Artykuł
„Kultura” i „Wiadomości”. Realizm i idealizm
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Rafał Habielski

 

 

Rozważania na temat realizmu (i idealizmu) „Kultury” i „Wiadomości” wypada zacząć od kilku uwag wstępnych. Pisma te różnił, oprócz całego szeregu kwestii natury programowej, ich charakter i społeczna funkcja. W pierwszym wypadku mamy do czynienia z tytułem autorskim, pismem jednego człowieka, instrumentem uprawiania polityki, niezależnym od odbiorcy miesięcznikiem skierowanym zarówno do inteligencji przebywającej poza Polską, jak i w kraju. W drugim, to znaczy „Wiadomości”, z pismem będącym trybuną wypowiedzi emigracji, którego odbiorcą była niemal wyłącznie ona sama; z tygodnikiem, którego redaktor dobrze pamiętał, że między pismem a jego odbiorcą musi panować relacja zwrotna, innymi słowy ma ono, a właściwie musi, tyleż zaspakajać jego oczekiwania, co posiłkować się jego sposobem myślenia.

Z powyższych dywagacji można wysnuć wniosek, że mamy oto do czynienia ze zjawiskami dość podobnymi, osadzonymi w tym samym czasie i miejscu, a jednocześnie bardzo różnymi, niemal nieprzystawalnymi. A zatem, przywołując zasadniczy powód naszych rozważań, nie tylko realizm i idealizm, ale i inne przejawy myślenia prezentowane przez oba pisma muszą być różne, nawet jeśli próbować je nazywać przy pomocy tych samych, bądź podobnie brzmiących terminów.

Zacznijmy od krótkiego wykładu na temat „Kultury”. Była już mowa o tym, że dla Giedroycia jego pismo było instrumentem uprawiania polityki. Funkcję tę wypada uzupełnić przypomnieniem, że Redaktor nie przywiązywał szczególnej wagi do stałości tzw. linii programowej, co nie oznaczało, że można jej odmówić jakiejkolwiek konsekwencji. Zmienności poglądów towarzyszyła stałość przekonań, podstawę których tworzyły niepodległość i antykomunizm. „Kultura” zatem, po osiągnięciu programowej dojrzałości, co nastąpiło w początku lat 50., usiłowała dopasowywać swój program do zmieniającej się rzeczywistości. Chciała do niej przylegać, nie po to tylko, by lepiej ją rozumieć, lecz by efektywniej spełniać swoją podstawową „instrumentalną” funkcję. „Kultura” była więc, po pierwsze pismem, które chciało docierać do kraju, po wtóre zaś pozostawać w związku z sytuacją, w którą ingerowało. Postawa taka w pierwszej połowie lat 50. była prosta jedynie w teorii. Przy największym natężeniu „realizmu”, pismu emigracyjnemu trudno było akceptować jakiekolwiek przejawy rzeczywistości krajowej, co nie oznaczało wiary w to, by Polska mogła powrócić do formy ustrojowej i kształtu terytorialnego zapamiętanych sprzed Września; Giedroyc dawał temu wyraz od lat bezpośrednio powojennych. Komunizm był, jego zdaniem, faktem politycznym, społecznym i gospodarczym, z którym należało się liczyć, a tym samym porzucić rojenia o możliwości „cofania” historii. Redaktor skłaniał się w latach 50. do przekonania, że niektóre ze zmian i reform wprowadzonych w Polsce po 1945 r. nabierały cech trwałych.

Koncepcja przyjęta przez „Kulturę” okazała się łatwiejsza, ale i efektywniejsza w momencie erozji stalinizmu, co nie znaczy, że przed 1956 r. nie dało się, przynajmniej częściowo, wprowadzić jej w życie. Pismo sformułowało wówczas swój program wschodni, uznając, że w imię pojednania z Ukraińcami i innymi narodami, z którymi Polacy sąsiadowali na wschodzie, trzeba zrzec się pretensji do Kresów. Projekt taki miał oczyszczać pole niezadawnionych animozji, i, jeśli nie całkowicie, to z pewnością znacznie, minimalizować możliwość konfliktu w sytuacji rozpadu Związku Sowieckiego, co Giedroyc brał pod uwagę.

Podczas wojny koreańskiej miesięcznik stanął na stanowisku, że wypada zamanifestować postawę zajmowaną przez wschodnioeuropejczyków wobec konfliktu wolnego świata z komunizmem. Miała ona przybrać formę brygady składającej się z uchodźców ze zdominowanej przez Sowiety części Europy.

W okresie późniejszym program pisma został skorygowany w kierunku, który wydawał się gwarantować przeniknięcie do systemu. Popieranie przez „Kulturę” destalinizacji oznaczało realizację postulatu bycia w związku z rzeczywistością krajową, przy czym asumpt do zmiany taktyki dało ugruntowane w jesieni 1956 r. przekonanie, że system jest plastyczny, zdolny do ewolucji w pożądanym, to znaczy prodemokratycznym, kierunku. Pierwszym symptomem tej polityki była sprawa „listu 48”, rozgrywana latem 1955 r. Giedroyc zaprasza wówczas jego sygnatariuszy do Maisons-Laffitte. Wie dobrze, że nie przyjadą, co z jednej strony obnaża intencje polityki „repatriacji”, którą mimowolnie firmują, z drugiej natomiast, co bodaj istotniejsze, daje szansę dialogu.

Rozwinięciem tej koncepcji jest polityka przyjęta przez „Kulturę” w październiku 1956 r. Poparcie udzielone przez pismo Gomułce, nie bezwarunkowe, obliczone było nie tylko na to, że akces ten okaże się szansą na debiut w kraju. Pomyślane było również jako projekt dający szansę na udział w grze. Pomysł, jak wiemy upadł, Gomułka nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, a „Kultura” wycofała poparcie. Na aktualności nie straciło jednak generalne założenie. Giedroyc nadal wierzył, że system jest zdolny do zmiany; przywdziewa wobec tego maskę lewicowca, sądząc, że w takim przebraniu lepiej mu będzie działać rozmontowywać realny socjalizm.

Redaktor „Kultury” swoim działaniom chętnie nadawał formę „polityki kulturalnej”, a więc tworzenia warunków do dialogu i dyskusji. Miała ona objaśniać, zachęcać, ośmielać, być bodźcem emancypacyjnym, służyć nadwątlaniu fundamentów ideowych systemu oraz obnażaniu istoty rzeczywistości komunistycznej. Tworzyć przekonanie, że komunizm w sensie doktrynalnym nie jest konstrukcją nienaruszalną, że może być kwestionowany, a przez to tracić swą magnetyzującą moc, która dla części krajowych intelektualistów stanowiła wytłumaczenie ich, co najmniej, bierności.

Środkiem realizacji tego pomysłu była publikowana przez Instytut Literacki klasyka literatury antykomunistycznej: książki kwestionujące praktykę komunizmu z perspektywy lewicowej, prace Arthura Koestlera, George’a Orwella, Howarda Fasta, Milovana Dżilasa, Ignazio Silonego czy Aleksandra Weissberga-Cybulskiego.

Giedroyc nie zapominał o polskich autorach kontestujących komunizm, choć wybór nie był tu wielki, nad czym ubolewał. Cenił zwłaszcza marksistów krytykujących marksizm: ci cenniejsi byli niż apostaci. Dlatego właśnie liczył na polityczne wypowiedzi Aleksandra Wata, których się z zasadzie nie doczekał, wydał pisma Andrzeja Stawara (1961), studium Róży Luxemburg o rewolucji rosyjskiej (1961) oraz antysowieckie wiersze Broniewskiego (1962).

Bodaj za najważniejsze, gdyż przychodzące z kraju, uznawał Giedroyc prace Władysława Bieńkowskiego, w październiku 1956 r. człowieka bliskiego Gomułce, później coraz bardziej oddalającego się od I sekretarza. Motory i hamulce socjalizmu (1969) określił mianem „bomby atomowej”. W liście do Juliusza Mieroszewskiego dzielił się nadzieją, że z autora „da się jednak zrobić (...) alternatywę liberalną w partii, choć ma on na to takie kwalifikacje jak Kisiel. Ale nie mamy wyboru, a to przynajmniej człowiek inteligentny”. Uważał, myląc się, że książka zyska światowy rezonans.

„Kultura” starała się zwracać uwagę na odmienny od polskiego i innych ‘demoludów’ model socjalizmu jugosłowiańskiego. Redaktor wydał Program Związku Komunistów Jugosławii (1959), nawiązał kontakt z Milovanem Dżilasem i penetrował teren, wysyłając do Belgradu (w listopadzie 1969) Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Pismo usiłowało przy tym działać na rzecz upowszechniania i wzmacniania wszystkiego, co naruszało spoistość ideologiczną PRL. Dobry był tu zarówno List otwarty do Partii Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1966), Wytyczne ideowo-polityczne Stowarzyszenia „Pax” czy ideologiczne próby odbudowy Komunistycznej Partii Polski (1966). Oczywiście pomocne były również materiały ilustrujące sytuację w kraju, głównie świadectwa sprzeciwu i oporu. „Kultura” i jej książki tworzyć miały rynek idei, który ze względów merytorycznych, ale i za sprawą wielości pozycji, z jakich pojawiające się na nim koncepcje odnosiły się do realnego socjalizmu, skłaniałby do uwalniania się od władzy materializmu dialektycznego, pomagał wyzwalać się z bierności i intelektualnego konformizmu.

Giedroyc traktował cele działania politycznego realistycznie, definiując je jako walkę o sprawy możliwe do zrealizowania, w innej zaś wersji (w tym wypadku piórem Juliusza Mieroszewskiego) określając politykę jako „umiejętność dobierania środków w celu sprostania wymogom sytuacji”. Wolno sądzić, że rozumiał działanie polityczne jako równanie z elementami stałymi i zmiennymi; stałą wartością był cel, zmienne natomiast środki i metody działania. Był wizjonerem obdarzonym polityczną intuicją, któremu nieobce było poczucie rzeczywistości. Potrafił łączyć politycznie pojmowany romantyzm z realizmem, może nawet z pracą organiczną (romantyczny pozytywizm?). Fenomen postawy Giedroycia, a zatem i myślenia Mieroszewskiego, sprowadzić można do odrzucenia dominujących w polskiej tradycji politycznej dwóch zasadniczych postaw wobec rzeczywistości, którą określić można mianem niesuwerennej. Chodzi o lojalistycznie pojmowaną ugodę oraz „klasyczną” postawę niepodległościową.

Droga „Kultury” wiodła niejako między nimi. Okazując szacunek dla faktów i zjawisk, których trafne rozpoznanie uważał Giedroyc w uprawianiu polityki za podstawę powodzenia, pismo przypominało, że sukces przybiera w polityce postać porządku kolejnych, realizowanych po sobie zadań. Działanie polityczne zaś, jak każde inne, rozpoczyna się zwykle – zgodnie z logiką drabiny – od szczebla najniższego.

W wymiarze praktycznym Giedroyc skłaniał się ku pojmowaniu polityki jako gry. Tworzenie faktów politycznych, a następnie rozgrywanie powstałej sytuacji, wykorzystywanie sposobności manewru, umożliwiać miało, bądź choćby przybliżać, realizację celu nadrzędnego. Uzupełniało te założenie przekonanie, że program polityczny musi być wypadkową sytuacji i możliwości. Wedle Mieroszewskiego, jakże lubiącego dywagacje tego rodzaju, zdolność orzekania tego, co jest, co zaś nie jest realne, była wyrazem geniuszu politycznego. Zwracał uwagę, że nie ma encyklopedycznej definicji realizmu oraz na to, że realizm jest pojęciem zmiennym, a poniekąd i relatywnym. To, co nie jest realne, powiedzmy w roku 1950, staje się możliwe w sześć lat później. Ufał, że realne jest, czy też staje się to, co czuje i popiera większość.

Realizm w ujęciu Mieroszewskiego wyposażony był w jeszcze jeden przymiot. Była nim słuszność. W końcu lat 60., odnosząc oba pojęcia do siebie, dawał wyraz przekonaniu, że niekoniecznie traktować je trzeba tożsamo. W miarę upływu czasu chętnie stawiał miedzy nimi znak równości, uważając, że w perspektywie długiego planu, realne jest „tylko to, co jest słuszne”.

Zbudowany na takich założeniach program, określany mianem ewolucjonizmu, objaśniający pojmowanie przez „Kulturę” terminu „realizm”, w największym skrócie sprowadzał się do następującego projektu: komunizm zreformować mogą komuniści, komunistów natomiast zmienić może nacisk społeczny, który trzeba umiejętnie stymulować i podsycać.

***

Przejdźmy teraz do „Wiadomości”, a w zasadzie do sposobu myślenia środowiska tego tygodnika. Szukając w nim realizmu łatwo go dostrzec w przekonaniu, że emigracja stanowi powinność wobec kultury i tożsamości narodowej, zagrożonej w kraju ideologizacją i dewastującymi je zabiegami cenzuralnymi. Wypada zatem, wręcz trzeba, w związku z tym robić to, co można, by starać się ocalić ją w wymiarze pozakrajowym. Stąd koncepcja trybuny, pisma zaświadczającego stan piśmiennictwa i myślenia emigracyjnego, w tym tej jej gałęzi, która usiłowała ocalić pamięć o przeszłości przefiltrowanej przez sentyment do „kraju lat dziecinnych”. Realizm Mieczysława Grydzewskiego jest tego właśnie pokroju. Niech „Wiadomości” – zdaje się uważać – będą zapisem myślenia i emocji tej części inteligencji, która znalazłszy się poza krajem nie może, ale i nie chce, pogodzić się z tym, co zwykło się zamykać w figurze „Jałta”: polityki najgorszego autoramentu, stawiającej siłę nad prawem, wiarołomstwo nad własnymi interesami, a krzywdę ponad sprawiedliwością.

Stąd brała się postawa niezłomności względnie nieprzejednania, która sprowadzała się do nieakceptowania tego, co miało jakikolwiek związek z porządkiem jałtańskim, tak w przestrzeni „czystej” polityki, jak kultury.

Wartością i celem tygodnika było odrzucenie ładu powojennego, którego nie mógł i nie chciał zaakceptować; ba – nie potrafił go nawet oswoić. Światem, ale i punktem odniesienia czytelników „Wiadomości”, była nieodległa przeszłość, której materialny wymiar nadawała II Rzeczpospolita, rozumiana jako zwieńczenie wysiłków niepodległościowych podejmowanych po 1864 r.; Polska międzywojnia z jej suwerennością, niepodległością, terytorium, zróżnicowaniem etnicznym i spluralizowanym życiem politycznym.

Fundowane na takim podłożu myślenie polityczne musiało lokować się gdzieś obok rzeczywistości i nie mogło aspirować do miana realizmu. W jednym z opublikowanych w „Wiadomościach” tekstów o cechach manifestu możemy przeczytać, że emigracja zrodzona w takich warunkach, w jakich powstała, nie może być realistyczna, pragmatyczna i pozytywistyczna. Może być tylko romantyczna i idealistyczna, nie zgadzać się na los, jakiego doświadczyła Polska po wojnie i sięgać celami poza horyzont tego, co współczesne. Składać się z niezgody i bezkompromisowości, które są fundamentem jej światopoglądu i postawy.

A zatem za realizm uznać można raczej funkcje pisma pełnione wobec swoich czytelników, nie zaś jego program polityczny. Jeśli już powołać do życia taką kategorię, trudno definiowalną w przypadku pisma literacko-kulturalnego bardziej niż politycznego, powiedzieć można, że był nim idealizm wypływający z negacji rzeczywistości pojałtańskiej i przekonania, iż bez względu na to, czy świat wczorajszy można przywrócić do życia, to zabieg taki z pewnością wart jest podjęcia.

W tym ostatnim wypadku okoliczności towarzyszące wcielaniu projektu w życie musiały prowadzić do waloryzowania przeszłości we wszystkich jej planach. Zarówno w wymiarze ocen ogólnych, w ramach których suwerenna II Rzeczpospolita stawała się zaprzeczeniem Polski Ludowej, jak i dokonań indywidualnych. Tendencji tej sprzyjał upływ czasu, nie tylko patynujący pamięć, ale skłaniający ku posługiwaniu się kategorią idealizacji retrospektywnej. Zjawisko to, pokrewne nostalgicznemu pojmowaniu czasu minionego, najwyraźniej widać w przypadku Kresów, które pod piórami wspominkarzy, dających wyraz takiemu myśleniu nie tylko w „Wiadomościach”, nabierały charakteru kraju wręcz arkadyjskiego, dość odmiennego przecież od usuniętego z pamięci stanu faktycznego.

Celem wypraw w przeszłość była nie tylko II Rzeczpospolita. „Wiadomości” angażowały się w ocalenie od zapomnienia wojennych doświadczeń Polaków w Związku Sowieckim. To u Grydzewskiego, o czym się coraz mniej pamięta, Gustaw Herling-Grudziński drukował w odcinkach, pod tytułem Zapiski sowieckie, swoje świadectwo, które później, w formie książkowej, ukaże się jako Inny świat (1953). To w „Wiadomościach” okres sowiecki wspominał gen. Władysław Anders (Bez ostatniego rozdziału) i wielu innych, to tu zrodził się termin „literatura zsyłkowa”.

I w tym wypadku mamy do czynienia z realizmem pojmowanym nie tylko jako powinność polityczna, ale i obowiązek natury moralnej, zobowiązanie wobec tych wszystkich, którzy na zawsze zostali na nieludzkiej ziemi.

Wszystko to nie znaczy jednak, że wyrazem myślenia i orężem walki tygodnika była wyłącznie pamięć. Był nią również stosunek do rzeczywistości. Najlepiej ilustrują rzecz dwie kwestie, lokujące się co prawda w różnych obszarach, lecz mimo to korespondujące z sobą. To „sprawa” Miłosza i stosunek „Wiadomości” do Października. Obie, zwłaszcza pierwsza, są stosunkowo dobrze znane, zatem wydaje się zbędne ich skrupulatne przypominanie. Wspomnijmy tylko, że łączyło je podobieństwo antyrealizmu. Miłosz był w Londynie postrzegany jako osoba, która zdradziła posłannictwo pisarza, wobec czego bezkompromisowe kryterium oceny moralnej jego postępowania musiało dominować nad taktyką. Nie było istotne, że krytyczny doń stosunek nie zachęci innych, o podobnych biografiach, do pójścia w jego ślady (na co zwracał uwagę Giedroyc). Jesteśmy tu po to, by dawać świadectwo prawdzie – zdawali się mówić zarówno autorzy, jak i czytelnicy „Wiadomości”. W ich wyobrażeniu Miłosz uosabiał anty-wzór zachowania intelektualisty w godzinie próby. Tacy jak on ułatwiali legitymizowanie systemu i stanowili jego alibi. Dbając o powodzenie pisarskie nie kierowali się wartościami nadrzędnymi i nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, co działo się w Polsce.

Teraz druga sprawa – to znaczy Październik. Dla kręgu „Wiadomości” odwilż i destalinizacja od początku budziły nieufność; były bardziej zabiegiem taktycznym uwiarygodniającym system, niż przejawem wyjścia naprzeciw oczekiwaniom społecznym. System się zmieniał, owszem, tego nie negowano, ale zmianie nie ulegał ogólny charakter komunizmu i ustrojowa nieprawomocność komunistycznej władzy. Po Październiku ludziom w kraju żyło się lepiej, wyzionął ducha socrealizm, wobec czego odetchnąć mogły kultura i nauka. Ale Polska ani na krok nie zbliżyła się do niepodległości, a rządy nadal sprawowała partia nieposiadająca mandatu społecznego. Było w związku z tym oczywiste, że emigracja nie może zmienić swojego stanowiska. Byłoby to nie tylko pozbawione politycznego sensu, ale także odbierało jej tożsamość i legitymizację. Emigrację uwiarygodniała, czyniła sobą, nie tylko prawna podstawa działania, czyli Konstytucja z 1935 r. obudowana urzędami prezydenta, rządu i partii politycznych. Legitymizował ją stosunek do komunistycznej władzy i porządku obowiązującego w Polsce. To tłumaczyło sens jej istnienia w takim kształcie, w jakim ukonstytuowała się w 1945 r. A więc kres działania politycznego poza krajem mógł wyznaczać tylko kres systemu, który był czynnikiem sprawczym emigracji. Do tego czasu, uważano, winien obowiązywać sposób myślenia i kodeks postępowania mimowolnie przyjęty po wojnie i uznawany za naturalny.

Z drugiej jednak strony, nie przyjmowanie do wiadomości ewolucji systemu, albo, mówiąc inaczej, podtrzymywanie identyfikowanej z idealizmem niezłomności, można diagnozować jako objaw politycznej bezradności. Październik 1956 dość nieoczekiwanie wprowadził emigrację legalistyczną w ślepy zaułek. Ani w Poznaniu, w czerwcu 1956 r., ani później, społeczeństwo w kraju nie upomniało się o tych, którzy za granicą zwracali uwagę na jego położenie, trzymając sztandar niepodległości.

Wyjście z takiej sytuacji nie było proste. Trudno było zachowywać się tak, jak przed kilku laty, w okresie stalinizmu. Życie podważało coraz mocniej restrykcyjny nakaz separowania się od kraju. Znalazło to wyraz m.in. w uchwale Związku Pisarzy, który po cichu wycofał się z wcześniejszych zakazów druku w kraju.

Czy oznaczało to erozję niezłomności, czyli idealizmu? I tak i nie. Powiedzieć można, że w nowych warunkach usiłowano połączyć jakoś powojenny system wartości z realiami popaździernikowymi. Uznano w związku z tym, że najlepszym wyjściem będzie trwanie, wierząc, nieco bezpodstawnie, nieco naiwnie, i nieco idealistycznie, w możliwość odwrócenia karty.

Logika ta stała się motywem funkcjonowania emigracji londyńskiej po 1956 r., a przy okazji sensem dalszego istnienia „Wiadomości”. Zatem i realizm i idealizm wykształcony w okresie powojennym towarzyszyły pismu do końca.

„Wiadomości” przestały ukazywać się wiosną 1981 r., kiedy to wydawało się, że nadzieje, na których budowały swój los, stały się jakby bliższe. Przestały się jednak ukazywać nie dlatego, że uznały swoją misję za spełnioną, ale dlatego, że formacja generacyjna, która identyfikowała się z pismem de facto już nie istniała. Tygodnik nie miał już czytelników, którzy okazali się grupą pozbawioną następców. Czy oznaczało to klęskę? Odpowiedź zależy od punktu widzenia. Łatwo powiedzieć – tak. Ale można przecież w heroicznej walce pisma dostrzec sukces. Było nim to, co definiowaliśmy jako jego realność, a więc ocalenie wizerunku przeszłości i pamięci o niej, stylu i etosu schodzącej ze sceny inteligencji ukształtowanej w początkach XX wieku, walki o wartości narażane w cywilizacji komunizmu na zagładę, w najlepszym zaś radzie na szwank.

W formie pointy można powiedzieć, że los „Wiadomości” określił sposób myślenia przyjęty przez większość emigracji londyńskiej. Klęska w sensie rozumianej realnie polityki (nie zdołaliśmy wywalczyć niepodległości), lepszy wynik w wymiarze spraw, które określić można mianem aksjologii. Przegrana przenika się więc tutaj z sukcesem, tak jak realizm z idealizmem, czy też politycznie rozumianym romantyzmem.

Najnowsze artykuły