Artykuł
Polska jako państwo "wielkie"
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Odzyskanie niepodległości jesienią 1918 r. poprzedzone zostało daleko idącymi przeobrażeniami na arenie międzynarodowej. W wyniku wojny światowej możliwości wywierania decydującego wpływu przejściowo uzyskały państwa zachodnie, nie zainteresowane żywotnie problemami Europy środkowo wschodniej, natomiast spośród trzech mocarstw, dominujących na tym obszarze przed 1914 r. relatywnie silną pozycję zachowały jedynie Niemcy. Austro-Węgry przestały istnieć, przyszłość zaś pogrążonej w wyniszczającej wojnie domowej i izolowanej politycznie Rosji stanowiła niewiadomą. Ta sytuacja tworzyła ramy dla politycznych planów wszystkich środowisk, mających ambicje oddziaływać aktywnie na rozwój wydarzeń. Podobnie, jak w przypadku wszystkich innych kwestii, także i wizje polityki zagranicznej odradzającego się państwa – jak i rozwój wyobrażeń na temat tego, czym państwo to będzie – traktować można jako swego rodzaju wypadkową idealistycznych wyobrażeń oraz aspiracji zbiorowych z jednej strony, z drugiej zaś świadomości ograniczeń, limitujących swobodę poczynań. W końcowym okresie I wojny światowej bieg wydarzeń prowadził do stopniowego znoszenia owych ograniczeń, co stanowiło jeszcze jedną okoliczność sprzyjającą nastrojom euforii, silnym także w pierwszych miesiącach niepodległości. Już wybuch wojny doprowadził do przerwania milczenia w sprawie polskiej[1]; zaznaczająca się zaś w końcowych jej miesiącach klęska wszystkich państw zaborczych stawiała przed polskimi elitami politycznymi perspektywę niewyobrażalnej wcześniej swobody ruchów.

Zmiany sytuacji międzynarodowej, mniej więcej do wiosny 1919 r. przebiegające w kierunku jednoznacznie korzystnym dla realizacji polskich aspiracji narodowych, ściśle rzutowały na kształt programów politycznych poszczególnych ugrupowań, nie pozostając też bez wpływu na popularność poszczególnych ugrupowań, a co za tym idzie układ sił w społeczeństwie polskim. W toku wojny kolejno bankrutowały programy częściowego rozwiązania sprawy polskiej: poprzez przyjmowanie rozwiązań typu autonomicznego, lub utworzenie państwa kadłubowego. Wydaną w pocz. czerwca 1918 r. uchwałę premierów Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch stwierdzająca, iż: „Utworzenie zjednoczonego i niepodległego Państwa Polskiego, z wolnym dostępem do morza, stanowi jeden z warunków trwałego i sprawiedliwego pokoju oraz panowania prawa w Europie”[2] – efekt usilnych starań środowisk skupionych wokół zdominowanego przez Narodową Demokrację Komitetu Narodowego Polskiego – uznać można za zapowiedź państwa polskiego, zorganizowanego na obszarze dającym mu szansę politycznej i gospodarczej niezależności, powiązanego z liberalnymi państwami Europy zachodniej. Rok wcześniej z wielką siłą zaznaczyło się zaangażowanie części polskich elit w realizację podobnego programu. Doczekał się on konkretyzacji w memoriałach, składanych przez Romana Dmowskiego w ciągu roku 1917[3]; o jego wyborze przez część środowisk, zaangażowanych dotąd po stronie Austrii i Niemiec, świadczył tzw kryzys przysięgowy, wywołany w lecie 1917 r. wypowiedzeniem przez Piłsudskiego posłuszeństwa Niemcom, a zakończony jego aresztowaniem i osadzeniem w magdeburskiej twierdzy.

Bez wątpienia, oparcie o państwa zachodnie dawało szansę o wiele pełniejszej realizacji postulatów narodowych, niż byłoby to możliwe przy którymkolwiek z wielkich sąsiadów Polski. Wbrew rozpowszechnionemu stereotypowi, przypisującemu Dmowskiemu (i Narodowej Demokracji) nastawienie prorosyjskie, Piłsudskiemu zaś filogermańskie, warunkujący poczynania obydwu przywódców zamiar tworzenia Polski silnej, potencjalnie kierował się przeciw obu wielkim sąsiadom Polski. Wola budowy państwa silnego, przyświecająca przywódcom obu wielkich obozów politycznych[4], korespondowała z szerszym procesem, jakim było żywiołowe narastanie przekonania, że odradzająca się Polska winna być państwem dużym i znaczącym. Proces ten analizował wnikliwie Roman Wapiński[5], zestawiając jego przesłanki, jak i główne etapy. Nie ulega wątpliwości, że przekonanie to, upowszechnione w znacznej mierze za sprawą korzystnych zmian w położeniu międzynarodowym, wywarło w następstwie liczący się, trudny do przecenienia wpływ na wydarzenia.

Wydaje się, że pragnienie budowy państwa dużego i silnego, wsparte wiarą w możliwość realizacji tak pojętego celu działań zbiorowych, stanowiły ten element atmosfery umysłowej, gdzie bodaj najtrudniej byłoby mówić o jakiejś łączności między II Rzeczypospolitą a czasami nam współczesnymi[6]. Po kolejnej wojnie światowej, uznane za praprzyczynę niemal wszystkich narodowych klęsk, zostało ono zasadniczo zakwestionowane przez Aleksandra Bocheńskiego w jego znanym pamflecie, Dzieje głupoty w Polsce[7]. Historia przyznała mu rację w tym sensie, że kolejne generacje Polaków myślały już inaczej. Ciężkie straty ludzkie, następnie zaś pół wieku bytowania w nędznych warunkach, przy zawężonych aspiracjach i w niesuwerennym państwie utwierdziły zbiorowe kompleksy, sprzyjając krzewieniu się pesymistycznych ocen zarówno przeszłości narodu, jak i jego dawnych i obecnych walorów. Inna sprawa, że można mieć poważne wątpliwości, czy taka perspektywa tworzy solidniejszy grunt dla bieżącej aktywności niż megalomania.

Bez względu jednak na ocenę argumentacji Bocheńskiego – czy szerzej pesymistycznej historiozofii – pytanie o racjonalność motywacji kierującej działaniami zbiorowymi jest uzasadnione. Można się zastanawiać, czy w początkach niepodległości nie istniały możliwości prowadzenia innej polityki, opartej na bardziej realistycznych założeniach. Czy nadmierne aspiracje twórców II Rzeczypospolitej nie zaszkodziły jej w perspektywie dalszej, kiedy wygasła już polityczna koniuktura pierwszych lat po Wielkiej Wojnie? Czy państwo polskie nie miałoby większych szans przetrwania, gdyby jego twórcy zdecydowali się ograniczyć je do etnograficznego kadłuba, pozostawiając poza swoim zasięgiem zarówno oderwane od macierzystego pnia „wyspy” ludności polskiej, jak i obszary, których zdobycie powodowało szczególnie silny opór państw ościennych, jak Pomorze czy Śląsk Górny? Czy nie można było przynajmniej uniknąć problemów mniejszościowych?

Są to pytania o tyle trudne, że próba dosłownej na nie odpowiedzi prowadzi na niebezpieczną ścieżkę rozważań nad historią alternatywną, mniej kurtuazyjnie zwaną „gdybologią”. Są one do pewnego stopnia uzasadnione, gdy zastanawiamy się nad motywami decyzji ludzi szukających rozwiązań w ich przekonaniu najlepszych i usiłujący przewidzieć dalszy bieg wydarzeń, ale nie wiedzących przecież, jaki on będzie. Łatwo tu jednak przebrać miarę, kreśląc beztrosko wizje tego, co niehybnie „musiałoby” nastąpić. Trzeba także mieć na uwadze, że podejmujący decyzje politycy, określający kurs odrestaurowanej – jak wówczas mówiono – „nawy” państwowej bynajmniej nie działali w sytuacji, zapewniającej im swobodę ruchów. Uzależnieni od nastrojów społecznych, zmuszeni byli reagować na pojawiające się z rozmaitych stron zagrożenia. Dotyczy to w szczególności inaugurującego wojnę na wschodzie konfliktu polsko–ukraińskiego. Walki o Lwów wybuchły żywiołowo i zaczęły się zanim jeszcze po polskiej stronie ukonstytuowały się ośrodki władzy zdolne przejąć odpowiedzialność za bieg wydarzeń. Okoliczności tak się ułożyły, że to Polsce przyszło rozciągnąć swoje panowanie nad obszarami zamieszkałymi nie tylko przez Polaków, ale bez wielkiego trudu można przecież wyobrazić sobie również taki ciąg zdarzeń, w wyniku którego to państwo polskie przestałoby istnieć. Można także wyobrazić sobie odrodzoną Polskę bez Lwowa i Wilna, bez Śląska i bez dostępu do morza, rządzoną przez elitę uważającą się za reprezentację nie „dużego” narodu, lecz przeciwnie, przez ludzi bardzo skromnie pojmujących skalę zbiorowych aspiracji oraz usłużnie akceptujących sugestie podsuwane przez przedstawicieli mocarstw. Czy pozycja takiego państwa na forum międzynarodowym, choćby tylko w relacjach z wielkimi sąsiadami, stałaby się silniejsza? Trzeba też pamiętać, że wobec przemieszania grup narodowościowych, braku zwartych i wyraźnych granic między poszczególnymi grupami, a także istnienia „pograniczy”, zamieszkałych przez ludność o niewykrystalizowanym poczuciu świadomości narodowej, określenie zakresu „amputacji” terytorialnych, potrzebnych dla uniknięcia, bądź choćby radykalnego zmniejszenia problemów narodowościowych, musiało być decyzją woluntarystyczną, niezależnie od skali cięć. Przy tym bardzo nawet okrojony „kadłub” też nie byłby etnicznie jednolity, posiadając rozsiane na całym swoim obszarze skupiska ludności żydowskiej[8]. O atrakcyjności programu budowy Polski jako państwa dużego w dużej mierze przesądzał brak sensownych rozwiązań alternatywnych. Te, które w swoim czasie próbowano realizować, nie przedstawiały się zachęcająco. Pamiętano, że podjęty podczas wojny program budowy małego, gospodarczo zintegrowanego z Niemcami, państwa zakończył się kompromitacją w zderzeniu z realiami: dewastacją przemysłu, oraz grabieżą mienia, podjętymi przez okupantów, a utrwalających cywilizacyjną degradację kraju.

Program budowy Polski jako państwa suwerennego i silnego ściśle wpisywał się w doświadczenia historyczne narodu, zarówno odwołujące się do mitu Rzeczypospolitej przedrozbiorowej, jak i do martyrologicznych doświadczeń XIX stulecia. Kazały one widzieć przeciwnika w sąsiadujących z Polską mocarstwach, sojuszników zaś, a co najmniej życzliwych partnerów w liberalnych państwach zachodniej Europy, Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, a po roku 1904 także Japonii[9]. Te sympatie, zwłaszcza zaś antypatie, okazały się trwałe. Z drogo okupionej lekcji XIX–wiecznych powstań płynęła jeszcze jedna sugestia. Powstańcze zrywy kończyły się klęską nie tylko za sprawą dysproporcji sił, ale i współdziałania zaborców, zgodnie zainteresowanych zwalczaniem polskiej irredenty. Bez daleko idących zmian na politycznej mapie istnienie państwa polskiego byłoby jedynie epizodem. Aby przetrwać, jak powszechnie uważano, Polska musi stać się znaczącym elementem układu sił, nie zaś małym państwem, narażonym na rewizjonizm sąsiadów, bez możliwości stawienia oporu. To zaś rzutowało na bez mała wszystkie elementy politycznego programu: od postulatów terytorialnych, po widzenie miejsca wśród innych krajów i narodów, w końcu zaś poglądy na budowę wewnętrzną państwa i jego ustrój prawny. W początkach niepodległości uważano realizację tego programu za realną i bliską.

Przekonanie to kształtowało atmosferę pierwszych lat niepodległości na równi z marzeniami o reformach społecznych, ustanowieniu dobrobytu i likwidacji biedy, udzielając się również politykom skądinąd otwarcie sceptycznym wobec idealistycznych wizji. „Jeżeli mądra polityka zewnętrzna nam na to pozwoli – pisał w 1919 r. w liście do jednego ze swoich bliskich współpracowników Roman Dmowski – to na tej podstawie możemy wyrosnąć na jeden z największych narodów w Europie. Mając obszar prawie równy obszarowi Niemiec, mając więcej węgla niż jakikolwiek kraj na kontynencie, mając naftę, mając pod bokiem rynek rosyjski (...), mając wreszcie szybki przyrost naturalny ludności, za lat kilkadziesiąt możemy się zrównać liczbą ludności z Niemcami. A wtedy nie będziemy się bali nikogo – prócz Pana Boga”[10].

 

 

Przypisy

 



[1]           Janusz Pajewski, Odbudowa państwa polskiego. 1914-1918, Warszawa 1978, s.42-56.

[2]           Powstanie II Rzeczypospolitej. Wybór dokumentów 1866-1925, pod redakcją H. Janowskiej i T. Jędruszczaka, Warszawa 1984, s. 410.

[3]           Mam tu na myśli nie tylko propozycje terytorialne, zawarte w memoriałach składanych przez Dmowskiego w marcu 1917 r., ale i szerszą wizję postulowanego porządku powojennego, zawartą w jego memoriale „Problems of Central and Eastern Europe”, złożonym w lipcu.

[4]           Patrz interesujące uwagi Piotra Wandycza, Narodowa Demokracja a polityka zagraniczna II Rzeczpospolitej, „Więź”, nr 7-8, lipiec-sierpień 1989, s. 157-158, 162, 168.

[5]           R. Wapiński, Polska i małe ojczyzny Polaków, Z dziejów kształtowania się świadomości narodowej w XIX i XX wieku po wybuch II wojny światowej, Wrocław 1994, s. 238-273; tenże, Historia polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, Gdańsk 1997, s.165-166.

[6]           K.Kawalec, Roman Dmowski, Warszawa 1996, s. 345-347.

[7]           A.  Bocheński, Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie, Warszawa 1947, s. 17.

[8]           R. Wapiński, Roman Dmowski, Lublin 1989, s.239.

[9]           W. Suleja, Kosynierzy i strzelcy. Rzecz o irredencie, Wrocław 1997, s.193.

[10]          Cyt. za: R.Wapiński, Narodowa Demokracja 1893‑1939. Ze studiów nad dziejami myśli nacjonalistycznej, Wrocław 1980, s. 176.

Najnowsze artykuły

O pośle i poselstwach

Krzysztof Warszewicki

Data dodania: 2017-07-18

Między Niemcami a Rosją czyli o Adolfie Bocheńskim (Wywiad)

Maciej Zakrzewski

Data dodania: 2017-07-13