Artykuł
Wątki liberalne w literaturze polskiej drugiej połowy XIX wieku
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

[w:] Narody i historia, red. Arkady Rzegocki, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2000.

 

 

W większości publikacji dotyczących liberalizmu polskiego ich autorzy zwracają uwagę na niedorozwój tegoż nurtu polskiej myśli politycznej, co częstokroć wynika z nad wyraz pobieżnej analizy tego zjawiska. Gdyby przyjąć kryteria i wyznaczniki właściwe liberalizmowi zachodnioeuropejskiego istotnie spotkanie z polskim liberalizmem musi wieść do rozczarowania i nostalgii. Aby nie być gołosłownym, proszę spróbować przeanalizować polski liberalizm przez pryzmat umowy społecznej. I cóż? Okaże się polscy myśliciele okazują się całkowicie tę kwestię w swej refleksji pomijać, a nawet tak jak w wypadku liberałów galicyjskich, przyjmować wobec umowy stanowisko negatywne i zdecydowanie krytyczne. Czy zatem w historii polskich doktryn brak miejsca dla „liberalizmu integralnego”?

Refleksja nad liberalizmem, a zwłaszcza o liberalizmem polskim musi zawierać, o czym częstokroć się zapomina, badanie kontekstów poza politycznych wśród których szczególne miejsce zajmuje literatura. Sprowadzenie liberalizmu wyłącznie do kwestii politycznych i ekonomicznych (leseferyzmu) musi prowadzić do zubożenia namysłu nad tym problemem, a w efekcie do niemożności stanu współczesnego liberalizmu oraz tak zwanej liberalnej demokracji. W swym referacie będę starał się wykazać bliskie związki literatury z myślą polityczną, a zwłaszcza zaznaczyć wspólne uwarunkowania dla powieści i doktryn tworzonych w dwóch różnych klimatach politycznych i intelektualnych. Klimacie Galicji i Kongresówki.

* * *

Wpływ romantyzmu na polską myśl liberalną drugiej połowy dziewiętnastego wieku jest trudny do przecenienia. Zwłaszcza jeśli swój wzrok zwrócimy ku Królestwu Galicji i Lodomerii, ku tworzącym tu i działającym demoliberałom, w ich to właśnie szeregach szczególnym mirem cieszył się Juliusz Słowacki. Jego twórczość była w okresie po powstaniu styczniowym miernikiem radykalizmu - bardziej umiarkowani preferowali A. Mickiewicza, konserwatyści zaś zapatrzeni byli w Nieboską komedię Z. Krasińskiego. Kim byli miłośnicy Słowackiego, a zarazem liberałowie?

Za moment właściwego ukształtowania się ugrupowanie liberalnego uważa się założenie w 1882 w Krakowie dziennika "Reforma". Jesienią 1882 zmienił on nazwę na "Nowa Reforma". Wśród bliskich współpracowników Romanowicza i założycieli "Nowej Reformy" wymienić należy: Mieczysława Pawlikowskiego, Adama Asnyka, Michała Konopińskiego. Wspólne wydawanie dziennika pozwoliło na polaryzację poglądów grona redakcyjnego i skupianie wokół niego coraz to większej grupy zwolenników politycznych. W ciągu następnych lat w orbitę wpływów „Nowej Reformy” i Tadeusza Romanowicza wejdą tacy politycy jak: Ferdynand Weigel, Tadeusz Rutowski, Stanisław Szczepanowski, Otto Hausner, Ludwik Wolski, Jan Rotter, Teofil Merunowicz, August Sokołowski, dr Karol Lewakowski, Vaihinger, Konstanty Srokowski, Adam Doboszyński. Warto wspomnieć również o członkach i współpracownikach redakcji wśród, których odnaleźć możemy nazwiska min: Gabrieli Zapolskiej, Piotra Chmielowski, Adama Grzymały - Siedleckiego. W bliskich kontaktach z „Nową Reformą” byli także Michał Bałucki i Stanisław Wyspiański (kandydował w wyborach do Rady Krakowa z listy demokratycznej).

Dla liberałów wartościami nadrzędnymi były: wolność jednostki-obywatela oraz wolność narodu. Cały gmach doktryny ekonomicznej i politycznej został wzniesiony na tym właśnie fundamencie. Wolność narodu była to wartość, dla której wielu z grona skupionego wokół „Nowej Reformy” poświęciło dużą część życia biorąc udział w powstaniu styczniowym, odsiadując wieloletnie wyroki w więzieniach austriackich i rosyjskich, spędzając długie lata na zsyłce w głębi Syberii. Dla tej kategorii ludzi, która nie była w stanie, mimo wielu cierpień, wyrzec się swych młodzieńczych ideałów, propagowanie przez stańczyków haseł z Teki było policzkiem wymierzonym nie tylko im samym, ale wielu bezimiennym poległym w powstaniach narodowych. Nie można było uznać utraty niepodległości jako wyniku grzechu anarchii - bo jak pisał A. Sokołowski, Polska upadła wtedy, gdy zaczynała stawać się silną. Trudno było również liberałom uwierzyć w tezę wskazującą na Opatrzność jako czynnik sprawczy rozbiorów.

Historiozofię stańczyków interpretowali jako parawan dla szerzenia konformizmu i lojalizmu wobec zaborców. Jako próbę udzielenia sobie publicznego rozgrzeszenia z bliskiej współpracy z rządem austriackim, z czerpania wysokich dywidend z zajmowanych stanowisk.

Celem zasadniczym dla liberałów było odzyskanie niepodległości państwowej i ta teza miała być dla nich fundamentalną. Niepodległość była, wg liberałów celem, do którego zawsze należy dążyć i zawsze się do niego przyznawać, choćby nas najrozsądniej na pozór wyglądającymi doktrynami próbowano odwieść od tego... Owszem, dyskusji mogły podlegać środki prowadzące do niej. Nie wykluczali drogi walki zbrojnej, uznawali jednak za najbardziej właściwą w swych czasach drogę pokojową – wymuszanie na zaborcy drogą presji i nacisków coraz szerszej autonomii i niezależności politycznej.

Nie do pomyślenia w ich mniemaniu było kultywowanie tradycji narodowych z zanegowaniem możliwości odzyskania niepodległości i trwałego wiązania się z dworem habsburskim. Naród, według nich, o tyle jest narodem, o ile w jego świadomości istnieje i żywą jest idea niepodległości - bez tego naród traci swą odrębność, zatraca się w obcym dla niego żywiole narodowym.

Wolność narodu była, wg liberałów, najlepszą rękojmią wolności jednostkowej, bo tylko wtedy rozwój obywatela nie mógł napotykać na sztuczne bariery tworzone przez obcego prawodawcę, częstokroć nie rozumiejącego mentalności narodowej. Tylko wtedy rozwój ekonomiczny narodu nie jest podporządkowany celom leżącym poza nim samym, a doskonalenie duchowe nie jest narażone na prądy „kosmopolityczne”[1].

Jednym z promotorów idei skupienia „sił postępu” był Sewer Maciejowski[2]. Działał w tym kierunku nie tylko na niwie organizacyjnej lecz również publicystycznej i literackiej. Jego powieści miały w istocie rzeczy pełnić rolę inspirującą – kreślił w nich sylwetki postaci mających spełnić rolę wzorców osobowych dla przyszłych działaczy społecznych i politycznych. Jedną z powieści, w której Sewer w sposób jasny i klarowny opisał postać „szczerego demokraty” i liberała były Słowa a czyny. Sewer rozpoczął pisać te powieść w 1887 r., a opublikowana została w 1889 r. w warszawskim „Bluszczu”.

Głównym bohaterem opowieści Sewera jest Karol Radwan stary szlachcic, lecz młody człowiek, sierota, wychowany w Warszawie przez stryja, po ukończeniu uniwersytetu odziedziczył po nim dobrą wioskę i osiadł, sam nie wiedząc, jak to się stało, w Galicji[3]. W tej tak krótkiej nocie odnaleźć można kilka cennych wskazówek, wśród których na plan pierwszy wysuwa się kwestia szlachectwa. Karol jest po prostu szlachcicem, co w rzeczywistości galicyjskiej nie stanowiło bynajmniej ujmy. Dlaczego o tym wzmiankuję – bowiem jeśli na chwilę przeniesiemy się do Kongresówki, to okaże się w tym samym czasie posiadanie z dziada-pradziada nobilitacji wcale nie ułatwiało postaci jej marszu do powieściowych ról pozytywnych, a zwłaszcza pierwszoplanowych. Wszyscy pamiętamy perypetie Wokulskiego związane z jego dążeniem do awansu: „wylegitymowanie się ze szlachectwa nie było rzeczą trudną. W maju roku zeszłego Wokulski wziął się do tej sprawy, (...), że już w grudniu miał dyplom. Z majątkiem było znacznie trudniej, w tym przecie dopomógł mu los[4]. Dla narracji galicyjskiej sprawą niejako drugorzędną był zarówno dyplom jak i majątek. O wiele cenniejszą kwestią wymagającą rozpatrzenia była analiza bieżących stosunków politycznych niźli śledzenie drogi parweniusza na salony. Owszem w Galicji istniały dwa światy, lecz kryterium podziału nie była nobilitacja ale sposób myślenia i działania.

„Karol Radwan był trzydziestoletnim mężczyzna szczupłej budowy, lecz dobrze wygimnastykowany. (...). Na śniadawej twarzy okolonej złotawym zarostem, widać było nieustanną pracę myśli i walkę namiętności. Bladoniebieskie jego oczy, czoło szerokie, przedzielone na dwie połowy tajemniczą kreską, usta wydatne i prosty duży nos (...), wszystko to przedstawiało dziwną mieszaninę marzycielstwa, zapału i energii. Włosy blond, rozrzucone w artystycznym nieładzie. Lubił mówić i rozprawiać, gdy mu się do tego sposobność nadarzyła[5].

Dla Bolesława Prusa wygląd jego bohatera odgrywał równie istotną rolę, lecz z jakże inną postacią mamy do czynienia. Wokulski do przystojnych, czy pięknych nie należał, wręcz przeciwnie. W ocenie Izabeli Wokulski miał wygląd gbura[6], zaś panny Florentyny elegancki on nie był, ale robił wrażenie, na co Izabela dodaje: „Pnia z czerwonymi rękoma. Posąg tryumfującego gladiatora. (...). Twarz surowa, nawet dzika, (ale piękna)[7]. Jak możemy z łatwością zauważyć tak ważne walory liberała jak sprawność fizyczna (nabyta poprzez trening, bieganie, grę w piłkę) dla środowiska Kongresówki były nieistotne.

Galicyjski liberał przywiązywał wielką wagę do miejsca w którym mieszkał. Dom, umeblowanie całe, otoczenie miały cechę przede wszystkim szyku warszawskiego. Sprzęty, książki, dzienniki... – przypominały żywo Królestwo, Warszawę, nawet Paryż, lecz nic z Wiednia...[8] Dla Prusa ważnym było jak mieszkali, ci którzy otaczali Wokulskiego – sam zaś Wokulski domostwa swego nie posiadał. Jeśli już to miał miejsce, w którym mógł przenocować.

Obydwaj bohaterowie tak Radwan, jak i Wokulski nie mogli uznać się za ludzi szczęśliwych. Jednakowoż jakże diametralnie różnymi były powody. Sewer ustami Radwana stwierdzał: >>Nie było szczęścia w domu, bo nie było w ojczyźnie<< (A. Mickiewicz, Konrad Wallenrod) tłumaczy mnie stary wajedolta... Lecz u nas w Galicji mówi się i myśli się o zwężonej ojczyźnie, zaściankowej, drzemiącej pod płaszczem Habsburgów. Gdyby się przynajmniej tuczyła. Lecz drzemie biedaczka na głodno i chłodno[9]. Wokulski zaś był istotą nieszczęśliwie zakochany. Szukał ucieczki, a to na dalekich Bałkanach, a to snując plany związane z ewentualnym oddaniem się karierze naukowo-badawczej.

Istotne w objaśnieniu postaw dwóch bohaterów jest rodzaj lektury jaką się otaczali. Kontakt Wokulskiego z literaturą praktycznie rzecz biorąc nie wykroczył poza lekturę szkolną (gimnazjalną)[10]. Domyślać się jedynie możemy, że wieku dojrzałym sięgał po literaturę naukową na co wskazywała bliska współpraca doktorem Schumanem. Poddany C.K. Austro-Węgier chętniej sięgał po książkę i jak się wydaje czynił to na co dzień. Na jego biurku leżały: „ „Prawda” obok „Przeglądu Tygodniowego”, „Ateneum” obok „Kuriera Lwowskiego”, ilustracje warszawskie i gazety rolnicze. Francuska literatura reprezentowana przez Zolę, Maupassanta, polska przez Orzeszkową, Jeża, Prusa.... świat zupełnie nieznany Adamowi (arystokracie)”[11]. W Galicji arystokrata mógł nie czytać, natomiast w Kongresówce repertuar Radwana wyczerpywany był zainteresowaniami Izabeli Łęckiej, która siedząc w swym gabinecie czytała min. najnowszą powieść Zoli Une page d'amour, u której na stoliku leżał Szekspir, Dante, album europejskich znakomitości, tudzież kilka pism[12]. Człowiek postępu w Galicji sięgał po literaturę symbolizującą w Kongresówce warstwę arystokracji. Dla człowieka postępu w Kongresówce wyznacznikiem była lektura z zakresu nauk ścisłych w tym również socjologii w wydaniu Darwina oraz historii w interpretacji T. Buckle'a. Zatem dobór lektury był wynikiem jej utylitarnej warstwy.

Tym bardziej musi zastanawiać, że Wokulski tak mocno tkwiący w klimacie nauk pozytywnych motywowany był w swych działaniach nieszczęśliwą miłością. Natomiast ten, który zaczytywał się najnowszej literaturze europejskiej sprawy prywatne traktował jako całkowicie drugorzędne. Dla Radwana bowiem czynnikiem generującym jego działalność były jego prywatne ambicje. Jak stwierdzał: „bez tej przyprawy nic, albo bardzo mało dzieje się rzeczy na świecie. Gdyby, przepraszam, pański ojciec [tu zwrócił się do majętnego arystokraty Adama - przyp. W.B.] nie miał ambicji, pan nie byłbyś dziedzicem milionowego majątku. Co do mnie, dziękuję Bogu że ją mam. Gdybym nie miał, niezawodnie zostałbym niedołęgą, mazgajem, może półidiotą[13]. Dla Wokulskiego prywatne ambicje to pozyskać sobie przychylność ukochanej kobiety, a w chwilach słabości wynikających z odtrącenia udzielenia wsparcia przypadkowo napotkanym osobom, wśród których odnaleźć możemy ludzi ubogich, ale niekiedy również szalonych swym geniuszem.

Dla Radwana realizować swe ambicje oznaczało rzucenie się w wir działalności gospodarczej i społecznej. „Moim obowiązkiem – jak mówił – jest podnosić kulturę i bogactwo kraju....W czynnościach naszych myśl o obowiązku i kraju uszlachetnia nas. Największy egoista, robiąc wszystko li tylko dla siebie, mimo to częścią, czasem połową, dzieli się z krajem i społeczeństwem, a nie ma tej przyjemności, jaką daje właśnie owa świadomość[14]. Proste codzienne indywidualne czynności miały wedle niego proste przełożenie na dobrobyt ogółu, czy tego chcemy, czy nie pozostawiamy po sobie trwały ślad. Oczywiście ideałem byłoby, gdyby wszyscy, tak jak on rozumieli poczucie obowiązku. On bowiem posiadał odziedziczony „kawał ziemi jeszcze nie podniesiony do tego stopnia w kulturze, aby można było odpoczywać. Na dowód błota, które powinny i muszą być zmienione w łąki[15]. A zatem praca. Jakże odmiennie traktuje sprawę codziennej krzątaniny Wokulski. Nad wyraz zaskakującym jest jego stosunek do szarej pracy kupca, szczególnie widać to w porównaniu dzieła którego on dokonał (handlując bronią zdobył wieli kapitał) z pracą kilku pokoleń Minclów: „Sam jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej, aniżeli dwa pokolenia Minclów przez pół wieku. (...). Wolę obawiać się bankructwa i śmierci, aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol, albo padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrywać się waterklozety[16]. Mimo tak negatywnego stosunku do bogacenia się (który jest mimo wszystko może zaskakiwać bo raczej bliższe powinno być arystokracji rodowej) Wokulski na co dzień jest mimo wszystko człowiekiem biznesu. Ma wiele wątpliwości, poszukuje nowych dróg – jednakowoż ciągle trudni się kupiectwem.

W psychice warszawskiego pozytywisty tkwiło silne uprzedzenie wobec szlachty polskiej, która dlań stanowił nic innego, jak warstwę pasożytniczą. Wśród jego paryskich refleksji pojawia się i taka myśl: „Szczególny kraj, w którym od tak dawna mieszkają obok siebie dwa całkiem różne narody: arystokracja i pospólstwo. Jeden mówi, że jest szlachetną rośliną, która ma prawo ssać glinę i mierzwę, a ten drugi albo przytakuje dzikim pretensjom, albo nie ma siły zaprotestować przeciw krzywdzie. (...) Tak silnie wierzono w powagę rodu, że nawet synowie rzemieślników i handlarzy albo kupowali herby, albo podszywali się pod jakieś zubożałe rody szlacheckie. (...) nawet ja, głupiec, wydałem kilkaset rubli na kupno szlacheckiego patentu...[17]

Odmiennie na problematykę stratyfikacji społeczeństwa spogląda Karol, dla którego „sprzeczności zwykle wzajemnie się dopełniają, składając się na jaką taką całość. Tam gdzie nie ma sprzeczności, nie ma kontrastu, nie ma światła i cieni... A harmonia??? Jestem zwolennikiem muzyki przyszłości. Pozorne sprzeczności, zlewając się razem, dają prawdziwą harmonię[18]. Radwan analizując funkcjonowanie społeczeństwa przez pryzmat jego struktury chce widzieć nie pojedyncze osoby, czy wzajemnie zwalczające się warstwy społeczne, lecz wspólnotę-zbiorowość w obrębie której każda grupa społeczna ma ważną do spełnienia funkcję. System stanowy jest dla niego tą strukturą, która w końcu wieku XIX ulega poważnej transformacji. Generalne funkcje pojedynczych ludzi nie są wedle niego wynikiem przynależności „klasowej” lecz są generowane przymiotami osobistymi.

Radwan jest optymistą aczkolwiek z Wokulskim wydaje się go łączyć ogólna refleksja nad wiekiem XIX. „Alboż ja wiem? Tam gdzie lecą ludzie, ludzkość, ziemia, świat cały – w nieskończoność. Osobiście zaś lecę w dwudziesty wiek. Dziewiętnasty dusi mnie, dławi, zabija... Jest to wiek Bismarcka i stańczyków, lokai i żołnierzy, konwenansu i zużytych komunałów, rycerzy zbawienia i rycerzy pracy, hipokryzji i gwałtu[19].

Optymizm Radwana bierze się zapewne całkowicie odmiennych warunków politycznych panujących w Galicji. System konstytucyjny zaprowadzony w roku 1867 gwarantował autonomie prowincji polskiej w ramach dualistycznej monarchii Austro-Węgierskiej. Funkcjonowanie Sejmu Krajowego musiało wieść do wykształcenia się ugrupowań politycznych o charakterze parlamentarnym, a te z kolei w końcu wieku XIX były w stanie prezentować w sposób nad wyraz precyzyjny konkretne programy polityczne. Nie dziwi zatem fakt, iż dla Radwana metodą w której upatruje naprawy panujących stosunków krajowych jest wizja, w której: „Dwa stronnictwa staną otwarcie przeciw sobie, wyrodzi się walka, a z niej wytworzy się postęp. Dawniej walka z niedołęstwem, tak wspaniale udrapowanym, była prawie niepodbieństwem. Spaliśmy wszyscy. Nie ma niezdrowszej okolicy, nad stojące wody wśród pogodnego dnia, upału i promieni słońca. Walka organizuje siły, zdobywa wiedzę swej działalności, odnajduje cel. Nareszcie wszystko jest lepsze od stojącej wody, zmieniającej żyzny grunt w bagno[20].

Na nędzę i ubóstwo Wokulski widział jedną receptę: „A jest przecie proste lekarstwo: praca obowiązkowa - słusznie wynagradzana. Ona jedna może wzmocnić lepsze indywidua, a bez krzyku wytępić złe”.... Na jaki sposób miało się dokonać Wokulski niestety nie odpowiada zbyt precyzyjnie. Proponuje jedynie, że jest to „dość po obywatelsku dostarczyć konsumentom tańszego towaru i złamać monopol fabrykantów, którzy zresztą tyle mają z nami wspólnego, że wyzyskują naszych konsumentów i robotników[21].

Tym bardziej w takim kontekście musi zadziwiać, że Wokulski za swymi pozytywistycznymi patronami wypowiada słowa, które szczególnie poraziły romantyka Rzeckiego: „Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat stałby się domem inwalidów, co dopiero byłoby niesprawiedliwością[22].

Radwan jest optymistą bowiem może liczyć na wsparcie ze strony swych przyjaciół i sympatyków, bowiem „ludzie otaczający go mają wielki jeden przymiot: gorącą wiarę w zasady, które głoszą i za które zawsze i wszędzie walczyć potrafią[23].

Wokulski nie ma przyjaciół, poza może matkującym mu Rzeckim. Wśród grona ludzi akceptujących jego działania społeczne odnajdujemy z kolei tych, którymi on wyraźnie pogardza [sprawa powołania spółki firmowanej przez arystokratów, lecz zawiadywanej przez Wokulskiego].

Z kolei dla Radwana układy z arystokracją są nie tylko możliwe ale konieczne.

„Łączę się ze stańczykami dla oczyszczenia atmosfery, dla przywrócenia normalnego stanu... Do walki staną dwa obozy. Stosunki się unormują, czyż dziś można mówić o jakiejkolwiek pracy wobec powagi, popularności obywatelskich zasług i „kochajmy się”. Należy się zbudzić, choćby burzą i piorunami[24].

Zasadniczą, jak się wydaje, różnicą pomiędzy pozytywistą Radwanem, a Wokulskim jest kościec ideowy. Radwan mimo, że uznawany przez część środowisk konserwatywnych za kosmopolitę, bezwyznaniowca i przyjaciela Żydów był w istocie rzeczy człowiekiem głęboko zakorzenionym w tradycji narodowej, przyznającym się od katolicyzmu. Wbrew ówczesnej tradycji zachodnioeuropejskiej naród/lud był dlań wspólnotą powstałą w mrokach historii. Posiadany przez Radwana skonkretyzowany system wartości pozwalał mu każdorazowo dokonywać wyborów z żelazną konsekwencją.

Zmienność Wokulskiego to zachowanie chorągiewki na zmiennym wietrze wobec pewnych wskazań żyrokompasu Radwana. Charakterystycznym w tym względzie jest ambiwalentny stosunek Wokulskiego do Kościoła. Do kościoła chodził rzadko. Był raz na ślubie, a potem na pogrzebie swej żony. Spoglądając na gmach kościoła myślał: „Co to jest za ogromny gmach, który zamiast kominów ma wieże, w którym nikt nie mieszka, tylko śpią prochy dawno zmarłych? Na co ta strata miejsca i murów, komu dniem i nocą pali się światło, w jakim celu schodzą się tłumy ludzi?[25] Pytania stawiane przez Wokulskiego były stawiane w duchu filozofii pozytywistycznej. Odpowiedzi brzmiały równie jednoznacznie. Religia była tworem zezwalającym na łatwiejsze znoszenie nędzy i cierpienia. Zatem wzgląd czysto utylitarny. W duchu pozytywistycznym zawierała się także jego refleksja nad miejscem minionych pokoleń w życiu teraźniejszym – „nigdy nie przychodziło mu do głowy, ażeby zmarli potrzebowali czegoś więcej nad grudę ziemi[26].

* * *

Czy stosunek Wokulskiego pozytywisty jest szczególnym przypadkiem dla środowisk pozytywistów warszawskich. W mojej opinii jest odzwierciedleniem ogólnego klimatu tegoż zaboru – zwłaszcza jeśli za wyznacznik myśli liberalnej końca XIX wieku tej części ziem polskich przyjąć myśl społeczną i polityczną Aleksandra Świętochowskiego.

Aleksander Świętochowski (1849 - 1938) filozof, publicysta, polityk, działacz społeczny, uznawany jest za najwybitniejszego przedstawiciela pozytywizmu polskiego. Był człowiekiem niepospolitym, podobnie jak jego twórczość z zakresu myśli politycznej, którą bardzo trudno zakwalifikować, czy przyporządkować jednemu tylko nurtowi politycznemu. Sam z resztą miał z tym problemy, zastanawiając się jak określić nurt, który reprezentował wraz ze swymi współpracownikami - pisał Albo ja wiem, jak ich właściwie nazwać: postępowcy, pozytywiści, liberałowie.

Najbardziej charakterystycznym rysem filozofii Świętochowskiego była idea wolności słowa, rozumiana jako swoboda głoszenia swych poglądów naukowych i politycznych. Był w tej mierze wiernym uczniem i naśladowcą J. S. Milla - Gdyby nawet 9 999 999 ludzi powzięło jakąś jednomyślną uchwałę, która by się sprzeciwiała tylko jednemu mojemu przekonaniu, nie narzucając go nikomu, nie wahałbym się jednocześnie we własnym imieniu przeciwko niej zaprotestować[27].

Moc, z jaką Świętochowski, wielokrotnie podkreślał znaczenie wolności słowa, nie wynikała tylko z faktu istnienia cenzury rosyjskiej – tę można było pokonać. O wiele poważniejsze zagrożenia dla wolności słowa widział Świętochowski w samych Polakach, w ich elitach intelektualnych i opacznie przez nie rozumianej „tradycji”. Tradycji hamującej postęp. Walczył z pojmowaniem historii narodu polskiego jako tabu. Dla niego historia była ciągiem wydarzeń, które należy szczegółowo badać, odrzucając wszelkie emocje sprowadzające badacza na manowce.

Proponując chłodną ocenę faktów historycznych, nie negował potrzeby krzewienia uczuć patriotycznych, ale nie uważał za stosowne rozbudzanie ich ponad miarę, ponieważ mogło to grozić wybuchem powstania. Krytykował konserwatystów za zbyt głęboki tradycjonalizm. Proponował zajęcie stanowiska pośredniego, bo jak pisał Pieszczoty z tradycją, o ile nie zdradzają nadmiaru czułostkowości, są zapewne bardzo pięknym przywiązaniem rodzinnym (...) ale nie dość odwiedzać cmentarze i święcić wieczne Zaduszki, trzeba nadto spłacać długi życia, ryć pługiem zapuszczone odłogi, uprawiać na nowo zaorane pole...[28] Należało odrzucić zbędny balast, aby móc rywalizować z innymi narodami.

Obok wolności słowa drugie niejako miejsce w systemie Świętochowskiego, zajmowała wolność wyznania. Był konsekwentnym głosicielem tej idei w efekcie czego zyskał sobie miano nie tylko liberała, ale i libertyna (takim mianem ochrzciła go prasa konserwatywna). Stosunek Świętochowskiego wobec Kościoła i kleru wyznaczany był przez jego głęboki agnostycyzm. Zwolennikowi filozofii Woltera trudno było zaakceptować antyliberalizm Kościoła katolickiego, wspieranie systemów ustrojowych, które były zaprzeczeniem idei francuskiej Deklaracji praw człowieka Świętochowski uznawał Kościół za naturalnego i jednego z głównych przeciwników postępu.

Ważną cechą wiążącą Świętochowskiego z XIX liberalizmem była jego koncepcja etyki, którą oparł na przemyśleniach J.S. Milla, H. Spencera i A. Comta. Tak jak oni, uznawał normy moralne za wytwór życia społecznego człowieka. Prawa moralne powstają z utrwalonych norm społecznie zjednoczonej i uporządkowanej ludzkiej woli. Ich rodowód (...) przedstawia się w szeregu następujących przemian: z popędów woli rodzą się czyny, z czynów ich normy (obyczaje), z norm ich formuły - moralne prawa[29]. Na moralność składają się dwa typy norm – zakazy i nakazy, nakazy Świętochowski wywodził z instynktów tj. z dążności do zaspokojenia potrzeb, a także realizacji interesów partykularnych wykraczających poza potrzeby fizjologiczne. Jeśli zaś chodzi o zakazy, to były one wynikiem doświadczenia jednostki, jakiego człowiek doznawał w momencie starcia się jej interesów z preferencjami społeczności, która górowała nad innymi podmiotami posiadaniem środków przymusu. Ten rodzaj doświadczenia dostarczał osobnikowi najpełniejszej wiedzy na temat granic wolności. W efekcie - zestrychowanie, ubezwłasnowolnienie i w całkowanie jednostek w mocno zwarte grupy musiało,(...), pociągnąć za sobą zanik oryginalnych indywidualności, o ile one objawić się mogły[30].

Dla Świętochowskiego etyka indywidualna jest tworem czasów „najnowszych”, jest skutkiem wiekowego oddziaływania na kulturę europejską idei liberalnych. Dzięki nim jednostka stała się „odrębnym tworem”, a kiedy to się stało, musiała również posiąść swój własny kodeks – bo tylko dzięki niemu mogła stać się autonomiczną pod względem moralnym. Świętochowski w tej mierze całkowicie zgadzał się z Westermarck'iem – Moje sądy moralne są moimi własnymi sądami; wypływają one z mojej świadomości moralnej, orzekają o postępowaniu innych ludzi nie z ich punktu widzenia, lecz z mojego, nie w odniesieniu do ich mniemań o słuszności i niesłuszności, lecz w odniesieniu do moich. (...). Nie mamy żadnego powodu skarżyć się na to, że są ludzie, którzy buntują się przeciwko ustalonym prawom moralności; raczej żałować należy, że tych buntowników jest tak mało i że skutkiem tego stare reguły zmieniają się tak wolno[31].

Dzięki takiemu pojmowaniu moralności, człowiek jest nieporównanie mniej duchowo „zmechanizowany”, przestaje być wyłącznie częścią i zamienia się w suwerenną całość. Bunt, zachowania nonkonformistyczne, czyny fizyczne i intelektualne nie mieszczące się w zastanym systemie wartości, wykraczające poza dotychczasowy stan wiedzy – taki typ i tylko taki typ zachowania może zrodzić postęp. Postęp wiodący całe społeczeństwa do wyższego stanu rozwoju.

Wskazanie na społeczne i historyczne pochodzenie norm moralnych, odrzucenie istnienia moralności ponadczasowej, było jednocześnie zanegowaniem uprawnienia (legitymacji) Kościoła jako głównego czynnika inspirującego twórców prawa pozytywnego. Religia, jako steoretyzowana fikcja, sama przez się nie zawiera źródeł moralności, które kryją się wyłącznie w życiu, ale jest jednym z najbardziej utrwalających ją środków. Skoro powstanie i wytrzyma próbę praktyczną jakiś nakaz lub zakaz, wchodzi w skład przykazań boskich i tradycji świętych, staje się dogmatem[32].

* * *

Myśl społeczna i polityczna Świętochowskiego znajduje swoje tło w atmosferze powieści B. Prusa. Podobne ujmowanie i nad wyraz krytyczne stanowisko wobec zastanego systemu wartości, a w konsekwencji wkroczenie na drogę „nowoczesnego sposobu” rozumienia etyki; jednoznaczny stosunek do religii i Kościoła. Wszystko to było przeniesieniem „nowinek” zachodnioeuropejskich na grunt polityczny nie pozwalający na ich bezpośrednią praktykę. Równość, wolność słowa stały się paradoksalnie narzędziem walki nie z zaborcą lecz z tradycyjnymi polskimi wspólnotami – szlachtą i Kościołem, były wreszcie instrumentem zdyskontowania „tradycji romantycznej”.

Z odmienną sytuacją mieliśmy do czynienia w Galicji, gdzie romantyk Słowacki cieszył się wielkim mirem, gdzie tak politycy liberalni, jak i powieściopisarze z taką samą swadą wyśmiewali wady mieszczaństwa, co szlachty. To właśnie w Galicji odnaleziono sposób pogodzenia bycia katolikiem, „szczerym demokratom” i liberałem jednocześnie. W uprawianej, a nie wyabstrahowanej polityce liczono się z realiami. To one dyktowały odpowiedzi na pytania dotyczące prawnych rozstrzygnięć związanych z wolnością i równością. O bliskich związkach literatury ze światem społecznym i politycznym świadczy powieść Sewera p.t.: Nafta („Kurier Warszawski”, 1893), która jest w dużej mierze wierną relacją z życia, działalności i klęski St. Szczepanowskiego.

Reasumując – obok celu wspomnianego we wstępie, a dotyczącego wskazania bliskich powinowactw pomiędzy „fikcją” literacką a myślą polityczną, chciałem w swym referacie zachęcić Szanownych Państwa do sięgnięcia po powieść, opowiadanie – tylko bowiem dzięki takowej lekturze uzupełniającej zrozumienie czasów minionych może być doskonalsze, a ich obraz pełniejszy.

[1] Zob. : W.Bernacki, Jednostka-Naród-Niepodległość. Myśl polityczna demoliberałów galicyjskich, Kraków 1997.

[2] Zob.: A.Grzymała-Siedlecki, Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim, Kraków 1962.

[3] Sewer I.Maciejowski, Słowa a czyny, Kraków 1955, s.92.

[4] B.Prus, Lalka, Kraków 1990, t.1, s.93.

[5] Sewer I.Maciejowski, op.cit., s.95

[6] B.Prus, Lalka,op.cit., t.1, s.67

[7] B.Prus, op.cit., t.1, s.68

[8] Sewer I.Maciejowski, op.cit., s.92

[9] Tamże, s.96

[10] W czasie swego pobytu w Paryżu kupił Poezje A.Mickiewicza, ale wyłącznie ze względu na sentyment – „Na widok wytartych okładek i spłowiałego papieru, cała młodość stanęła przed oczyma”; B.Prus, Lalka, t.2, s.54.

[11] Sewer I.Maciejowski, op.cit., s.93

[12] B.Prus, op.cit., t.1, s.61.

[13] Sewer I.Maciejowski, op.cit., s.97-98

[14] Tamże.

[15] Tamże.

[16] B.Prus, op.cit., t.1, s.37.

[17] B.Prus, op.cit., t.2, s.63.

[18] Sewer I.Maciejowski, op.cit, s.97

[19] Tamże, s.240

[20] Tamże, s.191

[21] B.Prus, op.cit., s.131

[22] Tamże, s.36

[23] Sewer I.Maciejowski, op.cit., s.91

[24] Tamże, s.117

[25] B.Prus, op.cit., t.1, s.113

[26] Tamże, s.137

[27] cyt. za M.Brykalska, A.Świętochowski, Warszawa 1987, t.1, s.293.

[28] cyt. za M.Brykalska, op.cit., t.1, s.287.

[29] cyt. za M.Brykalska, op.cit., t.1, s.159.

[30] A.Świętochowski, Źródła moralności, Warszawa 1912, s.288.

[31] Tamże, s.290.

[32] Tamże, s.281.

Najnowsze artykuły