Artykuł
List XLII (z tomu: Korrespondencya w materyach obrazu kraju i narodu polskiego rozjaśniających)
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Szanowny Przyjacielu!

W liście swoim pod dniem 20 sierpnia ubolewasz and słabością umysłu pewnej części rodaków, i masz słuszność; trzeba ubolewać nad tymi, którzy w ciemnościach za każdym krokiem lękają się urojonej mary lub bezdennej przepaści. Jednak powiem otwarcie, że Ci ludzie mało nas obchodzić powinni: nie są oni tak niebezpieczni, ani tak źli, jak się na pozór wydają. Można by ich porównać do dzieci, które dlatego tylko gardzą orzechem, że nigdy jeszcze nie kosztowały innego smaku, i że nie mają zębów do gryzienia. Polak na każdy nowy porządek szemrze, i łaje po trochę, ale go nigdy nie podkopuje, prędko się z nim oswaja i zapomina, że jest nowy. Pewny jestem, że żaden z tych zrzędów, o których mowa, nie zechciałby zmienić stan swój dzisiejszy na dawny. Nie rozpaczajmy zatem, Polacy nie są źli z wrodzonych swych przymiotów, przyjrzyjmy się tylko w ich charakterze.

 

Charakter historyczny Polaków

 

         Naród Polski przetrwał liczne wieki, dobre i złe losy dotykały go z kolei tak podobnie, jak wszystkie inne narody. To jednak na pociechę swoją własną powiedzieć może, że przez długie epoki w dziejach swoich, mniej liczy dni smutniejszych, jak którykolwiek z współczesnych jego sąsiadów. W burzliwych wiekach powszechnej tej ciemnoty, gdzie ludy Europejskie, pogardzając przyjemnością spokojnego życia, albo przez domowe rozterki, szarpały lekkomyślnie własne wnętrzności, albo też pożegnione ślepym fanatyzmem, niosły o tysiąc mil topić zabójczy oręż w piersiach nieznajomych narodów; Polak szanował święte prawa ojczyste, uprawiał spokojnie ziemię swych ojców, nie dał się nigdy wyłudzić za progi domowe, i wtenczas porywał za oręż, kiedy ojczyzny trzeba było bronić od obcych napaści. Polska nie wypielęgnowała na swoim łonie, ani zagorzałych Krzyżowców, ani kłótliwych Gwelfów, ani krwawych Iwanów, ani też królobójczych Klemensów. Naród, choć z przyrodzenia odważny, choć niecierpiący cienia ucisku w swojej zwierzchności, umiał przecież w tysiącznych zdarzeniach, zachować się w obrębach przyzwoitych.

         Żaden naród w świecie nie miał pewnie więcej zręczności pokazać się tym, czym jest w istocie, jak naród Polski; stan jego tak polityczny, jak i cywilny wyprowadził go ustawicznie na publiczną scenę, gdzie bez wszelkiego obrębienia, mógł śmiało pokazać się w całej swej postaci. Od czasów, w których dzieje dokładniej nieco rysują obraz jego postępków, widać w nim pewną jednostajność i pewne prawidła wydające jawnie ogólny jego charakter. W powszechności Polak XIV i XVI wieku, nie różni się co do istotniejszych przymiotów, od Polaka XVIII wieku; to, co go gdzieś wyszczególnia przed innymi, już wówczas było główną jego własnością. Uobyczajenie, jak w każdym z osobna człowieku, tak w całym narodzie, nie odmienia nigdy istoty właściwego charakteru, chociaż się na pozór inaczej wydaje, ale go tylko kształtuje i zwraca do tego lub owego przedmiotu. Stąd doskonały Antropolog nie myli się, choć niekiedy wczesne przepowiada: że ten naród w takim położeniu, i przy tych stosunkach, tak a nie inaczej sobie postąpi; że to mu przypadnie do smaku, a tamtym wzgardzi; że co jednemu może zapewnić los pomyślny, to dla drugiego niechybną przyspieszy zgubę. Takie wróżby oświeceniowych ludzi przed wielu lat wyrzeczone spełniły się i jeszcze spełnią za dni naszych. Katon, Montesquieu, Raynal, Rousseau i inni nie mieli osobnego ducha proroctwa: byli dobrymi politykami, znali dokładnie ludzi i zgadywali niepojęte dla innych wypadki.

Czytając dzieje naszej ojczyzny bez należnej uwagi, zdaje się, że Polak postępował niekiedy wbrew swojemu charakterowi, że się czasem wyzuwał z wrodzonych swych przymiotów; lecz omylny ten pozór niknie natychmiast, skoro się zajrzy do innego źródła: też same sprężyny rozmaicie cienione od siły zewnętrznej, muszą koniecznie rozmaity ruch wprawiać w machinie, która jednak dlatego wcale nie odmienia głównych swych własności. Człowiek jest wprawdzie wolny, ale w pewnym tylko względzie: w moralnych działaniach może z zupełną dowolnością obierać tę lub ową stronę; może na przykład chcieć, albo nie chcieć wyzuć się narzuconych kajdan, nikt w świecie nie jest w stanie zabronić mu tego. Ale gdy przychodzi do wykonania samego, podówczas nie zawsze jest panem swej woli: tysiączne zawady stają mu na przeszkodzie, a gwałtowane przeciwności, porywając go niekiedy na wsteczne drogi, odpychają daleko od przedsięwziętego zamiaru. W takim razie człowiek nie działa według swej woli i skłonności, ale według cudzej. Wtenczas tylko kiedy mu nic nie przeszkadza z dwóch równoważnych dróg obierać jedną, zwraca się pospolicie na tę która mu jest zwyczajniejsza, albo co na jego wypadnie, która więcej odpowiada jego panującym skłonnościom. Tego prawidła najczęściej trzymać się zwykły w ogóle narody, gdyż w przeciwnym razie musiały by same ze sobą wieść nieprzyjemną walkę, na jaką szczególnie tylko osoby zdobywać się zwykły. Ogół pospolicie opuszcza się ślepo za zwyczajnym popędem, cnotliwy tylko i mądry pasuje się ze skłonnością, i słucha zimnej rozwagi. Przy wolnym więc wyborze, postępki i działania jednego ludu, choć za lat tysiąc muszą sobie być podobne: raz, że z jednego zawsze płyną źródła, drugi raz, że tym samym tocząc się korytarzem, bez tamy jeden zawsze mają spadek. Prawda, że długie doświadczenie, oświecenie sztuczne, wzbogacając głowę nowymi pobudkami, może nadać nowy tok i popęd postępkom ludzkim; ale i to o szczególnych tylko osobach z śmiałością powiedzieć można, gdyż doświadczenie, które tu więcej ważyć powinno, jak samo rozumowanie, zawodzi wszelkie inne nadzieje. W jakiejkolwiek epoce przejrzymy całe narody, zawsze się okaże, że ogół ludu przez wielki długie bardzo nieznaczny czyni postęp w udoskonaleniu zwyczajnych swych prawideł. Najstarszym przewodnikiem jego jest instynkt, temu przodkują głównie panujące skłonności: kto tylko poznał dokładnie tych przewodników, zgodzi się na to, że wolno i z trudnością przyjmują odmianę; chcą oni z dawna trzymać się ubitego toru. Dlatego można śmiało powiedzieć, że narody pozornie tylko, a nie rzeczywiście odmieniają swoje własności i charakter: zmiana ta tyczy się jedynie ulubionych przedmiotów; co w niczym nie przeistacza natury, kształci ja tylko i miarkuje rozmaicie.

Te uwagi są pocieszające dla Polaka, z nich może wcześniej na przyszłość przyjemne dla siebie czynić wróżby. Przy dobrych prawach i roztropnym rządzie, naród jego zawsze się wyszczególniał w tych wszystkich przymiotach, które wewnątrz kraj czynią szczęśliwym, a zewnątrz potężnym. W którymkolwiek uważany stanie: czyli prowadzony od samego instynktu, czyli idący też za powodem rozumu, nie ma przyczyny rumienić się za swój charakter; osiemset lat ciągłego doświadczenia okazało czym jest w jednym i w drugim razie. Jak w epokach ciemności powszednich, tak równie w czasach oświecenia, nigdy się nie dał przepisać w innym w uszanowaniu raz ustanowionej zwierzchności; można nawet dodać, że w tym względzie sam jeden przed wszystkimi zarobił sobie na prawdziwą chwałę. Nie było pewnie narodu, który by więcej miał powodów do lekceważenia swego Księcia, jak naród Polski: sam go obrał, sam mu przypisywał obowiązki, obrany wszystko pod przysięgą obiecywał dotrzymywać. Nie był zatem uważany inaczej, jak dłużnik winny wypłacać się z wdzięcznością swemu wierzycielowi, jak narzędzie cudzej woli i jako pierwszy współobywatel mający dogadzać życzeniom każdego. Kto zna ludzi, łatwo się zgodzi na to, że w podobnym stanie strony w ustawicznym ze sobą żyć muszą sporze, że jedna chce pospolicie za wiele, a druga za mało. Książęta po wstępie swoim na tron, rzadko się wywiązywali z poprzysiężonych obowiązków, i obietnic korzystnych dla kraju; często nawet ośmielali się gwałcić najdawniejsze przywileje narodu. Takie postępki, rzadko u innych przebaczane Samowładnym Monarchom, powinny były uzuchwalić Polaka; prawa nawet zdawały się upoważniać do użycia najsurowszych środków przeciw wyrażającym; a jednak nie masz przykładu w dziejach jego, żeby kiedy tak daleko pomykał swoja zemstę. Prosta obietnica poprawy, wyrzeczona z tronu, uspokoiła na zawsze obrażone umysły[1]. Trafiło się niekiedy, że naród albo podszeptami złośliwych odrodków, albo nieprawymi postępkami Króla zburzony, szemrał głośno, łajał śmiało, porywał się za oręż, i wtenczas kiedy spodziewać się już należało, że uderzy w ofiarę swego gniewu, opuszczał ręce, schylał głowę i klękał pokorny przed tronem, prosząc o przebaczenie, i o to co prawnie mocą sam sobie mógł wyjednać. I takie to przymioty Polaka zjednały mu tę szczególniejszą chwałę, jaką się rzadko który naród w świecie poszczycić może: „Tron jego nigdy nie skropiła krew wylana przez wdzierców. Naród nigdy nie zbroczył rąk krwią swoich Książąt”. Oto jest najpiękniejsza treść tysiąca lat dziejów jednego ludu, który podlegając równie z innymi wszelkim słabościom, potrafił się przecież ustrzec ich zbrodni[2]. Miedzy licznymi jego Książętami bywali tacy, którzy częściowo z własnej, częściowo z cudzej winy ściągali na siebie powszechną nienawiść; i kiedy rozumiano, że naród ich odstąpi w nieszczęściu i poświęci surowym losom, Europa ze zdumieniem patrzyła na przeciwne sceny. Polak zapominając w ten mement wszelki uraz, nie widział w swym Księciu tylko nieszczęśliwego, któremu przez litość majątkiem, honorem i życiem należało śpieszyć na ratunek; ze łzami cisnął się wtedy do tronu, poprzysięgła na dobyty oręż, że póty go nie złoży, póki nie ujrzy końca jego nieszczęściom. Dynastie Jagiellońska, Szwedzka, Saska i inne doświadczyły nieraz tej cnoty narodu. Władając tronem, prawami, wojna i pokoje mnie potrzebował tym samym żebrać łask u swego Monarchy: jeżeli zatem czynił co dla niego, to pochodziło z własnej jego ochoty, z uszanowania dla tronu, i z wrodzonej wspaniałości. Na głos Króla dogadzając jedynie chęciom, a niekiedy i kaprysom jego, nosił nieraz ochoczo życie w głodne skały Mołdawii, do smutnej Estonii, na lodowate brzegi Wołgi i pod nieprzyjazny sobie Wiedeń.

         Ile Polak kocha ojczyznę i sławę narodową, najlepiej osądzić można z wad samej Konstytucji politycznej, którą się rządził przez kilka wieków. Sam był panem wojny i pokoju; cała siła do obrony granic od napaści, składał się z tego stanu, który posiadając wszelką władzę i bogactwa krajowe, prowadził życie swobodne i miękkie. W takim położeniu musiał odczuwać wstręt znaczny do tego wszystkiego co mogło zagrażać miłej jego spokojności; musiał się lękać wojny, która w każdej chwili wystawiła go na utratę najdroższego majątku i życia. Od początku jednak dynastii Jagiellońskiej, przez 400 lat ciągle, pod każdym panowaniem (wyjąwszy szczególnie kilkumiesięczne Henryka) Polak występował zbrojnie, ale dla walki z nieprzyjacielem, albo też dla obrony swojej wolności. W czasie, kiedy sąsiedzcy Mocarze z nękaniem prowadzili wprawione do boju, zahartowane do trudu pułki zapłaconych żołdaków, naród wolny, samowolny i spieszący wygodami, biegł sam dobrowolnie o 200 mil od domu zasłaniać ojczyznę lub bronić sprzymierzeńców. Przechodząc ciągle z miękkiego życia poddawał się obozie pod najsurowsze prawa wojenne, stawał w szeregu prostego wojaka, i pełnił najprzykrzejsze służby bez szemrania.

         Polak, mężny z urodzenia i ambicji, mniej dba o kunsztowną doskonałość rzemiosła wojennego; w boju poprzestaje na osobistej odwadze. Dlatego chociaż na otwartym bojowisku nigdy pewnie nie był zwyciężonym przez równą siłę, w manewrach, jak również w zdobywaniu zamków, rzadko się dotąd wyszczególnił. Popłoch przed nieprzyjacielem poczytuje za największą hańbę dla siebie, zdaje mu się, że tak upodlony nie może mieć prawa żadnego do równości współrodaków swoich. I stąd to Europa patrzyła nie raz z zdumieniem na awanturnicze owe walki Tarnowskich, Zbaraskich, Potockich, Czarnieckich i innych wielu, którzy z garstką swego ludu uderzając na potężne armie, rozgramiali je najczęściej przez haniebne klęski. Jeśli go czasem przycisnęły nieszczęścia, choć się zdawał ulec na moment, nigdy przecież nie zasypiał w hańbiącej niedoli, nigdy nie tracił męstwa. Pierwsza przyjemna pora była dla niego hasłem do powstania. Niechciwy cudzego, o wydartą sobie własność, walczył niezmordowanie przez całe wieki: wnukom swoim jeszcze wpajał zemstę, za wyrządzone niegdyś krzywdy ojczyźnie. Ślady takowej ambicji narodowej we wszystkich pokolenia Słowiańskich, od ujścia Dunaju, do Adriatyku, Elby i Morza Bałtyckiego, równie jak w Polsce, dotąd jawnie spostrzegać się dają: nigdzie jeszcze Słowianin nie pojednał się z obcym zwycięzcą. Zdarzało się nie raz, że postronne narody, cisnąć się pod jego opiekę, chciały rozstrzygać granice kraju; Polak z obojętnością i tylko przez wspaniałość skłaniał się do przyjęcia tej pochlebnej ofiary, której inni drogo krwią własną dokupywać się zwykli. Przez 500 lat wojując szczęśliwie z sąsiadami, utykając częstokroć zwycięski swój oręż w samej ich stolicy, nigdy nie przywłaszczył sobie przemocą jednej piędzi ich kraju. Potężny przez męstwo i ogromność geograficzną, mógł nieraz zetrzeć w proch krnąbrnych swych nieprzyjaciół, ale przedkładając wspaniałość nad chlubę pomsty, spuszczał oręż kiedy miał dobijać ofiarę swego gniewu. Upokorzenie, wyświadczane dobrodziejstwo rozbraja na zawsze jego zawziętość, i z zagniewanego wroga stanie się wtenczas szczerym przyjacielem. Polak zawsze zbrojny w domu, w ogrodzie, w odwiedzinach u przyjaciół, wśród własnej nawet familii, przy wrodzonej swojej żywości, zawsze gotowy jest zemścić się za wyrządzoną krzywdę: jednak przy tak niebezpiecznym zwyczaju, największy zapał gniewu w prywatnych urazach, rzadziej jaki inne narody, unosi go do popełnienia zbrodni: Ojczyna mało kiedy smuciła się z rozlania krwi przez ukartowane zabójstwo. Wtedy jednak, gdy idzie o obronę praw publicznych, gdy spostrzeże najmniejszy cień zamachu na swą wolność, zapomina o wszelkich obowiązków uszanowaniu, dobrodziejstwu, przyjaźni i krwi własnej, nie wzdraga się wśród samego majestatu obrad publicznych, wśród świątyni samego Boga, przyłożyć śmiertelny oręż do piersi obwinionego[3].

         Polak, podobnie jak inne pokolenia Słowiańskie, ile nie cierpi przymusu i obcej niewoli, tyle ulega bez sarkania najtwardszym prawidłom, które sobie sam przypisuje: nieszczęsne panowania domu Szwedzkiego, nieznośne skutki Konstytucji Anarchicznej, okropny rodzaj więzień podziemnych, gardłowe kary za najmniejsze przewinienia w obozie, nareszcie uprzykrzony obowiązek bronienia osobiście krajów ojczyzny, są mocnymi dowodami tej prawdy. Jako wszechwładny prawodawca mógł się wyzuć w jednym momencie z tak twardego stanu, ale że ten był tworem własnej jego woli, znosił go stale przez różne epoki zmian politycznych i moralnych. I w tym Polak nie różni się od reszty pobratymczych narodów, że z niektórych względów, tak jak te, skłonny jest do różnych odmian i nowości. Pierwsza błyskotka najczęściej go łudzi, idzie za nią niekiedy, aż do zbłąkania, lecz zabawiwszy się nieco osiągniętym cackiem, rozważa dopiero jego wartość, stygnie, staje się obojętny i pragnie na nowo tego, czego jeszcze nie posiada. Ta wada wtenczas się w nim dopiero odzywa, gdy idzie o dogodzenie wrodzonej próżności: niezmierna chęć wyszczególnienia się przed innymi, czyni go łechtliwym na to wszystko, co może dogadzać tej słabości. Polak w rozmaitych epokach swojej egzystencji, przejmując nawijające się wzory, przechodził z niewiadomości do nauk, z tych do zabobonu i ciemnoty; bywał na przemian pobożnym, wolno myślącym, zabobonnym, Niemcem, Turkiem i Francuzem; raz kochał skłonność Lakońską, drugi raz przepych azjatycki; bywał czasami opusem, trzeźwym, pijakiem i znowu literatem. Wśród wszystkich tych przeobrażeń były jednak przymioty, w których nigdy się nie zapomniał: gdy szło o obronę własnych swobód, wolności cywilnej, o honor narodu i miłość ojczyzny, wtenczas na pierwsze hasło porywał się z miękkich puchów, odbiegał teki, kielichy, przestał być zabobonny, wolno myślący, cudzoziemcem, a przybrawszy na nowo postać prawego Polaka, szedł śmiało zajrzeć w oczy samemu niebezpieczeństwu. Wojny religii, które tymi nieszczęścia trapiły narody Europejskie, tak w ciemnych jak i w oświeconych wiekach, nieznane były w Polsce. Żaden kraj nie liczył pewnie więcej sekt u siebie, i żaden przy potędze jednej panującej, nie dozwolił więcej używać wolności, jak nasz. Polak mocno przekonany o prawdach swej wiary, nie poważył się nigdy przywłaszczać sobie prawa narzucania drugiemu, z orężem w ręku, własnego zdania. Mniemał ostatecznie, że obywatel odpowiadać powinien społeczności, a sumienia samemu tylko Bogu.

Chociaż Polak w swoich postępkach bywał czasem lekkomyślny, choć niekiedy bez rozwagi należytej i odważał się na śmiałe przedsięwzięcia środki atoli upadlające charakter człowieka z honorem, zawsze miał w ostatnim obrzydzeniu: nikt narodowi polskiemu nie może narzucić chytrości, podstępu, nierzetelności, zdrady, łakomstwa lub skrytych kabał względem sąsiadów: i przyjacielem i nieprzyjacielem zawsze był otwartym. Jak sam jest rzetelnym i bez fałszu, tak o każdym sądzi podobnie i każdemu zaufa, stąd częstokroć drogo przypłacał tej chlubnej cnoty. Chytrzy sąsiedzi, wichrzyciele porządku wewnętrznego, nieraz jej użyli ze szkodą narodu dla dopięcia haniebnych swych zamiarów. Przy wybornym rozsądku, zostawiony przy zimnej krwi, w przedmiotach najważniejszych zastanawia się gruntowanie, rozważa z prawdziwą dokładnością i w oka mgnieniu wykonuje zręcznie; lecz kiedy idzie o wytrzebienie spraw zawikłanych, dzieł wymagających długiej cierpliwości, rychło w nim gaśnie zapał potrzebny, prędko się morduje, albo odbiega od rozpoczętej pracy, albo ją kończy w połowie. Ta wada często się nawija w sprawach publicznych, jak i w naukowych, kunsztach i rzemiosłach. W powszechności Polak jest ani chciwy, ani skąpy: jeśli gromadzi majątek, czyni to albo dla dogodzenia wrodzonej próżności, albo też dlatego, by być hojny i wspaniały; obce narody znają go dobrze z tej strony. Sknerstwo w jego oczach jest obrzydzeniem: gość, podróżny, znajomy, nieznajomy, z bliska lub z daleka, rodak, czy cudzoziemiec wszędzie przyjmowany bywa do domu prawdziwą szczerością; gospodarz cieszy się niezmiernie, gdy go może uraczyć przyzwoicie, bawi się z nim jak z przyjacielem dawnej zażyłości. Że kocha talent i szanuje uczonych, przeto cudzoziemiec przyjemnym jest dla niego gościem; z nim może łatwiej nasycić zarazem wrodzoną ciekawość dowiedzenia się tego, czego jeszcze nie wiedział, i chęć okazania się wspaniałym. Daleki od uporu zwyczajnego innym narodom, wyzuwa się z łatwością z przestarzałych przesądów, naśladuje z dziwną zręcznością to wszystko, co ma wziętość, i zazdrości, gdy postrzeże, że go inni w czymś uprzedzili; sam jednak rzadko się wysadza na nowe wynalazki, woli być naśladowcą. Wreszcie Polak obdarzony wszystkimi przymiotami, które uprzyjemniają życie towarzyskie: jest rozsądny, dowcipny, wesoły, gościnny, szczery, przyjacielski; w posiedzeniu i zabawach nie cierpi przymusu, jest grzeczny, zapomina o wszelkich różnicach stanu i urodzenia; słowem w wtenczas dla każdego staje się bratem i członkiem jednej familii. A że podobnego obejścia się z sobą wymaga również od innych, przeto najmniejsze w tym względzie uchybienia, rzadko umie wybaczać. Na zakończenie obrazu Polaka można dodać śmiele: że natura wyposażyła go w części żywością Greka i flegmą Rzymianina.

         Ten jest ogólny obraz charakteru Polaków; nikt im go zaprzeczyć nie może, bo nie z momentalnie przemijającego stanu, ale z dobranych kolorów z wieku wieków jest malowany. Kto chce sądzić bez błędu o przymiotach narodu całego, nigdy nie powinien brać wzoru z jednej szczególnie epoki: położenie, ukryte okoliczności, stan fizyczny lub moralny, mogą w tej chwili wystawić go w fałszywych cieniach. Polak długo znosił, na pozór cierpliwie, obce jarzmo, zdawał już nawet gnuśnieć w nim na zawsze; jednak gdy mu zabłysła pierwsza dobra pora, zerwał się nagle i pokazał tym czy jest w istocie. Mądry nie patrzy nigdy na przypadłości, te zawodzą; grunt sam rzeczy jest dla niego jedynym prawidłem sądzenia. Dlatego raz zapewniony przez ciągłe uwagi o rzeczywistych przymiotach narodu, wyprowadza z nich bez trudności całą osnowę cnót i zdrożności, jakie kiedyś panowały wśród niego. Tłumaczy sobie z pewnością, dlaczego w tym lub o innym zbiegu okoliczności, wygrywał ten, a nie inny rodzaj postępków. Ta dokładana znajomość źródła, w którym się zawiązują wszelkie zarodki nadające pewny kierunek działaniom, jak z jednej strony służy mu do niemylnych przepowiedzeń wypadków dalekiej przyszłości, tak z drugiej wskazuje niezawodne środki, jakie naród ten prowadzić powinien do zamierzonego celu. I na tym to gruntuje się wielka sztuka polityków, na których świat nieraz już patrzył z podziwem. Poznawszy dokładnie swój lud, nie mylą się oni w ukartowanych rachubach, prowadzą go śmiało w zawiłe bezdroża, i wtedy, kiedy słabe umysł na sam widok już drżą ze strachu, lękając się fatalnych skutków, oni wykonują olbrzymie dzieła. Aleksander, Cezar, Gustaw, Fryderyk i wyższym nad wszystkich Bohater naszego wieku, tej jedynie sztuce winni swoją wielkość. Rządca kraju z nią oswojony, przetwarza z zadziwiająca łatwością panujące wady, w użyteczne cnoty: kierując zręcznie zbłąkane skłonności ku dobru ogólnemu, dokazuje wszystkiego, i unika pospolicie tych niebezpiecznych zawałów, i z kim inni, częstokroć nadaremnie pasować się muszą. Wie dobrze, że lud rzadko się pyta, dokąd go władcza prowadzi ręka, że oto tylko jest troskliwy, żeby go gwałtownie nie spychano z ubitego od wieków gościńca; żeby mu raptownie nie wydzierano ulubionych tych ponęt, które dotąd słodziły jego prace i trudy.

         Przy zakończeniu tego historycznego obrazu Polaków, szczerość patriotyczna zniewala mnie dotknąć się jeszcze smutnej tej prawdy: że od pewnego czasu chwalebne nikt niektóre ich cnoty, znacznie się zmieniać poczęły; Polak nie ze wszystkich względów jest dziś tym, czym by, przy właściwych sobie przymiotach, powinien. Jednak rozpaczać było by występkiem przeciw rzeczywistemu charakterowi szanownego narodu. Obrzydłe te chwasty, które złośliwa ręka zasiała na jego ziemi, uschną aż do korzenia, skoro się zabroni obcym wrogom tłumić rodowite nasiona. Kiedy się zwarzy całe pasmo tych nieszczęść, które długo trapiły Polaków; te przeciwności, które przewyższając niezmierne siły, trzymały go poniewolnie w twardych kajdanach przez kilka pokoleń, nie dziw, że swobodny kiedyś umysł jego nabrał poniekąd jadowitej tej żółci, jaką mu chytra przemoc niezmordowanie lała w piersi. Wyzywam jednak każdego, niechaj mi pokaże naród, który by wiek cały w podobnym położeniu, tak mało jeszcze znikczemniał, jak Polak. Najmniejszy promyk nadziei ożywienia sławy narodowej, ścierał już nieraz, w mgnieniu oka, wszystkie jego nabyte przywary. Miłość ojczyzny zawsze go zwraca do cnót swych przodków: z miękkiego Sybaryty, stanie się zahartowanym Spartiatą, z zaufanego niewolnika dumnym rycerzem, z egoisty szczodrym synem ojczyzny, a z przesądnego fanatyka oświeconym prawodawcą. Polacy! To jest, co na własną chlubę śmiało powiedzieć możemy.

 

W. Surowiecki



[1] Są Autorzy, którzy usilnie dowodzą, że myszy Kruszwickie niewiele surowiej obchodzą się ze złymi Książętami, jak naród Polski: zapalone słuszną gorliwością o dobro pospolite Ojczyzny, miały jednego z nich za niesprawiedliwe w niej rządy, żywcem pożreć, zostawiając tym sposobem przykład strasznej kary dla innych!

[2] Polacy szalonym nawet nie chcieli wybaczyć zniewagi wyrządzonej Królowi: przykładem Piekarski.

[3] Polacy chcąc skupić własną popędliwość na obradach publicznych przenieśli sejmiki do kościołów; ale i ten wynalazek nie potrafi w zupełności uleczyć wrodzonej ich słabości: nieraz wśród szermierstw, niewinni święci na ołtarzu zamachów ostrych szabel srodze okaleczeniu bywali w nogi, w ręce i po całym ciele.

Najnowsze artykuły

Gdzieś na antypodach czy jednak znacznie bliżej? (wywiad)

Rafał Habielski

Data dodania: 2017-06-26

O duchu rewolucyjnym. Wybór pism.

Hieronim Kajsiewicz

Data dodania: 2017-06-08