Artykuł
Sejm Ustawodawczy, 8 października 1920 r.
Data dodania: 2018-10-25
Data dodania: 2018-10-25

171. posiedzenie Sejmu Ustawodawczego, 8 października 1920 r.

 

P. Moraczewski[1]:

Wysoka Izbo! Mowa p. Głąbińskiego[2] w zupełności nas nie zdziwiła, chociaż zapewne zdziwiła wielu tych, którzy przyzwyczajeni byli słyszeć z prawej strony Izby nawoływania o konieczności utworzenia rządu koalicyjnego. Od początku powstania Państwa polskiego słyszeliśmy, że jedynym rządem, który może przeprowadzić utworzenie z niezłączonych jeszcze ściśle wewnętrznie dzielnic Polski jednolitej całości, że jedynym rządem, który może opanować chaos, który musiał nastać po ustąpieniu wszystkich najezdczych władz, jest rząd koalicyjny, oparty na porozumieniu i współdziałaniu wszystkich stronnictw, pracujących w Państwie. My twierdziliśmy, że taki rząd nie jest w stanie być rządem, że niepodobna – że użyję wyrażenia sejmowego – żeby „mały konwent seniorów” mógł być rządem, że z konieczności wyjdzie zaraz na jaw przeciwieństwo, które w tej Izbie ujawniło się w głosowaniu nad reformą rolną: 180 głosów na 180, że taki rząd nie jest w stanie wyprowadzić Polski z tego chaosu i trudności, w jakich z natury rzeczy musiała się znaleźć. I twierdziliśmy, że pod pokrywką żądania rządu koalicyjnego kryje się żądanie rządu partyjnego, że to jest tylko frazes, który zasłaniał treść, a treścią tą było żądanie rządu prawicy.

Przeżyliśmy doświadczenia okresu trzymiesięcznego, od kiedy wszystkie stronnictwa zgodziły się na utworzenie rządu koalicyjnego. Powstał rząd koalicyjny. Myśmy, zgodzili się na niego pod dwoma warunkami: po pierwsze, aby to był rząd ściśle koalicyjny, po drugie, ażeby miał określony cel. I rzeczywiście, rząd jest mimo wszystko, co się w prasie mówi, ściśle koalicyjny. Na 16 członków, zasiadających w tym rzędzie, jest 7 którzy należą do prawicy, 6 którzy należą może nie ściśle do lewicy, ale do tzw. grupy centrowo-lewicowej, zaś co do dwóch to ich przynależności politycznej, ani partyjnej nikt nie potrafi skonstatować, albowiem są wyraźnie bezpartyjni. I co się z tym doświadczeniem stało? Słyszałem na tej wojnie dobry dowcip: Zły jeździec spadł z konia, a żołnierze zaczęli wołać za nim: Koń mu się skończył! Tak samo z tym rządem koalicyjnym. Wczorajsza mowa p. Głąbińskiego była testamentem, przekreślającym raz na zawsze możliwość rządu koalicyjnego u nas. (Głos: Takiego jaki był). Nie może powstać inny rząd koalicyjny jak ten, w którym połowa członków jest z prawicy, połowa z lewicy.

Ta prawda, którą wskazywaliśmy, że rząd koalicyjny jest niemożliwy, została stwierdzona ponad wszelką wątpliwość wobec całej Polski przez historię trzech ostatnich miesięcy, a wczoraj przez p. Głąbińskiego z tej trybuny została przypieczętowana i to jest facit, to jest rezultat tych trzech miesięcy, który musimy sobie wszyscy uprzytomnić jasno i otwarcie.

Z chwilą, gdy powstał obecny rząd, wydawało się wielu ludziom, że jest to tryumf, który odniosła prawica, że koncepcja prawicy odniosła tryumf przez to, że lewica zgodziła się na rząd koalicyjny. Rząd koalicyjny, ma się rozumieć, musi być połączony z zaniechaniem na czas jego istnienia ostrych walk partyjnych. Oczywiście, nie znaczy to – bo takiej możliwości nie ma i nikt nie potrafi jej zrobić – zaniechania dążeń klasowych samych że warstw społecznych, bo zarówno z lewej, jak i z prawej strony warstwy te nie zrzekną się dążności do zaspokojenia swoich interesów i ani na chwilę nie mogą ich zawiesić, ani nawet na czas trwania rządu koalicyjnego, ale ostre walki partyjne, które częściowo są wyrazem tych dążności klasowych, powinny być na czas trwania rządu koalicyjnego zaniechane i zawieszone.

Tymczasem z chwilą tworzenia się rządu koalicyjnego zaczęły się najstraszniejsze ataki i to właśnie z prawej strony; walki partyjne doszły do niesłychanego napięcia i chociaż należę do lewicy, to jednak mówię bezstronnie, zaczęły się z prawej strony napaści, niesłyszane w dziejach żadnego państwa i to w momencie najkrytyczniejszych walk, w momencie, kiedy armia wydobywała wszystkie swe siły, kiedy wszystkie pobojowiska zlane były krwią; na kogo? – wszystko jedno, kto nim był i wszystko jedno jak się ta osoba komu podobała – na Naczelnego Wodza tej armii, do którego każdy żołnierz powinien mieć ślepe zaufanie, bo inaczej bez takiego zaufania armia się rozkłada. I chociaż to ślepe zaufanie do Wodza było potrzebne, uderzono z całą forsą na jego osobę bez oglądania się na skutki, jakie to mogło wywołać. (Wrzawa). Gdyby w takim momencie stał na czele armii najzacieklejszy reakcjonista, to my byśmy nie byli go atakowali, wiedząc, że takie ataki kosztują życie żołnierzy. To podkopanie zaufania żołnierza i zachwianie się żołnierza pociąga za sobą mnóstwo trupów i kalek, odbija się na ojcach, matkach, na wszystkich, odbija się na całym kraju, gdyż cały kraj jest pod wpływem straszliwej wojny. W tym momencie walka przeciw Naczelnemu Wodzowi, toczona przez prawicę była zbrodnią. (Wrzawa. Głos z prawicy: Odbiło się na wyprawie kijowskiej). Gdyby nawet na czele armii w tym momencie, stał człowiek nieodpowiedni, gdyby nawet… (Głos: Gdyby…). Tak jest, bo to jest nieprawda (Hałas). Cała armia jest innego zdania, a historia… (Hałas) Zresztą, co tu dużo gadać, Panowie będziecie mu pomniki stawiać po śmierci, w każdym mieście postawicie pomnik. Dziś kłody mu pod nogi rzucacie i plujecie na niego, a dopiero jak umrze, będziecie go ubóstwiali.

Rzucano się nie tylko na Naczelnego Wodza, ale na poszczególnych dowódców armii. Żaden z dowódców armii nie byt wolny od tych zarzutów, ani Rydz Śmigły, ani Szeptycki, ani którykolwiek z dowódców armii (Głos: Haller), który stał na czele armii, nie był wolny od zaciętych ataków, podkopujących wiarę i zaufanie żołnierzy do swoich dowódców. (Głos: Gdzieindziej dowódcy idą pod sąd za takie rzeczy).

To z punktu widzenia ogólnopaństwowego, ale co się tyczy samego rządu koalicyjnego, byliśmy świadkami od pierwszej chwili ataków na Prezydenta Ministrów, byliśmy i jesteśmy świadkami zaciętych ataków na Wiceprezydenta Ministrów, na Ministra Daszyńskiego, którego Panowie tak samo nie potrafią strawić, jak my nie potrafimy strawić ministrów zasiadających z waszego ramienia w gabinecie. (Głos: Grabski już nie endek).

Ja nie mówię o ministrach wyłącznie z ław narodowo-demokratycznych, lecz z prawicy; a z prawicy mamy siedmiu ministrów. (Głos: Nie ma w gabinecie konserwatystów). Ja z wielkim zadowoleniem przyjmuję te słowa, że w gabinecie nie ma konserwatystów, jako wielki komplement pod naszym adresem, wskazujący wielką siłę przyciągającą naszej partii, jeżeli wybitnych ludzi i wyrobionych polityków z waszej strony, zasiadających w gabinecie, jeżeli pana Nowodworskiego, Chrzanowskiego, Skulskiego, Sapiehę, Kucharskiego, Grabskiego potrafił jeden nasz członek w ciągu 3 miesięcy przerobić na socjalistów. Wielki komplement, ale niestety nieprawdziwy.

Proszę Panów, zarzuty przeciw Daszyńskiemu, zarzuty, wyrażające się w tym, że on – czy ja wiem – sprzedał wszystko, co było do sprzedania, sprzedał Śląsk, Lwów, Gdańsk, Wilno, nie wiem już czego nie sprzedał, wszystkie te zarzuty były wypowiedziane w okresie trwania rządu koalicyjnego.

Pan poseł Głąbiński zarzucił w swoim czasie i publicznie ten zarzut podnosił – bardzo się dziwię, że ten zarzut nie był przez niego wczoraj powtórzony – że na Radzie Ministrów pojawił się wniosek o zawarcie sojuszu z Niemcami. Wczoraj, jakkolwiek poseł Głąbiński poruszył szereg zarzutów drobnych, jak np. przeciwko związkowi strzeleckiemu pomieszał wielkie z małymi, nie podniósł jednak tego zarzutu. Coś się z tym zarzutem stało, gdzieś się zapodział. (Głos: W drodze z Warszawy do Paryża). Obawiam się, że p. Głąbiński cofnie ten zarzut tak, jak będzie musiał po pewnym czasie cofnąć prawie wszystkie zarzuty, tutaj wypowiedziane, jak będzie musiał cofnąć zarzut, że np. biuro prasowe Ministerstwa Spraw Wojskowych w jednym miesiącu wydało 17 milionów marek, gdy tymczasem właśnie wczoraj ukazało się w gazetach orzeczenie sądu, w którym stwierdzono, że wydano tylko 2 miliony marek w tym miesiącu. (Wrzawa. Głos: A dwa miliony wolno? Głos inny: Ani grosza nie wolno marnować). O tym, czy 2 miliony, czy 17 milionów, i czy były zmarnowane powiem. (Głos: To złodziejstwo). Proszę  księdza nie szermować tak znowu bardzo złodziejstwem, to brzydko, będąc nietykalnym, rzucać takie zarzuty.

Napadł p. Głąbiński na Polską Organizację Wojskową. P. poseł Głąbiński pamięta chyba te czasy, kiedy to przy końcu istnienia Austrii Polska Organizacja Wojskowa w ciężkich prześladowaniach i ciężkich bojach przygotowywała walkę przeciw Austrii, przygotowywała rozkład Austrii. Chyba pamięta te czasy, ponieważ znał je nawet dość blisko jak ta P. O. W. na Ukrainie, na tyłach armii niemieckiej mosty wysadzała i niszczyła. Chyba pamięta te czasy i zna je bardzo dobrze, kiedy Polska Organizacja Wojskowa wyrzucała władze austriackie z Galicji, władze austriackie z okupacji w Królestwie i władze niemieckie z okupacji niemieckiej.

A chyba pamięta najświeższe chwile działalności P. O. W., która na tej wojnie wystawiła dwa pułki, może najlepsze z całej armii, które się na tej wojnie niesłychanie wstawiły i pokryły pobojowiska stosami trupów swych ludzi. Chyba wie o najtrudniejszej pracy P. O. W. w tej wojnie dokonywanej na tyłach armii rosyjskiej. Chyba pamiętne mu są czasy ostatnie, więc te ataki na P. O. W. ze strony p. posła Głąbińskiego są dla mnie czymś po prostu potwornym.

Ale, proszę Panów, ja tych zarzutów p. posła Głąbińskiego nie dlatego nie chcę zwalczać, jakobym nie miał choć na jeden zarzut odpowiedzi. Wierzcie mi Panowie, słuchałem z wytężoną uwagą mowy p. posła Głąbińskiego i byłem zdumiony, jak słabe, jak płytkie i nieprawdziwe były jego zarzuty. Nie chcę pójść tą drogą, ponieważ ona do niczego nie poprowadzi ani p. posła Głąbińskiego, ani mnie. Wolę rzecz postawić jasno, a nie zaćmiewać jej polemiką i odpieraniem poszczególnych zarzutów. Trzeba wyłuszczyć z łupiny ziarno prawdy, ażeby ujrzeć właściwe oblicze tych walk, które się nietylko w Izbie, ale w całym narodzie rozgrywają. (Głos na prawicy: Niech Pan łuszczy). Odpowiadać na zarzuty, skoro odpowiedzi wszystko jedno jakie spotkają się zawsze ze złą wolą, z niechęcią słuchaczy, spotkają się od razu z podejrzeniem ludzi uczciwych, a z niechęcią, niewiarą i złą wolą ludzi nieuczciwych, jest po prostu szkoda. Jeżeli te zarzuty obrażają, to jedyną odpowiedzią jest tryb postępowania, który miałem sposobność już dawniej Wysokiemu Sejmowi zaproponować.

Nauka z tych zarzutów podnoszonych przez posła Głąbińskiego, z tego ataku kawaleryjskiego, którego wczoraj byliśmy świadkami, jest jasna. Rząd koalicyjny, i ten i żaden w przyszłości, nie jest możliwy. Ataki prawicy na ten Rząd mają charakter czysto osobisty. Panowie nie atakujecie Rządu zasadniczo, nie występujcie przeciwko niemu z powodu jego programu społecznego, z powodu jego programu gospodarczego, występujecie przeciw niemu tylko w ten sposób, że szukacie na każdym z poszczególnych ludzi, wchodzących w skład Rządu, skazy, w te skazy prawdziwe czy nieprawdziwe staracie się bić, ażeby ten Rząd uniemożliwić w opinii. Metoda stara jak świat, walka przeciw osobie.

Powiadacie, że Naczelnik Państwa jest z żydówką ożeniony (Wesołość). Dawniej mówiono na Daszyńskiego, że ten trybun ludu jada gruszkę na obiad i że płacił za nią 20 koron, w okręgu, w którym kandydował, rozlepiono dziesiątki tysięcy plakatów, które przedstawiały olbrzymią gruszkę i napis: Taką gruszkę jada codziennie na obiad Daszyński za waszą krwawicę. Tu w tej Izbie mówiono, że Daszyński zjadł kaczkę. Mówiono, że Daszyński ma trzy kamienice. Darował już te kamienice Skarbowi Państwa, z prośbą, ażeby mu wskazano, gdzie w jakiej księdze hipotecznej, w jakim sądzie są zapisane. Diamandowi zarzucano w tej Izbie, że brał pieniądze od Morgenthaua. Zarzucano mu, że jest milionerem i czy ja wiem co jeszcze. Daszyńskiemu zarzuca się, jak i Moraczewskiemu, że sprzedali części ziemi polskiej, nie wiem, za jakie pieniądze i którą część mieliśmy do sprzedania, ale wszystko jedno i to się zarzuca. Witosowi zarzuca się, że chodzi bez krawatki (Wesołość). Proszę Panów jak kto z nas z lewicy kichnie, już jest argument i zaraz się zarzuca, że lewica taka, a taka. (P. Staniskis: jak kichnie to powiedzą, że to arsenał).

My na tę drogę walki takiej nie idziemy, tej broni używać prawie nie potrafimy. (Głos: Baranki). Nie jesteśmy wcale barankami. My walczymy programem swoim i programem staramy się pozyskać opinię, staramy się pozyskać szerokie warstwy, a Panowie w odpowiedzi na to szukacie plamy na słońcu. (Głos na prawicy: O bojówkach zapomnieli. Głos inny: Niedziałkowski powiedział na wiecu, że Polskę należy naprzód zburzyć, a potem budować). Tak samo prawdziwy jest ten zarzut, jak te, które tu przytoczyłem, że Daszyński je taką gruszkę, że Diamand brał pieniądze od Morgeuthaua, albo że ja sprzedałem Śląsk czy Gdańsk. Szkoda słów na odpieranie tego zarzutu. Jeśli znajdzie się takie naiwne dziecko, które w to uwierzy, z Bogiem trzeba mu powiedzieć: Błogosławieni ubodzy na duchu.

Panowie programu swojego nie jesteście w stanie rozwinąć nigdzie na zgromadzeniach. Nie potraficie nigdzie przedłożyć programu a my z trudem musimy wyszukiwać, jaki właściwie jest wasz program. Czytając z uwagą sprawozdania ze wszystkich wiecowi przemówień Panów na zgromadzeniach, poza szkalowaniem ludzi nie wyczytaliśmy żadnego programu i odkryć go nie sposób.

Dlatego walka między nami jest zupełnie nierówna. Panowie zwalczacie osoby, a my w walce z Wami – zwalczać musimy program. Przeciwieństwa społeczne, które tak się zaostrzyły w całym świecie z walką społeczną, dochodzącą do niesłychanego napięcia, wywołała wojna światowa, która wszystko to, co było w społeczeństwie przykryte pokostem przyzwoitości, zasłaniającym istotę zepsutą i zgniłą, odsłoniła, i przez to w szerokich warstwach ludności wytworzyła to uświadomienie, nad którym by daremnie pracowało tysiące agitatorów. Największym agitatorem budzącym świadomość mas na całym świecie była wojna światowa. Wojna ze wszystkimi skutkami, które za nią szły, więc głód, powietrze i wszystkie inne klęski, Więc nierównomierność podziału majątków i trudność wyżycia u jednych, a skądinąd u drugich zbytek, luksus i paskarstwo, te przeciwieństwa okazały się masom narodów w tak jaskrawym świetle, że walki zaostrzyły się nie tylko jak sądzicie w Rosji, ale i w Anglii i we Francji i we Włoszech. Niema zakątka ziemi na świecie, gdzieby nie odczuwano, iż dotychczasowy ustrój społeczny wali się w gruzy, że toczy się walka na śmierć i życie między starym ustrojem a nowym, który idzie, że to jest walka na śmierć i życie między tym co my nazywamy kapitałem a pracą. (Wrzawa). I jasnym się staje dla każdego, że w tej walce zwycięstwo przechyla się na stronę pracy, że w walce wyzwoleńczej klasa robotnicza w całym świecie dochodzi do zwycięstwa.

I u nas w chwili, kiedy budujemy Państwo, zaostrzenie tych walk klasowych musi być widoczne, tym widoczniejsze, że przecież budowanie Państwa, to oznaczenie jego granic, to wewnętrzne zjednoczenie to ustrój społeczny i polityczny, który Państwo będzie miało. W budowaniu Państwa różnice i przeciwieństwa społeczne muszą wyjść na jaw tym jaskrawiej i wyraźniej, że to, co się w tym momencie zbuduje, będzie trwało przez czas długi. A przypatrzmy się, w jakiem stadium budowa Państwa w tej chwili, się znajduje. Budowa granic dochodzi do końca. Pokój zawarty w Rydze, który nam daje granice na wschodzie, kończy okres budowania granic wschodnich. Traktat wersalski wyznaczył nam granice południowe, przez przyłączenie części Spiszą i Orawy, zostały one w zupełności wybudowane. Granice zachodnie dał nam również traktat wersalski, północne granice przegraliśmy w plebiscycie, ale mamy je ustalone. Zostaje nam walka o dwa Śląski, o Śląsk Górny i o Śląsk Cieszyński. (Głos: A Wilno?) Tak jest i o Wilno. Śląsk Cieszyński częściowo na chwilę został przegrany przez nas, przynajmniej w znacznej części. My z tą stratą wielkiej liczby naszych obywateli i ziem czysto polskich nie pogodzimy się nigdy! (Brawa). W tej części Śląska Cieszyńskiego, której nie sprzedał, ani Moraczewski, ani Daszyński, która umową w Spa, zawartą między panem ministrem Grabskim, a Beneszem, została w tej chwili, odstąpiona Czechom, mieszka tak rdzenna ludność polska, prawie bez przymieszki Czechów, że my, jako stronnictwo na wskroś demokratyczne, nie możemy się zgodzić z utratą tej części narodu i stojąc na stanowisku zjednoczenia narodowego, powiadamy, że Śląsk Cieszyński musi do nas należeć. (Brawa). Musi wrócić do nas, i musimy starać się wszelkimi sposobami politycznymi dojść do tego, żeby ta część, która nam została wydarta, a która służy do zaspokojenia imperializmu czeskiego i nasycenia kapitału czeskiego, wróciła tam, gdzie należy swoim rdzennym pochodzeniem tj. do Polski. (Brawa) Ale ze swej strony Rząd musi zapobiec gwałtom, które się na Śląsku Cieszyńskiem dokonywują teraz. Rozwiązano tam 21 polskich szkół z 5700 dziatwy polskiej, dlatego, bo tak się szowinistom czeskim podobało, wyrugowano 5000 czy 6000 Polaków, pozbawiono całe rzesze pracy dlatego, że są Polakami, a w więzieniu, dlatego, że są Polakami, siedzi przeszło 200 ludzi. Tu musi nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych wkroczyć z całą energią i przynieść pomoc, która się od nas należy tym naszym braciom ze Śląska Cieszyńskiego, którzy z taką ufnością się do nas odnosili, a których my w chwili słabości Państwa – nie chcę z tego robić tutaj walki partyjnej i mówić, że ten, lub ów winien, – których my jednak w chwili słabości Państwa, toczącego bój o śmierć i życie ze wschodem, gdy zostaliśmy z tyłu napadnięci, pozostawili samym sobie i gdy wydarto nam to, co nam się słusznie należy. (Brawa i oklaski).

My ich nie możemy opuścić, my walki o ziemię, która jest rdzennie polska z ludnością rdzennie polską, gdzie jest osiemdziesiąt kilka procent Polaków, nie możemy zaniechać i musimy ją wygrać. To samo z czystym sumieniem powiadamy o Wilnie, bo Wilno to miasto i wieś polska, tam jest ludności polskiej przeszło 53 do 56 proc., a niema żadnej narodowości, która by oprócz Polaków mogła mieć prawo do Wilna i tych ziem rdzennie polskich. (Brawa).

My stoimy twardo na stanowisku zjednoczenia Polaków, cudzych ziem, zamieszkanych przez inne narodowości, nie chcemy, ale swoje polskie ziemie mieć musimy. (Brawa. Głosy: Słusznie).

Jednakowoż proszę Panów, na tym koniec, na tych walkach ogranicza się budowa naszych granic, bo poza tym granice nasze są zbudowane. Drugie zadanie, które przy budowaniu Państwa polskiego staje przed nami, to zjednoczenie wewnętrzne. Na tym polu mamy jeszcze do zrobienia ogromnie wiele, o tym nie wolno tak mówić, jak mówił wczoraj poseł Głąbiński. Głąbiński twierdził, że tu chodzi o centralizację czy decentralizację. Dobrze, możemy się o to spierać, czy system administracji u nas będzie centralistyczny, czy decentralistyczny, ale możemy się spierać dopiero wtedy, kiedy faktycznie wewnętrzne zjednoczenie wszystkich dzielnic nastąpi, ale nie teraz, (Brawo) bo kto dzisiaj mówi: centralizacja czy decentralizacja, ten przyczynia się świadomie czy nieświadomie, to mi wszystko jedno, do przeszkadzania zjednoczeniu dzielnic w jedną całość. (Głos: Tak jest). I my (Głos: Pan tego nie zrozumiał). Zrozumiałem doskonale tę rzecz i wiem, o co tu chodzi. Zupełnie dobrze rozumiałem, czytając protesty stronnictw w Poznańskiem przeciw gotującemu się w Poznaniu zamachowi stanu, ogłoszone we wszystkich pismach. Stronnictwo narodowe, Związek Narodowy, P. P. S. i te wszystkie stronnictwa, o których Panowie w prasie czytaliście podpisane są na tym proteście. Czytając ten protest, rozumiałem ile jest do zrobienia jeszcze, ażeby wszystkie dzielnice złączyć w jedną całość.

Ale słyszałem o tym znacznie później, bo będąc na froncie, nic nie wiedziałem, co się dzieje, gdyż gazety na front nie dochodziły dlatego, że Panowie się gniewacie, że żołnierzowi kupuje się i posyła się gazety. Ale żołnierz na ślepo nie może bić się na froncie. Panowie mówicie, że to wyrzucanie pieniędzy, a ja mówię, że nie.

Nie wiedziałem więc o niczym zupełnie, dopiero gdy przyszedłem do Sejmu, do Warszawy z powrotem, dowiedziałem się i dowiaduję się o całym planie, o emigracji do Poznania, celem stworzenia tam nowego rządu, z chwilą, gdyby obecny rząd opuścił Warszawę, jeżeli to ma być zjednoczenie ziem polskich, jeżeli w chwili tak krytycznej myśli się o tym, jak rozerwać te dzielnice, po co to klajstrować potem frazesem, że tu chodzi tylko o politykę, o to czy ma być centralizacja, czy decentralizacja. Mówcie to dzieciom, opowiadajcie im takie bajeczki, ale my nie mamy powodu wzajemnie sobie mydlić oczu, bo my jesteśmy tu po to, by sobie prawdę mówić.

Dlatego na polu zjednoczenia ziem polskich staje przed nami jeszcze wielkie, wielkie zadanie i będziemy musieli usuwać i te poszczególne ministerstwa dzielnicowe, które tylko podtrzymują odrębność dzielnicową i będziemy musieli kordony zacierać, aby na wewnątrz się zjednoczyć. Masy narodu we wszystkich dzielnicach chcą zjednoczenia (Brawo), a rozdzielenia chce garstka polityków, która stoi na stanowisku separatystycznym i uważam za punkt przełomowy, w duszy, w przekonaniach i umysłach całego narodu polskiego to dążenie do zjednoczenia, złączenia się w jedną całość. (Głos: Nie trzeba nic przełamywać!) Trzeba przełamywać ciągle, ponieważ Panowie robicie te różnice dzielnicowe i oddzielenie się dzielnic od Was wychodzi.

Jako najważniejsze zadanie w budowie Państwa wysuwa się mimo woli trzecie zadanie: budowanie ustroju. Walka o konstytucję, która się W Sejmie rozgrywa, jest tylko jednym z etapów tej budowy ustroju. To jest ta ustawa zasadnicza, ale w tej ustawie zasadniczej nie streszcza się cała konstytucja, za tym idzie szereg innych ustaw, w których się ustrój polityczny zawrze. Za tym pójdzie i kodeks i ustawa szkolna i ustrój gminny i miejski, za tym pójdzie kompleks ustaw, które razem wytworzą ustrój polityczny, a zarazem idzie szereg reform społecznych, które zadecydują w przyszłości o prawie własności, o stosunkach własności, o stosunkach produkcji, o stosunkach zbytu w rolnictwie, przemyśle, górnictwie. I o ten cały ustrój społeczno-polityczny właściwie walka się rozgrywa, walka która wywołuje takie przeciwieństwo interesów, że tworzenie rządu koalicyjnego dla spełnienia tych zadań staje się niemożliwością. Wskazówki nasze spotykały się do tych czas po stronie prawej z niedowierzaniem, lecz historia trzech ostatnich miesięcy okazała ponad wszelką wątpliwość właśnie po stronie prawicy, że te przeciwieństwa są tak silne, że są mocniejsze, niż inne rzeczy, że uniemożliwiają w przyszłości wytworzenie rządu, koalicyjnego.

Rząd koalicyjny mógł powstać tylko na krótki czas i dla pewnych określonych zadań, a tymi zadaniami, jakie przed tym rządem stanęły, były odparcie najazdu i zawarcie pokoju. Sądząc ten rząd, patrząc na ten rząd, musimy patrzeć tylko z tych dwóch punktów, bo pod żadnym innym względem nie wytworzylibyśmy rządu koalicyjnego, uważając go za nonsens i nie mamy pretensji do tego rządu, że nie zaspokoił naszych żądań, bo skoro składa się z różnych żywiołów, jeden ciągnął w tę stronę, a inny w inną, w każdym razie poseł Głąbiński wyszuka sobie propagandę i pojedzie po niej, a ja Ministra Skarbu i pojadę po nim, widząc w nim konserwatystę, lub po ministrze spraw wewnętrznych albo zagranicznych lub aprowizacji i oczywiście będę miał tę samą' słuszność, z jaką pan Głąbiński atakował propagandę, wiem bowiem, że ta propaganda nie podoba się mu, bo ją robi socjalista, mnie zaś nie podoba się tamto dlatego, że to robi narodowy demokrata lub konserwatysta.

Więc Rząd mógł mieć tylko dwa określone zadania, i ja sądząc ten Rząd, patrzę na niego pod tym tylko kątem widzenia, jak załatwił te dwa zadania, które na niego były zwalone: sprawę odparcia najazdu i sprawę zawarcia pokoju. Tworzenie rządu odbywało się w nader ciężkich chwilach. Przypominacie sobie Panowie, jak na Polskę szło trzy czwarte miliona ludzi, bosych, nagich, głodnych, którym na wzór Napoleona powiedziano: jesteście bosi idźcie do Warszawy, tam są buty, jesteście goli, idźcie do Warszawy, tani są ubrania, jesteście głodni, idźcie do Polski tam jeść dostaniecie, a przy tej sposobności weźmiecie jeszcze czwartą rzecz: niepodległość Polski. W owej chwili trzy czwarte miliona wojska rosyjskiego maszerowało na Warszawę, a nasza armia cofała się w panice.

Panowie szukacie źródła tej paniki w wyprawie na Kijów. Przyznam się Panom, że takie chwile jak cofanie się z pod Grodna, takie chwile, jakie były na tej wojnie, graniczyły z najczarniejszymi dniami jakie w ogóle były w dziejach Polski. (Głos: tak jest). Przed 80 kawalerzystami cofała się cała dywizja z Grodna. Ja jestem także żołnierzem, jako żołnierza bolało mnie to straszliwie, przypuszczam, że i wielu, wielu innych żołnierzy także to bolało. Panowie szukacie, kto winien tej panice w wojsku. Proszę Panów, toż przecież wojna 6-letnia. Dzieci nasze uczyć się będą o okresie wojny 6-letnim, jak myśmy się uczyli o 7-letniej i 30-letniej. Toć żołnierze 6 lat na wojnie. Panowie! 6 lat wojny najdzielniejszego żołnierza zmęczy, zeżre, zarówno fizycznie jak i moralnie. Sześć lat wojny, to okres w zwykłym czasie równający się 60 latom życia. Więc żołnierz był i jest wojną zmęczony, ale żołnierz był na wojnie skazany na życie z rabunku.

Gdybyście Panowie byli mu dostarczali żywności, gdyby żołnierz nie potrzebował rabować i gdyby wskutek tego żołnierz nie stracił więzów dyscypliny, nie uległby tak łatwo panice. (Głos na prawicy: Kto nie dostarczał?) Wszystkie wnioski o sekwestrze zostały w Sejmie odrzucone, wszystkie natomiast uchwały o kontyngencie nigdzie nie zostały dotrzymane, przypominają się dzieje z czasów Polski, gdzie żołnierz toczył wojnę, a Sejm nie uchwalał, albo i uchwalał podatek łanowy, ale panowie szlachta go nie płacili. Żołnierz zawiązywał konfederację. Męstwem swym wygrywał wojnę, a wygrawszy ją, tracił korzyści zwycięstwa wskutek zawiązania konfederacji. Panowie, wy jesteście nieodrodnymi potomkami tych, którzy tak wojny prowadzili. (Głos z prawicy: Sejm uchwalił). Tak, Sejm uchwalił, bo Sejm zawsze uchwalał podatki od łanów, ale nigdy panowie szlachta tych podatków nie płacili (Głos na lewicy: Bracia szlachta).

A co to jest wojsko? Wojsko to są synowie i chłopów i robotników i inteligentów, to młodzież po największej części, która ma swoje ideały, po największej części zgodne z ideałami swoich ojców, swoich braci, tej klasy, z której wyszła, idąc do wojska. Większość w tym wojsku to synowie chłopów i robotników, to osiemdziesiąt kilka procent wojska. I to wojsko wówczas gdy walczyło, nie widziało w rządzie polskim ówczesnym tych dążności, które by mu pozwalały spodziewać się, że żądania ich ojców, ich rodzin i klasy, z której wyszli będą zaspokojone (Głos na prawicy: Kpiny). Nie kpiny, ale trzeba wiedzieć, co wojsko myśli. To za dawnych czasów było tak, że żołnierz nie myślał. Tak było, ale tak już dawno przestało być. Młodzieniec 18, 19 letni, idący do wojska, już zdaje sobie sprawę z tego co się koło niego dzieje, a wojna pomaga mu niesłychanie w dojrzewaniu. Żołnierz widzi i czuje; ten syn chłopski i robotniczy którego ojciec, którego brat, którego klasa, z której wyszedł, nie ma praw, które się należą, krwawi się i taki młodzieniec mimo woli czy chcecie, czy nie, czy Wam się to podoba, czy nie, zapytuje się, po co, dla kogo ja się biję? (Głos: O Ojczyznę)

Proszę Panów, Ojczyzna poza abstrakcją ma rzeczy realne, on wie, że bije się za Ojczyznę, ale ta Ojczyzna przedstawia się mu jako chata chłopska, albo poddasze, lub sutereny, gdzie jego rodzina robotnicza mieszka. Tak mu się Ojczyzna przedstawia i bijąc się, chce się bić o lepszy los i lepszą dolę w tej Ojczyźnie. I czy p. Głąbiński będzie wyklinał politykę o wojsku czy nie, tej świadomości póki macie wojsko z poboru, która tkwi w masach ludowych, tej świadomości i tych myśli, które tam kiełkują z wojska nie wyrzucicie, żebyście nie wiedzieć jak się odżegnywali od polityki w wojsku. Polityka w wojsku nie będzie robiona sztucznie przez nikogo, nikt nie potrafi sztucznie zrobić polityki nigdzie, ona tkwi, wyssana z mlekiem tej matki, która porodziła robotniczego lub chłopskiego swego syna.

Dodajcie do tego dwa rodzaje agitacji: z jednej strony agitację uprawianą bardzo zręcznie przez bolszewików, bardzo zręcznie podszczuwającą nie klasowe, lecz rzeczywiście najniższe instynkty, która, docierając do wojska, choć niewielki, przecież tu i owdzie wpływ na wojsko wywierała. I dodajcie do tego agitację szerzoną z kraju, podkopującą z jednej strony zaufanie do dowódców, doprowadzającą do otwartego buntu, jak np. w Grudziądzu, a dalej z drugiej strony rozrywającą jednolitość wojska przez ataki prowadzone na poszczególne części składowe wojska, jak ataki na legionistów, na P. O. W. Nie zapominajcie, Panowie, że zarówno legioniści, jak i peowiacy zajmują w wojsku miejsca, nie powiem tak wysokie, nie powiem tak zaszczytne, ale niezwykle ważne, bo wiążące w całość wojsko, a zajmują miejsca na równi z resztą z oficerami innego pochodzenia, miejsca odpowiednie sobie, i jeśli oni są atakowani, a ich koledzy nauczyli się ich cenić i wysoko poważać, to ataki na tych kolegów legionistów biorą do siebie i wytwarza się wskutek tej agitacji w wojsku ferment, podrywający spoistość wojska (Głos na prawicy: Przecież wy to robicie).

Więc nie Kijów był przyczyną tej klęski. Zresztą panowie sami, wbrew temu, co mówił poseł Głąbiński, zarówno w swej prasie, jak na zgromadzeniach w swoim czasie głosiliście zupełnie odmienne zdanie. Mógłbym zacytować mowę p. Stanisława Grabskiego[3], artykuły „Gazety Porannej“ z dn. 8 czy 10 maja b. r., które mam przed sobą, a które podnoszą zdobycia Kijowa, jako rzecz niezwykłą, wielki krzyk czynią, biją w dzwony tryumfu. (Śmiechy na prawicy).

To wszystko złożyło się na rozkład w wojsku i w chwili tworzenia obecnego rządu wojsko cofało się przed najazdem, cofało się w panice. I stanęło pytanie przed każdym z nas, jak ratować Państwo. Była jedna droga, a nią był rząd włościańsko-robotniczy, ale panowie podnieśli krzyk i widzieliśmy, że wy na to się nie zgodzicie, że gdybyśmy chcieli utworzyć taki rząd, to mógłby on powstać tylko drogą wojny domowej, a wojna domowa w tej chwili, to znaczyło rozbicie tego kośćca, około którego można było budować siłę, zdolną do odparcia tego najazdu. Wobec tego ponieśliśmy ofiarę i zdecydowaliśmy się na rząd koalicyjny i wtedy na czele gabinetu stanęli Witos i Daszyński. Na ich apel w ciągu półtora miesiąca, w ciągu lipca i połowy sierpnia ćwierć miliona synów chłopskich, robotniczych i z inteligencji ruszyło do szeregów i stworzyło siłę potrzebną na odparcie wroga. A co znaczy zorganizowanie W ciągu półtora miesiąca ćwierć miliona wojska, to wie każdy, kto bliżej stykał się z maszyną wojskową i widział, jakie niesłychane trudności techniczne, niesłychane trudności na każdym polu były do przezwyciężenia, ażeby z tej siły żywiołowej, z tego zapału, który powstał, z tej chęci odparcia najazdu wytworzyć siłę zorganizowaną, potrzebną na odparcie wroga.

Organizowanie tej siły musiało zająć pewien czas, a tymczasem nieprzyjaciel posuwał się śladem Paskiewicza z r. 1831, kopiując ślepo jego plan posuwał się między granicą niemiecką, a Wisłą. Jak w 1831 r. armia rosyjska pod Nieszawą przeszła przez Wisłę, tak i w tym roku próbowała armia tamtędy się przedostać. A za nią szła kosa śmierci. Padło wiele ofiar, i wiele matek i wielu ojców żyje w niesłychanej męczarni niepewni czy syn ich wróci z niewoli, czy leży w grobie. A za tą kosą śmierci szły te wszystkie objawy, których Polska nasza jest świadkiem: cholera, gwałcenie kobiet, syfilis i sztucznie przez rząd rosyjski, rzeczywiście metodą niesłychaną w dziejach świata, kultywowany księgosusz, bo wojsko rosyjskie przyprowadziło z sobą bydło zarażone księgosuszem i z całą świadomością zamieniało je na bydło zdrowe, zostawiając w ziemi Lubelskiej, Siedleckiej, (Głos: Płockiej) szerokie obszary zarażone księgosuszem.

Ale najazd jak szybko przyszedł, tak w ciągu 5 dni był odparty. Od 16 do 21 trwały zacięte walki i niesłychane pochody, które najazd odrzuciły. Żywiołowy ruch wywołał genialny wódz; i dotąd się zgadzamy, tylko Panowie mówicie, że genialny wódz nazywał się Weygand, a ja mówię, że genialny wódz nazywa się Józef Piłsudski! (Głos: Niech żyje Józef Piłsudski!). Czuję wielką wdzięczność dla generała Weyganda[4]. Cudzoziemiec, którego właściwie nie wiele powinniśmy obchodzić, który do nas przyszedł i ofiarował nietylko swoje usługi, ale ofiarował w danym wypadku swoje życie, jest dla nas wszystkich drogim bratem, czujemy do niego wszyscy wielką wdzięczność, zwłaszcza, że to człowiek utalentowany i bardzo zdolny. Ale trzeba powiedzieć, że plan, który przedłożył, a faktem jest, że przedkładał plan obrony, co już świadczy dobrze o nim w moich oczach, – nie został przyjęty i wykonany. O tym wie każdy oficer w wojsku i każdy żołnierz. Nie plan Weyganda został wykonany, lecz plan Józefa Piłsudskiego. A wykonał ten plan, nie kto inny, tylko osobiście Józef Piłsudski. Pod tym względem mam żal do Rządu i Ministerstwa Spraw Wojskowych, że dotychczas nie ogłosiły autentycznego przebiegu wypadków, ażebyśmy wszyscy mogli osądzić, jak się ta rzecz miała, ażebyśmy to raz wiedzieli, żeby nie było między nami sporu i żeby nie było tej krzywdy, którą się robi Weygandowi, jeśli się go chce stroić w cudze pióra. On ma swoich piór dość i nie potrzebuje, żeby go stroić w cudze, jak to panowie koniecznie staracie się zrobić.

Dość, że zostało dokonane to, co nazywacie Panowie cudem nad Wisłą, a trzeba dodać cudem na Białorusi. Ale ten cud ma bardzo proste wyjaśnienie: silną wolę, wytrwałość i niesłychaną ofiarność naszego żołnierza, użytą przez znakomitego wodza.

Najazd został odparty. Pierwsze zadanie Rząd spełnił. Patrząc na Rząd pod tym kątem widzenia, można powiedzieć, że Rząd swoje zadanie spełnił.

Drugie zadanie, to był pokój. Objąwszy władzę, Rząd wysłał notę do Mińska. I widzieliśmy wtedy, jak bombastyczna frazeologia naszych partnerów, starała się niezręcznie zamaskować niechęć do zawarcia pokoju, by tymczasem zająć Warszawę i dyktować w Warszawie warunki zwycięskiego pokoju. Wtedy Rząd ułożył swój projekt, swoje warunki pokojowe. Było to dnia 12 i 13 sierpnia.

Warunki te, przedłożone w Mińsku, wskazują z jednej strony, że Rząd nie uległ panice, że w tych najcięższych chwilach 12 i 13 sierpnia układał takie warunki, które nie zmieniając ich, mógł przedłożyć j wtedy, gdy odwróciła się karta wojny. (Brawa). Postawił słuszne żądania i konieczne, postawił je, chociaż mieliśmy nóż na gardle, i byliśmy w ostatecznej toni. Gdy się karta odwróciła, przeniosły się pertraktacje do Rygi i Rząd mógł tam te same warunki postawić, i tylko dlatego, że nie uległ podszeptom, że okazaliśmy umiarkowanie może pokój przyjść do skutku. Pokój przychodzi do skutku w następstwie polityki naszego Rządu.

Nie mogę jeszcze pozostawić bez odpowiedzi tych obaw, które tu i ówdzie słychać, czy też pokój zawarty będzie długotrwały. Proszę Panów sobie wyobrazić, jakie ma znaczenie dla wojska, dla jednej i drugiej strony słowo pokój po sześciu latach walki. Wątpię, żeby się znalazła siła ludzka, która by potrafiła po zawarciu pokoju, po rozejściu się wojska skłonić kogokolwiek w Rosji, póki żyje to pokolenie, które widziało tę wojnę, do zerwania się, aby pójść na Polskę, jeżeli Polska nie naruszy traktatu. Wątpię, żeby, jeżeli Rosja nie naruszy traktatu, ktoś potrafił nakłonić nas do wytoczenia wojny Rosji. Jakikolwiek rząd będzie w Rosji, to zawarty pokój będzie pokojem prawdziwym i moim zdaniem, długotrwałym. Nie mogę ręczyć za przyszłe pokolenia, ale to pokolenie, które na te dzieje patrzało i widziało wojnę i jej skutki, do drugiej wojny nie dopuści. I dlatego radość nasza z zawarcia pokoju jest rzeczywistą, szczerą, prawdziwą i niczym nie zamąconą. Cieszymy się z całego serca, że nareszcie jest pokój, że nareszcie kres mordowaniu, że nareszcie kres rabunkom, że nareszcie będzie zgoda.

Choć powiem Panom otwarcie, że wyniki pokoju zupełnie nas nie zadawalają. Radość z ukończenia wojny jest olbrzymia, ale wyniki pokoju nas nie zadawalają. Dla nas ułożenie się stosunków na wschodzie przedstawia się jako samostanowienie, jako niepodległość narodu ukraińskiego, białoruskiego i litewskiego (Głosy: Wszystkich świętych) i federacja między tymi narodami. Ten wielki plan, który polegał na tym, ażeby dopomóc tym ludom do niepodległości, licząc na to, iż te ludy, którym my dopomożemy do uzyskania niepodległości, wejdą z nami w sojusz i federację na zasadzie „równi z równymi i wolni z wolnymi”, nie został wykonany. I to się będzie na nas mściło przez długie lata. Mimo to jednak pokój trzeba było zawrzeć. I dzisiaj, kiedy ten pokój już zawarty, można powiedzieć, że musiał być zawarty, bo naród nie miał siły i nie był w stanie dłużej wojny prowadzić.

Pokój został zawarty. Powiedziałem Panom, że wynik nas nie zadawala, ale Rządowi musimy dzięki wypowiedzieć za to, że zrobił nie to, co było najlepsze, ale to co było konieczne w danej chwili. A koniecznością było zawarcie pokoju. Proszę Panów sądzę, że nie potrzeba było może i wojny na to, gdyby nie wściekły imperializm rosyjski, można było to zagadnienie rozwiązać na drodze pokojowej dyplomatycznej. Program federacji i niepodległości tych narodów jest dla nas nie programem wojny, lecz jest dla nas i nadal tą ideą, którą chcielibyśmy widzieć urzeczywistnioną na wschodzie.

Wiemy, że to nie łatwo zrobić, wiemy, że jak Rosja schwyciła raz w swoje ręce Ukrainę, to jej tak łatwo ze swoich szponów nie wypuści, tym bardziej, że Ukraina daje jej korzyści materialne, jak zboże, węgiel, sól potrzebne zarówno na wyżywienie Rosji jak i do prowadzenia przemysłu. Tak samo Niemiec, ten rabuś, który zabrał Górny Śląsk, nie łatwo zechce wypuścić go z łap, i to z tych samych powodów. Ale wszystko jedno, nie byliśmy w stanie toczyć wojny. Kraj jest zniszczony ponad ludzkie pojęcie. Trzeba sobie uprzytomnić że z całej Polski tylko Pomorze i 8 powiatów zachodniej Galicji nie było widownią krwawych zapasów wojennych, a cała Polska jak długa i szeroka, i Kongresówka i Poznańskie i kresy i w ogóle wszystkie prawie ziemie przechodziły przez ogień. Przez nie wszystkie przechodził walec wojny. Są dzielnice, które przez lat 6 widziały bez przerwy wojnę u siebie, jak np. Galicja wschodnia, gdzie były wojska i austriackie i węgierskie i tureckie i ukraińskie i rosyjskie i rumuńskie i bolszewickie i petlurowskie.

Jakie tylko armie Panowie wymyśleć możecie, to wszystkie tam walcowały, wszystkie niszczyły te ziemie. Step – najurodzajniejsza ziemia w całej Polsce – step taki, że z koniem można wjechać i jeźdźca nie widać, step wśród którego miasta i wsie stały, a których dziś ani śladu nie ma – to Galicja wschodnia, jej część między Złotą Lipą i Seretem. Przed nami stoi zadanie odbudowy tego Na tym pustkowiu, na tych zgliszczach, na tych ruinach nowe życie musi zakwitnąć. Im prędzej się do tego weźmiemy im prędzej skończymy wojnę, tym prędzej uwolnimy ten kraj od grozy, która bez przerwy nad nim wisi, tym prędzej doprowadzimy do ludzkich stosunków między narodami tam zamieszkałymi.

Podnieśliśmy podczas tej wojny, jak już wspomniałem, sprawę Gdańska. Wówczas kiedyśmy mieli zawiązane ręce i nogi walką na wschodzie, kto chciał i nie chciał, rzucał się na nas. Przecież mamy przyjaciół, przecież słyszeliśmy tu tyle razy: „dziękujmy”: dziękujmy wszystkim, dziękujmy Francji, dziękujmy Anglii, dziękujmy Stanom Zjednoczonym za całą pomoc, za całą życzliwość. Mamy przyjaciół ale w chwili ciężkiej, w chwili niebezpieczeństwa, w chwili grozy, wiszącej nad Państwem polskim, o ile byśmy sami sobie nie pomogli, to byłby nam nikt nie pomógł. Sympatie nasze muszą być po stronie państw zachodnich demokratycznych (Głos z prawicy: Nareszcie!) muszą być nie dlatego, że Panowie krzyczycie „nareszcie”, lecz dlatego, że my przecież mamy w pamięci te wielkie momenty rewolucji francuskiej, te wielkie hasła, które z Francji szły na cały świat, a których myśmy jesteśmy spadkobiercami w Polsce. Żaden socjalista nie może się do Francji odnosić z niechęcią, przeciwni każdy musi z całą życzliwością do niej się odnosić. Zupełnie się nie dziwię i nie mam za złe Francji, że ona zawsze pierwszą miłość czuje dla siebie i że w momentach krytycznych dla innych powiada słowami Lloyda George’a: „Pomóż sobie kochanku, ja ci daję moje błogosławieństwo”, tak jak nam to Anglia powiedziała: „Wy sobie pomagajcie, jak umiecie, my wam pozwalamy na to, abyście sobie pomogli”. Tak należy rozumieć to stanowisko Lloyda George’a w momencie dla nas krytycznym.

A więc pomagajmy sobie. Mamy przecież do naprawienia także szereg spraw wewnętrznych. Mamy do naprawienia Skarb, który się przedstawia wcale nie wesoło. Wydatki nasze w ciągu roku wyniosą 64 miliardy marek, a na pokrycie tego w najlepszym razie, o ile ustawy przez Sejm uchwalone dopiszą i o ile zostaną wykonane przez władze skarbowe, zyskamy 10 miliardów marek z podatków. Jest to suma najwyższa, jaką możemy dostać. Zostaje nam do pokrycia 54 miliardy. Na pokrycie tych 54 miliardów, jeżeli nam się uda pożyczka przymusowa razem z długoterminową – zyskamy 15 miliardów marek, jeżeli się uda pożyczka premiowa – 5 miliardów, jeżeli nam się uda pożyczka u Polaków amerykańskich, – 10 miliardów, razem 30 miliardów. W takim razie niedobór – pozostający do pokrycia wynosić będzie w ciągu roku 24 miliardy, które pokryje prasa drukująca banknoty, do wydrukowanych już 36 miliardów dodamy nowych 24 miliardów. To znaczy, że skarbowość nasza nie ma widoków szybkiego wydobycia się z tego położenia niesłychanie ciężkiego, w jakiem się dzisiaj znajduje.

Słyszeliśmy tutaj ataki i utyskiwania pana Głąbińskiego na Skarb. Zdaje mi się, że skarbowość od początku istnienia Państwa polskiego do obecnej chwili jest w rękach ludzi z prawicy, bo zarówno p. Karpiński, jak p. Englich, jak p. Biliński. (Głos: Co to, to nie) jak p. Grabski nie są ani lewicowcami, ani nie należą do grup chłopskich, siedzących po środku, tylko są ludźmi prawicy. (Głos: Biliński był Waszym mężem zaufania) Biliński należy do stronnictwa konserwatystów. Siedzi Pan obok Klubu Pracy Konstytucyjnej i może się Pan bardzo łatwo zapytać, do jakiego stronnictwa należy p. Biliński, a dowie się Pan, że do stronnictwa, którego fuzja z konserwatystami Królestwa dopiero wczoraj została uroczyście zerwaną. Do wczoraj byli razem w jednym stronnictwie konserwatyści z Królestwa i p. Biliński. Co tu dużo gadać! (Wesołość).

Teka ministra skarbu i Skarb dotychczas byty niepodzielną domeną ludzi z prawicy i okazali… (P. Majewski: Byli stale przegłosowywani!) Jeżeli Pan sądzi, że byli przegłosowywani, to zaraz powiem, przez kogo. Okazali wielką pracowitość, bardzo dużo dobrych chęci, a nie wiem, czy z ich winy, czy nie, nie chcę teraz w to wnikać, jednak nie potrafili wprowadzić Skarbu na właściwe tory. A teraz co do tego kto przegłosowywał żądania Ministrów, to powiem Panom, że jestem w tym nieszczęśliwym, położeniu, że W tej komisji, w której się układają, kują nowe podatki, w Komisji Skarbowo Budżetowej należę do tych, którzy stale głosują za wnioskami Ministrów Skarbu i bronią ich od ataków prawicy i członków narodowej-demokracji. Tak było przy pożyczce przymusowej, tak było przy podatku dochodowym, podatku przemysłowym, przy podatku handlowym, czy gruntowym. Trzeba było wywalczać właśnie w tej polityce skarbowej każdy punkt, który nie jest pewnym określonym zadaniem, tylko jest życiem codziennym naszego Państwa. Prawica nie robi tego ze złej woli i nie z myślą szkodzenia interesom Państwa polskiego, lecz strzegąc swych interesów klasowych. Mówi: akcjonariusze nie powinni płacić podatku, przemysłowcy, handlowcy nie powinni płacić podatku. (Głosy: Nic podobnego nie było!) Nie mówię, że było tak dosłownie, po jednej marce podatku od głowy chętnie byście zapłacili, ale tu chodzi o pokrycie niedoboru 24 miliardów i trzeba odpowiednie do tego podatki zapłacić, a Panowie powiadacie zawsze: nie tyle, tylko mniej! Naturalnie ta polityka klasowa wchodzi w takie tory i na taką drogę pcha życie codzienne państwo. (Głos: z Waszej strony!) Z Waszej strony, bo jesteście klasą kapitalistów, która broni swych interesów. To wychodzi na wierzch z każdego Waszego przemówienia i streszcza się w tym: niech wszyscy płacą ten podatek, byle nie ja, byle nie akcjonariusze, byle nie właściciele realności byle nie ci, byle nie tamci. I w rezultacie ciężary mogą płacić tylko ci co mają stały dochód, to jest klasa robotnicza, czy to fizycznie pracująca, czy umysłowo, robotnicy, urzędnicy. Oczywiście taka polityka klasowa nie da się zmieścić pod wspólnym dachem gabinetu koalicyjnego, bo to są interesy tak sprzeczne przy budowaniu państwowości polskiej, że o tym mowy być nie może.

A to samo zobaczymy, jeśli przejdziemy do jakiegokolwiek działu życia wewnętrznego. Kraj jest pod znakiem głodu. Ozimina, nie urodziła, żyto nie urodziło, a wojna, niszcząc inwentarz i ogromną część plonów, dokonała reszty. Żyjemy więc pod znakiem głodu. W Rosji z powodu posuchy grozi po prostu katastrofa głodowa i jak członkowie jej rządu przyznają kilka milionów ludzi w Rosji skazanych jest na śmierć głodową w tym roku. Z chwilą zawarcia pokoju natychmiast zacznie się u nas przemytnictwo środków spożywczych na wschód, gonitwa za większym zyskiem bez względu na głód u nas panujący. Co by w tym wypadku należało zrobić? „Sekwestr”, który do niedawna i w momencie odpowiednim był jedynym wyjściem, w tym wypadku nie będzie mógł głodnych nasycić, ale dałby przynajmniej tę satysfakcję, że Wszyscy mieliby równo, że nie byłoby takich u których by się przelewało i takich którzy by obok z głodu ginęli. Sekwestr uniemożliwiłby także przemytnictwo i paskowanie do pewnego stopnia, ale na sekwestr panowie zgodzić się nie chcecie. (P. Ks. Lutosławski: W Rosji jest sekwestr i największy pasek głodem). Tak Wielkiego paska jak u nas, tam niema, jesteśmy więc skazani na kupowanie za granicą, na szukanie pożyczki zagranicznej, jeśli mamy przeżyć ten okres, a samymi kartoflami go nie przeżyjemy. Ale aby móc przy sekwestrze przeprowadzić podział równomierny i aby on mógł wydać dobre owoce, powinniśmy mieć i administrację na swoim miejscu.

Panowie narzekacie na administrację, ale lewica ma powody tysiąc razy więcej narzekać na administrację niż wy. Administracji naszej nie mogę zarzucić tych rzeczy, które wynikają z tego, że jest młodą, z tego, że ona się tworzy z najrozmaitszych pierwiastków, bo póki się nie wytworzyła, nie może działać tak sprawnie jakby działać powinna. Ale mogę jej zarzucić kilka innych błędów, a największym z nich jest to, że chwyciła się metody, pokrywania swojej nieudolności najgłupszym w świecie biurokratyzmem. Biurokratyzm każdy ma przecież jakąś myśl, ale ten biurokratyzm, który, aby zamaskować swoją nieudolności i nieumiejętności załatwiania spraw, przy niechęci załatwiania spraw, zasiania się formalistyką bez żadnej treści, ten biurokratyzm jest najgłupszym. Biurokracja administracyjna zawiodła nas w czasach bardzo krytycznych. W wielu powiatach władze uciekały, kiedy nie było jeszcze żadnego niebezpieczeństwa, uciekały, zostawiając najgłupsze zarządzenia ewakuacyjne. Dość powiedzieć, że w powiecie drohobyckim, w którym wcale nie było nieprzyjaciela, był nakaz ewakuacyjny, aby zdemontować odbenzyniarnię i ewakuować wszystkich jej urzędników. Co to znaczyło? To znaczyło narażać na pewną śmierć tych co pozostaną i unieruchamiać na dłuższy okres czasu dopiero co odzyskaną odbenzyniarnię, unieruchamiać wielki zakład przemysłowy, przynoszący Państwu szalone, olbrzymie zyski. Unieruchomienie polegało na tym, że zdemontowane fabryki i maszyny nie dadzą się szybko na powrót zmontować, Winną tu także była niewiara starosty w to, żeby Drohobycz kiedykolwiek do Polski wrócił.

W zamojskim powiecie władze na dwa tygodnie przed istotnym niebezpieczeństwem zwiały, zostawiając dobro państwowe, np. ogromne zapasy spirytusu milionowej wartości na rozgrabienie, i skarb ten istotnie został też doszczętnie rozgrabiony.

W takim powiecie pułtuskim i włocławskim widziałem na własne oczy setki poborowych, błąkających się i szukających starostwa. Gdzie starostwo? Niema, uciekło. Natomiast, gdy ci tchórze, którzy pierwsi uciekli, wrócili, pohulali po swojemu, ażeby zakryć swoje tchórzostwo i na pierwszy lepszy donos aresztowali na prawo i lewo, na ślepo czy był powód, czy nie było innego powodu prócz donosu może kilku wpływowych osób, które by raczej powinne były, czy tego starostę czy tego kto aresztuje pociągnąć do odpowiedzialności za ucieczkę i za to, że aby zakryć swoje tchórzostwo, okazuje odwagę wobec ludzi bezbronnych.

Proszę Panów, władze, które kazały ćwiczyć i biczować publicznie jednego po drugim ludzi nie wiadomo czy winnych, nie zasądzonych sądownie, były może dobre w carskiej Rosji, w Azji, choć i tam uważa się to rzeczą nieludzką, ale u nas w XX stuleciu, w państwie, które nie tylko chce być kulturalnym lecz i jest kulturalnym, trzeba takie postępowanie napiętnować i Rząd musi pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy się takich barbarzyństw dopuszczali. Ci ludzie aresztowani i katowani na podstawie przypuszczeń, na podstawie donosów, to przecież nie byli ci, którzy zasiadali w „rewkomach“, bo ci po największej części zwiali z bolszewikami, a ci, którzy zostali, to są tylko, przeciwnicy polityczni. Ale im wszystko jedno, czy to jest P. S. L. czy P. P. S. czy jakie inne zgrupowanie, na wzór Denikina, który wieszał każdego, kto nie byt prawicowcem, któremu było wszystko jedno czy bolszewik, czy mieńszewik, czy eserowiec, każdego wieszał i nasze władze zamykają wszystkich, których im palcem wskazano: aresztują! Aresztują z obawy przed tymi, przed którymi musieliby się bronić, aby nie być pociągniętymi do odpowiedzialności za swoje tchórzostwo i ucieczkę. To się musi skończyć. Myśmy sobie z gospodarką wielu starostów dali spokojnie radę i damy sobie także radę z wybrykami tych urzędników, którzy w ten sposób pojmują swoje obowiązki.

Proszę Panów, dobiegam do końca swego przemówienia. Trzeba sprawę postawić jasno i konsekwencją mego przemówienia jest, że z tych przeciwieństw klasowych i społecznych, które u nas są, wynika jasno, iż tak lewa jak i prawa strona stwierdza ponad wątpliwość, że rząd koalicyjny na długą metę jest niemożliwy, jeżeli, mają biec normalnie sprawy Państwa. Że jednakowoż rząd ten spełnił swe zadanie, które mu poruczono, a mianowicie, odparcie najazdu i zawarcie pokoju, za to jesteśmy mu wdzięczni i będziemy głosować za wnioskiem p. J. Dębskiego. (Brawa na lewicy).

 

Marszałek: Głos ma p. Chądzyński.

 

P. Chądzyński[5]:

 

Wysoki Sejmie! Pan Prezydent Witos, stając dwa tygodnie temu przed Sejmem i wygłaszając swoje exposé, podzielił je na dwie części. Jedną poświęcił sprawozdaniu z działalności Rządu, w drugiej wyraził pogląd tegoż na najważniejsze zadania gabinetu wobec sytuacji obecnej. Żeby możliwie jasno określić stanowisko Narodowej Partii Robotniczej, w której imieniu z tej trybuny przemawiam, pozwolę sobie odrębnie obie części tego exposé potraktować.

Rząd prezydenta Witosa, powołany w najcięższej dla Państwa chwili do obrony kraju i zakończenia wojny, zadanie to swoje wypełnił chlubnie. Rząd umiał zaapelować do całego społeczeństwa, wydobyć z niego potężne siły i zmobilizować te siły do walki z wrogiem. Rząd ten wierzył w najkrytyczniejszych chwilach w sprawę polską, wierzył w swój naród, wierzył w swoją armię i dlatego zwyciężył. Rząd, odrzucił porady wielkiego mocarstwa, które doradzało mu przyjąć haniebne warunki, podyktowane mu w Mińsku. Rząd otrzymując pomoc od sojuszniczej Francji i zużytkowując tę pomoc, uczynił to jednak w taki sposób, że w niczym nie uchybił suwerennym prawom naszego Państwa, a przez to zachował godność i honor naszego narodu. Bohaterska armia pod dzielnym dowództwem Naczelnego Wodza, pobiwszy wroga i odpędziwszy go daleko od stolicy, tym samym stworzyła warunki do zawarcia pokoju. Rząd, wierny swym usiłowaniom pokojowym, służąc jedynie polskiej, sprawie, mimo tryumfu oręża polskiego, swej polityki pokojowej nie zmienił i jak nam i wczoraj zakomunikował p. Prezydent Witos, dziś preliminaria pokojowe mają być i podpisane. Spodziewać się należy, że i traktat pokojowy między Polską a Rosją niedługo stanie się faktem. Kraj nasz wobec tego uzyskuje nareszcie granicę j wschodnią, której mu do tego czasu Traktat Wersalski odmówił. Tej granicy wschodniej uzyskanej w krwawych dwuletnich zapasach lud polski bronić będzie, i ktokolwiek i kiedykolwiek by mu tę granicę zakwestionował, czy byłby to otwarty wróg, czy oficjalny przyjaciel-sojusznik.

Sprawa zakończenia wojny na wschodzie i wyznaczenia granic wschodnich pociąga za sobą jednocześnie konieczność uregulowania naszej granicy z Litwą, uregulowania stosunku z Litwą. Lud polski pracujący wojny z Litwą nie pragnie, ale i ten lud nigdy się nie zgodzi, żeby ziemie polskie b. Wielkiego Księstwa Litewskiego i z miastem Wilnem mogły być oderwane i od Polski bez wypowiedzenia się woli ludności. Rząd polski, zawierając pokój, uzyskując bezpieczeństwo Państwa na Wschodzie, mając na wschodzie wolne ręce, tym większą uwagę, tym większą energię winien poświęcić sprawie granic zachodnich naszego Państwa. Domagamy się od tego Rządu, by nie pozwolił na Górnym Śląsku w czasie mającego się odbyć plebiscytu sfałszować Niemcom woli ludności, jak to się stało na Warmii i Mazurach. Domagamy się również od Rządu, by dopilnował spraw jedynego polskiego portu, Gdańska, by traktat wersalski, zapewniający nam ten port do całkowitego użytku, został istotnie wypełniony.

Klasa robotnicza, ta część, którą tutaj mam zaszczyt reprezentować, wyraża swą wielką radość, że wojna na wschodzie nareszcie kończy się i że klasa robotnicza będzie mogła poświęcić się pracy około odbudowy swej Ojczyzny i krwawe walki zamieni na pracę pokojową we własnym państwie nad wyzwoleniem politycznym i społecznym ludu pracującego. (Brawo).

Wysoka Izbo! Wiadomym jest, ile Polsce zaszkodziła opinia zagraniczna w chwilach dla nas najcięższych, mobilizowana przez wrogów Polski. Że tak się stało, o to w znacznej mierze winić należy naszą służbę dyplomatyczną, która nie stanęła na wysokości zadania. Modne jest w ostatnich czasach, że prawica tej Izby ustawicznie atakuje wojsko i stosunki w nim panujące. (Głos: Były minister!) Natomiast nic się nie mówi o innym, niemniej ważnym dziale służby państwowej, nic się nie mówi o naszej dyplomacji. Nie chcę Wysokiej Izbie przytaczać szeregu mitr hrabiowskich i książęcych, nazwisk ludzi, którzy znaleźli się na naszych poselstwach zagranicznych, ludzi ubiegłego wieku i ubiegłej epoki, ludzi, którzy sprawie polskiej za granicą nietylko żadnej korzyści przynieść nie są w stanie, nie rozumiejąc obecnych stosunków, lecz którzy przez swoją bezczynność, przez niemożność porozumienia się z szerokimi masami społeczeństwa, wśród którego reprezentują interesy Polski, nawet przynoszą nam szkodę. (Głosy: tak jest). Czas byłby najwyższy, by z równą energią, z jaką nasza prawica domaga się sanacji stosunków wojskowych, i lewica tej Izby domagała się sanacji stosunków w służbie dyplomatycznej polskiej. (Brawo). Tak ważny posterunek, jakim jest Londyn, od szeregu miesięcy nie jest obsadzony. Jesteśmy świadkami, jak w naszych oczach tworzy się mała Ententa, która ma na celu odosobnienie Polski, która ma na celu zorganizowania środkowej Europy przeciwko Polsce, i pytam się, co uczyniła nasza dyplomacja, by pokrzyżować plany naszego wroga Benesza? Będziemy również żądali, ażeby Rząd polski wystąpił mocno przeciwko Niemcom. Co się dzieje z Polakami na Warmii i Mazurach po plebiscycie, co się dzieje z wychodźtwem polskim, tego po prostu w kulturalnych czasach zrozumieć nie można. A co robią nasze placówki zagraniczne, jak reaguje nasza dyplomacja na to, kiedy bije się, morduje i wysiedla z ziemi ojczystej lud bezbronny za to, że głosował za Polską? Czas też nareszcie uregulować sprawę Gdańska. Szereg instytucji społecznych jak Komitet Polsko- Gdański zwracały dawno już uwagę Rządowi na to, że stanowisko reprezentanta Polski w Gdańsku zajmuje człowiek nieodpowiedni, człowiek, dzięki któremu w znacznej mierze przegrywamy naszą sprawę w Gdańsku. Nie widzimy jednak żadnych zapowiedzi, zmierzających do naprawy stosunków gdańskich, a w ostatnich czasach niestety dowiadujemy się, że w niektórych urzędach polskich w Gdańsku są liczne nadużycia.

Prezes Ministrów Witos, mówiąc o zadaniach, które Rząd czekają, przede wszystkim dotknął sprawy aprowizacyjnej w swym exposé, stwierdziwszy brak żywności, zalecił oszczędność i poleci, ażeby części naszego kraju niezniszczone przez wojnę, oddały nadwyżki swoich zapasów połaciom kraju zniszczonym przez najazd bolszewicki. Jeśli to ma być cały program Rządu W sprawie aprowizacyjnej, to popierając Rząd prezydenta Witosa za to wszystko co zrobił do tego czasu, za to, że obronił kraj i doprowadził do zakończenia wojny, jednak co do tej sprawy musiałbym się kategorycznie zastrzec. Zwalczywszy wroga, nie mamy ochoty umierać własnym państwie z głodu, (Brawo) zwalczywszy wojska bolszewickie, nie mamy najmniejszej ochoty stać się żerem agitacji komunistycznej w Polsce, a brak chleba i głód to są najlepsze środki agitacji dla rodzimych komunistów. Wiemy że minister aprowizacji Śliwiński jeździ do Paryża starać się o kredyt i o to, aby zboże do nas przyjechało, lecz wrócił z zupełnie próżnymi rękoma. Dlatego, aczkolwiek uważam, że Rząd powinien ustawicznie się starać o zapewnienie dowozu żywności z zagranicy, niemniej jednak główny plan aprowizacyjny powinien oprzeć się na tych zapasach, które mamy w kraju, na racjonalnym ich zużytkowaniu i racjonalnym ich rozdziale. A jedyną drogą, żeby te zapasy się nie marnowały, żeby były sprawiedliwie rozdzielane, jest sekwestr i spodziewamy się, że Rząd z projektem sekwestru niebawem do tej Izby przyjdzie (Głos: Byle tylko nie za późno. Wrzawa. Głos: A ten, który 6 godzin pracuje ma tyle jeść ile ten, co pracuje 8 godzin?).

Proszę Panów, o ile wiem, to w Polsce obowiązuje 8 godzinny dzień roboczy, a bardzo często pracuje się znacznie więcej. Szereg miast w Kongresówce np. Łódź od tygodnia jest już pozbawiona chleba. Niema tego chleba Zagłębie Dąbrowskie, powtarzają się tam strajki, a o ile wiem, w Łodzi jest dzisiaj strajk generalny. Brak chleba w Częstochowie, brak chleba w większych środowiskach przemysłowych. Klasa robotnicza zaczyna się burzyć. Niechże to będzie pewną wskazówką dla Rządu, że aby wykonać ważne zadania państwowe, aby pokój miał dobre skutki, żeby się państwo dalej budowało trzeba zadowolić ludność pracującą, trzeba przeprowadzić racjonalny plan aprowizacyjny, trzeba ludności miejskiej, ludności pracującej zapewnić warunki pracy długogodzinnej. Ale mamy cale masy bezrobotnych, szczególniej na Pomorzu, i pragnęlibyśmy, żeby Rząd, żeby P. Minister Robót Publicznych nareszcie ze sfery projektów wyszedł i przystąpił do wykonania robót publicznych i w ten sposób zatrudnił ludność, która jest pozbawiona pracy. Nastąpi niebawem częściowa demobilizacja armii i znowu dziesiątki i setki tysięcy ludzi będzie bez pracy i dlatego czas najwyższy jest, ażeby Rząd polski do szeroko zakrojonych robót publicznych przystąpił.

Gdy mówię o położeniu klasy pracującej w Polsce, to muszę wspomnieć o tym, że gdy była trwoga, to Rząd apelował do szerokich mas robotniczych i może największy procent ochotników, jaki dały poszczególne grupy ludności, przypada właśnie na ludność robotniczą. Robotnik chętnie szedł do wojska, robotnik chętnie walczył.

Rada Obrony Państwa uchwaliła ustawę o zasiłkach dla rodzin wojskowych, ustawę dla wdów po poległych, a chociaż prawie dwa miesiące upłynęły od czasu uchwalenia tej ustawy, zastosowania jej w życiu nie widzimy. Zasiłków się dotychczas nie wypłaca. (Głosy: Obiecanka, cacanka. Nie wiadomo która władza ma to robić).

Wysoki Sejmie! Sześć lat wojny dało niezwykle wielką liczbę inwalidów. Rząd polski dotychczas nawet nie opracował ustawy o inwalidach. Ludzie, którzy oddali krajowi, co mieli najlepszego, bo zdrowie, ludzie, którzy dzisiaj są kalekami, znajdują się w ostatniej nędzy. Dlatego domagamy się, ażeby sprawa inwalidów nareszcie została załatwiona. (Głosy: Słusznie).

Mówi się dużo w tym Sejmie o budowie Państwa. Ja rozumiem, że, budując państwo, musimy wychowywać przede wszystkim obywateli. Mamy przymusowe szkolnictwo w Polsce. Jednakże muszę stwierdzić, że np. w Warszawie 50% dzieci niema możności korzystania z nauki szkolnej, bo albo niema szkół, albo brak jest szkół państwowych, a w prywatnych opłata tak jest droga, że uniemożliwia wszelkie korzystanie z nich.

Nauczycielstwo dodatków drożyźnianych, uchwalonych w lipcu jeszcze do dziś dnia nie dostało.

Prezydent Witos w swym programie na przyszłość zapowiedział nam unifikację dzielnic. Z wielką przyjemnością stwierdzamy tę zapowiedź i będziemy oczekiwali wprowadzenia jej w życie. I tu muszę Wysoką Izbę zająć nieco stosunkami, panującymi w b. dzielnicy pruskiej w Poznaniu i na Pomorzu. (P. Fichna: A gdzie p. Minister b. dzielnicy pruskiej? Głos: Smołą handluje. Wesołość). Ziemia wielkopolska i pomorska to są prawdziwe klejnoty Rzeczypospolitej Polskiej. Lud tamtejszy jest wysoce patriotyczny, a kraj pod względem gospodarczym stoi wyżej od innych dzielnic. Wydawałoby się, ze nasze Państwo i Rząd powinny jak największą opieką otoczyć ludność tych dzielnic, tych rodaków, którzy w twardej walce z Prusakami uratowali polskość w województwie poznańskim i na Pomorzu. Z przykrością jednak wypada mi tutaj stwierdzić, że Rząd Państwa na stosunki w b. dzielnicy pruskiej ma wpływ minimalny. Nieszczęsna ustawa sejmowa o Ministerstwie b. dzielnicy pruskiej oddała rządy tej dzielnicy  – (Głos: endekom) całkowicie w ręce tamtejszej prawicy. Rządy dzielnicy pruskiej znajdują się W ręku jednej klasy społecznej i rządy te przez szereg miesięcy, z górą rok, doprowadziły do tego, że lud tamtejszy do tej Ojczyzny, której pragnął, jest głęboko zrażony, bo lud ten nie rozumie, dlaczego jego właśnie, lud poznański i lud pomorski poddano eksperymentom prawicowo-społecznym. Żeby rządy prawicy społecznej w Poznańskiem ugruntować, podniesiono w tej dzielnicy hasło separatyzmu; powiedziano tamtejszemu ludowi, że wszystko, co jest w Kongresówce i w Małopolsce, jest socjalistyczne, żydowskie, nie polskie, a tylko tam jest prawdziwa polskość. (Głos: Walka o koryto). Gdy Państwo znalazło się w niebezpieczeństwie, z jednej strony widzieliśmy objawy najwyższego bohaterstwa a z drugiej można było zauważyć i objawy rozkładu państwowego. (Głos: Ohyda!). Otóż taki objaw rozkładu państwowego wśród pewnych warstw widzieliśmy w czasie ostatniego kryzysu właśnie w b. dzielnicy pruskiej. Znaleźli się ludzie, znalazły się stronnictwa, które w najgroźniejszym momencie dla państwa nie uważały za najlepsze wszcząć nie mającą granic agitację przeciw Naczelnikowi Państwa i Wodzowi Naczelnemu. Znaleźli się ludzie, którzy szkalowali Rząd warszawski. Ludzie ci uważali, że największy kryzys, jaki Polska przechodzi, można wyzyskać dla swoich własnych celów, aby własne rządy jeszcze bardziej wzmocnić. Zażądano wtedy dla b. dzielnicy pruskiej specjalnej armii rezerwowej, specjalnej straży zachodnie, wreszcie podsekretariatu dla spraw wojskowych (Głos: Z arsenałem na Ochocie).

Zażądano tedy, ni mniej, ni więcej, tylko własnej armii oddzielnej od armii Rzeczypospolitej polskiej. Oczywiście na wiecach mówiło się masom, że ta armia jest i po to, by ratować te ziemie, od ewentualnego najazdu Niemców. Przecież ludzie trzeźwi, a i sami aranżerowie odrębnej armii, nie wierzyli w to, aby, gdyby armia Rzeczypospolitej została pokonana nad Wisłą, armia rezerwowa mogła obronić Poznańskie. To był tylko argument dla mas, to było hasło wiecowe! A w rzeczywistości chodziło o posiadanie własnej armii. I o przeciwstawienie rządowi warszawskiemu, rządu poznańskiego i jego armii. I tutaj muszę stwierdzić, że w obronie niepodzielności Rzeczypospolitej, w obronie zjednoczenia wszystkich ziem Rzeczypospolitej wystąpił lud poznański i pomorski, tylko chłopi i robotnicy, tylko stronnictwo ludowe, przeciwstawili się tej agitacji i śmiem stwierdzić, że dzięki tym stronnictwom, dzięki ludowi impreza się nie udała. A czym groziła ta impreza przekonać się można z gazet niemieckich; przeczytajcie Szanowni Panowie „Frankfurter Zeitung”, a dowiecie się, że chodziło o drugi rząd Dmowskiego w Poznaniu (Głos: Strach ma wielkie oczy).

Wysoki Sejmie! Za to, że ruch robotniczy przeciwstawił się tej robocie, jego zdaniem szkodliwej, która podsycała separatyzm, i była skierowana przeciw zjednoczeniu dzielnic w jedno niepodzielne państwo, za to ten ruch robotniczy spotkały prześladowania ze strony czynników społecznych, a śmiem twierdzić, że tamtejszych czynników rządowych. Cała prawica w b. dzielnicy pruskiej wypowiedziała walkę na śmierć i na życie ruchowi robotniczemu. Terror moralny doszedł do tego stopnia, że gdy robotnik, którego zaskarżono do sądu, udał się do adwokata, żeby bronił jego sprawy w sądzie, ten odpowiedział, że nie może go bronić, gdyż straciłby nazajutrz całą klientelę. Taki terror moralny stosuje się do robotników za to, że ci wypowiedzieli się za zjednoczeniem wszystkich dzielnic i czynnie w tym kierunku pracowali. Posypały się areszty na działaczy robotniczych. Wielu uwięziono i dopiero po paru tygodniach wypuszczono, gdyż prokurator nie znalazł materiału dowodowego. Chodziło o to, ażeby tych ludzi unieszkodliwić w czasie najgorętszym.

Pan wojewoda poznański Celichowski inaczej się odnosił do pism, propagujących tendencje separatystyczne, a inaczej do prasy ludowej. Jedne pisma wychodziły bez cenzury, bo stały bliżej wojewody Celichowskiego a pisma robotnicze niesłychanie ostro cenzurowano. Nawet nie pozwolono na krytykę generała Dowbór Muśnickiego, skreślono wiele artykułów, za krytykę tego generała. Nie chcę Wysokiej izby zajmować jeszcze rozmaitymi faktami… (Głosy: A wdowy po zabitych. Do dziś dnia nie dostały jeszcze odszkodowania).

Gdy nastąpiły dni krytyczne, gdy wróg zbliżał się do stolicy Państwa, rozpoczął się ostry ferment na Pomorzu. Agitatorzy niemieccy poczęli wyzyskiwać niezadowolenie ludności pomorskiej z rządów wojewody Łaszewskiego. I sytuacja na Pomorzu stała się dla Państwa groźną. W takim oto momencie ówczesny prezes ministrów Grabski doszedł do przekonania, że pana wojewodę Łaszewskiego nie można dłużej pozostawić na stanowisku i zapragnął, ażeby wojewodą pomorskimi został człowiek, który ma zaufanie mas, który byłby zdolny uspokoić wrzenie, mógłby pogodzić niezadowoloną ludność z własnym państwem i rządem. Na zwróconą do nas propozycję, województwo to objął pomorzanin, który ma zaufanie i duże poważanie szerokich mas ludności pomorskiej. Sądziliśmy, że ze względu na specjalną wagę Pomorza, tego korytarza polskiego do morza, tego okna na świat, nowemu wojewodzie wolno będzie przeprowadzić sanację stosunków na Pomorzu. Z przykrością stwierdzamy po półtora miesięcznych rządach jego, że ma on, wyrażając się obrazowo ręce i nogi związane, i po dawnemu w powiecie puckim i wejherowskim rządzą starostowie, którzy popierają Niemców, na co mamy szereg dowodów. Trudno jest wojewodzie zmieniać starostów, bo ma ręce związane, bo nie on nominację podpisuje. Pod względem gospodarczym, ludność ta, należąc z górą pół roku do Polski, nie otrzymała nic. Ludność kaszubska, żyjąca z rybołówstwa nie otrzymała materiału do swych sieci, nie otrzymała ani soli ani nafty, chodzi boso i nago, gdyż nie otrzymała materiałów włóknistych.

Niejednokrotnie zwracaliśmy się do Ministerstwa b. dzielnicy pruskiej, które przyrzekało nam zaopiekować się tą ludnością. Z tej trybuny muszę stwierdzić, że do dziś dnia nic nie zrobiono (Głosy: Pan Minister ma inne zajęcie: tworzenie rządu).      

Wreszcie przyszły smutne wypadki na Pomorzu. Przyszły pucze wojskowe w Grudziądzu i Toruniu. Pucze te z jednej strony były spowodowane wrogą agitacją niemiecką, która wyzyskała niezadowolenie ludności, wyzyskała to, że rząd nie opiekuje się ludnością Pomorza. Drugim niemniej ważnym powodem była separatystyczna agitacja od pewnego czasu konsekwentnie prowadzona w wojsku przez prawicę. Wydała ona swoje owoce. I Toruń stał się widownią najsmutniejszych wypadków. (Wrzawa na prawicy). Panowie przeczycie, gdy tymczasem zeznania sądowe wykazują, że byli oficerowie z armii Muśnickiego, przyjeżdżali z Poznania do Torunia i podburzali do rokoszu. Mamy dowody, że policja toruńska tolerowała te rzeczy i gdy jej wskazywano tych, którzy prowadzili wrogą państwu wśród wojska agitację, policja nic nie czyniła, by podżegaczy aresztować.

Wysoka Izbo! Rozruchy wojskowe W Grudziądzu i Toruniu… (Wrzawa).

 

Marszałek: (dzwoni).

Proszę o spokój.

 

P. Chądzyński:

To owoc agitacji separatystycznej. Nie ma większego argumentu dla unifikacji, jak właśnie te bunty wojskowe, jak wielkie niezadowolenie ludności Pomorskiej z panujących tam stosunków.

Niezadowolenie tej ludności, o przywiązanie której do Państwa dbać najbardziej będziemy musieli, jeżeli chcemy mieć Gdańsk i dostęp do morza. (Brawa). (Głos: Gdańsk musi być nasz. Ks. Okoń: Musimy mieć Gdańsk Głos: Aby Okoń mógł pływać).

Pan Prezydent Ministrów zapowiedział, że unifikacja zostanie przeprowadzona szybko. Jeżeli musi być ona rozłożona na etapy, a nie może nastąpić od razu, to żądamy przynajmniej jako pierwszego kroku, wyodrębnienia Pomorza z pod zarządu Ministerstwa b. dzielnicy pruskiej i przyłączenia do ogólnej administracji Państwa. (Brawa. Hałas). Wysoki Sejmie, jeżeli nadal trwać będą takie stosunki w b. zaborze pruskim jak dzisiaj, jeżeli p. Minister Kucharski, członek Rządu koalicyjnego, który nie ma prawa prowadzić tam innej polityki od polityki Rządu w calem państwie (Ks. Okoń: Słusznie), nie zmieni dotychczasowego swego postępowania, to nie chcę być prorokiem, ale Wysoka Izba może być świadkiem smutnych wypadków, jakie mogą zejść w Poznańskim i na Pomorzu. (Hałas. Głosy: Ładna historia. Słuchajcie).

 

(Przewodnictwo obejmuje wicemarszałek Moraczewski).

 

My uważamy za swój obowiązek przestrzec Sejm przed tymi ewentualnościami. Z jednej strony walka prawicy społecznej przeciw ludowi, z drugiej strony, tendencje separatystyczne, mające na celu zachowanie obecnych rządów, muszą doprowadzić do starć, do wielkiego niezadowolenia ludności tamtejszej, niewątpliwie i sprawią dużo kłopotów Rządowi w dzielnicy pomorskiej i poznańskiej. Nie mamy zaufania do dotychczasowych rządów w dzielnicy poznańskiej i pomorskiej. Dołożymy jak najwięcej sił, by stosunki w b. dzielnicy pruskiej uległy gruntownej naprawie. Dalszy swój stosunek do Rządu Prezydenta Witosa, a szczególniej do p. Ministra Kucharskiego, uzależnimy od tego (p. Woźnicki: żeby sobie poszedł), czy nastąpi zmiana stosunków na Pomorzu i Poznańskim czy też nie.

Wspomnę jeszcze o sprawie Cieszyńskiej. Wysoki Sejmie! Rozstrzygnięcie Rady ambasadorów w sprawie Śląska Cieszyńskiego, nie ratyfikowane przez ten Sejm i nie uznane przez najwyższą Władzę suwerenną w Państwie, nie może nas  obowiązywać.

I dlatego my obecnego stanu w ks. Cieszyńskim nie uważamy za stan ostateczny. A szczególnie klasa pracująca walczyć będzie w dalszym ciągu o przyłączenie swej braci z Ks. Cieszyńskiego do Rzplitej Polskiej.

Kończąc swoje przemówienie, oświadczam, że będziemy głosować za wnioskiem p. Dębskiego, za zaufaniem do rządu Prezydenta Witosa.

 

Wicemarszałek Moraczewski:

Głos ma p. ks. Adamski.

 

P. ks. Adamski[6]:

Wysoki Sejmie! Przedłożenie p. Prezydenta Ministrów, nad którym obecnie dyskutujemy, przypada w chwili dla Polski bardzo poważnej, w chwili, kiedy rzeczywiście nowa epoka dla niej się zarysowuje. Dlatego wszystkie stronnictwa skorzystały z tego, w braku innego rządowego przedłożenia, zwłaszcza budżetowego, aby o wszystkich sprawach Polski dotyczących tu mówić i z tego także ja korzystam. W tej chwili oczywiście, kiedy armia polska dla Polski wywalczyła nietylko niepodległość ale i pokój, wszyscy jednoczymy się w tej myśli, aby żołnierzowi polskiemu serdeczne złożyć dzięki, a mam do tego tym większe prawo, że nie na ostatnim miejscu wielkopolskie dywizje przyczyniły się do zwycięstwa. (Głos: Tylko nie armia rezerwowa).

Równocześnie zwraca się nasze uczucie ku najwierniejszemu naszemu sojusznikowi, Francji, która w tych ciężkich chwilach swoim męskim wystąpieniem okazała, że z nami łączy ją nietylko rozum, interes polityczny, lecz także węzły uczuciowe, istniejące od dawien dawna. My to dobrze rozumiemy i dlatego będziemy stali na stanowisku ścisłego z tym państwem sojuszu, wiedząc, że wobec niedawnych bardzo przykrych walk z najbliższym naszym sąsiadem, nie możemy liczyć stamtąd na szczerą przyjaźń i musimy zawsze stać na straży tego, co Polska sobie zdobyła. (P. Pietrzyk: Jak to tam będzie z masonami?)

W stosunku do obecnego Rządu, proszę Wysokiego Sejmu, my zajmujemy stanowisko takie, które wynika z tego, że nasze stronnictwo w tym Rządzie także bierze udział. Kładziemy wielki nacisk na to, że jest to rząd koalicyjny i uważamy, że to, co stworzono w chwili dla Polski tak groźnej, zgoda wszystkich stronnictw powinna przetrwać, póki to być może. Na tym stanowisku stojąc, będziemy zawsze wyrażali uznanie wszystkim ministrom, którzy będą pracowali dla ładu i dobra Polski, bez Względu na to, do jakiego stronnictwa należą, nie pozwolimy jednak zamykać sobie ust, wtedy, gdy chodzi o uprawnioną i słuszną krytykę. Dlatego tak długo współpracować będziemy, dopóki charakter koalicyjny tego Rządu będzie zachowany.

Witamy z uznaniem szereg kroków p. Prezydenta Ministrów, który w tych ciężkich chwilach znalazł bardzo ważne słowa krytyki tych rzeczy, które w Polsce ustać powinny. Mamy zupełne uznanie dla szeregu wystąpień p. Ministra Spraw Wojskowych, który w tym czasie rozporządzeniami swoimi umiał zagrodzić drogę nadużyciom, wprawdzie potwierdzając zarazem tym rozporządzeniami, że nadużycia były i to liczne. Jeżeli ta publiczna krytyka, która wypływa z przemówień p. Prezydenta Ministrów i z rozporządzeń p. Ministra Spraw Wojskowych, jest dozwolona, to z pewnością jest ona uzasadniona także u innych.

Życzymy sobie, ażeby Rząd w sprawie Gdańska, który uważamy za jedną z najważniejszych pozycji Polski, znalazł to silne słowo i tą silną rękę, jakiej wymaga przeprowadzenie i zagwarantowanie tych praw minimalnych, które traktat wersalski nam przyznaje, pragnęlibyśmy, by właśnie tę sprawę Gdańska jak najsilniejszy człowiek prowadził, by nie powtórzyły się te skandaliczne sceny, które działy się w Gdańsku w chwili naszej niemocy, kiedy mu się zdawało, że jest państwem niezależnym, które może Polsce dyktować prawa i któremu wolno prowadzić konszachty z bolszewikami na zgubę Polski.

Nie wiadomo jeszcze, czym się stanie Liga Narodów. My wobec tej Ligi Narodów zajmujemy stanowisko wyczekujące. Jeżeli nie okaże się ona tylko widziadłem bez krwi i kości, to będziemy ją popierać, zachowując jednak zawsze dla Polski tę niezależność, którą wielkie i silne państwo zagwarantować sobie musi nawet wobec największych swych przyjaciół.

Wiemy, a wypadki ostatnich czasów potwierdziły to, że Europa zachodnia w sprawach wschodniej Europy prawie zupełną okazuje ignorancję. Wykazało się to w tak wielu wypadkach, że istotnie trzeba, koniecznie, ażeby Rząd polski wytężył wszystkie siły, ażeby słuszne zasady swoje na wschodzie wyświetlić i przeprowadzić, by polityce polskiej na wschodzie przyznano te prawa, które nam się należą.

Zupełnie podzielamy stanowisko innych stronnictw, które się tu w tym Sejmie co do tego oświadczyły, że sprawa Śląska Cieszyńskiego dla nas nie jest zamknięta. Taki gwałt zadany tak wielkiej liczbie Polaków, nie może być sankcjonowany na wsze czasy. Dlatego liczymy się z tym, że ta sprawa dozna jeszcze rewizji, dozna jeszcze zmiany. Ale doświadczenie poczynione na Śląsku Cieszyńskim jest dla nas wskazówką, ażeby wytężyć wszystkie siły, by komedia plebiscytu na Mazurach i w Cieszyńskim nie powtórzyła się na Górnym Śląsku. Rząd niech będzie przekonany, że w swoich zabiegach, ażeby umożliwić ludowi polskiemu głosowanie, prawdziwe i szczere spotka się zawsze z największym uznaniem i poparciem wszystkich stronnictw.

Nie rozwodzę się nad sprawami naszej polityki zagranicznej obszerniej, w przeświadczeniu, że w dalszej dyskusji kolega klubowy będzie mógł w tej sprawie zabrać głos. Pragnę uwagę Wysokiego Sejmu skierować ku sprawom naszym wewnętrznym.

Gotuje się pokój. Zbliża się pokój teraz jesienią. I na zimę chociaż jeszcze wojska nie wszystkie będą mogły wrócić do kraju, to przecie liczyć się trzeba już z częściową demobilizacją i częściowym powrotem bardzo wielu sił, które szukać będą w kraju pracy i zarobku. I tu, proszę Wysokiego Sejmu, staje przed nami niestety widmo częściowego bezrobocia, widmo dla warstw robotniczych niezmiernie groźne, niezmiernie groźne i dla naszego Państwa, bo bezrobocie to to jest niekorzystanie z sił ludzkich, to zjadanie bez produkcji, to zadłużenie coraz większe Państwa i coraz większe niszczenie zasobów, które Państwo posiada. A istotnie już dziś, początki tego bezrobocia się zaznaczają. Na Pomorzu widzimy, jak tartaki stoją wskutek zakazu wywozu drzewa za granicę, a przemysł drzewny jest tam jeden z najważniejszych. Tymczasem tartaki są przeładowane tartym drzewem, którego wywieźć nie można. Tartaki ulokowały pieniądze w tym drzewie, i nie mają teraz pieniędzy na kupno okrąglaków, na kupno surowca z lasów i zwózkę i zbliża się chwila, że staną. Zanoszę tedy prośbę do Wysokiego Rządu, aby zechciał pod tym względem zmienić procedurę dotychczasową i zezwolił na wywóz jak największej ilości drzewa tartego z Pomorza za granicę, ażebyśmy nareszcie mogli się go pozbyć. Nie wystarcza nam zapotrzebowanie krajowe, bo niestety dla braku środków transportowych z Pomorza nie można drzewa tego dowozić do tych okolic, gdzie na odbudowę potrzebny jest budulec. Tymczasem wobec tego, że tartaki pomorskie, a częściowo poznańskie leżą nad spławnymi rzekami, można by wodą to drzewo do Gdańska spławiać, oraz można by to drzewo okrągłe spławiać do tartaków i tartaki te w ten sposób uruchomić. One są tak zorganizowane, że gdy odbudowa kraju będzie wymagała budulca, dostarczą go w dostatecznej ilości (Głos: Mało jeszcze wywieźli!). Drzewa mamy dość, a dziś musimy ratować walutę naszą, a możemy ją ratować tym, że będziemy wysyłali drzewo za granicę i będziemy zagranicą je sprzedawali. Drzewo to leży dziś bezpożyteczne, a wkrótce i robotnik straci tam robotę. (P. ks. Okoń: Chłop nie ma drzewa na dach do chałupy!). Niech ksiądz przyjedzie do Poznańskiego po drzewo, to dostanie go w bród. (Głos: Ks. Okonia: tam nie puszczą). Jak przyjedzie po drzewo, to puszczą.(Wesołość).

Drugą gałęzią przemysłu, która u nas leży odłogiem, a w której Rząd łatwym i sposobem będzie mógł sprowadzić zmianę jest przemysł tytoniowy, wyrób papierosów i cygar. W Poznańskiem i na Pomorzu są znaczne fabryki papierosów i cygar, które dziś również produkcję mają ogromną, której sprzedać nie mogą, jest to sprawa monopolu państwowego, który nie pozwala na to, aby z Poznańskiego i Pomorza w Królestwie sprzedawano tam wyrabiane papierosy i cygara, ale w zamian za to kupuje się gotowe papierosy i cygara nawet w Ameryce. (Głos: Skandal). Oddaję tę sprawę pod rozwagę Rządu, jestem pewien, że tą drogą można dużo dobrego zrobić.

Dalej potrzeba koniecznie, żeby bez względu na trudności ruch budowlany pchnąć naprzód. Nie możemy liczyć się bezustannie z drożyzną wszystkiego tego co potrzeba do budowy, bo inaczej wszystko stanie, a wobec tego, że liczyć się musimy z remigracją bardzo silną z Niemiec, Westfalii i z bardzo wielką reemigracją z Ameryki, musimy na gwałt starać się o mieszkania i pod tym względem Rząd musi wszystkie wysiłki uczynić, aby ruch budowlany ożywić i budowanie ułatwić.

To samo tyczy się włóknistego przemysłu, najważniejszego jaki posiadamy. I tu warsztaty stoją, albo tylko częściowo są zajęte dla braku surowca, a zwłaszcza węgla i tu na gwałt potrzeba im dostarczyć surowca i węgla. Rynek zbytu będzie prawdopodobnie wielki dla nas, a niema innej rady, trzeba rzecz pchnąć i przemysłowi pracę ułatwić.

Przechodzę do przemysłu, który nas zawiódł, tj. do przemysłu w dziedzinie wojskowej. Wojsko potrzebuje tak ogromnej ilości najrozmaitszych przedmiotów i towarów, że samo zapotrzebowanie wojskowe mogłoby stanowić podwalinę dla ogromnego przemysłu. Tymczasem niestety u nas pod tym względem za mało uczyniono.

Przemysł wojskowy gdyby był skorzystał ze stojących w Polsce warsztatów pracy, byłby mógł małe warsztaty zamienić w fabryki średnie, średnie na wielkie, a gdyby zapotrzebowanie wojskowe ustało, mielibyśmy już przemysł wyrobiony, przygotowany, który by mógł robotnikom dać dużo pracy. Tymczasem władze wojskowe nie chciały iść tymi drogami, które wskazywały im koła przemysłowców. Pod Warszawą leżały setki podniszczonych kuchen polowych i nie oddano ich do naprawy do warsztatów; bywały tu zapasy takie jak 30.000 wozów bagażowych lekko uszkodzonych, które można było naprawić w warsztatach, a które leżały bezużyteczne, gdy tymczasem kupowało się wozy za drogie pieniądze z zagranicy, obniżając tym samem naszą walutę. (Głosy: Słuchajcie!). Rząd niemiecki zabrał się od samego początku do przemysłu wojskowego do uruchomienia małych warsztatów, dostarczał im roboty, dawał zatrudnienie ludziom i dokonał ogromnie dużo pracy w kraju, zamiast przywozić wszystko z zagranicy. U nas natomiast odmawiano przemysłowcom takiej pracy, natomiast powstała tendencja tworzenia własnych fabryk pod kierownictwem wojskowym. Znam wypadki, kiedy młody porucznik wylicza sobie ślicznie na papierze, że jeżeli on założy tę a tę fabrykę wojskową, to oszczędzi tyle a tyle, więc po co dawać zarobek prywatnym przemysłowcom, kiedy można dla wojska taniej produkować. Tymczasem w praktyce okazało się, że było przeciwnie, to co się wydawało taniej, wypadło bardzo drogo, gdyż ów porucznik, nie mając fachowego wykształcenia i kontroli fachowej nad sobą, nie mógł urządzić fabryki jak należy i tym się właśnie tłumaczy ta rozrzutność i marnotrawstwo pieniędzy i ta szkoda dla przemysłu. Gdyby się nie szło tą drogą, nie byłoby tyle zakupów za granicą, można by było rozwinąć przemysł w kraju i dziś mielibyśmy już gotowe warsztaty pracy.

W tej sprawie zanoszę też prośbę do Ministerstwa Spraw Wojskowych, ażeby w nią jeszcze nawet teraz wejrzał. Nie wiem jak sprawy będą wyglądały, mam nadzieję, że ten pokój będzie trwał długo, musimy jednak być przygotowani na wszystko i dlatego z pewnością zapotrzebowania wojskowe nie od razu ustaną.

I dlatego, choć w ostatniej dopiero co prawda chwili Ministerstwo Spraw Wojskowych poszło na tę drogę, by z przemysłowcami pracować ręka w rękę, to jest fakt ostatnich dopiero tygodni a więc musztarda po obiedzie – to jednak jeszcze teraz Warto się tą sprawą zająć i popierać ją najusilniej w interesie naszego przemysłu, w interesie usunięcia widma bezrobocia.

Z tym łączy się zarazem fatalna sprawa aprowizacji w naszym kraju. Tak ogromną część naszego żniwa zabrano, zniszczono, tak ogromna część zaprzęgu naszego znikła z kraju uwieziona przez bolszewików, że Istotnie, gdyśmy rok temu mieli nadzieję, że kraj wybrnie z tarapatów aprowizacyjnych, to teraz stanęło przed nami widmo głodu w gorszej daleko formie, niż dawniej. Tu zwrócę uwagę jeszcze na to niebezpieczeństwo, które łączy się z tym tak bardzo przecież dla nas pożądanym pokojem, mianowicie, że z chwilą zawarcia pokoju na wschodniej naszej granicy zacznie się w wysokim stopniu przemytnictwo, wywóz i handel ukryty i nielegalny. Już dziś zwracam na to uwagę władz naszych z prośbą, by czym prędzej postarały się o wydanie takich przepisów, które by wywóz żywności niezbędnie krajowi potrzebnej udaremniły, i które by uniemożliwiły zmniejszenie tej ilości żywności, którą w kraju mamy. (Brawa. Głosy: żydów usunąć z wojska!). Prócz tego, trzeba nam teraz bardziej niż kiedykolwiek znowu zastanowienia się nad ujęciem całej sprawy aprowizacyjnej. Zdawało się nam, żeśmy ją załatwili i że już czas po temu, ażeby pójść na drogę zluźnienia tych przepisów. Wiele stronnictw jednak powątpiewało, czy można będzie obejść się bez sekwestru. Dzisiaj, gdy to widmo głodu zagląda nam w oczy, gdy taki brak szalony w kraju, będziemy musieli znowu to stanowisko zająć i wiem, że jeżeli zaapelujemy do obywatelskiego usposobienia, p. prezydenta Witosa, który sam jest rolnikiem, to on zrozumie, że jeżeli chodzi głód w kraju, jeżeli zbliża się czas, w którym wszystkie warstwy społeczeństwa będą sobie musiały odmówić spełnienia niejednego usprawiedliwionego życzenia, to wtedy i rolnicy muszą zgodzić się na to, że nad każdym funtem zboża, nad każdą odrobiną mąki będzie się czuwało, by nie zginęła i poprowadzić ją w kierunku rozumnego a sprawiedliwego podziału.

A więc to, co dziś widzimy, znowu stawia nam przed oczy może nawet i konieczność sekwestru, nad którym będziemy się musieli raz jeszcze zastanowić. I tu znów chciałbym poruszyć sprawę, którą już tyle razy poruszaliśmy w  rozmaitych komisjach. Jest to rzecz niesłychanie smutna, że u nas mimo braku żywności tak dużo jeszcze żywności marnotrawi się i trwoni przez lekkomyślność szerokich warstw naszego społeczeństwa, które nie umieją sobie odmówić wtedy, kiedy mają tyle, aby za zbytek zapłacić, które nie rozumieją, że przychodzi chwila, w której każdy obywatel musi sobie powiedzieć, że choćbym ja mógł to a to mieć, bo mogę za to zapłacić, jednak mam obowiązek oszczędzania, bo inni głód cierpią, gdyż nie mogą dać tyle, ile ja. I dlatego koniecznie potrzeba, aby teraz jak największą oszczędność w dziedzinie aprowizacji polecono wszystkim, aby np. na kolejach zarządzono, żeby na stacjach nie stały tygodniami całe szeregi wagonów z gnijącymi kartoflami, żeby się ozimina nie pojawiała na wagonach z żytem, jak się to bardzo często zdarzało, ażeby nie dochodziło do tego, iżby z wagonów wykradano wielkie zapasy, przeznaczone dla głodnych okolic (ks. Okoń: Ziemniaków nam brak). Niech ksiądz przyjedzie do nas, to dostanie tyle ziemniaków, że wam starczy. (Głos: Nie chcą sprzedać, do Berlina wywożą). To nie jest prawdą, chcą sprzedać. Ja wam powiem, że u nas w Poznańskiem nie zjecie w restauracji tyle białego chleba i bułek, ile tu w Warszawie.

Sprawa aprowizacji, o której mówimy, zmusi rząd znowu do poczynienia ogromnych, zakupów za granicą, zakupów, które są po prostu rujnujące dla całego stanu finansowości naszej, bo mąka kupiona w Ameryce jest tak niesłychanie drogą, że rząd, chcąc ją tu sprzedać, mimo wysokich cen na nią, jeszcze dokładać musi. To oczywiście na nasze finanse wpływa niesłychanie ujemnie. Kraj nasz zniszczony częściowo, a wielka część naszego narodu z tego ogromnie smutnego położenia, w jakim się znajdujemy zda sobie sprawę wówczas dopiero, gdy zacznie się wykonywać wszystkie te podatki, które Sejm już uchwalił i te, którymi będzie musiał jeszcze obciążyć społeczeństwo, – wtedy dopiero niejednemu oczy się otworzą na to, co się dzieje, i niejeden, który obojętnym okiem patrzył na rozrzutność, którą się tu i owdzie widzi, zacznie przeciwko niej usilnie protestować, a obojętność Względem rozrzutności, i szafowania tym, co się pobiera nieraz nawet i ze skarbu Państwa, widzimy nieraz nawet u tych, którzy sami, jako współdziałający w machinie państwowej, powinni wiedzieć co to znaczy Skarb Państwa. Ta rozrzutność sprawia, że u nas, u niektórych ludzi, którzy całokształtu ogarnąć nie mogą; wytwarza się nastrój, jak gdyby to było branie z niewyczerpanej skarbnicy: jeżeli nie Wezmę ja, to weźmie inny, więc jeżeli ma wziąć inny, to lepiej, że ja zabiorę dla siebie. To jest straszny stan i niebezpieczny nastrój, który zwalczać trzeba wszelkimi siłami.

Że to wpływa na obniżenie naszego kredytu za granicą, to jasne. Tu jest pan Minister Skarbu, który wczoraj powrócił z zagranicy, i który tam dokładał dużo starań, by pozyskać kredyt dla Polski, więc będzie mógł słowa moje potwierdzić. I nie bójcie się Panowie – bo słyszałem о takich obawach, jakoby krytyka takich spraw i ujawnianie smutnego naszego położenia tu w Sejmie, była wskazówką dla zagranicy, aby miała mniej zaufania do nas. Zagranica nie czeka na to, ażeby jakiś nieostrożny poseł wygadał się z naszymi sekretami wewnętrznymi, bo o naszych sprawach finansowych zagranica jest lepiej poinformowana od nas. Zagranica pod tym względem ma zapatrywania najbardziej pesymistyczne. Miałem niestety sposobność przekonać się o tym, konferując z różnymi ludźmi z zagranicy o sprawach kraju i o uprzemysłowieniu Polski i przekonałem się, że tam są tak pesymistyczne zapatrywania, jakich u nas nawet niema. Dlatego potrzeba koniecznie, ażebyśmy bezustannie akcentowali potrzebę oszczędzania, bezustannie zaznaczali krytykę z wszelkiej rozrzutności, bo głosy tego rodzaju odzywające się w Sejmie są dla zagranicy dowodem, że Polska wprawdzie zaczęta źle gospodarować, ale że nadal źle gospodarować nie chce.

I Rząd musi zdać sobie sprawę z tego, że w tym czasie na różne rzeczy, które może w innych czasach były pożyteczne, teraz wydatków czynić nie można, że tylko to, co w Interesie Państwa jest koniecznym, może liczyć na poparcie ze Skarbu. Dlatego ani grosza na rzeczy zbyteczne. Ale zarazem ani grosza na niepotrzebne wojaże i niepotrzebne delegacje. Proszę Wysokiego Sejmu! Niedawno byłem we Francji i Ameryce. W Ameryce wyliczono mi jakichś czterdziestu kilku delegatów, z których każdy przyjechał z tego lub owego ministerstwa albo urzędu polskiego i każdy chciał coś tam kupić. Przyjeżdżali oni tam bez pojęcia o cenach, bez poglądu na stosunki tamtejsze, bez znajomości warunków w których mogą pracować, ale przede wszystkim przyjeżdżali bez pieniędzy, bez żadnej akredytywy, a nawet bez wiedzy posła, w którego ręku wszystkie czynności polskie powinny się koncentrować. Wskutek, tego poseł polski w Ameryce o rozmaitych delegatach dowiadywał się dopiero wtedy, gdy firma, z którą delegaci pertraktowali, zwracała się do posła z zapytaniem, kto to jest ta delegacja, co ona robi.

Jest konieczne, by Rząd polski wszystkie te delegacje pokasował, i wszystkich delegatów zniewolił do podporządkowania się poselstwu polskiemu, bo inaczej będziemy mieli rozrzutność bezgraniczną. Spotykałem tam takich panów, którzy wiedzieli z góry o tym, że tego a tego interesu zawrzeć nie mogą, ale przejechali się po świecie na koszt państwa polskiego i było im bardzo przyjemnie. Zanoszę tedy prośbę do Rządu, aby tym nadużyciom kres położył.

Jest też rozrzutność i w innym kierunku. Polsce potrzeba, aby wszędzie, gdzie Polacy są, miała swoją reprezentację, a zwłaszcza dostarczała Polakom konsularnej, najważniejszej za granicą obrony. Ale niestety widzi się, że pod tym względem kierowano się najzupełniejszą dowolnością. W takich np. Stanach Zjednoczonych, centrum ogromnym polskości, słusznie powstał generalny konsulat w Nowym Jorku, ale na drugie miejsce nie wybrano ani Chicago, ani Buffalo, ani Pittsburgh ani Detroit, ani inne centrum polskości, tylko San Francisco, miasto, w którem Polaków prawie niema. Jest kilka rodzin, ale za to byt tam urzędnik, który sobie uwidział, że jemu tam będzie dobrze, i wydeptał sobie to stanowisko, a skutek był taki, że gdy przyjechał do Ameryki i gdy zaczęto przebąkiwać, że przyjedzie tam do San Francisco pierwszy po Nowym Jorku konsul polski, to poseł polski musiał schować go w kąt, żeby się z tym nie zdradził, bo obawiał się, że wyśmieją go dlatego, że dla San Francisco jest konsul, a niema go dla innych miast, gdzie daleko więcej Polaków czeka na konsulat.

Następnie jeszcze jest zwyczajem, że raz po raz za granicą, tam gdzie małe są zbiorowiska Polaków, albo gdzie są punkty i linie, po których Polacy wojażują, tworzy się konsulat honorowy dlatego tylko, aby ktoś miał tytulik. Napisze 5 listów na rok i tym się zadowoli. Taką miejscowością jest np. Szanghaj w Azji. Tam znajduje się Bank Rosyjsko-Azjatycki, w którym pracuje kilku urzędników Polaków, a jeden z tych panów, bardzo poczciwy, pan Jezierski, oświadczył, że może zostać honorowym konsulem w Szanghaju. Zupełnie W porządku, że Rząd go zamianował, że ktoś w tym punkcie jest. Polaków, co prawda, tam mało, ale może się zdarzyć tu i owdzie.

Tymczasem tutaj w Ministerstwie Spraw Zagranicznych sprawę załatwiają podług schematu, zupełnie machinalnie. Mianowicie, ponieważ jest honorowy konsul, więc musi być i normalny konsul, musi być tylu a tylu sekretarzy, tyle a tyle sekretarek itd. Zamianowano tedy konsula i cały personel, który do tego należy i teraz cały ten personel zabiera się i jedzie do Szanghaju ( Wesołość) I to nie najkrótszą i najtańszą drogą przez Marsylię i kanał Sueski, nie, bo wygodniej trochę więcej zwiedzić świata, więc jedzie się przez Stany Zjednoczone, tam trzeba czekać parę tygodni na okręt, który przyjeżdża z Kalifornii i potem przejeżdża się przez Ocean Spokojny i ta podróż na koszt Państwa polskiego trwa pół roku. I konsul, i wicekonsul, i panowie sekretarze, i panie stenotypistki, wszystko to zajedzie do Szanghaju i tam będą się opiekować, ale chyba samymi sobą, bo Polaków tam nie bardzo będą mieli. Przecież taką drogą, Panowie, nie można pracować!

Jeżeli nam chodzi o to, ażeby, zagranica nas szanowała, musimy tak pracować, ażeby zarzutów z tego punktu widzenia nie było. Dlatego proszę Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ażeby te wszystkie posterunki zagraniczne poddało rewizji, bo sama ta jedna podróż do Szanghaju kosztuje prawdopodobnie z pięć milionów marek, (Głos: Więcej) nie licząc utrzymania.

Za to bardzo byśmy pragnęli, ażeby rozszerzyć i podnieść powagę konsulatu, który jest w Essen w Westfalii. Tam rzeczywiście trzeba, żeby konsulat był otoczony powagą jak największą. Stanowisko jego nie łatwe, warstwy polskie, dla których pracuje, są ogromnie liczne, a zrobić tam można niezmiernie wiele. Zwracam uwagę, że konsulaty niemieckie w Polsce już od dawna rozpoczęły sprawę opcji Niemców, którzy chcą stać się obywatelami pruskimi albo niemieckimi. Tymczasem w Niemczech w konsulatach polskich jeszcze tego niema, a to dla Polaków stwarza bardzo przykre stosunki, bo dopóki niema okazji do wykonania opcji, podlegają wpływom niemieckim, a wiadomo jak się tam z naszymi braćmi obchodzą, na jakie są narażeni traktowanie. Palącą kwestią jest zajęcie się nimi, jak i w ogóle zajęcie się reemigracją czy to z Niemiec, czy to z Ameryki, żeby nie poszła dziko, lecz tak, jak tego wymaga interes Państwa. A ponieważ to są bardzo cenni ludzie nie tylko z powodu swoich pieniędzy, ale i pracy i dorobku umysłowego, przeto Polska tym więcej ten skarb, który się do niej zbliża, szanować musi. (Głos: Nazywano ich bolszewikami). Ja ich tak nie nazywałem, a jeżeli Pan wie kto, to niech Pan się z nimi samymi rozmówi.

Proszę Wysokiego Sejmu, chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na tę kolonię najcenniejszą, jaką mamy, na kolonię polską w Ameryce. Ani traktat pokoju, ani własna nasza siła nie zdołały nam zdobyć ani Afryki, ani innej okolicy podbiegunowej. Natomiast mamy od dawna zasiedziałą kolonię w Ameryce, której Polska zawdzięcza bardzo wiele, i Polska to już wyrażała niejednokrotnie, nawet i w tej Wysokiej Izbie. W obrębie tej kolonii polsko-amerykańskiej dwa są olbrzymie działy: ludzi, którzy mają obywatelstwo amerykańskie i zrośli się z Ameryką, i takich, którzy tego obywatelstwa nie mają, są zatem obecnie obywatelami polskimi, którzy mają prawo do opieki polskiej i do tego, żeby Rząd się nimi zajął. Nie można liczyć na to, żeby całe wychodźstwo amerykańskie wróciło do Polski. O tym mowy niema, tam jest tylu ludzi, którzy się zrośli z warunkami i stosunkami, że nie wrócą, ale jest wielu takich, których tylko wojna zatrzymała w Ameryce i oni garną się do Ojczyzny całą siłą, całym sercem i energią zabierać się chcą wspólnie z nami do odbudowy kraju. Są i tacy, którzy wrócą, ale wrócą wtedy, jeżeli im się nadarzy dobry w Polsce Interes. Są zatem rozmaite kategorie tych ludzi, z którymi Polska liczyć się musi. Polityczne stosunki tamtejszego odłamu polskości nie są uregulowane, ale sam fakt istnienia Polski promieniuje coraz więcej i ci ludzie, których tam obserwowałem, nieraz młodzi, tam wyrośli i wychowani, którzy do tego czasu nawet nie przyznawali się do tego że są Polakami, teraz gdy widzą, że istnieje Polska niepodległa, powiadają: Nareszcie mam dom, w którym mieszkam. W sercach tych ludzi odezwała się tęsknota do kraju I będziemy mieli z nich Wielką pociechę, gdy do kraju wrócą.

Konsulaty zatem są nam tam potrzebne dla opieki nad tą ludnością i tę opiekę Wysokiemu Rządowi bardzo gorąco zalecam.

Jednakowoż zarazem chcę zwrócić uwagę na to, że zdarzają się sprawy w których Rząd polski po prostu wywiedziono w pole. Szereg korporacji tam powstał, korporacji, założonych niekiedy przez ludzi bardzo niewyraźnych, ale którzy z wielkim patriotycznym hałasem zwracali się do tego lub owego ministerstwa i oświadczali, że oni, jako społeczeństwo polskie, chcą Polskę uszczęśliwić w tym lub innym kierunku. Na to oczywiście, ponieważ Rząd polski zawsze jest grzeczny i uprzejmy, otrzymali uprzejmą odpowiedź, że Rząd się tym zajmie i obiecuje im poparcie. Na takie listy tylko czekano i z takie mi listami później wojażuje się po całej Ameryce i twierdzi, że Rząd polski za nimi stoi i ich popiera, a więc „dawajcie pieniądze na tę  sprawę, którą my polecamy”. Kilka takich rzeczy już upadło, kilka innych znajduje się pod firmą tak niewyraźną, że to dla rządu polskiego absolutnie nie jest pochlebne i dlatego o to także proszę aby Rząd polski takich listów nie posyłał inaczej, jak przez poselstwo polskie, które musi zbadać, czy ta firma zasługuje na odpowiedź i na jaką.

Proszę Wysokiej Izby, na tych naszych braciach Polakach w Ameryce dokonywała się w ostatnich czasach i dokuje się jeszcze straszna lichwa, lichwa, korzystająca z tego, że ten polaczek, który tu ma rodzinę, tej swojej rodzinie lub krewnym pragnie posłać klika czy kilkanaście dolarów. Stwierdziłem fakty, że dzielono się z tymi ludźmi i tylko połowę im dano tego, co im dać powinny amerykańskie banki. Agenci banków zarabiali na nich w haniebny sposób i trudno, bardzo trudno było temu przeciwdziałać. A jeszcze przy tym, choć ci ludzie tyle już tracili przy tych przekazach jeszcze niestety tych przekazów nie realizowano należycie. Znam wypadki, w których po roku jeszcze pieniądze nie doszły do Polski. Sam otrzymałem list, który wysłany z Nowego Jorku tutaj doszedł dopiero po pół roku. Pieniądze nie nadchodzą, listy nie nadchodzą, rzecz cała jest powikłana. I tu chciałbym się zapytać, na czym to polega.

Wiem, że z jednej strony bardzo wielka część winy spada wyłącznie na Polską Krajową Kasę Pożyczkową, która nie zorganizowała porządnego rozdziału tych przekazów i nie wypłacała, jak należy, a która potem z konieczności musiała dopłacać tym ludziom za dolary, które złożyli, co obniżało powagę Rządu polskiego za granicą, gdy Rząd polski musiał łataniną dopłacać do tego, co być powinno. Z drugiej strony zwracam się z prośbą do p. Ministra Poczt i Telegrafów sprawę tę zbadał i stwierdził gdzie leży ta przyczyna, że listy nie dochodzą, gdzie jest przyczyna, że korespondencja ulega zwłoce i przesyłki w tak nieregularny sposób dochodzą. Bo przecież przyczyny tego muszą być. Wprawdzie i w zachodniej Europie dochodzą z pewnym opóźnieniem, do Polski jednak przychodzą tak nieregularnie, że to musi mieć jakąś przyczynę, jakieś źródło, którego  my laicy ocenić nie możemy. P. Minister Poczt i Telegrafów sprawę tak, ażeby przeszkody takie nie zachodziły.

Poza tym oszukują haniebnie naszych ludzi przy sprzedaży kart okrętowych i na samych okrętach. Po prostu o pomstę do nieba wołają te wypadki, z których szereg podałem do wiadomości Rządu w tym celu, by poczynił odpowiednie kroki, żeby takimi rzeczami nie podkopywano znaczenia Polski w Ameryce.

Jeszcze słówko o pożyczce amerykańskiej. Nie przyniosła ona takiego wyniku, na jaki liczono, nie przyniosła tych kwot, których się spodziewano. Bo na wezwanie Wydziału Narodowego Polacy amerykańscy złożyli 3 miliony dolarów, to znowu jakieś 15 milionów, czy ileś tam, to tylko zwiększona składka narodowa, jest to dowód, że do duszy tych ludzi nie trafiono. Natomiast szerzono nieufność do sprawy polskiej w napaściach organizowanych przez wrogą prasę, w taki sposób, że po prostu trudno pojąć, jakie bajki i kłamstwa o nas rozpowszechniano. Poza tym muszę stwierdzić, że ta pożyczka była zorganizowana wadliwie i w samych początkach źle postawiona. Zawarto umowę z konsorcjami takimi, które po tamtej stronie oceanu najgorszą mają opinię. Prócz tego ówczesny minister Skarbu p. Biliński zawarł kontrakt w chwili, kiedy poseł polski z Ameryki bawił w Warszawie, i nie uważał za stosowne zaprosić go na konferencję, tak, że poseł polski dowiedział się o tej sprawie wtedy, kiedy już był po drugiej stronie oceanu. Gdy poseł polski później starał się o to, by warunki pożyczki, które były wprost haniebne, zmienić, napotkał na trudności i dopiero z wielkim trudem zdołał doprowadzić do tego, że warunki dzięki jego staraniom zostały przynajmniej w pewnej części ulepszone. W ten tedy sposób pożyczka rozpoczęta nie mogła odnieść należytych skutków, zwłaszcza, że cała forma ujęcia jej w formę pożyczki długoterminowej na 20 lat z góry nie miała widoków powodzenia. Wszystko urwało się z chwilą naszych niepowodzeń na froncie. Z tą chwilą ustał wpływ pożyczki, trzeba było ją zamknąć. Jednakże chciałbym prosić Rząd, żeby na tym nie poprzestał. Przekonałem się tam na miejscu, że jest tam jeszcze kopalnia złota, że wśród tego ludu jest zapał wielki dla sprawy polskiej, ale nie można od niego wymagać, aby za ciężko zapracowane dolary kupował taki typ pożyczki, która musi w krótkim czasie w kursie spaść bardzo znacznie. Jeżeli im damy pożyczkę krótkoterminową, dolarową, odpowiednio oprocentowaną, bo w Ameryce procenty są wyjątkowo wysokie, to nie wątpię, że przy uregulowanych stosunkach w Polsce, w przyszłości, która coraz lepiej się zakreśla i wyjaśnia, nowa pożyczka w Ameryce będzie miała widoki bardzo dobrego powodzenia.

Przechodzę do sprawy, która dużo zabrała nam uwagi, wywołała dużo rozgoryczenia i dużo zarzutów, mianowicie do sprawy unifikacji całej Polski. Dzisiaj, kiedy wschodnie granice Polski się zakreślają, ta sprawa w całej pełni staje przed nami. Polska z tak licznych składa się części, długoletnia rozłąka, warunki ekonomiczne i oświatowe tak bardzo pogłębiły ten rozdział, że działalność unifikacyjna z natury rzeczy trwać musi szereg lat, bo ująć musi szereg dzielnic, które ze sobą muszą być skoordynowane. Unifikacja obejmuje dwie zasadnicze części: z jednej strony unifikację administracyjną, z drugiej zjednoczenie duchowe, polegające najpierw na poznaniu się wzajemnym i zrozumieniu, a później na zlaniu tych uczuć w jednym kierunku. Kiedy mówiliśmy przed rokiem o administracyjnej unifikacji, już wtedy przestrzegałem, by nie robić niepotrzebnych eksperymentów na żywym ciele narodu polskiego. A jednak stwierdzić muszę, że od takich eksperymentów nie powstrzymano się zupełnie. Właśnie dlatego, że administracja w poszczególnych częściach Polski jest tak ogromnie różnorodna, że nie można od razu rządzić wszędzie centralistycznie, lecz trzeba wprowadzić decentralizację. Wszakże i kolega Moraczewski uznał, że decentralizacja i centralizacja, są to rzeczy, które obie muszą być uwzględnione, o które kłócić się można, ale które są zdrowymi zasadami jedna i druga, tym bardziej, że u nas W Polsce władza centralna zaczęła się tworzyć w tej dzielnicy, która pod względem administracyjnym nie ma najlepszych tradycji. Dlatego przestrzegałem już przed rokiem przed takimi niewczesnymi ambicjami, które zwłaszcza w niektórych notach urzędniczych dążą do tego, żeby wszystko podporządkować jednej centrali, ażeby mieć satysfakcję rządzenia z jednego miejsca, ze szkodą nieraz dla całości.

Szkody przecież są ujawnione. Widzimy to wszyscy bardzo dobrze. Przyjechał liczny stan urzędniczy z byłej Austrii, bo nietylko z samej Małopolski, ale i z całej Austrii. Są między nimi, muszę przyznać ludzie dobrzy, zacni i gorliwi. Nie ich winą jest to, że system austriacki był zły, że polegał na biurokratyzmie, na wielkiej liczbie formalności, na spychaniu roboty z jednego na drugiego, na tym, że gdy się pytano w urzędzie, kto co robi to wszyscy mówili, że pewno ktoś inny. Bynajmniej nie chcielibyśmy, żeby ta unifikacja administracji była tylko narzuceniem austriackiego systemu. My nie chcemy, żeby unifikacja Polski była austriacką. Tego nie chcemy i przeciw temu się bronimy, jeżeli poszczególne dzielnice mają swój system administracyjny, który jest dobry, to zamiast wprowadzać tam gorszy, lepiej poczekać, aż inne dzielnice się zorganizują odpowiednio, a potem dopiero połączyć wszystko w jedną całość, wybrawszy najlepszy system, a nie ten, który przypadkiem jest własnością największej liczby urzędników.

Mogę Panom dać przykład z dziedziny kolejnictwa. Tyle razy powtarzano już fakt, że w dyrekcji warszawskiej na 1 km. toru przypada 22 urzędników, a w poznańskiej tylko 9. A jednak ta mniejsza liczba urzędników najzupełniej tam wystarcza do opanowania ruchu. Czy więc możemy uważać za postęp w administracji, jeśli dyrekcję poznańską zamierza się przekształcić w ten sposób, ażeby było trzy razy więcej urzędników, którzy by robili tę samą robotę? Reformę w tym kierunku uważamy nie za unifikację, lecz za austryfikację, a my tego nie chcemy. Z drugiej strony chciałbym zwrócić uwagę p. Ministra Kolei, że przez wprowadzenie przepisów austriackich do kolejnictwa, W wielu wypadkach u nas kolejarze, którzy posiadali pewne uprawnienia, teraz je tracą. To ich naturalnie gniewa i smuci, uważają się za zdegradowanych i pokrzywdzonych. Ta sprawa musi być także uregulowana w taki sposób, aby te uprawnienia nie zginęły. Bo jeśli się ten sam system wprowadzi później na Śląsku Górnym, to mogłoby doprowadzić do niezadowolenia, a kolejarze z Górnego Śląska są w kontakcie z naszymi kolejarzami i dowiedzą się o tym. Dlatego też tę sprawę należy uregulować i nie pozbawiać tych ludzi praw, które już mają. Kiedy swego czasu rozważaliśmy w komisji sprawę kolejarzy na innym tle, słusznie poseł Moraczewski oświadczył, że w Małopolsce urzędnicy kolejowi mają pewne nabyte prawa, których ich pozbawiać nie można. Nasi kolejarze mają również nabyte prawa i nie powinniśmy im ich odbierać, tylko je w jakikolwiek sposób uwzględnić.

W sprawie kolejarzy chciałbym jeszcze poruszyć zasadniczą kwestię. Mamy w Polsce zbyt wielu na nasze potrzeby urzędników kolejowych, dlatego że w Polsce zgromadzili się kolejarze, którzy pracowali dawniej w całych Niemczech, w b. Austrii i którzy pochodzą z całej Rosji. Nic więc dziwnego, że jest ich zbyt wielu na nasze zapotrzebowanie i przypuszczam, że koleje polskie nie tak prędko rozwiną się tak dalece, aby mogły pożytecznie wszystkich tych ludzi zatrudnić. Wobec tego stoimy przed alternatywą, albo ażeby urzędy przepełniać to jest dawać za wielu urzędników tam gdzie wystarczy mniejsza liczba, żeby oni w kolejnictwie mogli pozostać, albo też musimy mu powiedzieć: Nie mamy dla was wszystkich zatrudnienia w kolejnictwie, musicie tak, jak każdy inny obywatel Polski, jeżeli prace W danym kierunku straci, wystarać się o inną pracę. I wtedy niech jedno ministerstwo ustępuje ich drugiemu, bo rozumny urzędnik kolejowy może być użytecznym nietylko przy kolei ale i w każdym innym zawodzie. To jest jedyne rozwiązanie kwestii, bo Polska nie ma na to, aby zatrudniać i opłacać trzy razy więcej urzędników, niżeli potrzeba dla normalnego i sprawnego ruchu. Przy tej sposobności chciałbym także oświadczyć, że żadna organizacja, żaden związek nie ma prawa zmuszać ministra, żeby zatrudniał więcej urzędników, niż tego wymaga prawidłowy ruch kolejowy.

Przechodzę jeszcze do kwestii unifikacji administracji w b. Zaborze Pruskim. Unifikacja administracyjna z całą Polską rozwija się coraz silniej i mocniej; w ciągu ubiegłego roku szereg działów przeszedł pod władzę centralną. W myśl zeszłorocznej ustawy o administracji ministerstwo, utworzone dla dzielnicy pruskiej, było uważane za coś przejściowego, co od samego początku powinno się zacząć likwidować i zmniejszać. I dlatego też przede wszystkim to ministerstwo uważano za fachowe, niepolityczne. Sprawa samodzielności politycznej i samorządowej w ostatnich czasach, jak zaznaczył któryś przedmówca, odżyła silnie, i tenże mówca wspomniał o zadaniach i projektach, które coraz bardziej się ujawniają W województwie Pomorskiem i w tych kołach, które politycznie są z nim złączone. Są starania, ażeby województwo pomorskie więcej usamodzielnić i od Poznania i od Warszawy.

Są starania np. o to, aby województwu pomorskiemu nadać o wiele więcej praw samorządowych i wpływu na organizację swoją i na decydowanie we własnych sprawach, niż obecnie. Przyświeca tym dążeniom do pewnego stopnia statut organizacyjny, uchwalony przez Sejm dla Górnego Śląska.

Już przecież znanym jest i to, że stawiano żądania większej gospodarczej samodzielności dla Pomorza. Dalej starano się także, ażeby część województwa poznańskiego odłączyć od Poznania a przyłączyć do Pomorza. Wreszcie uwydatniły się dążenia, ażeby wojewoda pomorski był równocześnie komisarzem rządowym dla spraw gdańskich. W celu łatwiejszego przeprowadzenia tej sprawy, domagano się, ażeby Ministerstwo b. Dzielnicy Pruskiej oddać jednemu z posłów bliskich wojewodzie pomorskiemu.

Otóż chciałbym określić stanowisko naszego klubu do tych dążeń. My uznajemy potrzebę rozszerzenia samorządu poszczególnych województw, rozumiemy to i podzielamy w bardzo szerokiej mierze, bo uważamy, że przez taką decentralizację rządu, ułatwia się pracę władzom centralnym i że w ten sposób miejscowe czynniki będą miały o wiele większy wpływ na sprawy, które ich przecież bezpośrednio dotyczą.

I dlatego, proszę Panów, nasz klub będzie popierać te dążności, jednakowoż w innej nieco formie. Mianowicie nie uważamy za stosowne, aby usamodzielnienie i powiększenie wpływu województwa miało się dokonać przez wytargowywanie od centralnych władz pewnych ustępstw i przywilejów dla województwa, tylko uważamy, iż tę rzecz trzeba uregulować w drodze ustawodawczej nie dla jednego województwa, lecz dla wszystkich województw. (Brawa). Bo jeżeli chcemy, żeby w Polsce panowały równe prawa, to i na tym polu trzeba nie przywilejów, ale unifikacji. I dlatego nie będziemy popierali połączenia województwa pomorskiego z komisariatem w Gdańsku, uważamy bowiem, że wojewoda będzie miał dostateczny zakres pracy, jeżeli będzie chciał swoją robotę dobrze wykonać. Następnie ten specjalny charakter nadaje znowu pewną odrębność, której chcemy uniknąć w interesie unifikacji. Uważamy również, że sprawa Gdańska jest tak aktualna i ważna, że powinna zależeć od władz centralnych, a nie przechodzić przez sito wojewody pomorskiego.. Wreszcie nie będziemy popierali podziału województwa poznańskiego, uważając, że przez stuletnią organizację utworzonych jednostek administracyjnych bez krzywdy dla sprawy dzielić się nie powinno i nie wolno. Dalej oświadczamy bardzo szczerze, że jesteśmy przeciwnikami osobnego wiceministerstwa politycznego, przez które zmieniłoby się zasadniczo stanowisko Ministerstwa b. Dzielnicy Pruskiej. I mamy tu pretensję do Pana Prezesa Ministrów (Głos: Prezesa niema) – to ma zastępcę, który mu zakomunikuje, – że jeżeli się pertraktuje o tak ważnej sprawie, to powinno się pertraktować nie z jedną grupą postów b. zaboru pruskiego, ale ze wszystkimi postami. (Głos na prawicy: To jest także austryfikacja!) Inaczej bowiem bylibyśmy zniewoleni... (Głos: Ksiądz może o wszystkim mówić, na wszystkim się zna?!)

Mam teraz prawo mówić o wszystkim, bo po pierwsze jestem postem, a po wtóre jest ogólna debata.

A zatem chodzi o to: jeśli ma się wprowadzić wice ministerstwo polityczne, to trzeba, ażeby wszystkie stronnictwa wystąpiły z taką pretensją, albo też uważać, że w interesie sprawy jest raczej skasować podsekretariat przy Ministerstwie b. Dzielnicy Pruskiej i przez to zrobić krok dalej w kierunku likwidacji całej sprawy.

Wysoka Izbo! Unifikacja administracyjna zatem postępuje w dalszym ciągu. I roztrząsanie tej kwestii wskazuje właśnie na to, że sprawa ani na chwilę nie stanęła na martwym punkcie, lecz rozwija się i że toczy tą drogą, którą pójść powinna. Unifikacja duchowa natomiast, zwłaszcza o ile chodzi o tamte dzielnice, nie zawsze wykazuje taki postęp. Potrzeba do tej unifikacji przede wszystkim wzajemnego poznania się i zrozumienia. Te 100 lat rozdzielenia zrobiły bardzo dużo. Dziś W wielu sprawach my pochodzący z poszczególnych dzielnic inaczej myślimy i na niejedno inaczej patrzymy, a widząc że ktoś inaczej na daną sprawę patrzy, pomawiano go, iż nie jest Polakiem, lub odmawia prawomyślności narodowej. Na polu tej duchowej unifikacji popełniono wiele ciężkich błędów, popełnia je zarówno Rząd, jak i wojsko. Jest to bardzo, bardzo bolesna karta. Nie chcąc się nad tym obszernie rozwodzić, powołuję się zarówno pod tym względem na tę komisję, w posiedzeniach której brało także udział stronnictwo N. P. R. jak i na doświadczenie ogólne, które posiadamy. Wiemy, że na Pomorzu, niestety, tak strasznie nagrzeszyli przeciw duchowi polskiemu i idei polskiej ci którzy mieli szerzyć tam ducha polskiego, że dziś zło, które oni wyrządzili dopiero trzeba naprawić. Posyłano tam dotychczas ludzi, którzy nie mieli innych zalet prócz tego, że świetnie władali językiem polskim, co nie zawsze było ich osobistą zasługą, a którzy dlatego, że ten biedny robotnik kaszubski, czy włościanin nie mówił tak pięknie po polsku, uważali go za Niemca i traktowali z góry. W ten sposób zrażali do Polski te serca polskie, które do Niej ciążyły, a które niewola niemiecka znieprawiła na zewnątrz, ale nie wewnętrznie.

Nieposzanowanie praw osobistych, nieposzanowanie prawa prywatnej własności, które się tam w wielu wypadkach okazało, nieposzanowanie obyczajów, nieraz publiczne zgorszenie i wadliwa administracja sprawiły, że pewne powiaty północne zraziły się do polskości i że dziś przede wszystkim trzeba będzie odrabiać to, co się stało. (Głosy: A co było w Grudziądzu?)

Panowie wspominacie o Grudziądzu, zaraz i o tym powiem. Sprawa grudziądzka niedawno była przed sądem doraźnym w Poznaniu. Sąd doraźny zna tylko karę śmierci, albo uwolnienie. Sąd doraźny uwolnił od odpowiedzialności 13 żołnierzy oskarżonych o bunt, a 2 z pomiędzy nich, przekazał sądowi zwykłemu. Ale w toku sprawy okazało się tyle błędów, że prokurator sam oświadczył, iż powinni zasiąść na ławie oskarżonych ci, którzy poprowadzili uczciwego żołnierza polskiego do takiego kroku. Jeżeli jest tutaj obecny p. Minister Spraw Wojskowych to zapytuję go, czy są pociągnięci przed sąd ci, którzy doprowadzili do tego, że żołnierz uciekł się do takiego kroku. (Wrzawa na lewicy). Panowie nie przesuwajcie rzeczy na inne tereny! (Wrzawa na lewicy. Głosy na prawicy: Tu go boli! Jeżeli sąd uwolnił, wiedział, co było, wyrok jest prawomocny, sprawa jest załatwiona. Wrzawa na lewicy).

Do tych niedomagań jeszcze dochodzi sprawa niedostatecznego zaopatrzenia Pomorza w przedmioty najpierwszej potrzeby, zabrakło np. soli i nafty. Niezręczna administracja sprawiła, że pewna część ludności musiała żywność do Niemiec sprzedawać i przemycać, bo inaczej poniosłaby wielkie straty. Nic dziwnego, że nastrój tam jest zły. Ja tych ludzi dobrze znam, pracowałem z nimi w bankach i spółkach i wiem, że to zniecierpliwienie jest chwilowe. Przy dobrej woli i szczerej pracy naprawić to można, bo tam jest dobry grunt, którego nikt nie zdoła zachwaścić. Są jednak sprawy, które w szerokich warstwach ludności wywołują wielkie zastanowienie, sprawy, których szerokie warstwy ludności rzeczywiście pojąć nie mogą. Przecież wiadomą jest rzeczą, że w naszym narodzie głęboko jest zakorzenione uczucie religijne, poszanowanie wiary. I dlatego Konstytucja nasza, jak zresztą wszystkie, każdemu człowiekowi zapewnia swobodę przekonań religijnych i nie tylko swobodę, ale i obronę tych przekonań. I dlatego, kiedy się pojawiły w rozmaitych gazetach bardzo przykre napaści na te ideały, które są rozpowszechnione w naszym narodzie, w tym ludzie zaczęło się budzić zdziwienie. Jeżeli np. w piśmie „Naród” pojawiają się nawet bluźnierstwa, to przeciw nim każdy chrześcijanin nietylko katolik, ale nawet protestant musi zaprotestować jak najmocniej. Naród nasz ma prawo do tego, by to co on szanuje broniono, by to szanowano i żeby tego nikt nie ośmielił się jadowitą śliną obryzgiwać.

Takie rzeczy się dzieją, takie pisma rozsyła się naszej młodzieży do wojska. (Wrzawa) Przychodzą do mnie matki i powiadają; jak to, swego syna wychowałam, wysłałam do wojska, ażeby walczył za Polskę, a teraz muszę widzieć, że w jego sercu pragnie się zniszczyć to, co wypielęgnowałam i to za te pieniądze, które na podtrzymanie Państwa składamy. Kupuje się gazety, by zatruwać duszę dziecka! (Wrzawa na lewicy) Widzę, że Panowie tego nie zrozumiecie. O tym byłem z góry przekonany. (Wielka wrzawa i różne okrzyki na lewicy. Wicemarszałek dzwoni.) Was to może nie obchodzi, ale jednak naród cały wielce to obchodzi i dlatego przeciw temu jak najsilniej protestujemy, by nie nadużywano pieniędzy państwowych, na to, żeby obryzgiwać i obrzucać jadem to, co dla 9/10 naszego narodu jest świętem. (Brawa i oklaski na prawicy) Chcę jeszcze zwrócić uwagę Panów na jedną konsekwencję i na jedną Wielką niezręczność, którą przez to się popełnia. Moi Panowie! Takimi pismami jak „Naród” itp. zupełnie dezorganizujecie szerokie warstwy ludu, sami podkopujecie to, co chcecie popierać i szanować! Proszę Panów! Jest publiczną tajemnicą i nikt temu nie zaprzecza, że właśnie takie pisma jak „Naród“ są w bardzo bliskich stosunkach z Naczelnym Dowództwem. Chlubią się tym, że są pismami tak zwanymi „belwederskimi”. Jeśli tedy lud nasz prosty czyta w tych pismach takie wycieczki przeciwko wierze, to co pomyśli? Czy nie widzicie, że jeśli wam chodzi o podniesienie powagi Naczelnika Państwa, to w ten sposób podkopujecie te powagę w szerokich warstwach? (Wrzawą i różne krzyki na lewicy. Wicemarszałek dzwoni.) Dlatego muszę Panom jeszcze raz oświadczyć, że te sprawy muszą ustać. (Głos: zamach robicie) O zamachu będziemy jeszcze mówili. Z uznaniem podkreślam, że jeden z ostatnich rozkazów p. Ministra Wojny i te sprawy porusza, a najwyższy już czas na to. Interpelowałem również  p. Ministra Sprawiedliwości, czy niema obrony przeciw takim zarzutom, przeciw takiemu postępowaniu i artykułom kalającym świętości większości narodu i mogę oświadczyć, że prokurator już się tą sprawą też zajmuje. ( Wielka wrzawa i różne okrzyki na lewicy).

 

Wicemarszałek (dzwoni)

Proszę o spokój.

 

P. Ks. Adamski:

Wysoka Izbo! Państwo składa się ze stronnictw i nic dziwnego, że te stronnictwa mają swoje programy i że pracują na tych podstawach, które mają zakreślone. Rozumiem też, że wszystkie stronnictwa mają prawo do tego, ażeby w swoim kierunku agitować tak długo, jak długo pozostają w obrębie legalnych granic i pracy. (Głosy: I za swoje pieniądze) To jest prawo stronnictw, ale jeśli ktoś da coś komuś, to ja nie uważam tego za grzech uważam, że też mają prawo agitować w swoim kierunku.

Rozumiem także, że Państwo ma obowiązek i prawo nawet starania się o to, aby wszyscy obywatele Państwa byli dostatecznie poinformowani o urządzeniach państwowych, i cieszę się np. że p. Anusz wydal taki ładny plakacik na pamiątkę tego dnia jako jedna część działalności tej propagandy. Propagandę taką w zasadzie uznaję, ale uważam, że propaganda państwowa musi zachować charakter neutralny, który jest wszystkim wspólny i na takich podstawach stanąć, które są zatwierdzone w drodze ustawodawczej (Głos: Osobne ministerstwo!) Tak długo póki będzie istniało legalne Ministerstwo b. Dzielnicy Pruskiej, tak długo każdy kto o uobywateleniu narodu mówi, ma obowiązek uczenia o tym, bo to jest część administracji państwowej. Ta propaganda pozostać tedy musi oczywiście na terenie neutralnym. U nas w obecnych czasach, propagandy mamy trochę za dużo. Nie wiem czy jest to powiew Wschodu, ale zdaje mi się żeśmy Się dużo pod tym Względem nauczyli od naszych sąsiadów ze Wschodu. Mamy propagandę zagraniczną zewnętrzną, wewnętrzną a i każde ministerstwo na swoje biuro prasowe i papieru i atramentu psuje się strasznie dużo. Jednak nie widzimy jeszcze dodatnich skutków propagandy zagranicznej, bo gdy chodziło o to, aby uniemożliwić wstrzymanie transportu amunicji w Belgi, to nie mogliśmy się wtedy oprzeć na stronnictwie socjalistycznym, a tylko katolickie stanowisko i kler tamtejszy przyczynił się do tego, że Polsce oddano to, co się jej należało. (Brawa na prawicy. Różne okrzyki na lewicy).

Nie potrzeba uzasadniać, że i w wewnętrznej propagandzie mamy bardzo poważne wątpliwości i niedomagania. Rozumiem dobrze, że się chce podnieść powagę i autorytet Naczelnika Państwa, nie rozumiem jednak dlaczego się przy tym wszystkich innych obrzuca błotem, i wszystkie inne stronnictwa zwalcza. To już wychodzi po za granicę tej neutralności, która tam powinna istnieć, jeśli się tedy prowadzi na koszt Państwa taką agitację i takie zwalczanie inaczej myślących, to darujcie Panowie, ale to ma bądź co bądź cechę partyjną i stronniczą i dlatego ta propaganda się na tym neutralnym stanowisku utrzymać nie zdoła. Dlatego uważam, że jest w tym błąd.

Tu chcę w ogóle tym wszystkim kolegom, którzy uważają, że jest konieczne takie absolutne narzucanie społeczeństwu pewnego kierunku myślowego, zwrócić uwagę na to, że w ten sposób niekiedy wywołują zupełnie przeciwnie wrażenie, niż zamierzali. Polega to na psychologicznym niezrozumieniu tych ludzi, do których się chce mówić. Znacie swoich ludzi i mówicie do nich, a nie wiecie, jakie wrażenie to sprawi na innych. I nie widzicie, że to częste powtarzanie i zachwalanie pewnych rzeczy i pewnych osób może raczej wywołać przeświadczenie, że jest coś do ukrywania, że się chce coś wmówić w nich, a nie ich przekonać. (P. Woźnicki: Dziękujemy za naukę). Bardzo proszę, chętnie zawsze służę dobrą radą. (P. Anusz: Metoda propagandy). Nie, niekoniecznie, jest jeszcze różnica w tej metodzie.

Jeszcze chciałbym słówkiem potrącić kwestię cenzury. Mamy u nas cenzurę, która pracuje bardzo energicznie i sprawnie. (Głos na prawicy: Przynajmniej coś się robi energicznie u nas). Pozwolę sobie twierdzić, że w czasach niemieckich, kiedy Niemcy cenzurę u nas mieli pod swoimi łapami, takiej samowolności nie było, jaka jest teraz i z tego wynika nasze stanowisko, które zaznaczyliśmy w naszym nagłym wniosku, że mianowicie przeciwko takiej cenzurze zasadniczo się oświadczamy. (P. Arciszewski: Szanujecie tylko silną pięść). Owszem będziemy ją szanowali, byleby tylko szła otwartą drogą. I dlatego, proszę Panów, uważamy, że wszelkie organizacje tajne, które są przeżytkiem tych czasów, w których byliśmy pod pięścią moskiewską, że te wszystkie choroby z tych czasów powinny ustać. W Polsce dziś na tajne organizacje ku obronie Polski niema miejsca, bo Polska ma swoje legalne wojsko, swój Rząd legalny.

Proszę Panów, słusznie już dziś p. wicemarszałek w przemówieniu swym zaznaczył, że czas R. O. P. minął, że jej epoka minęła, i wobec tego Panowie pewnie się nie zdziwiliście, że stronnictwo nasze złożyło do laski marszałkowskiej wniosek nagły, aby R. O. P. na razie zawiesić w czynnościach, wezwać do sprawozdania, później rozwiązać.

Podstawą państwa konstytucyjnego musi być zawsze wolność krytyki, gdy tej wolności krytyki niema, konstytucyjność staje się farsą. Wiemy, że stronnictwo wasze bardzo obficie z tego korzystało, przypominam sobie wybornie, jak Panowie Rząd naszej Rzeczypospolitej polskiej za czasów dawniejszych krytykowali, przecież już dosyć dawno Sejm trwa. (Głos: Rząd Moraczewskiego jak krytykowano) Owszem i ten rząd i późniejsze rządy i do tego macie Panowie prawo, i my tego prawa sobie wziąć nie pozwolimy. Dlatego chcę jedno zaznaczyć, że jeżeli niektórzy z przedmówców mówili o jakiejkolwiek antypaństwowej akcji, to owszem uznaję, że ona była tam, gdzie się bratano z bolszewikami, gdzie agitacja otumaniła lud tak dalece, że dziś ponosi on kary za bratanie się z bolszewikami, że ta antypaństwowa działalność była tam, gdzie ujawniono organizacje, które były w związkach z bolszewikami. (Wrzawa). Tam była antypaństwowa agitacja. Nie było jej w Poznańskim. (Wrzawa i różne okrzyki na lewicy). Proszę Panów, nie miejcie nas za ludzi naiwnych. Panowie tyle nam chyba przyznają... (Wrzawa: Głos: zamachowcy). Tym nie trzeba nam ust zamykać, Panowie! Gdybyśmy chcieli w Poznańskim zrobić zamach stanu, tobyśmy nie poszli go zameldować najpierw do R. O. P. albo do władz rządowych: (Wesołość, brawa na prawicy) Mogę Panów zapewnić  (Głos: To było co innego), Dmowski jeszcze siedział wtedy W R. O. P., nie w Poznaniu. (Wrzawa i różne okrzyki na lewicy. Wicemarszałek dzwoni kilkakrotnie Proszę Panów o spokój):         Panowie, możecie być innego przekonania politycznego niż ja, ale przyznacie mi, że tak zupełnie naiwnym człowiekiem nie jestem, (Głos: O nie, sprytnym) i przyznacie mi, że gdybym ja był organizował zamach państwowy, tobym go zorganizował porządnie. (Brawa. Wesołość).

Gdy o tej kwestii zamachu stanu zaczęto tu w Warszawie pisać, to myśmy z początku myśleli, że to kpiny, a potem przekonaliśmy się, że to tylko robota partyjna, bo Wam z tym było wygodnie, bo sami bardzo dobrze wiecie, że żaden z tych ludzi, którzy w sprawie tej armii rezerwowej jakikolwiek brali udział o zamachu stanu nie myślał, bo ich chyba dobrze znacie jako dobrych Polaków. Rozumiem, że Panowie wyzyskaliście tę bajkę dla waszych spraw agitacyjnych. Można to uznawać za słuszne, albo niesłuszne, ja rozumiem, że Panowie wychodziliście z tego zapatrywania, ale nas na tę bajkę nie złapiecie. (Głos: Bajki na wiecach. Wielka wrzawa na lewicy).

Mamy prawo krytyce poddawać wszystko. Nie ma w Państwie polskim nikogo, kto prowadzi robotę odpowiedzialną, żeby krytyce nie podlegał. Nie jesteśmy w państwie absolutystycznym, lecz w konstytucyjnym. Przez takie zamykanie ust tym, którzy chcą krytykować, Panowie tylko otwieracie oczy drugiej stronie na niebezpieczeństwo i na to, że nie macie słuszności. (Huczne brawa i oklaski na prawicy).

 

Tekst opracowany w ramach projektu: Geopolityka i niepodległość – zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Tekst jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Ośrodka Myśli Politycznej. Utwór powstał w ramach konkursu Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosownej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2018.

 

 



[1] Jędrzej Moraczewski (1870-1944) – polski działacz i polityk lewicowy, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej i Polskiej Partii Socjalistycznej, w okresie zaborów poseł do parlamentu austriackiego, w czasie I wojny światowej żołnierz Legionów Polskich (I Brygady), od 18 listopada 1918 do 16 stycznia 1919 r. premier RP, później m.in. poseł (1919-1926), wicemarszałek Sejmu, minister robót publicznych (1925-1926, 1926-1929), zginął trafiony przypadkowo przez sowieckiego żołnierza w swym mieszkaniu w Sulejówku.

[2] Stanisław Głąbiński (1862-1941) – polityk i ekonomista, od 1892 r. profesor ekonomii na uniwersytecie we Lwowie, jeden z głównych przywódców Narodowej Demokracji w Galicji, a następnie w niepodległej Polsce; w latach 1902-1918 poseł do austriackiej Rady Państwa, gdzie był przewodniczącym Koła Polskiego (1908-1911), od 1904 r. także poseł do Sejmu Krajowego Galicji; w 1911 r. austriacki minister kolei żelaznych; w latach 1919-1928 poseł na Sejm RP, przewodniczący koła sejmowego Związku Ludowo-Narodowego; w 1923 r. wicepremier i minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, w latach 1928-1935 senator RP, przewodniczył klubowi Stronnictwa Narodowego; w 1939 r. aresztowany przez NKWD, zmarł w sowieckim więzieniu.

[3] Stanisław Grabski (1871-1949) – profesor ekonomii politycznej i skarbowości Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jeden z głównych polityków Narodowej Demokracji, przedstawiciel tzw. starych lub grupy profesorskiej w łonie endecji. W latach 1923-1925 minister wyznań religijnych. W czasie II wojny światowej więzień w ZSRR. W 1945 r. uczestniczył w pracach Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Wiceprzewodniczący Krajowej Rady Narodowej. W latach 1946-1949 kierował katedrą historii ustrojów społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Napisał m.in. Zarys rozwoju idei społeczno-gospodarczych w Polsce (1903), Rewolucja (1921), Naród a państwo (1922), Kryzys myśli państwowej (1927), Ekonomia społeczna (1927-1929), Myśli o dziejowej drodze Polski (1944).

[4] Maxime Weygand (1867-1965) – francuski generał i polityk, w czasie wojny polsko-bolszewickiej szef francuskiej Misji Wojskowej w Polsce, członek rządu Vichy.

[5] Adam Chądzyński (1882-1963) – inżynier, polityk, działacz niepodległościowy, członek Ligi Narodowej, twórca i lider Narodowego Związku Robotniczego i Narodowej Partii Robotniczej, poseł na Sejm RP (1920-1935), minister kolei żelaznych (1925-1926), w czasie zamachu majowego internowany, po II wojnie światowej pracował w przemyśle węglowym.

[6] Stanisław Adamski (1875-1967) – ksiądz katolicki, dyrektor poznańskiej Księgarni Św. Wojciecha, poseł na Sejm Ustawodawczy, senator (1922-1927), biskup diecezjalny katowicki (od 1930 r..

Najnowsze artykuły

Znaczenie emigracji politycznej w polityce polskiej okresu zaborów

Radosław Żurawski vel Grajewski

Data dodania: 2019-01-15

Dramat i polityczność. Przypadek Słowackiego

Andrzej Waśko

Data dodania: 2019-01-15

O dyplomacji II RP (wywiad)

Mariusz Wołos

Data dodania: 2019-01-13