaga. Mówią estetycy, że poezja sobie samej celem być powinna. My temu zaprzeczamy. Wszelka poezja i wszelka sztuka mają posłannictwo przypominać nieskończone piękno, nieskończone dobro, nieskończoną miłość; budzić, poprawiać, podnosić ku Bogu, do zbawienia zbliżać. Poezja, która tego nie dopełnia, albo, co gorsza, która obraża prawdy wiekuiste, zapoznała swego powołania i jest tylko próżnym bawidełkiem.

Wedle tej zasady oceniliśmy dzisiaj poezję Mickiewicza i ideał, jaki ona przed oczy narodu postawiła. Dla wielkości talentu litewskiego poety mamy jak najwyższe uszanowanie; uznajemy wszystko dobre, co zrobił; we wdzięcznej pamięci zachowujemy wszystkie piękne myśli, jakimi skarbiec narodowy wzbogacił*. Wszelako ciąg wydarzeń krajowych pokazał nam truciznę w niektórych jego zdaniach, a sumienne zastanowienie potwierdziło wrażenie tych zewnętrznych objawów. Kiedy miną rzeczy, które nas bolą i kłopocą, kiedy potomność przebierze w utworach mistrza i tym sposobem wieniec jego z kwiatów szkodliwego zapachu oczyści, nie będzie potrzeba ostrzeżeń; dzisiaj są one koniecznością i obowiązkiem.

Przyznajemy, żeśmy nie zawsze surowo Mickiewicza sądzili. Był czas, kiedyśmy nikomu w uniesieniu dla niego nie dawali się wyprzedzić. Długo w jego słowach znajdowaliśmy wyraz najczystszych uderzeń serca naszego. Czy zmieniły się w nas uczucia, czy mniej Boga i ojczyznę kochamy, czy nie tak szczerze szukamy prawdy na świecie, lub też czy chłodne doświadczenie strawiło gorącość duszy naszej? Nie, bynajmniej. Dziś tak jak kiedyś miłujemy Boga i ojczyznę, wielbimy poświęcenie, cierpienie i ofiarę, prawdy gorliwie w miarę sił naszych wypatrujemy. Ale nas oświeciły wypadki. Już od lat kilku spostrzegliśmy, że się źle dzieje w ojczyźnie, i badając, gdzie jest źródło pojęć niebezpiecznych, a przynajmniej gdzie ich najponętniejsze uosobienie, znaleźliśmy się razem wobec wielkiej postaci autora Wallenroda. Nie za wszystkie zresztą dziś w kraju fałszywie dźwięczące myśli czynimy poetę odpowiedzialnym. On tylko główne założenia przyjął i oznaczył. Następstwa wyciągają albo wyciągnęli inni, mniej wzniosłego ducha ludzie, którzy się mało jego całkowitych natchnień radzili i wybrali z jego pism to tylko, co im się pożytecznym wydało. Widzieliśmy ich chodzących po szlakach błędów francuskich i błędów niemieckich. Wielu z nich nawet dawno się już przeciw Mickiewiczowi obróciło.

Cóżkolwiek bądź, przez przeciąg ostatnich lat dwudziestu ideał Mickiewicza zaprzątał u nas serca i umysły, sumieniami kierował. Sprzysiężenia wywiązywały się jedne z drugich*; odbiegano kraju na wyścigi; dumna, w karby moralnych zobowiązań nie ujęta religijność na trójnóg proroczy się wdzierała. Co więcej, poeci, zamiast koić i wzmacniać, ani na chwilę nie przestali drażnić ran zaognionych i skrwawionej szaty ojczyzny przed oczyma rozciągać**.

Wszystkie ujemne dążenia skorzystały z tych usposobień. Sceptycyzm francuski Towarzystwa Demokratycznego, panteizm niemiecki, ironia Słowackiego, mistycyzm religijny (tyle u nas mamy rodzajów mistycyzmu dogmat łamiącego!) pomieściły się w obszernych, na oścież otworzonych szrankach. Z następstw w następstwa doszliśmy, do Prawd żywotnych i do Wiersza do autora trzech psalmów, że nie wspomnimy mniejszych utworów.

„Po owocach ich, poznacie ich”, mówi Pismo Święte. Z czynów sądzić musimy. Jakież czyny przedstawiają nam się w tej dwudziestoletniej epoce? Kilka świetnych męczeństw! Męczeństwa te, jeśli odkupują wiele win, nie nagradzają jednak klęsk, przez polskie w znacznej mierze ręce Polsce zadanych.

Patrzmy.

W wyobrażeniach o słusznym i o godziwym zrobił się zamęt taki, że dziś pełno niepoczciwych pojęć słania się po ojczyźnie, a ci nawet, co w sumieniu niepokój o nie czują, nie mają dosyć odwagi cywilnej, by głos podnieść. Uczucia zazdrości, niechęci, podejrzliwości rozwielmożyły się jak nigdy. Idee gwałtu, przymusu, interesu stronniczego owładnęły umysły. Zaś im kto sam wyraźniej grzeszy, tym głośniej innych posądza i oskarża.

Religia żyje w ludzie, coraz się więcej do niej wykształconych umysłów nawraca, wszakże zbyt jeszcze wielka liczba oświeconych uważa ją tylko za jeden z kształtów myśli narodowej, za szanowny zabytek przeszłości, jeśli nie za środek polityczny. Księży czujących całą wysokość powołania, wierzących gorąco, przygotowanych naukowo, czynnie bliźnimi zajętych, mało się znajdzie. Materializm, ospałość albo gorączka polityczna grasują w niższym duchowieństwie, kiedy wyższe (z kilku szanownymi wyjątkami) raczej się za życzeniami władzy świeckiej albo wymaganiami hałaśliwej bezbożności, niż za wzorami świętych Pańskich ogląda. Między ludźmi pobożniejszymi iluż jest pobożnych z prostotą i posłuszeństwem? Jedni systemy rozumowe, inni marzenia fantazji, inni swoje zachcenia, inni swoje ustąpienia, inni jeszcze swoje słabości chcą koniecznie w granicach prawowiernej nauki pomieścić. Rzadko kto wyniósł religię z domu, rzadko kto wie o jej najprostszych katechizmem objętych przepisach; stąd tyle zdziwień, tyle zastrzeżeń, tyle o wprowadzanie nowości oskarżeń ciskanych na ludzi trzymających się starych podań. Są tacy, co wierzą szczerze, tylko, że chcąc uchodzić za ludzi nieprzesadnych, za tolerancyjnych, wyrzekają się głośno wyznawców ścisłej zasady. Inni radzi by coś ustąpić dla zgody. Uznajemy pojednawcze zamiary, zwłaszcza u tych ostatnich; trudno nam jednak nie wspomnieć, że gdyby zebrać w jedno to, co każdy u nas pojedynczo odrzuca, nic by z mądrej i pięknej katolickiej budowy nie pozostało.

Obyczaje poprawiły się nieco, to prawda, wszakże wzgląd na ojczyznę, która potrzebuje czerstwości moralnej i fizycznej w swoich dzieciach, która od nich możności długich usług wymaga, nie wpływa na surowość postępowania. Zagrożone lub obalone na ziemię sprawy jedynie się wielkimi cnotami, wielkimi poświęceniami ratują. U nas ani w narodzie, ani w rodzinach nie widać takiego skupienia moralnego, jakie religia, jakie wzgląd na ojczyznę nakazuje. Często, zbyt często u młodzieży polskiej napotyka się rażący dualizm. Kiedyś towarzystwo za Stanisława Augusta[12] miało ciągle w ustach retoryczny ustęp Krasickiego[13]: „święta miłości kochanej ojczyzny”, a tarzało się w szkaradach i ojczyznę gubiło; dziś czyliż nie widzimy rozpustników, co niszczą w sobie młodość duszy i ciała, powtarzających z uniesieniem Odę do młodości? Jeśli nie widać więcej lekkomyślności, to nie sile zasad, ale poniekąd wielkim niepokojom epoki przypisać to należy.

Każdy zresztą powiada, że gotów życie ojczyźnie poświęcić, każdy obiecuje wziąć za szablę w potrzebie i niezawodnie by dotrzymał, bo poczciwość patriotyczna tkwi w głębi, a ochota wojenna nie wygasła. Tymczasem mijają lata po latach, sposobność służenia ojczyźnie się nie otwiera, a jędrność wewnętrzna kraju słabnie, a jego zasoby moralne i materialne niszczeją. I temu trudno zaprzeczyć, że sfera umysłowa znacznie się zniżyła. Piszących jest więcej niż kiedykolwiek, między nimi błyszczą wysokie talenty; wszakże znaczna większość czytających coraz lżejszymi rzeczami się bawi, coraz bardziej obojętnieje na dzieła istotnej wartości. Cóż dopiero mówić o wykształceniu politycznym, którego dawne narodowe tradycje już się skończyły, a którego dziś nabyć ciężko, często niepodobna.

Zwróćmy oczy nasze na pojedyncze klasy narodu. Między ludźmi głośnymi z imienia i dostatków jest wielu uczciwie ojczyźnie służących, to niezawodna. Co tylko tam uderza obok wysokiej honorowości postępowania, to brak rzetelnego smaku do rzeczy polskich. Który z panów ima się czynnej pracy, zwykle nie przystępuje do robót gotowych, nie próbuje podeprzeć wznoszących się instytucji, tylko albo się odsuwa od wspólnych zajęć i nowe sobie obiera drogi, albo wszystko zaraz na wstępie chce mieć odmienionym. Każdą rzecz u rodaków surowo sądząc, sam fantazjuje, sam kapryśnie pomiędzy kierunkami, ludźmi i rzeczami wybiera. W niższej sferze, stanowiącej u nas dotąd naród myślący i działający, złe i dobre miesza się z sobą i splata. Ileż tam niepewności w kierunkach, ile pierwiastków ujemnych! Żywe uczucie dla ojczyzny, oczekiwanie i nadzieja powstania u wielu, co chwila się wyradzają w namiętne współczucie dla wszelkiej rewolucji. Jak dzicy w lasach Ameryki czczą nie Boga, który rządzi burzami, ale błyskawicę i piorun, tak u nas ogromna liczba nie przyczyny wstrząśnień bada, nie sądy Boże uwielbia, ale się dla wstrząśnień jako takich podziwianiem unosi. Skądinąd, niedostateczność wykształcenia i zamknięcie sfery publicznego życia powodują w Polsce tę niestałość opinii publicznej i ten brak kryterium w ocenach ogólnych. Zdania najostateczniejsze, najniebezpieczniejsze, panslawizm rosyjski i socjalizm zachodni, oraz inne nie wypróbowane idee znajdują licznych zwolenników. Żywioł miejski, mniej u nas liczny niż w innych krajach, prędzej jednak od ludu wciągnął w siebie wszystkie zazdrości i niechęci ku wyższym, łacniej całą bezpośredniość religijną utracił. W ludzie żyje wiara, żyje prawdziwe uszanowanie dla wszystkiego, co ma związek z religią; dobre obyczaje się utrzymują. Wszelako i tam zdradziecki wpływ cudzoziemców zaraził umysły podejrzeniem, oczekiwania chciwości w sercach obudził. Obca zwierzchność chwyciła się oburącz łatwego środka rządzenia za pomocą niezgody*. W Galicji rozbrat, sprowadzony zbrodniczymi czynami, istnieje w całej sile, tak, jak w prowincjach Rosji podległych obietnica przez rząd ogólnie rzucona, a nie urzeczywistniona dotąd, jest ciągłą groźbą na horyzoncie. Najlepiej pod tym względem dzieje się w Wielkopolsce i Prusach Zachodnich, gdzie trudność uwłaszczenia włościan wcześnie rozstrzygniętą została.

W Wielkopolsce wzmaga się ciągle niebezpieczeństwo wynarodowienia. Myśl i język Wielkopolan psują się coraz bardziej. Gorliwi Polacy widzą przepaść, wszelako dróg, które do niej wiodą, nie dość unikają. Mało kto u nas, na przykład, zwraca uwagę, że zbyt żywe zajęcie się niemieckimi sprawami politycznymi, że związki polityczne z liberalistami Niemiec odciągają umysły od rzeczy narodowych. Najlepsi patrioci już bez zdziwienia namiętności niemieckie na niwie polskiej spotykają**.

Nadzieje nasze muszą spoczywać i spoczywają na młodych pokoleniach. Jakież przecie te pokolenia odbierają wychowanie? Pomijamy wychowanie domowe mężczyzn, wątłe najczęściej, pomijamy wychowanie kobiet, w ogóle bardzo teraz zaniedbane; o szkołach chcemy słowo powiedzieć. Otóż w szkołach państwa rosyjskiego nie ma ani moralności, ani religii, ani nauki. Młodzież albo nikczemnieje obyczajowo, albo z braku jakiego bądź wykształcenia biorąc za patriotyzm najgwałtowniejsze, najbardziej ujemne wyobrażenia, wcześnie cześć ideom rozprzęgającym społeczeństwo zaprzysięga. W Galicji dotąd zniechęcano tylko umysły do pracy. Młodzież wychodziła bez zainteresowania dla nauki, bez wyobrażenia o obowiązkach, i otrząsnąwszy się z więzów niewoli szkolnej, rzucała się na oślep w lekkomyślne życie. W Wielkopolsce znowu i Prusach Zachodnich, gdzie naukowość stoi najwyżej, naukowość ta oderwana, nie mająca związku z rzeczywistością, z obowiązkami, nie zależąca w niczym od religii i moralności, nie jest niczym innym, jak powolnym środkiem wynarodowienia. Książki do nauki służące wszczepiają tylko w młode umysły uprzedzenia do najświętszych rzeczy. Młodzież ucząca się nabywa ciągle przesadzonej czci dla umysłowości niemieckiej, pewnego lekceważenia dla oświaty narodowej; oprócz tego myśl i język naleciałościami niemieckimi sobie kazi. Patriotyzm, jawnie żyjący w gimnazjach Księstwa Poznańskiego, ochrony tu wcale nie stanowi, a to tym mniej, że patriotyzm ten wielokroć się już raczej przeciw rzeczom w kraju poważnym, jak przeciw obczyźnie zwracał.

Cóżkolwiek bądź, od przygotowania, jakie z domu uczniowie do szkół przynoszą, zależy wiele, bardzo wiele. Żeby rodzice starali się za młodu przykładem i słowem wzmacniać rozsądek dzieci, żeby dbali o pielęgnowanie ich wiary i o uchronienie od wszelkiej skazy czystości ich dusz niewinnych, żeby nie dawali trującym kwasom świata, nieufności, krytycyzmowi, fałszywemu drażnieniu patriotycznemu przenikać aż do młodocianej sfery – inaczej, lepiej by się zły wpływ obcy od serc i umysłów odtrącał.

Wina za wszelkie zło w ojczyźnie istniejące nie na samych Polakach ciąży, to pewna. Wpływ nieprzyjaciół władzę piastujących bardzo wiele rozprzęga w naszym społeczeństwie. Widzieliśmy to już mówiąc o szkołach. Rządy obce bardziej jeszcze zawzięcie, niż najostateczniejszy radykalizm, pracują nad zniszczeniem podstaw religii, tradycji historycznej, języka, obyczajów i zwyczajów. Rosja kraje polskie sobie poddane zaraża zgniłą niemoralnością swoich wyższych i niższych urzędników; tam rozpusta i sprzedajność stoją jawnie na świeczniku. Rosja systematycznie katolicyzm niszczy, mniejsza o to, czy gwałtu, jak w sprawie unitów, czy pozornej łagodności, jak teraz, używając. Rosja stara się obłąkać sumienie narodu, wszczepiając na drodze urzędowej i nieurzędowej fałsz w dzieje polskie. Rosja prześladuje wszelkie podania przeszłości: zniosła nazwy i podziały kraju, piętnuje stare polskie szlachectwo swoim szczególnym zatwierdzeniem, nagromadzone przez tyle czasów skarby naukowe wydarła Polakom i na bezużyteczność w Petersburgu skazała. Rosja nadwerężeniem prawa własności, konfiskowaniem majątków toruje drogę wszystkim socjalizmom. Rosja także rozdmuchała nieufność włościan do panów i teraz w ręku swoim gotowe burze przeciw szlachcie trzyma. Rosja otwiera dla młodzieży instytuty, w których wszystkie wygody cielesne i wszystkie drażnienia próżności służą ku wypielęgnowaniu niskich instynktów. Nawet po przyszłe matki sięga zaradna ręka Rosji. By wpłynąć na kobiety, założono szkołę zbytku i lekkomyślności w Puławach. W całej historii nie ma przykładu bardziej zawziętej względem ujarzmionego ludu polityki. Cóż powiedzieć o Austrii, gdzie podstępna zawziętość poróżniła stany i plemiona, i doprowadziła do okropności roku 1846 i do rozdarcia roku 1848? Cóż o Prusach, gdzie system bezwzględnego zniemczenia z taką nieubłaganą konsekwencją wszystkie religijne, obyczajowe i społeczne zapory rozwala? Powtarzamy: to, co zaciekły radykalizm robi zagranicą, to u nas rządy obce za zadanie sobie wzięły. One najgłówniejszych czynników rozkładu dostarczają.

Od nas przecież zależy, czy ułatwić, czy utrudnić roboty nieprzyjaciół. Wzmacniajmy się do tego tęgością moralną, żebyśmy udaremnili zabiegi ku zniszczeniu naszemu przedsięwzięte.

Owóż nie dają potrzebnej tęgości moralnej ciągłe koleje sprzysiężeń i doszłych albo niedoszłych wybuchów; nie dają jej nieustanne drażnienia zemsty i oburzeń, od których nie chronimy nawet dzieci naszych w wieku, w którym te drażnienia tylko zatruwają serca i krzywią charaktery; nie dają wszystkie wysilenia naraz, wszystkie fantazje i wielkie zaręczenia bez czynów. Trzeba cnoty prostej, czynnej, wytrwałej, cnoty z obowiązku, nie z przemijającej ochoty, cnoty ugruntowanej na niespożytej opoce religii, by wszystkie próby i wszystkie koleje wytrzymać.

Ale ciężka jest rzecz przekonać ludzi, którzy jedne tylko środki zbawienia znają i którzy jakby mechanicznie jednych się ciągle trzymają sposobów. Naszym patriotom zdaje się, że kiedy nie wiążą się w kraju sprzysiężenia, duch publiczny osłabł, przywiązanie do ojczyzny zmniejszyło się; zdaje im się, że wszystko stracone, jeśli nie ma zaraz wybuch nastąpić. Roboty wytrwałe albo pogardą okrywają, albo się od nich odwracają z lekceważeniem; wyobrażenia prostej moralności uważają za szkodliwe lub przesądne, mienią je maską hipokryzji. Tymczasem sprzysiężenia jedne po drugich przemijają, a zguba jeszcze dlatego nie nadeszła; i ci sami, którzy zapowiadali, że każde wysilenie jest ostatnim, i że się musi udać, bo inaczej ojczyzna na wieki przepadnie, znowu widzą się w konieczności nowe roboty rozpoczynać. Otóż czas jest zrozumieć, jakie zasady powinny stać się podstawą, by się roboty najużyteczniej dla ojczyzny obróciły, by zostawiły najmniej prawdopodobieństwa zawodów.

Nam się zdaje, że w sumieniu narodu, zbiorowo wziętym, już się pojawiają przeczucia o zbawiennym dla Polski kierunku. Indywidua jeszcze wyznają zdania szkodliwe albo się do śmiałości głośnego wypowiedzenia innych przekonań nie podniosły; ogólnie jednak czuć wpływ orzeźwiający na wszystkich. Cóż przeszkadza prędszemu nawrotowi do dobrego? Oto siła nawyknień. Najszlachetniejsi nawet ludzie do dróg ujemnych tylko przywykli. Boją się, czy im się zdrady nie podsuwa, kiedy się im czyste, proste kierunki wskazuje. Odstępstwo wyraźne nie tyle ich kłopoce; oni jeszcze po odstępcach, umiejących odstępstwo wielkimi pozorami ubarwić, spodziewają się jakiegoś wallenrodyzmu, ale obawiają się odstępstw tam, gdzie jest przejrzysta prawda.

Od jakiegoś czasu świta w Polsce na lepsze. Brodziński, Witwicki, że nie wspomnimy innych usiłowań, przygotowali niejako pole; w końcu przyszedł wieszcz, który nowy ideał postawił. Wieszcz ten nie od razu poczuł i zrozumiał, co się dzieje w narodzie. Długo błąkał się po ciemnych czeluściach zwątpienia; raz w przewidzeniu tego, co nastąpi w Europie, wzdrygał się genialnym dreszczem; znów się nachylał ku przepaści złego i o ubóstwieniu zemsty marzył; albo sny fantazji biorąc za rzeczywistość, rajskie ludziom szczęście obiecywał; prorokował nawet o przyjściu pocieszyciela i w niebacznym zapale wstrząsał starym dogmatem, by i tę zawadę z dróg w obiecaną przyszłość usunąć* – ale że kochał, że cierpiał z miłości, że w raj czysty wierzył i drogi do niego nieskalane wskazywał, że prawdy szukał szczerze, bezinteresownie, natrafił na jej czystą krynicę i oto do niej ludzi nawołuje. Tym większa jego zasługa, że kiedy poeta Dziadów wyidealizował tylko popęd ogólny, wziął gotowe zdania, jakie mu burzliwa fala niepokojów narodowych pod nogi przyniosła, wieszcz Psalmów stanął naprzeciw głośnych, wziętych pojęć i swój ideał wyżej jak namiętności współziomków od razu postawił.

Wieszcz Psalmów nie rzuca się w ostateczności; nie zwątpił on o teraźniejszości, lepszej przyszłości się nie wyrzekł. Z jasnego stanowiska, poza wszystkimi przesadami, nawołuje do tych wiecznych prawd, których zapomnienie staje się przyczyną śmierci moralnej i zaklina, by wszelki dualizm w życiu prywatnym i polityce odrzucić. Mówi błagająco:

Czas anielski podjąć trud.

Czas odrzucić wszelki brud,

i zaraz przechodzi po kolei cały szereg złych i niebezpiecznych pojęć zagnieżdżonych na polskiej niwie.

Jakże on sobie pięknie wyobraża tę Polskę wtedy, kiedy wzniośle ostrzega:

Szata Polski nieskalana...

Dotąd w Polski grobie leży! –

Ten kto wzniesie pierwszy rękę

By śnieg zetrzeć z tej odzieży,

Kto przemieni w zbrodnię – mękę,

Kto przekuje w nóż – kajdany,

A nie w szablę – ten przeklęty!

Tu zaraz wywijają się u niego jedne z drugich rady uczciwe, mądre, w najprzejrzystsze, w najszczytniejszej prostoty słowa obleczone. Słuchajmy!

Nie jest czynem – rzeź dziecinna!

Nie jest czynem – wyniszczenie. –

Jedna prawda boska, czynna,

To, przez miłość, przemienienie!

Albo:

Gdy zstępują w świat geniusze,

Innym sprawę wiodą torem!

Nikt przez mordy i katusze

Nie był wieków Dyktatorem!

Gdzie indziej widzimy dobitnie napiętnowane złe uczucia, które duch stronniczy w samolubnych widokach rozdmuchuje:

Nic nie spychać nigdy w dół,

Lecz do coraz wyższych kół

Iść przez drugich podnoszenie. –

Wszystko, wszystko, wiecznie, wszędzie

Rwie się w górę, z Bożej myśli!

Z wiecznym Bogiem ten nie będzie

Kto inaczej świat swój kryśli!Dalej jest przemowa do sofistów:

Kto chce iskier z czarta kuźni,

By przepalić czarta moc,

Ten, świat w gorszą wpycha noc,

Ten, mądrości wiecznej bluźni.

Poeta zadaje sobie potem bolesne pytanie:

Skąd tych myśli czarny rój?

i odpowiada:

One rosną – gdzie kajdany!

Ach! niewola sączy jad.

Razem wydziera mu się przerażający okrzyk, który przeciągłym echem boleści niejednych piersi zawtórował:

Niczem Sybir – niczym knuty

I cielesnych tortur król!

Lecz narodu duch otruty –

To dopiero bólów ból.

Wieszcz widzi czynne szatańskie zabiegi i wskazuje na upostaciowanego przez siebie kusiciela:

Sprosnościami hydnej dumy

Pomieszał rozumy!

Rozwiązuje sam sumienia,

Przez ogrom cierpienia!

Sieje kłamstwo i ciemnotę,

Zmieni zbrodnię – w cnotę.

Tu się obraca do Polski i wykrzykuje:

Precz tym złudom...

Złej godziny to są mary!

Ty nie zbędziesz dawnej wiary

Że ten tylko więzy przetnie,

Kto namaszczon cnoty znakiem.

Ach! Przekłada on jeszcze, a przekłada gorąco: nie wierzcie, „że cel wielki a ukryty odwszetecznia podłe drogi” – w końcu, błogosławione swoje dzieło naprawy wieńczy tymi surowej wielkości zdaniami:

Nie przypadek rządzi w świecie –

Nikt nie stawia gmachu z błota:

A największy rozum – cnota!

Są jeszcze w Psalmie rady, żeby znieść niewolę, nadać własność włościanom; mądre rady, które bodaj się jak najrychlej spełniły. Śpiew kończy się nadzieją, która się nie urzeczywistniła na teraz.

Wielkie wstrząśnienia nastały niedługo po gorącym odezwaniu się poety do narodu. Kilka kropel krwi padło na śnieżną szatę Polski; zrobiła się cisza i znowu potem cały świat zatrząsł się w posadach. Poeta wtedy, wobec podżegań do obalania pod pozorem, że się rajskie czasy przybliżą, wyrzekł (zapominając w szlachetnym a bezinteresownym uniesieniu o swoich dawniejszych marzeniach) owe słowa pełne namaszczenia chrześcijańskiego i mądrości o działaniu Ducha Świętego w świecie:

Lecz on płynie – a nie skacze.

Lecz on wschodzi – a nie spada, –

Ziemia pod nim krwią nie płacze –

On nie woła: Biada!

Czyż tu się każdemu mimowolnie porównanie z Odą do Młodości nie nasunie?

Wypadki nie obudziły w poecie przerażenia; nie rzuca on wcale przekleństwa swoim czasom, ale chroniąc w zamęcie dziedzinę niepokalanej prawdy, woła:

Że świętości Duch jednolit –

Ni mongolskich biczy

Ni czerwonych Rzeczpospolit

W swe cuda nie wliczy!

To nie dość. Widzi on, że trzeba sobie zapracować na lepszą przyszłość, widzi potrzebę zasługi i przyznaje przed Bogiem:

Ty bez nas samych nie możesz nas zbawić!

Przed Panem Bogiem staje z jedynymi uczuciami, z jakimi się wolno do Niego przybliżyć, z miłością i pokorą. Któż nie pamięta tego pięknego ustępu „Gdy pochylisz kornie czoło”, który tak odbija od zuchwałych przemów wszystkich poetów wznoszących się ku niebu „na paluszkach drobnej pychy”!

Wypowiemy tu uczucie nasze z całą szczerością. Nie jesteśmy bez pewnych obaw o prostotę religijnych pojęć autora Psalmów. Nawyknienia umysłu, więzy świetnej przeszłości, wymagalność nie odrzuconych wyraźnie systemów filozoficznych, tudzież wstręty a uprzedzenia raz nabyte, mogą stać się u niego zawadą i niebezpieczeństwem. Wszakże wolno nam się spodziewać, że umysł, który do takiej prostoty w moralnych pewnikach doszedł, i że serce, miłością i pokorą tak głęboko przejęte, z równą prostotą uznają i przyjmą: konieczność jasno i dostępnie określonych dogmatów, zupełną bezwarunkową wspólność wierzenia z ludem i ścisłą regułę religijną odpowiadającą regule moralnej (u nas taki brak reguły we wszystkim), zarazem stanowiącą warunek tej ostatniej.

Bądź co bądź, w kwestiach moralności ideał wieszcza Psalmów wiernie w sobie czyste prawdy ideału chrześcijańskiego odzwierciedla. Widzimy tam piękny szereg zbawiennych pojęć o potrzebie zasługi, o postępie kolejami wzniesienia, o nieodzowności dobrych środków, o konieczności odrzucenia wszelkiego fatalizmu i wszelkiego dualizmu – wszystko promieniejące wiecznie młodymi barwami wiary, nadziei, miłości i zlewające się jakoby w jeden dźwięczny akord, w pokorną prośbę do Boga o łaskę „świętych czynów” i w modlitwę do Matki Boskiej o przyczynienie się do Syna, by nam dał „czystą wewnątrz nas samych wolę”.

Poeta nie każe się kłaniać ani fałszywym bogom potęgi materialnej i władzy przez obcych wyobrażanej, ani szatanom pychy, zemsty i gwałtu. Woła on: nie opuszczajcie pola obowiązków narodowych i godności narodowej, a trzymajcie się środków uczciwych; „największy rozum cnota”, nią, nie zaś bronią z „kuźni czarta”, zwalczycie moce szatańskie.

Takie, słońcem prawdy a nie sztucznymi ogniami oświecone, horyzonty są horyzontami bezpiecznymi i zbawiennymi dla Polski. Do celu wyraźnie wskazanego prowadzą tam proste drogi. Wszystko widać na powierzchni, a wszystko się zgadza z najskrupulatniejszymi wymaganiami sumień. Wobec wyrzeczonych godeł budzi się od razu swobodne zaspokojenie, zarówno w wybranych duszach młodzieńczych, które są ożywione cnotliwie wypielęgnowanymi uczuciami, jak i w umysłach dojrzałych, doświadczeniem oświeconych, bogatych w mądrość prawdziwą.

Co do nas, stajemy z uniesieniem a przekonaniem po stronie tego drugiego ideału i tylko dodajemy, że wierność myśli katolickiej, która, wcielona w swój objaw polski, udziela niespożytej wartości naszej ojczyźnie, jest koniecznym jego warunkiem.

Wzięliśmy dwie myśli, dwa kierunki, postawiliśmy je naprzeciw siebie i poszukaliśmy w tym przeciwieństwie prawd zbawiennych dla kraju. Nie było wcale naszym zamiarem, by porównywać zasługi literackie dwóch pisarzy, wywyższać lub poniżać jedne utwory kosztem drugich, pierwszeństwo tym lub owym artystycznym pojęciom i układom, tym lub owym kształtom przyznawać. Marna to i płocha rzecz zaprzeczać jakiejkolwiek wielkości, marna i płocha rzecz wyłączność szkół i systemów w szranki piśmiennictwa, zwłaszcza polskiego, wprowadzać. Co innego przecież wyłączność literacka, a co innego surowość moralna. Tej ostatniej nie godzi się wyłącznością nazywać. Cnota jest i musi być jedna, inaczej utraciłaby znaczenie proste, ogólne, religijne. Dla chrześcijan nie ma w moralności środka, nie ma ustąpień. Chrześcijanom trzeba koniecznie odrzucić wszystko, co się nie zgadza z prawem Ewangelii, co jakikolwiek dualizm wprowadza. U Mickiewicza, wśród rzeczy czystszego natchnienia, znaleźliśmy wiele zdań szkodliwych; zdania te sprowadzają złe następstwa w ojczyźnie otóż dlaczego przeciwko nim występujemy. U wieszcza Psalmów, wśród wielu niejasnych i niebezpiecznych pojęć, a raczej po wielu niejasnych i niebezpiecznych pojęciach, ujrzeliśmy myśli błogosławione; myśli te wiele zagoiły, wiele goją w Polsce, otóż powód, dla którego stawiamy je na świeczniku.

Pragnęliśmy i pragniemy, by do umysłów polskich przeniknęła ta prosta prawda, że cnotą tylko ojczyznę uratować można; pragnęliśmy i pragniemy, by w sercach polskich cześć niepokalanego ideału rozgorzała. Bodajby raz wyraźna większość kochających ojczyznę Polaków zwróciła się na słoneczne drogi,

A patrzący wiecznie z góry

Nie odwróci twarzy Bóg!

 



* W trzeciej części Dziadów poeta bluźnierstwa Konrada umiarkował religijnymi obrazami i słowami księdza Piotra. Sam dał odpowiedź na szaleństwa, na zwątpienia. Ale to rzecz doświadczona, że wszystkie podobne odpowiedzi wrażenia nie robią. Człowiek zawsze łatwiej rani jak goi, psuje jak naprawia. Strute wyrazy trafiają do wszystkich; słowa pokoju i miłości do niektórych tylko. Jesteśmy przekonani, że prawdziwe ukorzenie się wiedzie do troskliwości, by wydrzeć z żywota swojego karty świadczące o zboczeniach. Kto chętnie i z upodobaniem grzechy opowiada, ten się jeszcze nie poprawił. Uważajmy, co najwięcej u nas z Dziadów powtarzano, co najłacniej w pamięci utkwiło. Czy owa śliczna modlitwa Ewuni, czy cudne aniołów śpiewy, czy chwilami pełne namaszczenia wyrazy księdza Piotra? Nie, bynajmniej. Nasza młodzież powtarza Improwizację i śpiew o tej pieśni, co z grobu krew poczuła. Zwrotka:

Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga,

Z Bogiem i choćby mimo Boga!

tkwi we wszystkich pamięciach, drażni dalej kosztem siły wewnętrznej już i tak rozdrażnione uczucia, co więcej, bezbożne zuchwalstwo budzi.

** Nieraz wspominaliśmy, jak szanujemy emigrację i jak wysoko jej powołanie stawiamy. Wobec narodu wyobraża ona cierpienie i poświęcenie. Cóżkolwiek bądź, jesteśmy przekonani, że nie ma powinności, nie ma potrzeby ciągle emigrować, ciągle kraju i tamtejszych spraw odbiegać. Ojczyzna na tej drodze się wycieńcza, a indywidua marnują się w wielkiej części. Podnośmy dziś głos wszyscy, tłumaczmy dobitnie obowiązki miejscowe. Dalsze emigracje koniecznie powstrzymać należy.

* W znamienitość wewnętrzną Mickiewicza wierzymy jak najmocniej. Dlatego nie przestaliśmy się nigdy spodziewać, że to wzniosłe serce raz się prawdziwie przed Panem Bogiem ukorzy i wszystkie błędy popełnione głośno uznając, da światu najpiękniejszy pokory chrześcijańskiej przykład. Wiele dusz czystych błaga Pana Boga o tę łaskę dla wielkiego poety. Oby gorące modły wysłuchane zostały!

* Skryte sprzysiężenia mają wielki urok dla wyobraźni. Przyciągają ponętą niebezpieczeństwa dusze szlachetne, drażnią gorliwość nadzieją bliskiego działania. Sprzysiężenia jednakże narażają na utratę wszystkich pojęć moralnych. One to gorzkimi, trawiącymi uczuciami przepełniają serca, one krzywią umysły sofizmatami podziemnej logiki. Że rychło dojrzewają, że bliski, prędki wybuch prawo dla nich stanowi, popadają w konieczność chwytania się wszystkich, choćby najsprzeczniejszych z moralnością środków. Nie tak użyteczna, poczciwa praca, potrzebująca czasu, wytrwałych zabiegów, przygotowania i pilności; ta musi iść drogami środków cnotliwych. Sprzysiężenie wszystko naraz chce uczynić i dlatego niszczy prędzej niż stawia. Spiski zwykle stronnictwa zawierają, żeby ubiec politycznych współzawodników i przez organizację przygotowaną wpływ wyłączny osiągnąć. Doświadczenie przecież pokazało, na co taka organizacja przydatna, do czego wyłączność stronnicza prowadzi. Spiski nie przemawiają do wolnej a oświeconej woli – one potrzebują szału z jednej strony, przymusu względem drugiej. Ach! Nie mówcie, że sprzysiężenia są konieczne do wyzwolenia narodu! Sprzysiężenia udawały się czasem; sprzysiężenia narodowe albo zawodziły, albo były niepotrzebne. Bez spisku byłoby się powiodło powstanie w 1880 roku, spisek je tylko na niebezpieczeństwo naraził. Kiedy się miara krzywd doznanych w narodzie jakim przebrała, wtenczas bez sprzysiężeń jedno słowo, w porę przez małą liczbę ważniejszych ludzi wymówione, porusza go do gruntu. Spiskowi w razie wybuchu, który się udał, są najczęściej zawadą, kłopotem, i organizujące się społeczeństwo czym prędzej ich usuwa. A czy wiele się spisków udaje? Zwykle marny ich koniec. Spiski dostarczają do więzień nieprzyjacielskich najzdolniejszą do poświęceń, najgorętszą młodzież. Na tej drodze wyludnia się kraj z obywateli, których zapał i zdolność dobrze skierowane, siłę by jego moralną i umysłową były podniosły. Nie mówcie także, że spiski są potrzebne, żeby podsycać w sercach płomienną miłość ojczyzny. Jeśli tradycja rodzinna, jeśli widok wszystkich pomników wielkości narodowej, jeśli pamięć dawnych rzeczy i ciągle odnawiająca się uraza krzywd zadanych nie wpłyną dostatecznie na umysły i serca, jeśli dobre pojęcie obowiązku stalowym puklerzem godności narodowej charakteru nie zasłoni, cóż pomogą wszystkie knowania i drażnienia? Drażnienia odbierają tylko prawdziwy hart duszom, tylko rozpaczy i rozpaczliwym natchnieniom drogę torują. Jest jedna strona, która w oczach każdego Polaka broni sprzysiężenia w przeszłości; mówimy tu o wycierpianych ofiarach, o tym długim szeregu ludzi, co śmierć za sprawę ponieśli. Niezawodnie każde poświęcenie, każde cierpienie dla ojczyzny zasługuje na cześć i pamiątkę; ale godzi się, ale jest obowiązkiem powtarzać krajowi, że istnieją inne poświęcenia użyteczniejsze, inne cierpienia płodniejsze w owoce. Niestety, u nas urok poetyczny otaczał tylko dotąd Sybir, więzienia, rusztowania. Rwała się młodzież niedojrzała, rwali się ludzie nie pytający o dobro kraju, o jakąś myśl ogólniejszą, by czym prędzej na palmę męczeńską zarobić. Tego nie rozumieli, że ojczyźnie potrzebniejsi są wytrwali a przygotowani pracownicy i że moralne poświęcenie całej pychy żywota, męczeństwo pracy nieprzerwanej wśród okoliczności bolesnych dla uczuć polskich, wierna wytrwałość przy obowiązku z zachowaniem niepokalanie godności narodowej więcej znaczą i bezpieczniejszą przyszłość i rękojmię dają. Sprzysiężenia marnują ludzi umysłowo i moralnie, ojczyznę dotkliwie wycieńczają; wytrwała, rzeczywista praca uzacnia pojedynczych patriotów i znaczenie moralne całej społeczności podnosi. Wszystkie spiski, które się nie powiodły, zostawiają tylko kraj bardziej na działanie nieprzyjaciół otwarty. Nie tak usiłowania pracowicie narodowe; te go niesłychaną siłą oporu obdarzają.

** Poeci nasi nie mają wstrzemięźliwości i ciągle bólów ojczyzny jako środka używają. Ile razy dotkną się tej struny, czują, jak drga i jęczy; uderzają też w nią bez przestanku. Jest to w wielkiej części świętokradztwem. Nie każdemu wolno kłaść dłonie na rany ojczyzny. Pobożność, głębokie przejęcie, zapomnienie o sobie są tu koniecznymi warunkami. Powtarzamy: ci, co spokojnie obliczają efekt i wiedzą, jakie poruszą uczucia, ciężki grzech popełniają. Zresztą, co dzień ponawiane złorzeczenia, co dzień roztaczane okropności ileż to już uroku najrzeczywistszym boleściom odjęły?

* Smutna to rzecz a jednak prawdziwa, że nieprzyjaciołom ojczyzny naszej ułatwiły zadanie z jednej strony lekkomyślna niedbałość znacznej liczby obywateli, z drugiej – propaganda polska.

** Nas to wszystko bardzo dotyka. I tak, żywo uczuliśmy całą rozciągłość złego, widząc, jak polskie pisemka dla ludu włościanom, nieznającym zgoła tylu zasłużonych Polaków, jęły o Waldecku i o innych wielkościach opozycji pruskiej rozpowiadać. W Prusach Zachodnich pisemka polskie, które taką niewiadomość rzeczy ojczystych wielokroć pokazały, pełne były namiętnej polemiki niemieckiej.

Raz się przeświadczmy jasno i dokładnie, że wynarodowienie wszelkimi drogami przyjść może.

Żeby myśl naszą w tym względzie jak najdobitniej oznaczyć, sięgniemy najwyższych, najszanowniejszych rzeczy.

Niezawodnie szanujemy objawy życia katolickiego u obcych. Co więcej, mniemamy, że jeżeli gdzie, to w rzeczach katolickich, tam gdzie wszystko nosi na sobie cechę powszechności, wszystko od jednej wspólnej władzy zależy, naturalnym jest porozumienie się, zbratanie jednych krajów z drugimi. Wszelako oświadczamy przekonanie, że my Polacy powinniśmy i tu ostrożność zachować. Teraz na przykład istnieją w Niemczech pełne gorliwości i świętości bractwa świętego Bonifacego i świętego Piusa. Mimo iż uznajemy zasługi obydwu, nie przyłożylibyśmy ręki do wprowadzenia ich do Polski. I te uczucia nasze nie sprzeciwiają się tradycji kościelnej. Kościół uznaje odrębności narodowe, nie gniewa on się wcale, że pewne instytucje katolickie, wyłącznie narodowym odpowiadające potrzebom, w narodowych zostają granicach.

* Nie zapomnieliśmy żadnej błędnej myśli, żadnego niebezpiecznego pojęcia, przez autora Irydiona,Trzech Myśli i Psalmów [Przyszłości] (przed rokiem 1846, epoką, w której jasno wśród klęsk krajowych przejrzał) narodowi podanych. Prawda, prorokował on równie jak Mickiewicz, prawda, wołał także:

Z krwi i błota dawny świat,

My do innych dążymy lat.

Wszelako ta jest w położeniu dwóch poetów różnica, że Polska u jednego, wśród wzniosłych i cudnie pięknych rzeczy, zrozumiała najlepiej to, co się tam szkodliwego wkradło, kiedy od drugiego przyjęła nie zatrute kwiaty fantazji, ale dojrzałe owoce cnotliwego natchnienia.

Młodszy poeta przyczynił się do wprowadzenia na rozdroża złej maniery kilku pisarzy krajowych, to przyznajemy. W masy on jednak żadnej złej idei nie wszczepił.



[1] Jan Paweł Woronicz (1757-1829), poeta i kaznodzieja; absolwent prawa w Akademii Wileńskiej; 1770-1773 w zakonie jezuitów; od 1808 członek Rady Stanu oraz Towarzystwa Przyjaciół Nauk (TPN); 1815 został biskupem krakowskim, 1828 arcybiskupem warszawskim i prymasem Królestwa Polskiego. Jego poezja pozostawała pod wpływem sentymentalizmu i klasycyzmu, odwołując się do dziejów Polski i jej mitycznej przeszłości. Głosił prowidencjonalizm – pogląd, że losami narodów kieruje bezpośrednio Opatrzność i że Polacy zasłużyli na swój los, który mogą odwrócić przez pokutę i odwołanie się do miłosierdzia Bożego.

[2] Julian Ursyn Niemcewicz (1787-1841), pisarz, poeta, polityk i generał; był adiutantem ks. A. Czartoryskiego oraz naczelnika powstania T. Kościuszki; jako polityk zasłynął w trakcie Sejmu Wielkiego; ranny w bitwie maciejowickiej, dostał się do niewoli rosyjskiej, po półtorarocznym pobycie w więzieniu wyjechał do USA, gdzie przebywał do 1802. W życie polityczne zaangażował się ponownie w czasach Księstwa Warszawskiego; po upadku powstania listopadowego przebywał na emigracji w Paryżu. Autor m.in. dzieł: Powrót posła, Podróże historyczne na ziemiach polskich Dzieje panowania Zygmunta III.

[3] Tadeusz Czacki (1765-1813), działacz oświatowy i gospodarczy, pedagog, historyk, bibliofil, numizmatyk; członek Komisji Edukacji Narodowej, współtwórca Konstytucji 3 Maja, współzałożyciel warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, twórca Biblioteki Poryckiej i Liceum Krzemienieckiego.

[4] Napoleon I (Napoleon Bonaparte, 1769-1821), w latach 1804-1814 (1815) cesarz Francuzów, 1805-1814 król Włoch. Zwycięzca w wielu bitwach i kampaniach przeciwko kolejnym koalicjom państw europejskich, reorganizator aparatu państwowego we Francji i prawodawca.

[5] Adam Mickiewicz (1798-1855), polski poeta, publicysta. Uważany za największego pisarza polskiego okresu romantyzmu, jednego z tzw. trzech wieszczów. Autor m.in. dzieł: DziadyKonrad WallenrodPan Tadeusz.

[6] James Fenimore Cooper (1789-1851), powieściopisarz amerykański, autor znanych powieści przygodowych i awanturniczych, m.in. Szpieg (1821), Pilot (1823), Pionierzy (1824).

[7] Kazimierz Brodziński (1791-1835), polski poeta, historyk i teoretyk literatury, publicysta, tłumacz, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. W sporze klasyków z romantykami zajął stanowisko kompromisowe (w rozprawie O klasyczności i romantyczności tudzież o duchu poezji polskiej, 1818), odgrywał dużą rolę w ówczesnym życiu literackim. Idealizował przeszłość w duchu sielankowo-rycerskiego patriotyzmu. Po wybuchu powstania listopadowego zwolennik mesjanizmu (m.in. Mowa o narodowości Polaków, 1831).

[8] Stefan Witwicki (1801-1847), poeta, publicysta; od 1822 w Warszawie; zwolennik romantyzmu i przyjaciel czołowych jego twórców, zwłaszcza A. Mickiewicza. 1832 wyemigrował do Francji, współzałożyciel bractwa religijnego o nazwie Towarzystwo Braci Zjednoczonych w Paryżu.

[9] Józef Bohdan Zaleski (1802-1886), poeta; w 1821 należał do Związku Wolnych Polaków, tajnej organizacji patriotycznej; w okresie powstania listopadowego poseł na sejm; po upadku powstania przedostał się przez Galicję do Francji i pozostał tam na emigracji. Należał wraz z A. Mickiewiczem do założycieli Towarzystwa Braci Zjednoczonych. Związany z sentymentalizmem i romantyzmem, a także z tzw. ukraińską szkołą poetycką, wywodzącą się z Kresów Wschodnich.

[10] Ks. Hieronim Kajsiewicz (1812-1873), współzałożyciel Zmartwychwstańców i generał zakonu, jedna z charyzmatycznych postaci XIX wieku, wybitny kaznodzieja, pisarz religijny i poeta, współzałożyciel zgromadzenia niepokalanek. Czuł się dobrze w roli przede wszystkim duszpasterza, inicjatora różnych dzieł apostolskich. Wraz z ks. P. Semenenką CR stworzyli podstawy pod filozofię i teologię narodu.

[11] Chodzi o Antoniego Malczewskiego (1793-1826), polskiego pisarza i podróżnika. Malczewski jest autorem zaledwie jednej książki, powieści poetyckiej Maria, uznanej zarazem za jedno z najwybitniejszych utworów polskiego romantyzmu.

[12] Stanisław August Poniatowski (1732-1798), ostatni król Polski (1764-1795), mecenas sztuki i kultury, przystąpił do konfederacji targowickiej, abdykował po III rozbiorze

[13] Ignacy Krasicki (1735-1801), polski poeta, prozaik, dramatopisarz, publicysta, zwolennik klasycyzmu i racjonalizmu, uważany za najwybitniejszego pisarza polskiego oświecenia. Do jego najważniejszych utworów należą m.in.: poemat heroikomiczny Myszeis (1775), powieść satyryczno-utopijna Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki (1776), Monachomachia, czyli Wojna mnichów (1778), a także głośne patriotyczne utwory: Hymn do miłości ojczyzny (1774) i Pieśń na dzień 3 maja 1792 oraz liczne bajki.

Najnowsze artykuły

Gdzieś na antypodach czy jednak znacznie bliżej? (wywiad)

Rafał Habielski

Data dodania: 2017-06-26

O duchu rewolucyjnym. Wybór pism.

Hieronim Kajsiewicz

Data dodania: 2017-06-08