Artykuł
O więzieniach i stanie ich w kraju naszym. Część I
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

O więzieniach i stanie ich w kraju naszym. Część 1, „Biblioteka Warszawska. Pismo Poświęcone Naukom, Sztukom i Przemysłowi”, 1841, tom II, s. 1-15

 

Więzienia są równie dawne jak ustawy karne. Bardzo prosta myśl dała im początek; bo i zwierz szkodliwy przez zamknięcie przestaje być niebezpiecznym. Później gdy się nauczono cenić wyżej wartość wolności osobistej, gdy praca i zdolność nadały cenę czasowi, więzienie stało się dla prawodawców środkiem stopniowania kary według wielkości przestępstwa, a to za pomocą cierpień z pozbawienia wolności osobistej i wygód pożycia wynikających, i straty czasu, którą każdy więzień ponosi.

Prawodawca i sędzia skończył czynność swoją, gdy zrównoważył przestępstwo czasem i cierpieniem więzienia. Odtąd zaczyna się działanie tego, komu strzeżenie więźnia i wykonanie na nim kary poruczone zostało, to jest władzy nad więźniem przełożonej.

Władza ta sprawowana pierwiastkowo przez prostych stróżów bezpieczeństwa nie ulegała długo kontroli opinii publicznej i dlatego dowolnie obchodziła się z występnym, do więzienia wtrąconym, jako człowiekiem wykluczonym ze społeczeństwa, i jego względów niegodnym.

Wieki minęły, a nikt nie pomyślał o tym, aby winowajcy w więzieniach mogli być przedmiotem starań i uwagi dobroczynnych i myślących ludzi; i tylko chrześcijańskie miłosierdzie podawało im niekiedy ratującą rękę, aby chwilowo przynieść ulgę cierpieniom ciała.

W drugiej połowie XVIII wieku zwrócił Howard[1] uwagę rządów i przyjaciół ludzkości na męki fizyczne i na zepsucie moralne więźni, we wszystkich więzieniach Europy. Odtąd stali się oni przedmiotami litości; uznano tę prawdę, że winowajca na utratę wolności skazany miał prawo domagać się od społeczności, aby mu zdrowie i życie w więzieniu zabezpieczono. Źle zrozumiana filantropia dała zbyteczną rozciągłość temu prawu; żądała, aby nie tylko uczynić znośnym, ale nawet przyjemnym pobyt przestępcy w więzieniu. Przy tej dążności znikły cel i znamię kary, a bezkarność pomnożyła liczbę przestępców. Więzienia straciły dawną srogość, przestały być strasznymi jako kara, stały się tym zgubniejszymi dla towarzystwa[2] jako szkoły zepsucia. Tym sposobem był pierwszy krok ku ulepszeniu zakładów karnych istotną klęską dla społeczności ludzkiej.

Uznano wkrótce potrzebę zaradzenia złemu, lecz nie chciano wrócić do dawnej srogości, aby wzbudzić wstręt do więzień, i powzięto myśl szlachetną pracowania nad moralną poprawą winowajców podczas ich pobytu w więzieniach, ażeby ich powrócić towarzystwu jako ludzi prawych i użytecznych. Było to piękne marzenie, które się nigdy ziścić nie mogło, bo na jednego nauczyciela prawd religijnych i obowiązków towarzyskich, znajdowało się w każdym więzieniu stu nauczycieli przewrotności i bezbożności, którzy, przez tajne podszepty, niweczyli wrażenie zbawiennych nauk i wyrywali z mniej skażonej duszy zaród dobrego w niej zaszczepiony. Gdy smutne doświadczenie o tej zawodności szlachetnych usiłowań przekonało, postąpiono jeszcze jednym krokiem dalej w ulepszeniu więzień i przyjęto za zasadę: iż należy nie tylko poprawiać więźniów, ale zapobiegać temu, aby się złym przykładem współuwięzionych uwodzić nie dali i w samych więzieniach nie pogorszyli. Do tego nastręczyły się dwa sposoby; jeden: nie dozwolić, aby więźniowie rozmawiali z sobą póty, póki są pod okiem dozorców, a zamykać każdego z osobna na noc, aby im odebrać sposobność rozmawiania z sobą, gdy ciągłego nad nimi nie można mieć dozoru; drugi: zamykać każdego więźnia dniem i nocą osobno, dając mu zatrudnienie i udzielając nauki w samotności.

Te dwie zasady dały początek dwom systematom pokutnym, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej w wykonane wprowadzonym. Pierwszy zależący na wspólnej, a nawet publicznej pracy więźniów, przy zachowaniu ciągłego milczenia, z odosobnieniem nocną porą, przy zachowaniu ciągłego milczenia, z odosobnieniem nocną porą, najpierwej w Auburn[3] zaprowadzony; drugi: odosobniający każdego więźnia dniem i nocą w oddzielnej izdebce, z podwórkiem do spaceru, i dostarczający mu zatrudnienia w tejże izdebce bez wychodzenia za jej próg, ugruntowany został przez sławne więzienie w Filadelfii[4]. Te tak odmienne w zasadach swoich systematy w tym się godzą: że zachowują znamię ciężkiej kary więzieniom ulepszonym pod względem dbałości o zdrowie i życie więźniów. Kilkunastoletnie doświadczenie w obydwóch nabyte i rozprawy uczonych filantropów wyjaśniły wszystkie ich korzyści i niedogodności, tak iż można dziś wyrzec stanowczo, który z nich bardziej potrzebom i oczekiwaniom społeczności odpowiada. Bo dobro społeczności, a nie winowajcy uwięzionego, jest tutaj przemagającym względem; gdzie zaś przy równym względzie na dobro ogółu, stanowić wypadnie o tym, co dla więźnia największą jest korzyścią, przyzna każdy, że ten sposób obchodzenia się z nim będzie lepszy, który więcej jego moralne jak materialne dobro zapewni.

Aby ocenić wartość obu tych systematów, potrzeba naprzód zastanowić się nad tym, z jakimi to ludźmi mamy do czynienia w więzieniach. I do czego pragniemy ich doprowadzić rzez czas ich pobytu w tych zakładach, aby się wywiązać z obowiązków względem nich samych i względem towarzystwa zaciągniętych?

Jakkolwiek niedościgła zachodzi różnica miedzy skłonnościami i pobudkami do złego ludzi występnych, z doświadczenia wśród samych więzień nabytego wyprowadzamy ten wniosek, iż winowajców dzielić należy na dwa główne rodzaje:

pierwszy: ludzi złymi skłonnościami, namiętnością, namową, skutkiem uniesienia albo nawet zapomnienie się, na koniec potrzebą, do popełnienia przestępstwa uwiedzionych, którzy zstąpiwszy raz z drogi obowiązków, nie zakładają sobie wytrwać w przewrotności swojej i nie żałować grzechów swoich;

drugi: ludzi złych z powołania, uwiedzionych naukami przewrotniejszych od siebie, którzy sobie obrali za cel życia wyrządzać zło bliźnim i zakładają chwałę na tym, aby wytrwać w walce z ustawami i porządkiem towarzyskim toczonej.

Pierwsi, których bym nazwał przestępstwami z przypadku, mogą się poprawić; jeżeli mają czas upamiętania się[5] w więzieniu i wejść w siebie samych z uczuciem skruchy i żalu, jeżeli czują mocno karę więzienia tak, iżby jej wrażenie jako postrach na całe życie w ich myśli pozostało; jeżeli przez czas pobytu swego w więzieniu nie natrafią na nikogo takiego, co by ulżył ich wyrzutom sumienia i do wytrwania w występku zachęcił.

Drudzy, udając chęć poprawy i skruchę, nie czują innego żalu prócz tego, że się na przestępstwie złapać dali; przejęci nienawiścią ku tym, co ich ukarali i wymierzoną karę na nich rozciągają, pragną odzyskania wolności, aby się mścić mogli na towarzystwie za cierpienia w więzieniu doznane, i wychodzą z niego nie tylko nie poprawieni, ale bardziej ugruntowani w złym, jeżeli natrafili na gorszych od siebie towarzyszów niewoli, co im światła i odwagi do zbrodni dodali, i jeżeli więzienie nie było dosyć przykrym, aby ich od brojenia odstręczyło.

Bo dla jednych jako i dla drugich powinno być więzienie postrachem; a jeśli nim nie jest, chybia celi swojego, przestaje być karą. Postrach jest najsilniejszą sprężyną działania na umysłach tych ludzi, spomiędzy których najwięcej jest przestępców. Im mniej oświecenia przy złych skłonnościach, tym większa jest skuteczność postrachu; nie zastąpi go wpajaniem zbawiennych nauk i szlachetnych uczuć, ani obudzeniem uśpionego sumienia. Człowiek pospolity powinien się obawiać więzienia, wyobrażać go sobie jako siedlisko mąk i cierpień, a gdy się do niego dostanie, uznać, iż rzeczywistość przechodzi smutne oczekiwania. Powinien się go lękać, nim wejdzie, pędzić godziny w utrapieniu, póki w nim pozostaje, i zadrżeć na każde wspomnienie powrotu, gdy raz z niego wyjdzie. Jeżeli tak nie jest, natenczas pociąg do złego przemoże nad obowiązkiem, nieodstręczony winowajca wróci bez obawy do więzienia i jeszcze wielu innych na drogę nieprawości pociągnie, niwecząc w nich obawę tej kary.

Dla pierwszego rodzaju przestępców powinno być więzienie strasznym, aby uczuli mocno okropne skutki błędu swego i aby pamięć tego wrażenia nadal ich od złego odwodziła. Dla przestępców z powołania powinno być więzienie srogim odwetem za złe towarzystwu wyrządzone. Dla tamtych będzie ten postrach środkiem poprawy, dla tych zasłużoną karą. Dla pierwszych trzeba być srogim, aby ich godnymi towarzystwa uczynić, dla drugich nieubłaganym, aby ich przekonać, że wytrwałość w złym wytrwałością w ukaraniu się odpłaca.

Lecz jakże wywierać tę srogość, czymże wzbudzić ten postrach, jeżeli ustawy i ludzkość potępiają męczarnie, na jakie niegdyś więźniów narażano? Oto zastępując cierpieniami duszy dolegliwości ciała, na których niegdyś całą srogość więzień zakładano. A zaród tych cierpień jest w duszy winowajcy, w jego obrażonym sumieniu; trzeba go tylko umieć wydobyć, rozwinąć i poddać więźnia jego dręczącemu wpływowi. Gdy urządzenie więzienia i sposób utrzymania w nim przestępcy cel ten osiągnąć dozwoli, na ten czas będzie ten zakład, pomimo zapewnienia mu niezbędnych wygód, srogą karą i postrachem dla niego na całe życie.

Drugi główny zamiar więzienia jest, jeżeli nie poprawa winowajcy, to przynajmniej zapobieżenie dalszemu jego zepsuciu. Więzień opuszczający więzienie powinien być jeśli nie lepszym, jak do niego wchodził, to przynajmniej nie gorszym. Nie łudźmy się zbyt lekko powziętą nadzieją poprawienia złoczyńców i wytępienia w nich złych skłonności; nie zawierzajmy łatwowiernie łzom żalu i pokorze więźnia, bo nigdzie nie masz więcej obłudy i udanej skruchy, jak w więzieniach. Możemy działać wymową i przykładem na pojedyncze umysły mniej zepsutych przestępców, lecz wątłe są nasze siły i bezskuteczne usiłowania, gdy wpływ nasz razem na całe masy złoczyńców rozciągać zechcemy; a gdzieśmy wymową naszą na obfite rachowali plony, tam słowa prawdy i pociechy najczęściej straconym ziarnem będą.

Pewniejszy jest skutek, gdy mniej zamierzamy. Nie zaniedbując usiłowań o moralną poprawę niektórych więźniów, starajmy się zabezpieczyć wszystkich od tego, aby ich zły przykład lub namowy współuwięzionych gorszymi nie uczyniły. Jedyny sposób skutecznego działania na masy złoczyńców jest nie dopuszczać tego, aby masy kształcić mogli. Więzienie, które będzie srogą karą dla winowajcy bez pastwienia się na nim i bez odjęcia mu niezbędnych wygód życia i które, jeżeli go nie poprawi, to go przynajmniej od dalszego ochroni zepsucia, więzienie takie będzie najlepszym, pod względem tego, czym dla towarzystwa i dla samych przestępców być powinno.

To założywszy, porównajmy z sobą dwa główne systematy pokutnego więzienia, w Ameryce Północnej zaprowadzone, a wzorem dla wszystkich cywilizowanych krajów będące.

System Auburnski zakłada srogość kary na ciężkiej pracy i na surowej karności; zapobiega zepsuciu więźniów, nie dozwalają im żadnej rozmowy między sobą o zamykając każdego z osobna na noc. Podzieleni na drobne oddziały zostają oni we dnie pod nieodstępnym dozorem strażników, którzy czuwają nad tym, aby ciągle pracowali i aby nigdy słowa do nikogo nie wyrzekli; w razie nieuległości i przestąpienia tego zakazu są natychmiast cieleśnie karani przez samego strażnika. Więźnie używani bywają bądź do robót rękodzielnych wewnątrz więzienia, bądź do zewnętrznych w kopalniach. Poprawa i zapobieżenie zepsuciu więźni polega na ich ciągłym milczeniu, na odosobnieniu nocną porą i naukach religijnych i moralnych zgromadzonym a zawsze milczącym więźniom udzielanych. Postrach, jaki ten rodzaj więzienia wzbudza, wynika więc z połączenia cierpień fizycznych i moralnych winowajcy; pierwsze są skutkiem chłosty za każde przestąpienie zakazu, drugie odosobnienia nocną porą i utrudnienia możności znoszenia się ze spółuwięzionymi. Lecz uległość rozkazom oddala karę cielesną, język migowy zastępuje mowę, a spoczynek po znużeniu pracą nie dopuszcza bezsenności dla obciążonego sumienia zawsze strasznej; więzień używa nieocenionej dla siebie przyjemności opuszczenia codziennie murów więziennych, widywania okolic i ludzi; może znaleźć niekiedy sposobność oszukania swoich stróżów i znoszenia się ze współwięźniami; widzi przynajmniej ten świat, z którego wyłączony został, słyszy innych i czuje, słowem, że nie jest sam i jakby opuszczony wśród towarzystwa. Nie przepędza n długich godzin w samotności, tak ciężkich do zniesienia, gdy je wyrzuty sumienia zapełniają. Może, słowem, uniknąć cierpień cielesnych, a nie jest dosyć narażony na cierpienia moralne: dlatego więzienie takie, jakkolwiek srogie, mniej jest strasznym od ciągle samotnego zamknięcia, przy którym nie masz żadnych cierpień fizycznych.

Przypuszczając, czemu wierzyć trudno, iż milczenie zawsze jest ściśle zachowane, nie można utrzymywać, aby zakaz rozmawiania przy codziennym widywaniu się więźniów miał być dostateczną rękojmią ich poprawy moralnej i zapobiegać ich dalszemu zepsuciu, Już ten stan ciągłego przymusu, ta nieustannie grożąca chłosta, musi koniecznie oburzać, drażnić więźnia i żywić w jego sercu nieubłaganą nienawiść ku przełożonym swoim i ku temu towarzystwu[6], co się nad nim pastwi. Jest on jeśli nie w otwartej, to w podstępnej wojnie z nimi, o tym tylko myśli, jak ich podejść, aby nie wykonać żadnej roboty lub źle ją wykonać, aby się znieść z towarzyszami niedoli i uniknąć grożącej mu kary. Taki stan umysłu, to drażnienie ciągle nienawiści widokiem prześladowców, nie sprzyja bynajmniej uczuciom żalu i skruchy; żywi owszem w sercach złość i chęć zemsty, uczy używać obłudy i podstępu, aby osiągnąć cel ustawom więziennym przeciwny. Im trudniejsze porozumienie się więźni między sobą, tym usilniejsza chęć dania sobie rady i pomocy, tym większa między nimi zgoda, w przedsięwzięciu środków przestąpienia zakazów i ochronienia się od kary.

Spólność cierpień i prześladowania wiąże przyjacielskie stosunki między współuwięzionymi, które dopiero po wyjściu ich z więzienia związek występny przeciw bezpieczeństwu towarzyskiemu między zawziętymi jego nieprzyjaciółmi kojarzą.

Ten ostatni wzgląd jest bardzo ważnym zarzutem każdemu, choćby z innych miar dobremu więzieniu czynionym, które dopuszcza widywanie się więźni z sobą. Znajomość z widzenia współuwięzionych, przekonanie się o wielkiej liczbie równie winnych i winniejszych od siebie, a następnie spotkanie w świecie po wyjściu z więzienia winowajców w nim widzianych, są zgubne dla przestępcy, bo przeciwne jego moralnej poprawie w samym więzieniu i zagrażające powrotem do złego po wyjściu z niego. Kto ten zarzut we wszystkich dalszych skutkach jego rozważy, przyzna zapewne, że się nie da zbić niczym ani zrównoważyć korzyściami przypisywanymi systematowi pokutnemu, który dozwala używać więźniów do wspólnych robót i nie zapobiega zawieraniu znajomości z sobą, choćby też tylko przez codzienne widywanie się nawzajem.

Systemat więzienny Filadelfii zakłada srogość kary na samych tylko cierpieniach moralnych, z ciągłego odosobnienia wynikających. Winowajca przebywa dniem i nocą w oddzielnej izbie, za którą ma podwórze do spaceru. Od pierwszej chwili wejścia do więzienia aż do ostatniej końca kary swojej, nie opuszcza tych tak ograniczonych obrębów, nie widuje nikogo prócz duchownego, który mu nauki i pociechy religii przynosi, lekarza, co mu pomoc sztuki swojej w razie choroby zapewnia, dozorców i zwierzchników służby więziennej, którzy nad nim czuwają, i dostarczają mu tego, czego do utrzymania i wygody życia potrzeba. W tym odosobnieniu, bez żadnych innych przykrości, jest cała kara więzienia; z niego wynika ów postrach, który poczytujemy za najsilniejszy hamulec złych skłonności, za najskuteczniejszą broń przeciw zamachom przestępców z powołania.

Przy zupełnym u ciągłym odosobnieniu dalsze zepsucie winowajcy, skutkiem namowy lub złego przykładu, jest niepodobnym; a rozpamiętywanie nad sobą samym, obcowanie z własnym sumieniem, nie może człowieka gorszym uczynić. Do przywiedzenia zaś jego poprawy nastręcza systemat Filadelfii trzy sposoby: naprzód żal za grzechy i prawdziwą skruchę, bo obłudna bez świadków żadnego by nie miała celu; po wtóre zatrudnienie się użyteczną pracą, nie z przymusu, lecz w zamiarze osłodzenia nią przykrych chwil samotności, i na koniec nauki i pociechy kapłana, jedynego przyjaciela i dobroczyńcy samotnego więźnia.

Przy tych zasadach osiągnąć można cele główne reformy więzień; to jest połączenie surowości z ludzkością, wymiar sprawiedliwej kary bez srogości prawem niedozwolonej, wyłączenie przestępcy spomiędzy prawych ludzi bez oddania go na zgubną naukę między przewrotnych, pozbawienie go wolności bez odebrania mu możności używania swoich władz umysłowych i sił fizycznych, w zamiarze dla niego samego i dla towarzystwa użytecznym.

Samotne ciągłe zamknięcie, z dostarczeniem sposobności zatrudnienia i pobierania nauk religijnych, jest najskuteczniejszą i najsprawiedliwszą karą, a obok tego najlepszym środkiem wstrzymania postępów zepsucia, którego dawne więzienia były szkołą. Jest najskuteczniejszą karą, bo doświadczenie przekonywa: iż winowajca wtedy dopiero czuje karę więzienia, gdy jest samotnie zamknięty, że w towarzystwie zamknięty z innymi traci wstyd, oswaja się z powołaniem winowajcy, pociesza się widokiem tylu równie winnych i winniejszych od siebie, znajduje powab w ich towarzystwie, nawyka do pożycia więziennego i dochodzi do tego, że srogości kary nie czuje.

Jest najsprawiedliwszą karą, czyli karą zgodną z duchem prawa: bo prawo, skazując winowajcę na wyłączenie z towarzystwa i na zamknięcie, nie mogło żądać tego, aby mu dobrać towarzyszów do pociechy, do rozrywki i do przywiedzenia jego zepsucia. Cel tego prawa jest najprzód zabezpieczyć towarzystwo i ochronić je od szkodliwości przestępcy, a po wtóre ukarać winowajcę; ani celu zabezpieczenia, ani celu kary lepiej osiągnąć nie można, jak przez samotne zamknięcie. Więzienie wspólne, wielu winowajców razem w jednejże izbie mieszczące, jest anomalią, jest błędem i nawet niedorzecznością w duchu prawa, której nic usprawiedliwić nie może, chyba jedna przemoc nawyknienia, co tyle błędów uświęca.

Ulegający pod wpływem przemocy nałogu utrzymują: iż samotne zamknięcie w więzieniu jest zbyt srogą karą, zwłaszcza za mniejsze przestępstwa; lecz czyliż prawodawca nie może stopniować tej kary, począwszy od dnia jednego do czasu trwania życia człowieka? Czyliż w tym przedziale lat kilkudziesięciu nie znajdzie się miara czasu więzienia na najmniejsze jako i największe przestępstwo? Czyliż koniecznie potrzeba się trzymać ustaw dawnych w wymiarze kary i czyby nie warto było przerobić nasze kodeksy, jeśli będzie dowiedzionym, że rok samotnego zamknięcia skuteczniejszą jest karą od dwóch lat w wspólnym więzieniu spędzonych?

Ta okoliczność naprowadza na odkrycie nowej ważnej korzyści systematu samotnego więzienia; bo jeżeli dla większej skuteczności kary, skróci się w ustawach karnych czas kary więzienia, dajmy na to do połowy, natenczas będzie w pewnym danym czasie mniej więźniów, a wydatki na utrzymanie więźniów zmniejszą się do połowy tego, czym były dawniej, co tym pewniej nastąpi, że większa obawa tego rodzaju więzienia rzuci postrach między dawnych i przyszłych przestępców, i tamtych od powrotu, tych od wstąpienia na drogę przewrotności odwiedzie.

Ktokolwiek zwiedzał kiedy dawne więzienia, ten nie może wątpić o tym, że to były istotne szkoły zepsucia. Ileż to próżnych siłowań i poświęceń, aby temu zapobiec? Ile różnych teorii i prób, aby najgorszych poprawić, a mniej złych od zarazy złego uchronić? Co rozpraw nad tym, na jakich zasadach zaprowadzić należy klasyfikację winowajców w więzieniach? A wszystko to daremne, bez skutku, albo też rzadkim pomyślnym wypadkiem uwieńczone, dlatego tylko, że nie śmiano od dawnej odstąpić rutyny, że chciano w dawnych murach pozostać i, obawiając się wielkich nakładów nowych budowli, nie obliczono tego, iż ten nakład przez zmniejszone koszty utrzymania mniejszej liczby więźniów w pewnym przeciągu lat pokryty zostanie. Gorzej jeszcze, gdy niewypróbowane teorie w praktykę wprowadzając, budowano nowe gmachy, dla pokutnego systematu wspólnego zamknięcia z moralną poprawą, których niestosowność przez doświadczenie systematu samotnego więzienia dowiedzioną została.

Przy tym bowiem równie prostym jak niezawodnym systemacie, ustaje potrzeba rozpraw nad najlepszym sposobem klasyfikowania więźniów, aby gorszy mniej złego nie popsuł, bo się wszystko kończy na zamknięciu obydwóch, każdego w innej celi, tak aby się nigdy nie widzieli i nigdy z sobą rozmawiać nie mogli. Nie potrzeba szukać tych nadzwyczajnych zdolności krasomówskich, aby wymową działać na masy złoczyńców i nawrócić jednego spomiędzy dziewięćdziesięciu dziewięciu zepsutych, bo gorliwy i prostą wymowę serca posiadający duchowny zbawienniejszą pociechę i naukę udzieli samotnemu więźniowi, gdy będzie pewien, że inny złoczyńca zgubną radą jego pracy nie zniweczy. Obejdzie się bez środków przymusu jako i bez zachęceń, aby więźnia do pracowitości nakłonić, bo samotność da mu narzędzia rzemieślnicze w rękę i każe mu błogosławić pracę, która chwile nudów i cierpienia skraca. Nie będziemy szukać między urzędnikami tych rzadkich cnót, zdolności i szczególnego poświęcenia ludzi, którzy by chcieli i umieli sprawiać trudne obowiązki zarządców i stróżów więzienia, bo cała ich sztuka zależeć będzie na tym, aby dopilnowali tego, iżby każde drzwi były dobrze zamknięte, aby każdy więzień otrzymał, co mu się należy, i miał ciągłe zatrudnienie. Przy tych tak prostych środkach możemy być pewniejsi ochronienia więźnia od moralnego zepsucia, jak przy największych poświęceniach i przy rzadkich przymiotach ludzi moralnej poprawie więźniów oddanych.

Tak więc systemat pokutny Filadelfii, czyli samotne więzienie dniem i nocą z pracą i udzielaniem nauk religijnych, czyni zadość wszelkim warunkom dobrego systematu więziennego: no jest karą stopniować się dającą według wielkości przestępstwa; srogą i postrach wzbudzającą. bez pastwienia się nad winowajcą; usuwa zupełnie wpływ złego przykładu i wszelką możność zepsucia się winowajcy w więzieniu, a nie odbiera ludziom poświęconym nawracaniu występnych na drogę cnoty pracowania nad moralną poprawą więźniów samotnie zamkniętych, z większym skutkiem, jak gdy na masy złoczyńców wpływ zbawienny swych nauk rozciągać usiłują.

Po tylu próbach od kilkudziesięciu lat czynionych, po najszlachetniejszych usiłowaniach przyjaciół ludzkości, a nade wszystko po doświadczeniu w więzieniach [we] wszystkich krajach czynionych, doszliśmy do tego przekonania: że postrach jest najskuteczniejszym środkiem odwodzenia od występnych zamiarów i zmniejszenia liczby przestępców; że więzienie samotne jest najlepszym sposobem wzbudzenia tego postrachu i zarazem zapobieżenia dalszemu zepsuciu winowajcy przez namowy i zły przykład współuwięzionych; i że usiłowanie o poprawę moralną więźniów może być środkiem pomocniczym osiągnienia głównego celu prawodawstwa i systematu karnego, to jest zmniejszenia liczby przestępców.

 

 



[1] John Howard (1726–1790) – angielski reformator więziennictwa; w latach 70. i 80. XVIII wieku prowadził badania więzień w Wielkiej Brytanii, a swoje refleksje spisał w pracach: The State of the Prisons (1777) oraz The State of the Prisons in England, and An Account of the Principal Lazarettos of Europe (1789), w których proponował szereg ulepszeń, mających na celu z jednej strony polepszenie warunków sanitarnych i zachowanie fizycznego oraz psychicznego zdrowia osadzonych, z drugiej zaś zwiększenie bezpieczeństwa i porządku w zakładach karnych.

[2] To jest: społeczeństwa.

[3] Więzienie w Auburn w stanie Nowy Jork zostało wybudowane w roku 1816, obecnie stanowi najstarszy wciąż używany zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem budynek więzienny w Stanach Zjednoczonych (od lat 70. XX wieku znane pod nazwą Auburn Correctional Facility). W tym zakładzie karnym wykonano pierwszą egzekucję za pomocą krzesła elektrycznego w 1890 r.

[4] Chodzi o położone niedaleko Filadelfii Eastern State Penitentiary. Zakład ten, wybudowany w latach 1823–1829 w stylu neogotyckim według projektu Johna Havilanda (1792–1852), był ówcześnie najbardziej kosztownym więzieniem w Stanach Zjednoczonych (obecnie mieści się w nim muzeum historyczne). Dyscyplina w Eastern State Penitentiary opierała się na kwakierskiej metodzie akcentującej izolację od pozostałych skazanych i pracę. Według wzorca tego zakładu penitencjarnego powstało ponad trzysta więzień na całym świecie.

[5] To znaczy: zastanowienia się nad sobą; zob. S.B. Linde, Słownik języka polskiego. Tom VI i ostatni. U–Z, Warszawa 1814, s. 64.

[6] To znaczy: społeczeństwu.

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05