Artykuł
O działaniach i dziełach Bismarcka
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Pierwodruk: Kraków 1902, s. 51-78, 92-100, 193-202, 207-220, 225-231, 239-241, 263-271, 300-324, 365-367, 476-481, 493-501, 504-510, 532-535. Przedruk za: S. Koźmian, Bezkarność. Wybór pism, Kraków 2001, s. 227-333.

 

Nic bardziej pouczającego, jak porównanie środków i sposobów działania dwóch rządów, rosyjskiego i pruskiego, przeciw tej samej narodowości. Nie ma bezprawia, okrucieństw, gwałcenia praw boskich i ludzkich, społecznych i politycznych, którego by się Rosja nie dopuszczała w owej epoce względem narodu polskiego w celu zgnębienia, wyniszczenia i wytępienia żywiołu polskiego, jak mniemała, zapewnienia sobie tymi środkami na zawsze panowania nad polskimi ziemiami: tego systemu wyrazem, punktem kulminacyjnym było postępowanie jej od ostatniego powstania[1]. Rząd pruski miał ten sam cel, lecz zupełnie innych do dopięcia go używał sposobów. Wykluczył gwałty i okrucieństwa i działał środkami na pozór godziwymi, działał bez wściekłości, lecz z nienawiścią, którą wpaja sprzeczność interesów; jego polityka da się określić dwoma słowami: bezwzględność w legalności. Nie chwycił się on w Wielkim Księstwie tych środków, które wywołują oburzenie wykształconych narodów, ale działał wytrwale, ze znajomością rzeczy, ze świadomością swojej siły i słabych stron przeciwnika; szukał zawsze przede wszystkim pięty Achillesa i ranił ją zatrutą strzałą.

Z tych dwóch sposobów działania skuteczniejszym okazał się pruski; pomimo ostatniej wielkiej klęski zadanej Polsce, Rosja nierównie więcej oddaloną się ujrzała od rzekomego celu jak Prusy; pomimo katowania duchowego i fizycznego całego narodu, żywioł polski, myśl polska, życie polskie, ludność polska nierównie silniejszą pozostała w krajach pod panowaniem rosyjskim, jak w krajach pod panowaniem pruskim; nareszcie niepodobna zaręczyć czy Wielkie Księstwo Poznańskie nie stanie się w mniej lub więcej oddalonym czasie rzeczywiście krajem wynarodowionym jak Śląsk, kiedy przeciwnie zapewnić można, że taki los nie spotka Polski pod panowaniem rosyjskim. Tak to zniszczenie i wściekłość nic stworzyć niezdolne, nic spoić nie mogą, nic przetworzyć nie potrafią, kiedy przeciwnie wytrwała i rozumna praca zdolna nawet z siłą żywiołów skutecznie walczyć i największe sprowadzić przeobrażenia! Rosja niszczyła Polskę, Prusy przemieniają Polskę w Niemcy. Cel był ten sam, lecz różność użytych środków różne sprowadziła skutki.

Niezaprzeczenie są jednak rozmaite tego powody. Statysta przytoczyć może i ten, że kiedy Prusy działają na nierównie mniejszym obszarze, Rosja miała do czynienia z ogromem ziem polskich; lecz z drugiej strony, Prusy nie miały zgoła na czym się oprzeć w swym dziele, całą siłę do tej pracy czerpać musiały z samych siebie, kiedy – przeciwnie – Rosja miała i zbliżoną do siebie ruską narodowość i niejakie pokrewieństwo z całym polskim narodem, a jednak tego wszystkiego nie wyzyskiwała inaczej, jak gwałtami.

Prusy nie drażniły ani pobudzały nigdy szlachetnych i dodatnich stron charakteru polskiego, umiały zawsze uderzać i wyzyskiwać jego słabe i ujemne; przeciwnie Rosja wywoływała do walki z sobą to, co stanowi rdzeń szlachetną naszego narodowego charakteru i wszystkie nasze zalety, a nie umiała chwycić nas za nasze słabości. Tym sposobem Prusy miały za sprzymierzeńców wszystkie nasze wady, Rosja za przeciwników wszystkie nasze zalety. Polacy umieją się zachowywać w nieszczęściu i nędzy; powodzenie chwilowe upaja ich zbytecznie, dobrobyt zawraca im głowę, gotowi wśród niego zniedołężnieć lub szaleństwa popełniać. Naród polski, przywiązany do swej narodowości, oburza się na gwałty i gwałty te wywołują w nim cuda poświęcenia i wytrwałości; ale, mało polityczny, nie przeczuwa do czego doprowadzić może łagodne a podstępne z nim postępowanie; umiał zrywać się do walki, nie umiał się ochraniać.

Postępowanie rządu rosyjskiego budziło co chwila przywiązanie do wiary i narodowości; pruski rząd zaś pozostawiał te sprawy na boku, w cieniu, a rozbudzał chęć dobrobytu. W owych czasach rząd pruski nie prześladował religii ani też nie zabraniał używania ojczystego języka, w sprawach religijnych był jeszcze oględny, w językowej obojętny. Wielka wolność osobista i polityczna, równość praw dla wszystkich, wyborna, sprawiedliwa, nieskazitelna administracja, doskonałe urządzenie stosunków kredytowych, uporządkowanie własności i wielkie jej poszanowanie, czyniły życie pod panowaniem pruskim nie tylko znośnym, ale wygodnym, tak że łatwo można było zapomnieć o idei, o narodowości, o tradycjach historycznych. Tym większa zasługa polskich mieszkańców Wielkiego Księstwa, że o tym wszystkim tak wiernie pamiętali.

Pod panowaniem rosyjskim trzeba by było przestać być nie tylko Polakiem, ale człowiekiem, aby móc znieść już nie ogólne, ale nawet codzienne prześladowania ciążące od góry do dołu przez cały szczebel czynowników na każdym polskim mieszkańcu, na każdej piędzi polskiej ziemi.

Lecz właśnie ta swoboda, ten ład, ta sprawiedliwość, którymi odznaczało się państwo pruskie, dobrze przez ludność polską użyte mogły być rękojmiami przedłużenia istnienia polonizmu w Wielkim Księstwie. Tu, pod stosunkowo dość wielką wolnością pisania, zakwitnąć mogła literatura, tu dziennikarstwo mogłoby wznieść się do niemałej wysokości. Rola polityczna Wielkiego Księstwa sama dla siebie nader była ograniczona, lecz znajdowało się ono w takich warunkach, że mogło było wiele zdziałać dla dobra myśli polskiej w dziedzinie umiejętności, sztuk pięknych, literatury. Rozbudzenie życia umysłowego a zaniechanie niepotrzebnych politycznych deklamacji przedłużyłoby najskuteczniej istnienie żywiołu polskiego, oddałoby usługę wspólnej sprawie i może najmniej byłoby obudziło niechęci u rządu i u ludności niemieckiej.

Tymczasem kierunek umysłów w tej prowincji był zupełnie inny; jedne, najruchliwsze, głównie trudniły się polityką bez doniosłości, inne uderzyły w stronę materialną i tylko rozwój materialnych interesów uważały za środek zbawczy, co wielce odpowiadało ich wewnętrznemu usposobieniu. Niezaprzeczenie w tym kierunku zrobiono w Wielkim Księstwie postępy i pod względem materialnym, szczególnie rolniczym; Poznańskie było najdalej posuniętym polskim krajem. Rolne gospodarstwa na wysokiej stały już tu stopie, a Polacy wiele się pod tym względem od Niemców nauczyli. Ale jak już wyżej zauważyłem, w ogóle ludność polska nie wytrzymywała współzawodnictwa; fale germanizmu coraz więcej kraju zalewały, a w ostatnich latach postęp ten był widoczniejszy. Na drodze materialnych interesów Polacy nie mogli prześcignąć Niemców. […]. Z każdym rokiem majątki polskie przechodziły w ręce niemieckie, a dawni właściciele po największej części wynosili się z Wielkiego Księstwa, jeżeli w dobrych warunkach – to dla zakupienia majątków w innych krajach polskich, jeżeli w smutnych – to dla przyjęcia służby prywatnej najczęściej w Królestwie. Jeden z ludzi najlepiej znający Wielkie Księstwo, ten, który tak słusznie zwracał uwagę na złe skutki ciągłego łączenia się w bliskim pokrewieństwie, doskonale określił pod tym względem tamtejsze stosunki. Na wyrażone zdanie, że jednak ze wszystkich krajów polskich w Wielkim Księstwie stosunkowo najwięcej jest właścicieli ziemskich zamożnych, a nawet majętnych, odparł: “Nie można się temu dziwić, tu co rok wszystkie majątki puszczone są jakby na przetak; wszystko, co mniejsze i poślednie odpada, większe tylko i znaczniejsze majątki pozostają”. Można było zatem przewidzieć co w Wielkim Księstwie zostanie z polskiego żywiołu, jeżeli nie zajdzie jakiś wielki a niespodziewany wypadek, że pozostanie chłop polski, jak pozostał na Śląsku, i kilkadziesiąt wielkich majątków, które się utrzymają na przetaku.

Wielkie Księstwo nie tylko dlatego było dla Prus drogocenne, że z każdym dniem posiadanie jego stawało się pewniejsze, ale dlatego także, że postępy, jakie tu robił germanizm, stanowiły zasługę Prus wobec Niemiec i odpowiadały ich dążeniom wyrażonym w Drang nach Osten. Z drugiej strony, Wielkie Księstwo było punktem zetknięcia, raczej zespolenia się z Rosją, rękojmią dla niej szczerości i pewności przymierza pruskiego. Niemcy nie czuły wyrzutu sumienia z powodu posiadania Wielkiego Księstwa, Rosja nie miała chęci pochłonięcia tej prowincji w wielkiej ojczyźnie rosyjsko-słowiańskiej, leżało ono poza sumieniem polityki narodowo-aglomeracyjnej i pod tym względem posiadanie Prus było zapewnione. Rosja zbyt była uszczęśliwiona, że Prusy tak skutecznie działały przeciw żywiołowi polskiemu, aby miała przerwać to dzieło. Wielkie Księstwo nie było więc jabłkiem niezgody ani między Rosją i Prusami, ani nawet między wszechrosyjską Słowiańszczyzną a wszech-Germanią.

Przeciwnie Prusy to były, które żywiły do niedawna myśl rozszerzenia swoich granic krajami polskimi. Pozostały w pamięci ogółu zwierzenia się hr. Bismarcka[2] przed wiceprezesem izby pruskiej w chwili, kiedy jeszcze nie przeczuwał, że Prusy w tak krótkim czasie rozszerzą się w innej stronie; wtedy to wskazywał przyszły apostoł idei niemieckiej Wisłę jako granicę Prus i objawiał nadzieję, że to sprostowanie granic w bliskim nastąpi czasie. Położenie wielce się następnie zmieniło, widoki Prus w inną zwróciły się stronę, Rosja zaś już nie przypuszczała ani myślała o odstąpieniu Królestwa, szczególnie Warszawy.

Gdy jednak mówi się o Prusach, nie trzeba nigdy zapominać, że się ma do czynienia z istnym Gargantuą politycznym, że wszystko mu dobre co tylko pochłonąć się da i że nie było granic dla jego pożądliwości. Państwo Północnoniemieckie, jak je stworzył hr. Bismarck za pomocą Prus, obdarzone było owym gargantuowskim apetytem, którego podług zwykłej skali ludzkiej zmierzyć nie można; ten apetyt był główną sprężyną jego działania, to było coś więcej jeszcze, bo niejako potrzebą wyjątkowej istoty, która wciąż groziła pokojowi i równowadze europejskiej. Jeżeli Prusy zaniechały na razie myśli rozszerzenia granic aż po Wisłę, to jednak przy danej sposobności pokusiłyby się o to. Powiększenie pod swoim panowaniem żywiołu polskiego nie zastraszałoby ich, bo umieją one wybornie się z nim obchodzić. […]

Jest jeszcze punkt na ziemi polskiej, który nieraz był celem pożądliwości pruskiej, tym punktem jest Kraków. Tego przyłączenia życzyła sobie głównie szlachta i więksi właściciele śląscy, którzy niemałe ponieśli szkody pod względem handlowym i ekonomicznym przez przyłączenie Krakowa do Austrii i przez zniesienie wolnego miasta[3]. Kilka dni przed wybuchem siedmiodniowej wojny, jeden z wielkich właścicieli śląskich jeździł umyślnie do Berlina do hr. Bismarcka z naleganiem, żeby nie zapomniał po wojnie przyłączyć Krakowa do Prus[4]. Hr. Bismarck dał mu wymijającą odpowiedź, lecz uśmiechał się w sposób znaczący i świadczący, że jeżeli się to tylko da zrobić, on nie będzie wcale przeciwko temu. Zasada przyjęta w Nikolsburgu[5], że oprócz Wenecji Austria nie straci nic ze swoich posiadłości, nie pozwoliła zadośćuczynić życzeniu objawionemu przez szlachtę śląską, które niewątpliwie odpowiadało przekonaniom wewnętrznym pierwszego ministra.

Najgodniejszym uwagi jest, że wielkie w Niemczech wypadki, że częściowe przeobrażenie się Niemiec w Państwo Pruskie w niczym nie zmieniło jego polityki ani w Wielkim Księstwie, ani w ogóle w sprawie polskiej. Hr. Bismarck, ten wzór człowieka z pomysłami, ten racjonalista, ten mąż stanu działający ciągłymi niespodziankami, a obdarzony tak samorodnym rozumem, nic tu nie zmienił, nic nie stworzył, nic nowego nie wynalazł, nie wytłoczył tu swojego piętna, lecz – przeciwnie – trzymał się dawnych tradycji polityki pruskiej i działał jakby jaki Manteuffel[6] lub inny tuzinkowy minister, tym właśnie okazując samorodność i brak wszelkich przesądów, że niejako przyznawał, że nie ma tu nic do zmienienia[7]. Tak więc wszystko pozostało jak dawniej w Wielkim Księstwie i w polityce pruskiej w sprawach polskich. Czy w razie danym i w potrzebie hr. Bismarck nie byłby chciał i nie umiałby był użyć dla swoich celów sprawy polskiej, jak to na początku zawodu uczynił? To inne pytanie! A ktokolwiek zastanowił się dobrze nad tym mężem stanu, ktokolwiek śledził w jego polityce rzutkość, śmiałość, genialną niekonsekwencję, pochopność do używania wszelkich środków, ten łatwo na to pytanie znajdzie odpowiedź. Czy jednak kiedykolwiek konstelacje polityczne zbiegnąć się mogły tak, iżby skłoniły go do użycia sprawy polskiej inaczej jak na większą szkodę narodu polskiego, pozostanie to na zawsze tajemnicą! […]

Chcąc poznać siłę rzeczywistą i istotę nowo utworzonego państwa, chcąc ocenić jego europejską doniosłość i obliczyć środki, którymi hr. Bismarck rozporządzał dla dokończenia rozpoczętego dzieła, trzeba przede wszystkim zaznajomić się z jego podstawą działania, a więc z dawnymi Prusami. Z Prus stworzonych przez kurfirstów[8] i Wielkiego Fryderyka[9], a odbudowanych przez kongres wiedeński, wydobył hr. Bismarck tę siłę, która idąc przed prawem dokonała pierwszej części jego dzieła, i za pomocą tych Prus zamierzył dokończyć je, to jest zjednoczyć Niemcy pod przewodnictwem Prus.

Skoro opuszczało się tę część monarchii pruskiej, w której proces wynaradawiania jednego narodu przez drugi oburzał sumienie i zmysł moralny, to jest dzielnice polskie, a wkraczało się na ziemię prusko-niemiecką, zmieniała się natychmiast postać rzeczy: niknęły przed oczami ohydne i oburzające strony rządów pruskich i zaborczości niemieckiej, a zamiast oburzać się, zmuszonym się było podziwiać społeczeństwo w wysokim stopniu wykształcone a wcale nie zepsute, państwo silnie zbudowane, w którym rząd był bezpieczny, bo naród był szczęśliwy i zadowolony. Przede wszystkim co to za błogi stan państwa, w którym nie ma sprawy narodowości, a w którym wszystko się zlewa i kojarzy w narodowej! Jak wszędzie, tak i w dawnych Prusach były niezawodnie stronnictwa, żyły one, działały i walczyły, miały swoje zasady i cele, ale te stronnictwa nie groziły ani istnieniu rządu, ani organizmowi państwowemu; dostateczne aby utrzymywać życie i nadzorować, tak się równoważyły, że nie mogły sprowadzić zderzenia i że ostatnim ich słowem nie był przewrót. Prusy były może jedynym w Europie państwem, w którym w najdalszej przyszłości nie można było przewidywać rewolucji! Wielki cel narodowo-niemiecki, z którym tak ściśle złączona była przewaga pruska, postawiony przez hr. Bismarcka jako zadanie, osłabiał siłę stronnictw i stawał się dla rządu pruskiego puklerzem, o który odbijały się najostrzejsze pociski wszystkich opozycji […].

Rząd pruski, kierowany przez hr. Bismarcka w swej pamiętnej walce parlamentarnej, miał to wielkie szczęście, że wyszedł z niej zwycięski nie wymownymi rozumowaniami, nie głosowaniem, nie zabiegami wyborczymi, lecz niesłychanej doniosłości czynami, które do zupełnej niemocy doprowadziły opór. Tak jest, hr. Bismarck w swojej walce parlamentarnej odniósł stanowcze zwycięstwo nie w izbie, ale na polach Sadowej, gdzie naraz Fortuna przyniosła mu dwie wygrane. Od tej chwili wolnomyślność pruska zamilkła przed patriotyzmem prusko-niemieckim, a to nowe w dziejach parlamentarnych zwycięstwo uniemożliwiło na długo wszelką groźną opozycję, na tak długo, aż druga część dzieła hr. Bismarcka miała być ukończoną. Rząd więc w Prusach, pomimo widocznego i krzyczącego pogwałcenia zasad konstytucyjnych, stał się wszechwładnym panem położenia, górując nad każdym oporem z wysokości wielkich rzeczy dokonanych wbrew opozycji na korzyść potęgi Prus i jedności niemieckiej, i z nierównie jeszcze silniejszego stanowiska zamierzonych w tym samym kierunku czynów.

Jeżeli udało się tak szczęśliwie, tak świetnie wybrnąć Prusom wygraną na zewnątrz z wewnętrznych kłopotów i jeżeli nie zgnieść, to przynajmniej okiełznać na długo opozycję, to zaiste innych wewnętrznych groźnych spraw Prusy nigdy w swym łonie nie miały. Aczkolwiek geograficznie nie zespolone, państwowo były one zawsze jednolite, a od dawna we wszystkich warstwach społeczeństwa panowało tu zadowolenie. Najwięcej oddalone prowincje, jak nadreńskie, były przede wszystkim pruskie i do domu Hohenzolernów przywiązane. Nawet katolicy, liczni tam i stanowiący niemal odrębne stronnictwo, byli pruskimi i wiernymi koronie, a wcale nie marzyli o zmianie panowania, chociażby ona miała nastąpić na korzyść dynastii i rządu katolickiego. Bronili swoich przekonań religijnych i połączonych z nimi interesów, lecz nie działali przeciw rządowi, nie byli dla niego nawet kłopotem. Co więcej, mądre i oględne postępowanie hr. Bismarcka w sprawie katolickiej, zwrot polityki pruskiej w niej, nad którym niżej zastanowić się mi wypadnie, rozbroił już był po części opozycję parlamentarną katolików.

Cóż dopiero powiedzieć o mniemanych dążeniach francuskich prowincji nadreńskich?! Były to czcze urojenia i złudzenia, jeżeli gdziekolwiek istniały! Przede wszystkim było w całej ludności tych prowincji silne uczucie łączności z wielką ojczyzną niemiecką, które nie tylko stanowiło zaporę dla wszelkiego rozkrzewienia napoleońsko-francuskiego, ale które zapowiadało w razie danym zacięty ze strony tej ludności opór przeciw zaborowi francuskiemu. Następnie było wielkie, zupełne zadowolenie z administracji i rządów pruskich, które umiały zawsze obchodzić się z tymi prowincjami, jak z pieszczonym dzieckiem. Ktokolwiek przebywał dłużej w prowincjach nadreńskich, ten przekonał się niezawodnie o tych dwóch prawdach: że były one uczuciem, sercem, usposobieniem zupełnie niemieckie i całkiem zadowolone z rządów pruskich. Jakie korzyści mogłoby im przynieść panowanie francuskie? Żadnych – ani materialnych, ani duchowych, ani politycznych, ani cywilizacyjnych. “Co Francja dać może Niemcom?” – mówił słusznie jeden z najznakomitszych publicystów współczesnych – “chyba prefektów, lecz i tym dorównują, jeżeli ich nie przewyższają, landraci”. Nawet ten zawsze świeży urok wolnomyślności, postępu, nowych idei, nie otaczałby chorągwi francuskiej zatkniętej na ziemi niemieckiej. Pod każdym tym względem Niemcy dorównywały, jeżeli nie przewyższały Francję, a nawet pod rządem pruskim wolność polityczna i osobista była większa, jak pod napoleońskim. Mogły więc mieć miejsce zabiegi francuskie, mogły znajdować odgłos w rodzinach francuskich zamieszkałych w Kolonii, lecz prawdziwego, żyznego gruntu dla rozkrzewienia francuskiego nie było tam, a pomimo szerokiego sposobu, w jaki rząd napoleoński pojmował zasadę narodowości i pomimo powszechnego głosowania wątpię, aby odważył się był tutaj, nawet w razie wojskowego zajęcia, odwołać się do tego przez siebie stworzonego najwyższego sądu. Ta niemieckość i pruskość prowincji nadreńskich, o ile była dowodem wewnętrznej siły Prus, o tyle stać się mogła niemałym kłopotem dla zewnętrznej polityki hr. Bismarcka. Stała ona na przeszkodzie wszelkim układom mogącym jedynie pojednać Francję tak z pierwszą już skończoną częścią dzieła hr. Bismarcka, jak też z drugą, którą dokończyć musiał. Wierność i niemieckość prowincji nadreńskich krępowały rząd pruski i hrabiego Bismarcka nierównie zapewne więcej, jak jego własne sumienie lub patriotyzm niemiecki, i nie pozwalały myśleć o żadnej politycznej transakcji, która by ofiarą tamtej strony Renu pojednać mogła Francję z jednością niemiecką po tej stronie, pod przewodnictwem Prus, i nakazywała trzymać się pod groźbą wyklęcia przez całe Niemcy owej polityki zawartej w znanej piosnce o Renie: Nein Sie werden Ihn nicht haben!

Prusy nieprzystępne obcym zabiegom, zapewnione na długo przed wszelkim wewnętrznym przewrotem, Prusy nie mające ani groźnej sprawy politycznej, ani narodowościowej, ani społecznej, ani religijnej, stanowiły tym samym silne, zjednoczone państwo, potężne państwo, doskonale przysposobione i przygotowane do dalszych walk i podbojów. Najwyraźniejszym objawem tej siły, tego wewnętrznego zdrowia był – przy ogólnej państwowej harmonii – brak wszelkich drażliwych miejscowych sporów, o czym świadczyło panujące w całych Prusach zadowolenie większości ludności. Czemu głównie przypisać ten tak wyjątkowy wówczas w Europie szczęśliwy stan monarchii pruskiej? Oto, nie waham się powiedzieć, mądrości rządu i jego wewnętrznej polityki. Rząd pruski starał się zawsze oprzeć własną potęgę na dobrobycie i zadowo­leniu większości ludności, nie odłączał nigdy własnego dobra od pomyślności całego kraju, przede wszystkim od pomyślności jego materialnej, prowadził zawsze, że tak powiem, gospodarstwo nakładowe, a nie wyzyskujące, tym mniej wycieńczające; miał swoje żądne widoki, czego dostatecznie dowiódł, lecz chciał ich zawsze dopiąć i wiedział, że je dopiąć może tylko za pomocą dobrobytu, postępu i zadowolenia całego organizmu państwowego i społecz­nego. Słowem, był to rząd dla kraju, rząd, który – jak ten przezorny wódz – nim użyje i wyprowadzi w pole swoje wojsko myśli o tym, aby było dobrze żywione, ubrane, uzbrojone i zaopatrzone we wszystko, co mu potrzebne. Rząd ten pilnie, skwapliwie i mądrze przyswajał sobie i krajowi wszystko, co stanowi postęp moralny i materialny świata. Reformy ekonomiczne, społeczne, a nawet polityczne, wielkie wynalazki, szczególnie mające zastosowanie w wojnie, znajdowały w nim przezornego, a nie chełpiącego się poplecznika; na wszystko gotów się zgodzić, na wszystko przystać, wszystko przyjąć, z każdym się połączyć i sprzymierzyć; niezachwiany był on jedynie w tym, co w pierwszej części tej rozprawy nazwałem jego powodem bytu, to jest w tych sprawach, które łączyły się z jego zaborczymi zamiarami i z jego polityką zaokrąglania się, i dlatego ukazał się tak niezachwiany w sprawie przeistoczenia wojska, które było pierwszym krokiem do wojny i podbojów 1866; dlatego także postępował bezwzględnie w Wielkim Księstwie Poznańskim. We wszystkim rząd ten układny, skłonny do kompromisów, przyswajał sobie prędko, w jemu właściwy sposób i we właściwych mu celach wszystko, co wiatr postępu przynosił. Chronił się w wewnętrznej polityce wszelkich niebezpiecznych środków, wszelkich tych środków, które gdzie indziej okazały się może chwilowo skuteczne, lecz w końcu doprowadziły do rozstroju i rozkładu. Zamiast szerzyć waśń i kłótnię, łączył i kojarzył umysły i warstwy społeczne, wczoraj w idei patriotyzmu pruskiego, dziś znów w idei jedności niemieckiej pod przewodnictwem Borussi; i że użyję zużytych nieco, lecz pod wielu względami prawdziwych wyrażeń, zamiast godła Divide et impera miał godło Suum cuique. Słowem, ażeby wyrazić całą myśl, rząd ten powstrzymywał się od używania tych wszystkich politycznych środków, których tak nadużywali i może nieraz jeszcze nadużywają wszyscy politycy i ministrowie austriaccy, a które doprowadziły tę monarchię do opłakanego stanu tak dogodnego dla widoków polityki pruskiej. Dlatego też dopatrzeć się nie mogłeś w Prusach ani walki klas, ani nawet walki interesów. Zapewne, jak wszędzie, tak i tu były zarzewia spraw społecznych, raczej były i tu złe namiętności, lecz nie były podniecane przez rząd i tonęły w wybornym i zdrowym usposobieniu ogółu. Nie było też państwa w Europie prawdziwiej i więcej demokratycznego, a w nim jednak dawna szlachta i nowo zdobyte stanowiska zajmowały właściwe miejsca. Przywilejów tu nie było, była – przeciwnie – zupełna równość cywilna i polityczna, a przecież szlachta zachowała swoje majątki i swoje tradycje i nawet pewną przewagę, nie będąc przez to dla nikogo ani ciężarem, ani zaporą, ani solą w oku. Tym sposobem państwo to przyswajając sobie wszystko, co nowożytne, nie wyzuło się całkiem z tego, co dawne czasy miały dobrego, i dlatego zapanowały w nim czynność i życie nowoczesnych demokracji połączone z hartem i siłą krzyżacką.

Aniołem opiekuńczym, patronem tego państwa, ideałem każdego Prusaka i prawdziwie historyczną postacią w Prusach pozostał Fryderyk Wielki, der alte Fritz, jak go zwą wdzięczni Prusacy, którzy przechodząc koło jego pomnika w Berlinie niemalże się przed nim ze czcią nie kłaniają. Nic bardziej znamiennego, jak ta cześć całego narodu dla tego króla filozofa i podbójcy, który nie wybierając środków, dążył tylko do zaokrąglenia Prus, do zapewnienia ich przewagi wojskowej, a którego potomkiem politycznym w prostej linii jest hrabia Bismarck.

Prusy zbudowane do podbojów, wprowadzone na drogę podbojów przez Fryderyka Wielkiego, postawione w ciągłej konieczności zaokrąglania się, a pchane przez hr. Bismarcka do coraz większych zaborów pod chorągwią i płaszczykiem myśli niemieckiej i jedności niemieckiej, rozporządzały w tym celu dwoma środkami, które do wysokiego stopnia zostały wydoskonalone: biurokracją i wojskiem, a raczej wyborną administracją i potężną armią. A jednak i to godnym jest uwagi, pomimo tej biurokracji, tej armii, Prusy nie stały się przecież ani państwem wyłącznie biurokratycznym, ani militarno-despotycznym, umiały się ochronić od zwykłych a szkodliwych następstw silnie urządzonej biurokracji i licznej armii.

Biurokracja pruska stanowiła zastęp urzędniczy, zostający na rozkazach rządu centralnego, była ona podporą jego i potężnym środkiem w jego rękach; lecz nie ciążyła ani na kraju, ani na ludności, wypełniała ściśle i sumiennie swoje obowiązki, lecz nie mieszała się, nie wtrącała w stosunki społeczne, tym mniej w waśnie, słowem, nie prowadziła nawet w celach rządowych polityki na własną rękę, umiała być usłużna rządowi, nie prześladując ludności, przeciwnie, tworzyła wyborną, niezrównaną administrację, której dobrodziejstwa spływały na całą ludność i na wszystkie warstwy społeczne bez wyjątku. Ograniczona do liczby niezbędnej, nie była zbytecznie liczna, lecz była sprężysta; zawsze na usługach rządu i ludności, tak doskonale i sumiennie wypełniała swoje obowiązki, że łatwo ludność uwierzyć mogła, że służy nie rządowi, lecz narodowi. I nie było wyjątków, od kopisty do ministra, szczególnie kanclerza, każdy urzędnik pruski zawsze i wszędzie był przystępny dla publiczności i czynny dla niej; pozornie jej tylko służył, jakby swemu chlebodawcy, w samej rzeczy zawsze i wszędzie służył państwu i jego bliższym i dalszym celom. Biurokracji nie czuć było, bo ona nie utrudniała, lecz wszystko ułatwiała; wystrzegała się biuralizmu, nie odwlekała, spiesznie załatwiała sprawy. Zależna od władzy, ludność nie była od niej zawisła. Nie powstała też w Prusach sprawa biurokratyczna jak w Austrii, a jeżeli stan urzędniczy stanowił silny zastęp na rozkazach rządu, to przecież nie był kastą ani państwem w państwie. Wchodzili w jego skład ludzie z wszystkich warstw społeczeństwa. Dwoma jego głównymi zaletami są sumienność w pełnieniu obowiązków i nieskazitelność. Uczciwość i niesprzedajność tak były wkrzewione w administracji pruskiej, że nie można ich już było nazwać cnotami, stały się zwyczajem, obyczajem, do którego nawykły równie ludność, jak zastęp urzędniczy. Uczciwość ta była matematycznie dokładna i niemiecko-pedantyczna. Ażeby ci oddać dwa silbery, które przez pomyłkę wzięto więcej za depeszę, biuro telegraficznie dobijało się w nocy do twojego mieszkania i budzić kazało wśród najlepszego snu. Lecz ta do najmniejszych drobnostek posunięta cierpliwość była rękojmią ładu, zarazem otaczała administrację pruską aureolą, nadawała jej powagę i jednała dla niej poszanowanie i zaufanie ludności. Tak więc w Prusach zdołano ochronić się przed wszystkimi zgubnymi następstwami biurokracji, a wyzyskać wszystko, co ona może przynieść państwu. Biurokracja nie była tam złem, bo nie była, jak w Rosji, przekupna i sprzedajna, bo nie była jak w Austrii kastą wyzyskującą narody, kraje, warstwy społeczne i samo państwo, bo nareszcie nie pochłaniała wszystkiego, jak we Francji. Była potężną bronią w ręku rządu, lecz w życiu codziennym nie gniotła ludności, ale jej służyła.

Dodać wypada, że rząd pruski unikał zbytniej, niepotrzebnej centralizacji, skupił w swoich rękach wszystko, co mu do jego celów było niezbędne, lecz nie centralizował dla centralizowania, dla symetrii. Obok silnie zbudowanej biurokracji i wybornych administracyjnych urządzeń, były w Prusach samorządne instytucje, w których ludność brała udział w sprawach miejscowych, były sejmiki powiatowe, sejmy prowincjonalne, rady miejskie i tam wszystko się działo pod okiem i za początkowaniem władzy, a prawie nic i nigdy wbrew jej woli, lecz ta inicjatywa była mądrą, ta wola rozumną, baczną na interesy lokalne, których nie lekceważyła ani poświęcała dla doktryny. Słowem, nie było gorączki centralizacyjnej.

Drugim najważniejszym w tym państwie czynnikiem była wielka potężna armia. Środek to najpierwszy, najdzielniejszy do dopięcia zaborczych celów, głównym on też był przedmiotem pieczołowitości i starań tak rządu, jak panującego domu. Lecz urządzenia wojskowe w Prusach nie tylko, że były wyrachowane w zaborczych zamiarach na zewnątrz, ale oddziaływały także znacznie na wewnętrzne stosunki i na cały ustrój społeczny. Prusy, państwo przeważnie militarne, a mające jedną z najpotężniejszych armii na swoje rozkazy, nie stały się przecież wyłącznie militarnymi. W stosunkach cywilnych i politycznych nie dał się czuć wpływ wojskowości lub nawet wojskowych, rozdział między władzą cywilną a wojskową pozostał zupełny; armia nie stanowiła narodu w narodzie, lecz niemal cały naród stanowił armię. Nie wchodzi w ramy tej rozprawy oceniać szczegółowo siły wojskowe nowo utworzonego państwa, lecz wypada właśnie zastanowić się nad składem i duchem wojska. Prusy pierwsze między mocarstwami europejskimi przyjęły system wojskowy najwięcej zbliżony do systemu rzeczypospolitej rzymskiej, w której każdy obywatel był żołnierzem, a żołnierz nie przestawał być obywatelem. Tak jak w administracji umiały Prusy przy biurokracji ominąć biurokratyzm i zbytnią centralizację, tak też, stwarzając jedną z najpotężniejszych armii, umiały się ochronić od żołdactwa i wojskowych rządów.

Dwie główne zasady armii pruskiej, względnie armii Północnego Związku, ogólny obowiązek służby wojskowej i trzyletnia służba wojskowa z landwerą, były podstawami jej siły, liczby i wartości tak wewnętrznej, jak zewnętrznej. System pruski przerabiał naród w armię tak, iż niemal cała ludność, jeżeli nie była ciągle, to zawsze mogła stanąć pod bronią; tym samym armia Północnego Związku nie była niczym innym, jak tylko wyrazem całego narodu, ożywiona więc była jego myślą, nadziejami, obawami, jednym słowem armia ta to prawdziwy był naród niemiecki, z poczuciem swej jedności i dążący do niej pod przewodnictwem Prus.

Trzyletnia służba wojskowa nie przemieniała żołnierza w żoł­daka, nie przeszkadzała mu w innych czynnościach i obowiązkach życia tak publicznego, jak prywatnego. Żołnierz też w Prusach nie przestawał być obywatelem, aczkolwiek obywatel był na każde zawołanie żołnierzem. Żołnierz wracający do ogniska domowego przynosił z sobą naukę ładu, porządku i poczucie wspólności z całym państwowym organizmem i z główną myślą ożywiającą państwo, z myślą patriotyzmu prusko-niemieckiego.

Ogólny obowiązek służby wojskowej wywierał wielki a zba­wienny wpływ na całe społeczeństwo, a zarazem wzbogacał armię, chwilowo wprawdzie, wykształconą warstwą krajową, która inaczej trzymałaby się z dala od wojska. Obowiązek ogólny służby wojskowej przyczyniał się niezmiernie do utrzymania zdrowia w społeczeństwie pruskim, względnie północno-niemieckim i do nadania obywatelom hartu, tęgości, wytrwałości, którymi oni odznaczyli się. Obowiązek ten zbliżał do siebie wszystkie warstwy społeczne, równał je ze sobą nie w zasadzie tylko, ale w życiu codziennym, w najrzeczywistszym życiu i to w imieniu i pod godłem wielkiej myśli państwowej. Był on niezaprzeczenie najdzielniejszym środkiem demokratyzowania najzupełniej, bo najpraktyczniej całego społeczeństwa. Obowiązek ten nie tylko, że demokratyzował społeczeństwo, ale pochlebiał niezmiernie demokracji współczesnej; łechtał ją najprzyjemniej w jej bezwzględnej nienawiści do wszelkiego nie tylko cienia przywileju, ale nawet odróżnienia. Obowiązek ogólny służby wojskowej, powołując pod ten sam sztandar w imieniu myśli państwowej, a i narodowej książąt krwi, synów dygnitarzy i ministrów, szlachtę, mieszczan i chłopów, nie zniżał nikogo, podnosił wielu przemawiając do najszlachetniejszych uczuć, zadowalał zarazem najniższe i najpospolitsze uczucia zazdrości i zawiści; niedogodny dla mniejszości, pochlebiał ogółowi już tym samym, że nie znał wyjątków, a służąc podwójnie celom państwowym stwarzał silną, liczną, wykształconą armię, zarazem odpowiadał wszechwładnym przekonaniom, a nawet przesądom dzisiejszych czasów, demokratyzował społeczeństwo, co może ważniejsze podobał się współczesnej demokracji. Jednym z rysów charakterystycznych polityki pruskiej hr. Bismarcka, na który wypadnie mi nieraz zwrócić uwagę, jest właśnie schlebianie dobrym i złym skłonnościom i namiętnościom czasu, mianowicie współczesnej demokracji.

Niepotrzebnie siliłbym się chcąc dowodzić doskonałości urządzeń wojskowych pruskich, rzeczywistość ta wymowniejsza od wyrazów, a najgłówniejszym dowodem jest ten, że niemal wszystkie państwa zamieniły dawne urządzenia wojskowe na system zbliżony mniej więcej do pruskiego, który może jest systemem przyszłości, jeżeli doprowadzi do milicji. Lecz jak w wielu kierunkach, tak i w urządzeniach wojskowych Prusy ubiegły Europę o kilka lat i w tym upatrywać trzeba jedną z głównych przyczyn ich powodzeń. […]

Urządzenia wojskowe pruskie były tak doskonałe, tak z góry obrachowane na to, aby przyłączeniem innych wojsk do armii pruskiej nie popsuć jej jedności i jednolitości, że przemiana wojsk podbitych i związkowych państw w wojsko północno-niemieckie, dokonana została zupełnie i całkowicie, a tak jedna z najlepiej urządzonych armii stała się zarazem jedną z najliczniejszych i nie była jak flota emblematem, ale wcieleniem i uosobieniem myśli jedności niemieckiej pod przewodnictwem Prus. Była prawdziwą armią niemiecką, chociaż jak w całym nowym porządku rzeczy i w niej Prusy miały dowództwo i przewagę, tę przewagę, którą daje zawsze silny ustrój i odwaga początkowania.

Armia Północnego Związku nie powstała z rekrutacji, wyrosła z ziemi ojczystej na skinienie dane z Berlina. Nie dzieliłem też zdania tych, którzy twierdzili, że można by ją zgnieść w jednej wielkiej bitwie; nie była to jedna armia, ale było ich trzy, a podczas gdy jedna by była pobita, druga by za nią powstała. Przede wszystkim nie trzeba, nie można pomijać w żadnym kierunku, szczególnie w wojskowym, prawdziwej, wielkiej siły dzieła hr. Bismarcka. Otóż kończąc te uwagi śmiało twierdzę, że potęga militarna Północnego Związku stanowiła już jedną z największych, jakie były w świecie i że pierwszorzędne zajmowała miejsce w składzie sił europejskich. Była to ogromna sama przez się potęga, która z każdym dniem groźniejszą się stawała dla pokoju, równowagi i bezpieczeństwa Europy.

Trzecim, może najważniejszym czynnikiem przewagi Prus w Niemczech, a potęgi utworzonego przez nich państwa była wyborna skarbowość i niesłychanie na ówczesne czasy pomyślny jej stan. Prusy, mając zawsze na oku zabory, nie zapomniały nigdy, że najważniejszym czynnikiem wojny jest pieniądz. Wiadomym jest, że już za czasów kurfirstów korona starała się mieć zapas skarbowy w swoich rękach i pod swoim wyłącznie kluczem, że oprócz i poza zwykłym budżetem był pieniądz zapasowy i dowolny, który czekał sposobnej chwili, aby był użytym we właściwych mu celach. Oprócz tego wzorowa skarbowość, sumienny zarząd grosza publicznego, mądra i przezorna oszczędność, nareszcie ten szczęśliwy zbieg okoliczności, który dozwolił Prusom od wojen napoleońskich pozostać poza większymi europejskimi zawikłaniami sprawiły, iż kiedy z każdym rokiem dług publiczny stały i niestały wszystkich państw europejskich wzrastał w sposób potworny, budżety pruskie równoważyły się bez zbytecznego obciążania ludności podatkami i bez wycieńczania bogactwa i zasobów krajowych; a tak Prusy, dokonawszy w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia największych czynów politycznych, zaokrągliwszy się geograficznie i wzmocniwszy politycznie więcej jak każde inne państwo, zająwszy w Europie przeważne stanowisko, były jednak najmniej zadłużonym, najmniej obciążonym państwem, mającym najlepszą, najpotężniejszą skarbowość. Jaką to siłę daje rządowi i państwu w naszych szczególnie czasach, nie potrzebuję długo się rozwodzić. Użyję tu porównania: przypuśćmy, że pomiędzy dwoma właścicielami ziemskimi, zadłużonymi i zadłużającymi się coraz więcej, dla których zaciąganie coraz to nowych długów stało się gospodarczą koniecznością, znajduje się trzeci, którego hipoteka czysta, dochody pewne, aczkolwiek może bezpośrednie nie tak znaczne jak dwóch pierwszych, i zastanówmy się nad tym, jaki biegiem rzeczy musi być koniec podobnego położenia? Oto sztuczne istnienie dwóch pierwszych musi niebawem dojść do kresu, ich majątki pójdą wcześniej czy później na sprzedaż, a tych majątków nabywcą, raczej gospodarczym spadkobiercą zadłużonych sąsiadów, będzie ów trzeci zamożny właściciel, w którego zarządzie panuje oszczędność, ład i porządek. Prusy zajmowały gospodarczo w środkowej Europie stanowisko tego trzeciego właściciela; miały nad wszystkimi innymi państwami wyższość, którą obliczyć można było za pomocą długów, które na tych państwach ciążyły, a od których Prusy były wolne; gospodarczo więc prześcignęły i pobiły Europę nim ją prześcignęły i pobiły politycznie. Widoczne to było szczególnie w stosunku do Austrii, którą Prusy gospodarczo i skarbowo pobiły nim ją zwyciężyły na polach Sadowej; drobnym na pozór, lecz przekonywującym tego dowodem jest, że srebro austriackie było zdawkową monetą w Prusach i że to srebro, które w Austrii było wyjątkiem, niemal numizmatycznym zabytkiem, wszędzie i co chwila tam się znajdowało. Czy w tej wyższości pieniężnej nie znajdowała się więcej jak w karabinach iglicowych jedna z głównych przyczyn zwycięstwa Prus nad Austrią? Niepodobna o tym wątpić. Wielkie, niesłychane powodzenie Prusaków w siedmiodniowej wojnie przypisać należy głównie temu, że tak politycznie, jak wojskowo Prusy miały zupełną wolność i swobodę ruchów, kiedy przeciwnie Austrii na tej wolności i swobodzie głównie zbywało. Sadowa – to iloczyn szybkości ruchów i swobody działania, a te dały Prusom przede wszystkim potężne środki pieniężne, którymi Austria nie rozporządzała; i dlatego także, kiedy cała armia pruska była rzeczywistością, armia austriacka była w znacznej części tylko liczbą na papierze.

Ten ład w skarbowości, ta mądra a nie skąpa w najmniejszych szczegółach oszczędność, pozwalały Prusom w wielkich sposobnościach być wspaniałymi i obracać na szachownicy politycznej milionami, równie jak na polach bitew zastępami. A chociażby głos publiczny przesadzał pod tym względem działalność i zapobiegliwość hr. Bismarcka, już to samo mniemanie o nim było dla niego i Prus siłą. Hr. Bismarck rzeczywiście takie miał w Niemczech stanowisko, iż nieraz słyszało się tam zdanie: “jego ręka sięga nierównie dalej jak jego władza”. Kiedy inni od wszystkich i na wszystkie strony pożyczali, hr. Bismarck i Prusy niejednemu dawali. Nie można się więc dziwić urokowi, który ich otaczał; był to bowiem urok milionów!

Po dokonaniu jednak pierwszej części dzieła hr. Bismarcka, ten błogi, ten arcypomyślny stan skarbowości zmienił się nieco i z każdym dniem się pogarszał. Wielkie dokonane rzeczy dużo kosztowały; naprężenie stosunków, jakie sprowadziły w Europie jeszcze więcej, nareszcie to, co zostało do dokończenia, druga część dzieła, wymagała i pociągała za sobą przygotowania narażające na niemałe wysilenia skarbu. Toteż dawna równowaga budżetów lub nawet nadwyżki budżetowe przemieniły się w niedobór, mikroskopijny wprawdzie w porównaniu z niedoborami innych budżetów, lecz świadczący o wyjątkowym położeniu rzeczy. Nareszcie opodatkowanie także nieco się wzmogło. Był to powód jedynego, widocznego w całym Północnym Związku niezadowolenia, które szczególnie czuć się dawało w krajach do Prus przyłączonych i związkowych, gdzie dawniej opodatkowanie było nierównie niższe. Dawał się w całych północnych Niemczech słyszeć głos: “to dużo kosztuje”, a nawet “to za dużo kosztuje”. Ten głos najwięcej przyczyniał się do przyspieszenia zawikłań europejskich i ponaglał hr. Bismarcka do rozpoczęcia drugiej części dzieła, które raz skończone, pozwolić mogło wrócić do dawnych, korzystnych warunków skarbowych. Tak więc, jeżeli pomyślny stan pieniężny był jedną z wielkich dźwigni działania i potęgi Prus, to obawa stracenia i wypuszczenia z ręki tej dźwigni stawała się znów bezpośrednią groźbą dla pokoju europejskiego, bo ważnym dla Prus i Północnego Związku powodem dalszego naprzód pochodu.

Niepodobna tu powstrzymać się od uwagi, że kiedy w Północnym Związku narzekano na wysokość podatków, że kiedy tam skarżono się, że wielkie dokonane rzeczy i potęga państwa już zbyt wiele kosztowały, w Austrii nierównie jeszcze drożej opłacano poniesione klęski, niepewność położenia, ciągłe obawy, jednym słowem – najopłakańszy stan polityczny!

Trzy więc te czynniki państwowe: wyborna administracja i sprężysta biurokracja, potężna armia, wzorowa skarbowość, były to trzy wielkie a dostateczne powody potęgi Prus i ich przewagi w Niemczech, lecz były to zarazem trzy czynniki widocznie przeznaczone do dalszego zaborczego działania, a których istota i do­skonałość stawały się zapowiedzią dalszych podbojów i zawikłań, groźbą dla równowagi europejskiej i rękojmią dokonania jedności niemieckiej pod przewodnictwem Prus za pomocą siły, krwi i żelaza.

Lecz te korzystne warunki, w których znajdowały się Prusy, to dopiero narzędzia działania. Nie wystarcza to do spełnienia wielkiego posłannictwa, niedostateczne to do zbudowania wiekopomnego i trwałego dzieła. Do tego niezbędne są jeszcze duchowe czynniki, konieczną myśl orzeźwiająca ciało i kierująca działaniem. Toteż ten pomyślny stan Prus, który nie ukrywał w swym łonie żadnego zarodu rozkładu lub zepsucia, grzeszył jednak przez długie czasy brakiem owej orzeźwiającej i żywotnej myśli, ten brak był zarazem i stawał się z każdym dniem widocznym niebezpieczeństwem, a to niebezpieczeństwo okazywało się i piętrzyło się przed Prusami w postaci wielkiej, potężnej sprawy niemieckiej, jedności niemieckiej.

Sprawa ta była przed ostatnią wojną najpotężniejszą w Prusach bronią opozycji tak przeciw koronie, jak przeciw rządowi, w Niemczech przeciw Prusom: w jej imieniu mogły pewnego dnia połączyć się wszystkie opozycje i stać się groźne. Hr. Bismarck, polityką swoją zrobiwszy więcej w jednym roku dla tej sprawy jak cała opozycja i Narodowy Związek przez pół wieku, wyrwał jej żądło z ust i wcisnął w rękę Hohenzollerna chorągiew idei niemieckiej. I wtedy to, w to ciało doskonale zbudowane wstąpił naraz duch, który spotęgował jego siłę, wlał w nie prawdziwe życie, zarazem otoczył niesłychanie świetnym blaskiem. A jednak pomimo tego, a raczej właśnie dlatego sprawa niemiecka i jedności niemieckiej była jeszcze największym dla Prus i dla pierwszej części dzieła hr. Bismarcka niebezpieczeństwem, a to dlatego, że Prusy pod groźbą rozbicia tej pierwszej części, nie mogły się już wpół drogi zatrzymać i jeżeli nie chciały zejść z zajętego stanowiska, musiały dokończyć drugą część dzieła, nie mogły wypuścić z ręki chorągwi jedności niemieckiej i zatknąć ją musiały na ostatnim bastionie! A przecież to dokonanie drugiej części dzieła ani tak łatwe, ani tak pozbawione, szczególnie dla Prus, niebezpieczeństw nie było, abym nie miał słuszności twierdząc, że myśl i sprawa niemiecka, będąc największą siłą Prus i Północnego Związku, były zarazem dla nich jedynym groźnym niebezpieczeństwem. Pod tym względem ani Prusacy, ani hr. Bismarck nie byli już panami położenia i iść musieli naprzód pchani koniecznością historyczną, iść musieli za prądem wszechwładnego głosu publicznego, parci duchem niemieckim, chciwym jedności i patriotyzmem germańskim, którego ostatnim wyrazem była jedność. Jak przed wojną sprawa niemiecka była jedynie groźną w Prusach dla rządu, a w Niem­czech dla Prus, tak i w 1869 r. stałaby się była groźną natychmiast, już nie tylko, gdyby Prusy i hr. Bismarck sprzeniewierzyli się jej, ale nawet, gdyby na chwilę okazali chęć pozostania w status quo tak dla Prus świetnym. […]

Namiętnością, raczej ułomnością wieku, było hołdowanie sile materialnej, stąd też uznanie bezwzględne, a nawet uwielbianie czynu dokonanego, który jest zwykle bezpośrednim skutkiem siły materialnej; stąd także bałwochwalstwo pieniędzy, które są najidealniejszym dla ludzkości objawem siły materialnej, stąd nareszcie wynoszenie pod niebiosa tych, którym szczęście sprzyjało, to szczęście, które zwykle towarzyszy sile, a którego ulubieńcem był hr. Bismarck. W zapale swoim i w uwielbieniach dla siły materialnej, ludzkość zapominała o potędze siły moralnej.

A jednak to zawsze jest grubym błędem, pomyłką, obłąkaniem, braniem skutków za przyczynę. Jak pieniądz nie stworzy pieniądza, tak siła materialna niezdolna wytworzyć siły materialnej, a jak dopiero pracą dojść można do pieniędzy i bogactw, tak znów w świecie społecznym i politycznym dochodzi się do prawdziwej siły materialnej tylko za pomocą zdrowia moralnego, które jest właśnie siłą moralną. Tak jest, jeśli chcesz dociec przyczyn wielkości lub upadku państwa, to przede wszystkim zajrzyj w głąb jego społeczeństwa, a tam znajdziesz pierwiastki potęgi lub słabości, tam odgadniesz, czy ta potęga jest chwilowa lub długotrwała, tam nareszcie odszukasz prawdziwą przyczynę wyniesienia się nad sąsiadami, do którego siła materialna była tylko narzędziem, a skuteczność tego narzędzia w celach państwowych, skutkiem tylko zdrowia moralnego społeczeństwa.

Główną przyczyną potęgi i siły rzeczywistej Północnego Związku, a wyższości jego nad innymi państwami, był stan moralny jego społeczeństwa, oraz istota północnych Niemców. Stan moralny tego społeczeństwa przedstawiał niezaprzeczenie wyższość nad innymi europejskimi społeczeństwami już tym samym, że zepsucie było tu stosunkowo nierównie mniejsze, jak w innych częściach Europy. Istota zaś i usposobienie północnych Niemców zapewniały im, szczególnie pod względem politycznym, wyższość nad południowymi Niemcami, wyższość, która była zadatkiem przewagi i panowania północnych Niemców w Niemczech.

Kiedy się odczytuje dzieło Tacyta[10] o Germanach, odnajduje się główne ich rysy w społeczeństwie północnych Niemiec: to podobieństwo było szczególnie uderzające porównując społeczeństwo północno-niemieckie ze społeczeństwem francuskim tak, iż przeciwstawienie, które Tacyt chciał zrobić świata germańskiego ze światem rzymskim, zastosować można było do Francji napoleońskiej i cezaryzmu. A rzecz godna zastanowienia, jak wtedy Germanie stali groźnie i nieprzyjaźnie naprzeciw Cesarstwa Rzymskiego, tak samo Północne Niemcy stały naprzeciw Francji napoleońskiej.

Przypatrując się życiu społeczeństwa w całym niemal Północnym Związku, uderzonym się było widokiem odbijającym się niezmiernie od tego, co się widziało w innych krajach, mianowicie w południowych Niemczech, szczególnie zaś w Wiedniu. Przy nader wygórowanej cywilizacji, przy rozwinięciu zupełnym tego wszystkiego, co służy do zaspokojenia potrzeb materialnych życia, zastanawiał tam zupełny brak zbytku i przepychu, pod ciężarem których inne społeczeństwa zgarbiły się już były, a którym one tak bezwzględnie hołdowały, iż wyzuwały się dla nich z wszelkich szlachetnych uczuć, wszelkich wyższych dążeń. Społeczeństwo północno-niemieckie miało pod ręką wszystko, co potrzeba do przyjemnego, do wygodnego, nawet do zbytkownego życia, lecz tego wszystkiego nie nadużywało, nie nadużyło było jeszcze i dlatego zachowało ten hart, którego brak czuć się dawał niemal wszędzie, a który to brak był niezaprzeczenie główną przyczyną ogólnego omdlenia politycznego. Zbytek nie tylko nie był tu jeszcze bożkiem, przed którym by palono kadzidła, ale – przeciwnie – był on złem, którego się wystrzegano. Zepsucie zachodnie nieznane prawie tutaj, a jeżeli ukazywało się od czasu do czasu, pod tym lub owym kształtem, to miało cechy zamiejscowe, było przejeżdżającym, ale ustalić się nie zdołało i nie zapuściło korzeni w grunt nader dla niego niewdzięczny. […]

Widok, jaki przedstawiał Berlin i cały Północny Związek, podobny był do Rzymu, kiedy zabory jego ograniczały się do Italii i kiedy nie przeniosły się jeszcze do niego ani bogactwa Kartaginy, ani wykwintność grecka, ani przepych azjatycki. Ta sama tu, co i wówczas tam panowała prostota obyczajów, uczciwość i sumien­ność, niemal śmieszne wobec ogólnego zepsucia; pracowitość nie znużona i dokładna i ta nad wszystkie największa, najdzielniejsza cnota, której brak był już coraz widoczniejszy w innych społeczeństwach, a która zowie się, a raczej zwała się dawniej – patriotyzmem. Nie było tam wyzyskiwania sprawy publicznej dla prywatnych korzyści, nie było ministrów i dygnitarzy wzbogacających się na urzędach, nie było szafowania groszem publicznym; zepsucie i sprzedajność nie były tam środkami rządzenia. Tyle wstrzemięźliwości w wieku tak wyuzdanym, tyle oszczędności w wieku tak rozrzutnym, tyle miary i uczciwości w wieku tak chciwym, godne są podziwu i doprowadzić muszą do przekonania, że to społeczeństwo pod względem obyczajowym wyższym było od innych europejskich społeczeństw dlatego, że mniej od nich było zepsutym, i że ta wyższość była pierwszą przyczyną jego przewagi politycznej.

Jeżeli w obyczajach, w zabawach dostrzegliśmy wielką prostotę i skromność, to znów w interesach panowała sumienność a brak lekkomyślności. W ogóle robiono tam tylko interesy tak nazwane pewne, oparte na rzeczywistej podstawie. Znaczne były przedsiębiorstwa, lecz nie było – jak gdzie indziej, szczególnie w Wiedniu – chorobliwej gorączki interesów; tam więcej ceniono pracę, w Wiedniu więcej pieniądze, toteż tam były poważne przedsiębiorstwa, w Wiedniu szalone spekulacje. W północnych Niemczech – było to odznaczającym je znamieniem – gra giełdowa, gra na różnicę, a więc najstraszniejsza z gier, najbardziej szerząca zepsucie, nie przybrała była tych rozmiarów, które widzieliśmy gdzie indziej, szczególnie w stolicy Austrii. […] Zajmującymi pod tym względem byłyby statystyczne porównania, które niezawodnie wykazałyby, że w Północnym Związku stosunkowo mniej nierównie było rocznie bankructw, jak w południowych Niemczech, szczególnie w Austrii. Były to skutki charakteru narodowego, lecz właśnie w nim szukać wypada przyczyn upadku lub pomyślności i przewagi północnych Germanów w wielkiej ojczyźnie germańskiej.

Umysły były tu poważne, usposobienia stałe i zimne jak klimat, nie było tu wielkiego dla wyobraźni pokarmu, nic tu nie pobudzało do marzeń, wszystko do głębszego i poważnego zastanawiania się. Praca była tłem życia; nie była ona jedynie środkiem do dopięcia uciech życia, ale była sama dla siebie celem. Ciężkie to było społeczeństwo jak skała; ale jak skała silnie w swej podstawie osadzone. Jak już to zauważyłem, ogólna służba wojskowa niemały wywarła wpływ, nadając hart oraz zdrowie. Jeżeli gdzie indziej tysiące rozrywek, zabaw, wykwintnych i sztucznych wymysłów, niezdolne już były zaspokoić żądzy uciech, to tu społeczeństwo niezawodnie nie bawiło się, ale co ważniejsze – umiało się nudzić; ten zaś tylko dopina celu, który dla osiągnięcia go nudzić się umie! Nie było to społeczeństwo już przeżyte! Praca nie nużyła, ale zajmowała; umysły zaś były głównie zajęte sprawami publicznymi, polityką, wojskowością, poważnymi rzeczami. Te obyczaje, te rysy uwydatniały się nie tylko w zabawach, ale także w sztukach pięknych; było dla nich tylko konwencjonalne uszanowanie, nie było zapału, nie było tego uwielbienia, którym odznaczają się społeczeństwa wykwintne a zwykle już na wpół zepsute. Sztuki piękne tu nie kwitły, ale miały zapewnione dla siebie miejsce. Społeczeństwo to, w którym kobieta nie stała się bynajmniej przedmiotem zbytku, a w którym piwo było główną potrzebą życia, musiało być i było w samej rzeczy ciężkie, poważne, cnotliwe, ale przede wszystkim okropnie nudne.

Rzecz godna uwagi, te rysy charakteru narodowego słabły, ta cnota germańska psuła się, te obyczaje rozwiąźlejszymi się stawały im więcej szło się od północy na południe. Widocznym to już było w samym łonie Północnego Związku, we Frankfurcie i krajach nadreńskich, widoczniejszym się stawało w Wielkim Księstwie Badeńskim i w Bawarii, różnica zaś była krzyczącą w Wiedniu, a dopiero porównując obyczaje i sposób życia w Berlinie i w Wiedniu spostrzegało się tysiące przyczyn przewagi pruskiej. Porównanie to razem doprowadzić musiało do przekonania, że z istoty rzeczy, że z powodu wyższości charakteru społecznego i politycznego przeznaczeniem północnych Niemców było panować nad innymi, południowych bawić się.

Dodajmy do tego, że społeczeństwo północno-niemieckie nie ukrywało w swym łonie żadnych zbyt groźnych zagadnień ani państwo zbyt naglących wewnętrznych spraw politycznych. Niezadowolonych z urzędu nie było, nie było ludzi, którzy by bawili się w opór lub wywrót. Społeczeństwo to było na wskroś demokratyczne; republikanizm, jednak leżący na dnie myśli demokratycznej i będący tym ideałem, z którym najczęściej demokracja się rozmija, nie dojrzał tu jeszcze wcale. Byli i tu oczywiście, jak wszędzie, niechętni, zawistni, zazdrośni, zepsuci, krewcy i ludzie bez czci i wiary, słowem były i tu nieodłączne od istoty ludzkiej złe namiętności; lecz północne Niemcy miały klapę bezpieczeństwa w corocz­nym wychodźstwie do Ameryki, za pomocą którego wyrzucały z siebie rok w rok zarzewia choroby, najniebezpieczniejsze żywioły, bo te, które nie mogły znaleźć wygodnego umieszczenia w ojczyźnie. Ameryka dla Północnego Związku była Gujaną lub Sybirem uprzedzającym bez ohydy wygnania, przeciwnie z całym urokiem nadziei lepszej tam przyszłości!

Uczucie religijne nie było zbyt silne w tym społeczeństwie i mogłoby to się stać kiedyś pierwszą przyczyną upadku; racjonalizm w rzeczach wiary i obojętność religijna mogły być szkopułami; jednak ten brak głębszego uczucia religijnego nie psuł jeszcze dźwięku zgody i równowagi w północnych Niemczech, przecież cnotom zbywało już na silnej religijnej podstawie, cnoty nie były wynikiem wyższych duchowych pobudek, ale czysto ziemskich, były – że tak powiem – cielesne. Społeczeństwo to odznaczało się obojętnością religijną, widocznie przejęte było tą prawdą, że panowanie jego jest z tego świata. Nie było ani zapału, ani zagorzałości religijnej, ale nie było też – jak w Wiedniu – bezrozumu niedowiarstwa; nie było, jak tam, nienawiści do cudzych przekonań, nie było także zbytniego przywiązania do własnego; nie było nabożności, ale nie było także bezbożności. Widzieć można było nieraz po wsiach pracujących w polu w niedzielę, jakby w Paryżu, ale za opłaceniem się policji. Jednak nie było zaparcia się lub wyzucia zupełnego z religii, przeciwnie była nawet praktyka religijna; ale religia jak zegarek, służyła tylko do uporządkowania życia.

Skończę uwagą, że to społeczeństwo, które doszło do tak wysokiego stopnia pomyślności nie dostało zawrotu głowy, że skromność i trzeźwość były jego znamionami, że tak jak wojsko skromniejszym ono było po, jak przed zwycięstwem, a dojdziemy do przekonania, że miało się do czynienia nie tylko z siłą materialną, ale także z siłą moralną, nie tylko z potężnym państwem, ale z zahartowanym, zdrowym, pełnym siły i soków żywotnych narodem, i że jego moc materialna była tylko wynikiem warunków moralnych, w których się znajdowało; zarazem zwiększy się w naszych oczach niebezpieczeństwo, które stąd groziło światu i równowadze europejskiej oraz pewność, że przeznaczeniem północnych Niemców było zapanować nad Niemcami.

Ogromne to ciało tak czerstwe i silne, które się zwało Północnym Związkiem Niemieckim, ożywione było od głowy do stóp wielką myślą narodową, myślą jedności narodowej i zespolenia całych Niemiec w potężną całość, która nie tylko nie potrzebowałaby obawiać się niczego od obcych i sąsiadów, ale która – przeciwnie – pisałaby prawa innym narodom i państwom. Myśl ta, myśl wielkiej ojczyzny coraz więcej rozkrzewiała się i zakorzeniała w umysłach, a polityka hr. Bismarcka i osiągnięte już skutki wpoiły w większość przekonanie o możliwości ziszczenia się jej i osiągnięcia świetnej przyszłości, zespoliły wszystkich, stronnictwa i kraje, w idei niemieckiej i przewadze niemieckiej. To poczucie posłannictwa do spełnienia, to dążenie Północnego Związku do przewagi w jedności, było niezaprzeczenie szczególne w chwili, kiedy inne narody i państwa żyły z dnia na dzień, bez wytkniętego celu, bez polityki daleko sięgającej, siłą, która już sama przez się zapewniała mu wyższość w Europie. […]

Do wielkich czynów, do wielkiej roli, do przywództwa i posłannictwa nie wystarcza rozum polityczny, trzeba jeszcze, żeby ten rozum spoczywał w mężu, w owym mężu określonym łacińskim wyrazem vir. Cóż zaś stanowi na wielkiej widowni świata rzymskiego męża, oto wcielenie się w niego wyższego uczucia, wyższej myśli, wzniosłego pojęcia, wcielenie się w niego Rzymu, ojczyzny; tym dopiero wcieleniem człowiek staje się silnym, a stać się może wielkim. Ludwik XI, Richelieu, Ludwik XIV, Napoleon I[11], mają ujemne, straszne, oburzające strony; lecz historia im je przebacza, lecz te postacie mają w sobie pociągającą siłę i pozostaną na wieki wielkimi pomimo błędów i upadków, bo ci ludzie umieli wcielić w siebie Francję, jej byt i wielkość. Na tym spotęgowanym uczuciu zbywało Napoleonowi III, nie wcielił on w siebie Francji, wcielił tylko napoleonizm. Francja była dla niego instrumentem, na którym przez długi czas wybornie grał; nie była dla niego ideałem, ideałem był napoleonizm. Miał więc ten człowiek rozum, nie miał niezbędnej do wielkich rzeczy siły, był politykiem, dyplomatą, imperatorem nawet, nie był mężem, tym mężem, który by umiał zarówno w szczęściu, jak w nieszczęściu utrzymać w ręku chorągiew wielkiego narodu i oprzeć się na uczuciu dumy narodowej, które jedynie, jeżeli nie od upadku, to od sromotnego ochrania końca. Rzecz godna uwagi, wobec współczesnych upadek Napoleona III nie był upadkiem władcy Francji, ale ks. Ludwika Napoleona, który chwilowo tak wysoko się był wzniósł. Takie postacie mogą wznowić, niezdolne ustalić dynastii ani zapewnić zwycięstwa połączonej z nią zasadzie; ich upadek jest zwykle stanowczym ciosem dla ich wielkości i w samej rzeczy upadek tego człowieka nie ma w sobie ani wspaniałości upadku bohatera, ani tragiczności końca imperatora rzymskiego, ani dzikiej obrazowości upadku azjatyckiego monarchy, ani wymówki końca zwykłego człowieka, jest to raczej koniec podobny do rozwiązania współczesnego dramatu, które ani widzów zadowala, ani czyni zadość moralnemu zmysłowi. Zapomniał Napoleon III o słowach matki Napoleona I: upadek jest niczym, kiedy koniec jest szlachetny; upadek jest wszystkim, kiedy koniec jest nikczemny. Nie upadł on pod statuą Pompejusza; nie zginął z ręki niewolnika, nie spłonął na stosie wśród nałożnic i klejnotów; lecz ze zgasłą już w sercu wszelką wiarą, depcąc ostatnim czynem wszystko i własną godność, oddał się w ręce nieprzyjaciela nie będąc już nawet zdolnym ocenić całego nadmiaru hańby, którą się w tej chwili okrywał. Dla świata, dla Francji, dla historii upadek był też ostateczny, stanowczy. Przyszła więc chwila, w której zabrakło w Europie tego człowieka. który tak długo, tak wielkie w niej zajmował miejsce; chwila niegdyś z trwogą przez wszystkich oczekiwana; i rzeczywiście po klęsce sedańskiej ujrzeliśmy wielki znak zapytania, wznoszący się nie tylko przed pytaniem co się stanie z Francją, ale co się stanie ze światem. Próżnia była wielka, bo bądź co bądź niemałe miejsce zajmował ten człowiek w świecie, przeważne stanowisko, które mu Europa sama przyznawała i które poniekąd zdobył był sobie tym głównie, że stanął na czele wielkiego, z wielką przeszłością narodu. Francja, szczególnie Francja napoleońska, wznieciła tyle obaw i tyle nadziei, że jej upadek musiał wprawić w osłupienie świat i sprowadzić przewrót, większy może jeszcze we wszystkich pojęciach, jak we wszystkich stosunkach. Brak tej Francji długo jeszcze da się czuć.

We Francji, w Paryżu, wiadomość o klęsce sedańskiej ten miała skutek, że wywróciła natychmiast cesarstwo, a raczej, że się cesarstwo samo wywróciło; napoleonizm, upokarzający siebie i Francję, w jednej chwili stracił powód bytu, wywrót okazał się niemal zbyteczny, w powietrzu rozlane już było poczucie niepodobieństwa imperializmu; upadł też w Paryżu nawet bez łoskotu, bez oporu, bez wysilenia ze strony narodu, nie upadł, ale skonał; nikt go nie zabił, żyła sercowa napoleonizmu pękła pod Sedanem. Przewrót na ulicach Paryża, w gmachu ciała prawodawczego, w gmachu miejskim, odbył się bez rozlewu krwi, bez najmniejszych oznak siły z jednej i z drugiej strony; nowy rząd powstał jedynie w następstwie tego prawa, że przyroda nie znosi próżni. W takiej chwili tylko republikanie mogli być dość zarozumiali i dość bezsumienni, aby uchwycić władzę, aczkolwiek niewątpliwie położeniu rzeczy odpowiadała jedynie dyktatura: lecz dyktatury nie ogłasza się na ulicy, do dyktatury trzeba dyktatora, a ten się nie znalazł. Ogłoszono więc rzeczpospolitą, a raczej obwołano ją, nie jako symbol jakiej nowej zasady lub siły, lecz przypadkowo, bo stronnictwo republikańskie najgłośniej krzyczeć umiało. Rzeczpospolita była na ustach, nie zaś w sercu lub duszy narodu; nie był to okrzyk z piersi Francji wyrywający się, było to przypadkowe hasło. Rzeczpospolita miała też znamiona rządu tymczasowego.

Trudno zaiste dopatrzyć się tak we Francji, jak w całym europejskim społeczeństwie warunków potrzebnych, niezbędnych, do ustalenia się rzeczypospolitej, i mówię to nie dlatego, abym się kierował mniejszym lub większym pociągiem do tego lub owego kształtu rządu, ale dlatego, że przekonany jestem, iż Europa nie jest przygotowana do zniesienia republikańskiego, i że on niezdolny jest jeszcze wzmocnić podwalin naszych społeczeństw, zapewnić ładu i prawidłowego rozwoju cywilizacji i swobód. Małą też mam wiarę w przyszłość tego kształtu rządu w Europie, w jego zbawienność dla Francji. Monteskiusz już zauważył, że pierwszym warunkiem ustalenia się rzeczypospolitej jest cnota, tylko cnotliwe społeczeństwa zdolne są znieść ten rząd; nasze społeczeństwa zepsute do szpiku kości, mogą go zaprowadzać, nie ustalą go jednak. Lecz pod zasłoną rzeczypospolitej, tego pięknego ideału, zapanować by mogły chwilowo wszystkie od dawna wrzące w naszym starym świecie namiętności, nienawiści, żądze i zalać Europę. Ten potop dużo by zniszczył, nic by nie rozwiązał. Demagogia nad Sekwaną, republikanizm we Włoszech, anarchiści i socjalna demokracja wszędzie, mogłyby sobie łatwo podać ręce, a wtedy naprawdę przyszłoby zapłakać nad współczesną cywilizacją. A nie ma co się łudzić, w Europie jedynie demagogia i socjalna demokracja mogłyby wlać w formę republikańską nowe życie, nowe namiętności, nową siłę; dawna bowiem moc, dawne myśli i namiętności republikańskie już się przeżyły i przepaliły, są to czcze słowa bez duszy! Dawny republikanizm to mumia, tak jak legitymizm. Czyż dzisiejsza rzeczpospolita francuska nie jest jakby bladym tylko odblaskiem przeszłości, jakby odgrzaną strawą, jakby źle odświeżonym portretem z ostatnich lat osiemnastego stulecia? Nic w niej doprawdy nowego ani samorodnego, nic co by przyszłość rokowało, żadnej oznaki siły, nawet tej wrzącej srogiej siły, która niszczy, lecz i zapładnia. Bez siły, bez woli, bez chęci do apostolstwa, nie stała się nawet zaraźliwą, nie znalazła odgłosu i w tych sąsiednich krajach, w których wyjątkowe okoliczności zdawały się temu najlepiej sprzyjać. W tej bierności, w tym wyzuciu się z wszelkiej myśli wpływu tkwi zaparcie się ducha francuskiego. Powodem bytu Francji jako potęgi, drogą jej istoty, tajemnicą jej siły, było właśnie apostolstwo, działanie na zewnątrz i rozpościeranie wpływu myśli francuskich. Zasadą i treścią dzisiejszego republikanizmu francuskiego, zasadą tego stronnictwa, które przyszło do władzy, była demokracja pokojowa, a godłem – każdy u siebie, każdy dla siebie. Był to więc początek innej zupełnie Francji, Francji zmieniającej swoją istotę. Francji upadłej.

Na razie najlepszym rządem był ten, który by zdołał zmniejszyć rozmiary klęski, który stawiłby czoło nieprzyjacielowi lub zaszczytny zawarł pokój. Jedyny to był powód bytu rzeczypospolitej w 1870 r., jedyna ożywiająca to ciało myśl; słusznie też rząd tymczasowy przyjął nazwę rządu obrony narodowej. Ten jedyny cel, ten wyłączny powód bytu, nakreślić był winien krótką metę rzeczypospolitej. Poza tym wielkim, lecz chwilowym celem, rzeczpospolita nic nie przedstawiała, nic wzmacniającego nie mogła dać Francji. Nie ogłoszono jej jako godła nowych myśli, nowych zasad, nowego porządku rzeczy w świecie, nowego posłannictwa Francji, ogłoszono ją wyłącznie dla obrony narodowej, nie dlatego, aby dawała pod tym względem większe rękojmie powodzenia i przedstawiała warunki siły i zwycięstwa, ale dlatego, że w poprzednim stuleciu pierwsza rzeczpospolita zasłoniła Francję przed obcym najazdem; chwycono się więc niejako rzeczypospolitej przez porównanie. A przecież różnica wielka, niesłychana między pierwszą a trzecią rzeczpospolitą tak pod względem duchowym, jak i materialnym. Pierwsza rzeczpospolita czuła się brzemienna nowymi wielkimi myślami, silna postanowieniem zwalenia starego porządku, była ona słońcem rozżarzonym, które paliło, lecz którego promienie dosięgały całego obwodu koła, a tym kołem był świat cały; była fanatyczna i okrutna jak apostoł żołnierz; wojskom nieprzyjacielskim, które zagrażały Francji, mężnie stawiła czoło, a zajęła im tyły hufcami nowych zasad i w tym tkwiła jej siła duchowa; siła ta i postrach wywrotowy poruszyły zastępy, poruszyły nowe wówczas tłumy ludowe i rzucały je na nieliczne regularne najemne wojska zespolonej starej Europy; powstał nowy sposób prowadzenia wojny, który obrócił się na korzyść Francji, a popłoch rzucił w szeregi nieprzyjacielskie. Trzecia rzeczpospolita nie przedstawiała żadnej ogólnej myśli, przedstawiała wyłączny interes francuski, do posłannictwa niezdolna, nie tylko nie marzyła, ale nie chciała przekraczać granicy i w samej rzeczy, z czym by ją przekroczyła, z jakąż nową zasadą, która by już nie była znaną za Renem? Zaraz na wstępie, dla wyparcia Niemców z Francji, nie odwołała się do zapału narodu, lecz próbowała użyć rozumowania filozoficznego, zasad demokracji pokojowej, wymowy swoich wieszczów i swoich filantropów. Jej celem był pokój, który by jej nie obalił, a potem? A potem każdy u siebie, każdy dla siebie! Nie ona to, ale hr. Bismarck poruszył zastępy za pomocą myśli niemieckiej i wyćwiczone rzucił na Francję niezliczone, sfanatyzowane, które stanęły pod Paryżem. Rzeczpospolita nie była dźwignią dla Francji, nie stała się też zbawieniem dla niej, odrodzeniem dla Europy, nic ona nie mówiła, była to kamienna statua, która nie zawierała w sobie zagadki przyszłości. Tę przyszłość zakrywał tymczasem dym bitew staczanych pomiędzy Renem i Sekwaną. Dla Francji w owej chwili znaczenie miał tylko rząd obrony narodowej[12].

Zwykle klęski, nieszczęścia, szczególnie wielkie z zewnątrz grożące niebezpieczeństwa skupiają naród około istniejącego rządu, a wiedzie go do tego zbawczy zmysł zachowawczy; wielkie narody wśród wielkich klęsk nie opuszczały władzy lub dowódców, nie zmieniały rządu, przeciwnie – w ściśniętym około niego stawały szeregu. Inaczej – niestety! – stało się we Francji czy to wskutek zmienności i lekkości usposobienia narodowego, czy wskutek politycznego upadku, czy też ohydy, którą się władca okrył; Francja wśród największych zewnętrznych niebezpieczeństw przejść musiała przez przewrót polityczny i zmianę rządu. Taka konieczność, bez względu na jej przyczyny, nie jest oznaką zdrowia, a jest zawsze klęską. Taka zmiana pociągnąć musi za sobą zamieszanie w zarządzie, w społeczeństwie, w całym ustroju, nawet w kraju tak przyzwyczajonym do wywrotów jak Francja. Taka zmiana rozognia wewnętrzne waśnie i otwiera wrota zabiegom nieprzyjaciela; daje mu sposobność mieszania się do wewnętrznych spraw państwa.

Skoro rzeczpospolita ogłoszona została, Bismarck począł się zwracać w stronę napoleonizmu. Przypuściwszy jednak konieczność zmiany rządu, nie można zaprzeczyć, że smutnym objawem było ujęcie w takiej chwili władzy przez tych właśnie ludzi, którzy weszli w skład rządu. Nie było więc wyboru, jak tylko między więźniem spod Sedanu a Gambettą i Rochefortem[13]?! Rochefort, jakby dla pozostania wiernym zadaniu paszkwilisty, skoro dostał się do władzy, stał się umiarkowany; lecz podobne zwroty o niczym nie świadczą, tylko o małej wartości tych, którzy ich dokonują. Dość było przypuścić mutatis mutandis, iżby ludzie tej miary, tej szkoły, tej wiary, co Gambetta i Rochefort, a nawet Jules Favre[14], w stanowczej chwili przyszli u nas do znaczenia i władzy, aby mieć jasne wyobrażenie o smutnym ówczesnym położeniu Francji. Nieszczęśliwy kraj, który na nic lepszego zdobyć się nie mógł!

Chętnie bym odwołał ten sąd, gdyby zdołali byli wyrwać Francję z przepaści lub nawet ograniczyć rozmiary jej klęski. Czynów było mało, za to wielka obfitość słów i to słów bez siły, bez wiary, nie było w nich nic orzeźwiającego; to nie był ryk budzącego się lwa. Nie mieli ci ludzie dzikiej, samorodnej, porywającej wymowy trybunów pierwszej rzeczypospolitej. Puste, mało znaczące, acz wiele obejmujące były ich okólniki i odezwy! Urojeń i marzycielstwa było tam zbyt wiele na takie czasy i to w zapasach z najpraktyczniej­szym i nieczułym przeciwnikiem i z żelaznym Bismarckiem, którego niezawodnie nie mógł powstrzymać “obraz zniszczonej stolicy świata” ani rozczulić widok “wśród gruzów wnuka Wiktora Hugo u piersi mamki”.

Co się nas Polaków tyczy, winniśmy przecież oddać słuszność ludziom stojącym wtedy u steru we Francji; pierwszy to bowiem rząd, który miał odwagę nie łudzić nas, który, nie chcąc i nie mogąc nic dla Polski zrobić, nie chciał przyjmować usług i krwi Polaków. Wielka to zasługa i dowód uczciwości. Względy dyplomatyczne nakazywały niezawodnie podobne postępowanie, był w nim przede wszystkim objaw zwrotu w usposobieniu Francji, wskazówka, że Francja zrzeka się tego posłannictwa na zewnątrz, które nie zawsze spełniała, które jednak zawsze dotąd przedstawiała. U siebie i dla siebie – oto było godło przyszłej Francji, która miała ostać się po wojnie, Francji, która już wychylała czoło przy końcu Drugiego Cesarstwa, Francji jeszcze bogatej, przemysłowej, handlowej, ale już bez wpływu i potęgi na zewnątrz, Francji zrzekającej się swego dziejowego stanowiska politycznego w Europie. […]

Napoleonizm w swym rdzeniu zabity upadł. Czy chwilowo Bonaparci nie mogli powrócić do władzy; w takich czasach trudno było nawet i o tym nieprawdopodobieństwie zupełnie wątpić; wielkimi jednak musiałyby być nieszczęścia wewnętrzne Francji, wielkimi zatargi i bezrząd, brak ludzi i sił żywotnych lub może żądza pokoju, aby szukała dobrowolnie w cesarzu albo regencji deski zbawienia. Trudno się jednak już było łudzić, jakikolwiek wzięłyby wypadki obrót, jakakolwiek czekała po nich nieszczęśliwą Francję przyszłość, klęska jej była wielka, jej stan wewnętrzny już był upadkiem. Wypada się nad nim zatrzymać, tym więcej, że upadek polityczny Francji wywrzeć musiał wpływ na polskie stosunki, przede wszystkim na polskie pojęcia i wyobrażenia. Rzecz godna uwagi, oto, że Francuzi w nieszczęściu, w chwilowym nieszczęściu, wśród którego my już od przeszło stu lat żyjemy, okazali się tak wielce podobni do nas. Uderzająca jest tu tożsamość, począwszy od lekkomyślności i nieograniczonej wiary, a raczej zarozumiałości we własne siły, zarazem rachowania na obcą pomoc, a skończywszy na nieporadności, na przechwałkach, na – wśród największej niedoli – upajaniu się mylnymi wieściami o zwycięstwie lub podnoszeniu drobnych korzyści do wielkiego znaczenia i łudzeniu siebie w nadziei oszukania innych!

Wiele słyszeć można było o upadku, o zepsuciu obyczajów we Francji; zaprzeczyć zepsucia obyczajów niepodobna; było ono wprawdzie tam bardziej krzyczące, widoczniejsze, a mniej obłudne jak w innych krajach, ale nie wiem doprawdy czy było większe; z wyjątkiem północnych Niemiec, wszystkie kraje i narody szły pod tym względem na wyścigi z Francją, chociaż i w tym nie zdołały jej prześcignąć. Kto znał jednak Francję, ten wie dobrze, że obok wielkiego zepsucia było tam jeszcze wiele dobrego, wiele zdrowia, że obok rozpustnego i lekkiego społeczeństwa było inne, poważne, pełne cnót. Nie można też przypisywać klęsk i upadku jedynie i wyłącznie zepsuciu. Jest inna uderzająca przyczyna upadku, przyczyna polityczna. Jak Polskę zabiła anarchia, tak Francję podkopała rewolucja; anarchia w Polsce była ciągłą, nieustającą, rewolucja stała się stanem chronicznym Francji. Nie w czym innym, jak w chwiejności stosunków politycznych, w niestałości rządów od pierwszej rewolucji szukać należy przyczyn osłabienia Francji. Podczas gdy cała Europa, gdy wszystkie wokół Polski istniejące państwa szukały siły we wzmocnieniu władzy i rozwinięciu zasobów państwowych, Polska podkopywała w siebie władzę, powstrzymywała wszelki rozwój państwowy; podczas gdy inne państwa szukały w ładzie politycznym bezpieczeństwa, ona pogrążała się w swawoli. Od pierwszej zaś rewolucji, podczas gdy inne państwa postępowały drogą reform nie zmieniając jednak kształtu rządu, nie podkopując w korzeniu zasady władzy, Francja przeciwnie, pozostała na raz obranej drodze rewolucyjnej i rzadko miała rząd stały, częściej stronnictwa, które były chwilowo u steru. Tliła się w niej ciągła walka o władzę, a wśród tego tlenia zgorzało pojęcie o niej. Nie było we Francji opozycji rządowej, była opozycja przeciw rządowi; nie było opozycji nadzorującej i czuwającej, była dążąca do obalenia istniejącego porządku rzeczy, pchająca rząd do błędów, szczęśliwa z nich bez uwagi na krzywdę i szkodę Francji; nie naprawę, nie polepszenie istniejących urządzeń miały na oku każdorazowe opozycje, ale zmianę rządu z pominięciem interesów Francji. W następstwie tego widzieliśmy w ciągu osiemdziesięciu lat jedenastą rewolucję, jedenastą zmianę rządu; przeszła więc była Francja w tak krótkim okresie czasu przez jedenaście rewolucji mniej lub więcej krwawych i stanowczych, nie licząc zaburzeń i podrzędnych zmian. Trzeba było zaślepienia, wielkiej wiary w żywotność tego pełnego zalet narodu, żeby nie spostrzec, że ustalenie rewolucji, że ciągła niestałość stosunków politycznych musi stopniowo doprowadzić do upadku, jeżeli już nawet upadku nie była oznaką. W całej historii nie napotykamy na podobny przykład chwiejności stosunków politycznych, a tam gdzie taką napotykamy, choć nie w takim stopniu, była ona zawsze oznaką nachylenia się do upadku państw i narodów. Rzym zmieniał co chwila nie kształt rządu, ale rządców, lecz wtedy dopiero, gdy upadał. Nie ma w świecie politycznym tworu dość silnego, aby mógł wytrzymać tak liczny szereg wstrząsów. Nie dziwić się, że one osłabiły Francję, raczej podziwiać wypada żywotność i siłę narodu francuskiego, który mógł przetrwać i przeżyć tak zabójczą chorobę. Nieustające zmiany polityczne, rozpoczęte pierwszą rewolucją, wyrobiły w narodzie skłonność do tych zmian; nie zepsucie obyczajów, ale owa skłonność rozstroiła społeczeństwo francuskie, zabiła w nim wiarę w rząd, we władzę. Ideałem Francuzów stał się jakiś urojony rząd, raczej rząd ich urojeń, ideałem, którego nigdy osiągnąć nie mogli. Ustało zaufanie rządzących do rządzonych, rządzonych do rządzących; najgorszym był zawsze rząd, który był, najlepszym ten, który miał istniejącego miejsce zająć. Wskutek tego, każdy rząd we Francji musiał najpierw myśleć o sobie, jak o Francji, najpierw o ustaleniu i utrzymaniu się, jak o bycie, potędze i interesach Francji; wewnątrz używać musiał nieraz sztucznych środków, zgubnych leków oddziałujących szkodliwie; na zewnątrz zaś, chcąc dogodzić wrodzonej Francuzom skłonności, szukał i ubiegał się raczej za olśniewającymi wypadkami, jak za rzeczywistymi dla Francji korzyściami; dochodziły rzeczy nieraz do tego, że zewnętrzną polityką rządzono wewnątrz. Stronnictwo rządowe, słudzy istniejącego porządku rzeczy, wciąż niepewni jutra nie czuli się u siebie, czuli się raczej w komornym, i przychodziła chwila, w której więcej o siebie, jak o Francję dbali, bo człowiek jest słaby. Z wolna patriotyzm stronnictw zaczął zastępować patriotyzm francuski. Wpływ takiego stanu rzeczy musiał zgubnie, rozkładowo działać; z każdym rokiem, z każdym dniem, pogarszał się on i stawał się coraz widoczniejszy, szczególnie przy końcu Drugiego Cesarstwa; on to popchnął po części cesarza pod Sedan nie pozwalając mu wrócić do Paryża, on go wtrącił wraz z Francją w przepaść.

Francja politycznie wpływowa, Francja na zewnątrz potężna, opiekująca się słabymi, chciwa sławy i przewagi, ta Francja, jeżeli nie na zawsze, to na długie lata upadła we wrześniu 1870 r.; tę Francję przedstawiał napoleonizm, a pod Sedanem popełnił napoleonizm samobójstwo. Po tylu klęskach i stratach wobec zjednoczonych Niemiec, wobec Rzymu w rękach zjednoczonych Włoch, Francja musiała zrzec się bezpośredniego na Europę wpływu; z upadkiem owej Francji, która pod Sedanem poddała się, skończył się wpływ polityczny Francji, zaczęły się jej nowe z Europą stosunki; polityczne stanowisko jej zmalało. Nie przypuszczam jednak, aby miał się skończyć wpływ jej wykształcenia i jej wyobrażeń; na to za wielką jest jej przeszłość, zanadto dziś jeszcze jest ona bogata. Grecja choć upadła politycznie, opanowała swoim wykształceniem nawet zwycięski Rzym; Rzym upadł, a duch jego stał się podstawą nowego świata i dziś jeszcze ileż jest rzymskiego w naszym wykształceniu, w tym, któremu Francja przewodniczyła. Powierzchowne tylko cywilizacje giną z osłabieniem państw, które je przedstawiały; żywotne, pełne treści, są nieśmiertelne. Narodom i państwom można zadawać srogie ciosy, nie można zabić ich duszy. Wskutek błędów Francja mogła upaść politycznie, ale jej duch, jej wykształcenie, jej wyobrażenia, długo jeszcze pozostaną w świecie, jeżeli nie wszechwładnymi, to przeważającymi. Polityczna zaś przewaga przechodziła wtedy w ręce Niemiec. Taka przewaga narodu lub państwa nie jest nowością w historii; lecz nowym byłoby zjawiskiem, żeby ten sam naród po dwa razy do niej dochodził, bo zjednoczone Niemcy mogłyby się stać równie potężne, jak Cesarstwo Niemieckie za Karola V[15].

Ta zmiana punktu ciężkości potęgi politycznej wywrzeć musiała wpływ nie tylko na stosunki europejskie, ale na przebieg dziejowy; nastąpić musiało inne ukształtowanie się interesów, a zmiana odbiła się także na nas, na naszych pojęciach, wyobrażeniach i polskich warunkach życia.

Z boleścią, z uczuciem zawiedzionych nadziei widzieliśmy upadek Francji, która była wpływowa w Europie, która dążyła do coraz większej nad nią politycznej przewagi, Francji chciwej chwały, sprzymierzonej z wszystkimi słusznymi sprawami. U nas poczucie łączności z istoty położenia było zawsze silniejsze, jak we Francji. We Francji, pomimo współczucia i dobrych chęci, poczucie to nie było dość silne, potrzeba rozwiązania sprawy polskiej nie dość zrozumiana, aby wywołać czyn. A jednak w 1870 r. okazało się, że polityka francusko-polska, na której od rozbioru opierała się u nas zdrowa część narodu i budowała jedynie nadzieje wskrzeszenia Polski, nie była pozbawiona prawdy nie dlatego, że naszym marzeniom dogadzała, ale dlatego, że odpowiadała interesowi Francji, ustaleniu jej wpływu i potęgi w Europie.

Od ostatniego rozbioru Polski i rewolucji francuskiej, napoleonizm głównie, nawet wyłącznie przedstawiał wielkość, działalność, wpływ i potęgę Francji na zewnątrz. Dla Polaków też z wszystkich we Francji rządów przedstawiał najwięcej rękojmi rozwiązania sprawy polskiej i w samej rzeczy on jeden coś dla niej zrobił, on jeden szczerze chciał dużo zrobić. Pierwsze cesarstwo powołało nas do życia i stworzyło Księstwo Warszawskie; szczęśliwe zakończenie wojny rosyjskiej byłoby niewątpliwie wzmocniło i rozszerzyło rzekomą tę budowę. Napoleon III był monarchą, który najwięcej myślał i najszczerzej pragnął rozwiązać sprawę polską, choć nic nie umiał i nic nie zdołał dla niej zrobić, nawet przyczynił się do jej klęski. Napoleonizm i sprawa polska ściśle z sobą złączone, równą stało się dla nich klęską nie rozwiązanie tej ostatniej. Sromotny upadek napoleonizmu był ciosem dla polityki francusko-polskiej. Dla mnie Sedan był epilogiem 1863 r. Wtedy to już napoleonizm zrzekł się swojego stanowiska, wtedy poniósł klęskę i wtedy też już wyrwały się mi z piersi złowrogie dla cesarstwa przepowiednie, które prędzej ziściły się jak mniemałem. Wtedy to polityka francusko-polska stanowczy poniosła cios, od tej chwili odwet był trudny, z każdym dniem stawał się mniej prawdopodobny; od tej chwili poplątały się sprawy świata, tak iż wszystkie ich nici stopniowo zaczęły wypadać z rąk Francji; można jeszcze było przypuszczać, że Francja pochwyci je i zawiąże na nowo łącząc się z Austrią i łącząc sprawę austriacką ze sprawą polską; lecz Francja już nawet o tym nie myślała, marzyła co najwięcej o przy­wróceniu wpływu Austrii w Niemczech, a polityka francusko-austriacko-polska rozwiała się ostatecznie w dniu, w którym Austria nie wystąpiła jednocześnie z Francją przeciw Prusom.

Jeżeli dalsze łudzenie się pod tym względem stawało się z każdym dniem mniej podobne, to znów zwątpienie i rozpacz nie tylko niegodne by były narodu i społeczeństwa mającego w samym sobie warunki życia, ale nawet były niemożliwe, bo rozpacz i zwątpienie ani zabijają, ani mogą być czynnikami życia dla narodów. Przykro, trudno, a nawet niebezpiecznie jest dla narodu wyjść z koła wyobrażeń, w którym obracał się przez całe stulecie; boleśnie jest rozstawać się ze świetnymi i pełnymi uroku nadziejami i przeistoczyć niejako swoje pojęcia. Było to jednak, niestety, w 1870 roku już tylko przejściem z urojonego świata do srogiej rzeczywistości. Nie mówię tego, abym nie wiedział, ile było prawdy w polityce francusko-polskiej, którą tylu u nas, ja pierwszy wyznawałem, ale dlatego, że skoro nie mogła, nie zdołała się wcielić w czyn, przemieniała się w czczą, nieraz zgubną nadzieję, jakby w ślepą wiarę. Wywarła ona niemały wpływ na przebieg wypadków w Polsce, szczególnie na nasze pojęcia i wyobrażenia, przede wszystkim na postępowanie naszych wrogów. Podtrzymywała u nas prawdziwego ducha i podniecała zgubne nadzieje, wstrzymywała czasem wrogów naszych i zasłaniała nas przed ciosami, lecz podniecała także ich do nas nienawiść, a w stanowczych chwilach nie ochroniła nas. Była hasłem dla zdrowej i patriotycznej części narodu, tak w kraju, jak i w emigracji, lecz była także przyczyną rozlicznych złudzeń, zawodów, po części i tych krwawych a zabójczych powstań, które bez rękojmi ze strony Francji, lecz pod godłem nadziei w jej pomoc porywały najrozsądniejsze w kraju żywioły, a w coraz większą popychały nas przepaść. Była ona polem popisu wzajemnego współczucia, które i w 1870 r znalazło u nas wyraz, współczucia wzajemnie bezowocnego. A pomimo tego wola ludzka nie była dość silna, aby położyć koniec tej polityce, zdziałać to mogła jedynie siła wypadków. Z upadkiem jej, sprawa polska straciła na znaczeniu. Nie tyle żywioł polski był niebezpieczny i groźny dla sąsiednich mocarstw, jak użycie go przez Francję; nie Polska była straszna, ale Polska, za którą Francja stała. Z upadkiem więc Francji wpływowej, zmieniło się znaczenie sprawy polskiej; lecz nie upadł naród polski. Pozostał między dwoma światami, między rosyjskim i niemieckim. Sprowadziło go to na niebezpieczny, śliski, groźny, ale więcej rzeczywistości odpowiedni grunt. Pierwszym tego skutkiem musiało być dla nas zdrowsze pojęcie naszego położenia. Czekać nas mogą twarde chwile, wielkie klęski, ale nie śmierć; znajdzie się dla nas miejsce jako dla narodu, byleśmy sprostali zadaniu przede wszystkim trzeźwością poglądu na nas samych i nasze powołanie.

Z Francją, oprócz interesu politycznego i pociągu wypływającego z usposobienia narodowego, łączyła nas tożsamość cywilizacji. Jak ona świetnie, tak my nierównie skromniej przedstawialiśmy pomiędzy germańskim a słowiańskim światem cywilizację romańską religią, literaturą, usposobieniem, wyobrażeniami. Naprzód w tradycjach starego Rzymu, następnie z Włoch, w końcu przeważnie z Francji czerpaliśmy wiedzę, wykształcenie, ogładę, natchnienia. Nie słowiańskie pojęcia, ale romańska cywilizacja stała się naszym duchowym jestestwem, może naszym powodem bytu w tej części świata. Wszystko, co dobrego mamy w sobie jest romańskim. Zaparcie się tego byłoby dopiero samobójstwem; wyparcie się wyobrażeń, zasad cywilizacji romańskiej dla innej, niższej i dzikszej byłoby upadkiem upadków. Nie przesądzając też zawikłań politycznych, w pielęgnowaniu, w pozostaniu wiernymi cywilizacji romańskiej widzę nasz powód bytu i upatruję samoistność narodową. Z tym objawem, stwierdzającym się pomiędzy światem rosyjskim a niemieckim, przyjdzie się zawsze porachować, jeżeli sami nie zabijemy w sobie tego, co stanowi rzeczywistą samodzielność i odrębność.

Aczkolwiek zaszłe wypadki wielki, stanowczy może wywarły wpływ na nasze stosunki, to jednak w niczym nie zmieniły ani osłabiły naszej łączności z Austrią. Wśród burzy na morzu, podziurawiony nawet okręt lepszy jak nic, jak bezdenne morze. Przez Austrię interesy nasze spajały się jeszcze ze światem; tym większą musiała być nasza o jej losy troskliwość[16].

Położenie jej niewątpliwie stało się arcytrudne, byt jej był wypadkami zachwiany i zagrożony. Już chwila czynu minęła była dla niej bezpowrotnie, a jak podczas wojny śmiały krok mógł się stać zbawczym, tak po klęskach Francji tylko stanowczy wybór przymierza mógł ochronić i zasłonić. Położenie pod tym względem było przykre, w ostatecznych jednak następstwach ze strony Prus groziła zależność, ze strony Rosji cios śmiertelny; w przymierzu z Niemcami mogła jeszcze Austria istnieć, bez tego przymierza zniknąć mogła między Prusami i Rosją. Postanowienia powziąć tymczasem nie umiano. Kanclerz Beust[17] cieszył się z początku nadzieją zwycięstw francuskich, ale nic nie zrobił, aby im dopomóc; teraz pocieszał się nadzieją, że Bismarck nadużyje zwycięstwa w Niemczech i zwróci umysły przeciwko sobie; ale znowu nic w tym kierunku nie robił; jałowa miłość dla Francji i jałowa nienawiść dla Prus, to było jego stanowisko, a z tym głęboka wiara we własną wielkość i postanowienie wystrzegania się wszystkiego, co by go posady kanclerskiej pozbawić mogło. Węgrzy, przeciwnie, od pierwszych zwycięstw niemieckich stanowczo byli za przymierzem pruskim. Przekonani byli, że niedługo po zawarciu pokoju Bismarck będzie się oglądał czy w przymierzu z Rosją przedsięwziąć rozbicie Austrii, czy w przymierzu z Austrią zapobiec rozwielmożnieniu się w Europie jedynego sąsiada, który mógłby powstrzymać rozwój potęgi pruskiej. Prezes ministrów węgierskich, hr. Andrassy[18], wpływał z naciskiem na zmierzanie do przymierza z Niemcami i posiadał dość wpływu, aby nie dopuścić żadnego nieprzyjaznego dla Prus objawu; Beust i Andrassy równoważyli się tak, aby żaden nic zdziałać nie mógł. Wobec tego zamieszania, a wobec widocznej prawdy, że losy Austrii zależały w owej chwili nie od wewnętrznej, ale od zewnętrznej polityki, sojusz Polaków z Węgrami i wspólne ich zaważenie na politykę zewnętrzną stawało się coraz większą koniecznością. Chwila postanowienia i wyboru drogi była niedaleka. Niebawem hr. Bismarck miał wyrwać kratę, przez którą i tak woda przepływała, i połączyć dwa brzegi Menu. Natychmiast o zbliżeniu się do Austrii pomyślał Bismarck.

Polaków, jako należących do rodziny europejskiej, jako naród katolicki, żywo musiały obchodzić wypadki jednocześnie zaszłe w Rzymie. Następstwem klęsk Francji i upadku cesarstwa było zajęcie Rzymu Papieży przez wojsko włoskie. Ze zwykłą im zręcznością i wierni tradycji Cavoura, Włosi usprawiedliwili wkroczenie do Rzymu obawą przed wywrotem, tak iż weszli niemal dla zasłonięcia Papieża oraz dla ocalenia tronu Wiktora Emanuela[19]. Wobec tego postępowania w chwili tylu upadków, wspaniałą była postać Piusa IX[20]; z prawdziwą wielkością duszy zmierzył on nadchodzące, nieuniknione wypadki; z powagą, bez goryczy poddał się zrządzeniu wyższemu, na list króla włoskiego rzekł: “piękne słowa, brzydkie czyny”, i okryty majestatem swojego kapłaństwa zastrzegł się, lecz walkę kazał po paru godzinach zaniechać i pozostał w Rzymie czując, jak w nim jest potężny i wielki pomimo i wbrew dokonanego zajęcia, jak wspaniały, kiedy w duchu swego posłannictwa odwiedzał rannych obydwu wojsk. Za to postanowienie cały świat katolicki, przede wszystkim Włosi winni Ojcu Świętemu głęboką wdzięczność. Rzym bowiem zajęto, ale Rzymu nie oddał Ojciec Święty i Rzym nie przestał być własnością świata katolickiego; Włochy nie są pozbawione wielkiej, duchowej potęgi papiestwa[21]. Bezwzględnym czynem zajęcia Rzymu sprawa rzymska nie była rozwiązana. Jako narodowi katolickiemu, wobec zaszłych w świecie przemian, więcej jak kiedykolwiek zależeć musiało Polakom na duchownej niepodległości i niezależności głowy Kościoła; rękojmią tej niezależności mogła być jedynie niezależność państwowa.

Im więcej przedłużał się dramat historyczny, na którego przebieg ludzkość patrzyła z natężoną uwagą, jakby przeczuwała, że od jego rozwiązania jej własne losy były zależne, tym ogólne wrażenie stawało się przykrzejsze, interes dramatyczny stopniowo słabł, może głównie dlatego, że coraz był większy brak nie tyle bohaterów, jak charakterów; wzrastał niesmak na widok bezwzględności pruskiej, niemocy i nieporadności francuskiej. I godziło się zapytać, co się stało z cywilizacją, co się stało z postępem, skoro dwa wykształcone w Europie narody dochodziły do upokarzających ostateczności, skoro żaden z nich nie umiał stanąć na wysokości położenia, jeden klęski, drugi powodzeń. Rabunki, okrucieństwa, pogarda wszelkiego prawa znamionowały postępowanie Prusaków we Francji; obchodzili się oni z nią jakby ze zbuntowaną prowincją, gorzej jak Rosjanie z ostatnim powstaniem polskim. Prawo zwycięstwa nie uprawnia takiego postępowania, a nie tylko jest ono pomiataniem i zaparciem się zasad słuszności, cywilizacji i postępu, ale jest nieroztropne wobec przyszłości i jej niebezpieczeństw, bo jest zarodem zemsty; kto w ten sposób obchodzi się z wielkim, szlachetnym narodem, kto w ten sposób nadużywa zwycięstwa, ten albo uważa ów naród za ostatecznie upadły, albo sam dostał zawrotu głowy. Są bowiem krzywdy, które naród – chcąc pozostać narodem – zemścić kiedyś musi; takimi są niezawodnie te, które Niemcy nieszczęśliwej wyrządzali Francji. Mniemali więc, że już nigdy nie będzie zdolna ich pomścić.

Z drugiej strony stan Francji, doprowadzenie jej do tego, iż musiała znosić butę, zuchwalstwo, srogość, niższego pod tylu względami wroga, boleścią przejmowały serce, wprowadzały w zwątpienie o wszystkim, co dotąd wiarą było. Widok był odpychający, było w nim coś przeciwnego przyrodzie, mógłbym powiedzieć prawom bożym; przykry on być musiał dla obojętnego widza, cóż dopiero dla nie obojętnego!

Polacy zaś do końca obojętnymi widzami być nie mogli, choćby nie mieli już żadnej wątpliwości o ostatecznym skutku. Każdy człowiek, każdy naród złączony z zachodnią cywilizacją, do końca musiał być sercem z Francją, cóż dopiero Polacy, których religia, tradycje, wspomnienia, wykształcenie, wyobrażenia łączyły z nią tak ściśle. Rozum, wyrozumowanie były tu bezsilne, musiały ustąpić wobec wyższych uczuć, bo jeżeli w zwykłych wypadkach rozum stanu wystarcza, to wśród dziejowych przeobrażeń jest on i tyle razy okazał się niedostateczny i zawsze wtedy góruje nad nim sumienie, bo w nim jest jeszcze prawda, gdy już jej brak w rozumie. Tak jest, jeżeli już nie rozum polityczny, to sumienie mówiło wszystkim z zachodnią cywilizacją zespolonym narodom, katolikom i nam Polakom, że do ostatniej chwili sprawa Francji jest ich sprawą, że jej towarzyszyć winny ich życzenia, chociaż już nie łączyły się z nią nasze nadzieje; a jednak niepodobna zaprzeczyć, że te głębokie, tak na wskroś prawdziwe uczucia, z każdym dniem oziębiał stan Francji, niemoc niegodna wielkiego narodu, rozprężenie niegodne tak wysoko stojącego społeczeństwa, zawsze złowrogie działania wywrotowe, coraz groźniejsze zachcianki socjalistyczne i nareszcie owi ze wszystkich stron świata przybiegli pośrednicy i kondotierzy rewolucji, których pomoc więcej przyniosła Francji wstydu i upokorzenia, jak rzeczywistych korzyści[22]. I zaprawdę nie szło o drobne zawiści, poziome niechęci, nawet o zasady, o republikę lub monarchię, demokrację lub arystokrację, zachowawczość i rewolucję; któż by nie umiał się w takiej chwili wznieść ponad te codzienne współzawodnictwa i walki; nawet de Maistre[23], który tak namiętnie nienawidził rewolucji, wśród największego, najstraszniejszego terroryzmu pierwszej rzeczypospolitej, życzył sobie i pragnął zwycięstwa ostatecznego Francji, bo jego potężny rozum wiedział, czym była Francja dla świata; ale właśnie szło o to i o to jedynie, że zamieszanie we Francji zmniejszało, uniemożliwiało odwet, że ludzie, którzy w jej imieniu przemawiali nie dawali rękojmi zwycięstwa, że stan jej wewnętrzny dla niej był nową klęską, dla wrogów nowym zwycięstwem!

Naraz ujrzał się świat odcięty od swej stolicy, od Paryża, podług którego nawykł był od dawna sądzić o ogólnym położeniu Europy; był to niejako południk, który służył do mierzenia i obrachowywania ciał politycznych i ich biegu. Trudno więc było rozpoznać się, a wiadomości nadchodzące to za pomocą balonów, to za pomocą gołębi z dawnej stolicy świata, zamiast rozjaśniać, gmatwały pojęcia o położeniu rzeczy. Nie tylko odcięta była Europa od Paryża, ale Paryż przestał być Paryżem, przemienił się w największą w świecie twierdzę. Brak tej stolicy świata, ustanie bicia tego serca, mieszały i zaciemniały pojęcia. Nazywano Paryż Babilonem, lecz był on przede wszystkim Atenami, nieraz Rzymem. Ten Paryż chwilowo przynajmniej zniknął, cóż mogło go zastąpić? Nie główna kwatera niemiecka w Wersalu lub Berlin. Nie zapełniało także powstałej stąd próżni tymczasowe siedlisko połowy tymczasowego rządu francuskiego. […]

Wszystkie więc przepowiednie spełniały się kolejno, każde słowo Kasandry stawało się rzeczywistością i czynem było stwierdzone, wszystkie czynniki od dawna przewidywanej strasznej burzy były już w grze, a widnokrąg polityczny, wielce zachmurzony, naraz przemienił się w najciemniejszą, niewidzianą może dotąd noc, wśród której już nikt nic dojrzeć nie mógł. Nawet wznosząca się nad innymi postać Bismarcka pozostała na chwilę w cieniu groźnych wypadków.

Rosja wystąpiła nareszcie jawnie ze swoimi zamiarami i widokami, ze swoją myślą i ze swoją dla Europy pogardą. Rosja uznała za stosowne teraz właśnie zużytkować wdzięczność Prus za jej neutralność przychylną, szukać choćby częściowego zadośćuczynienia za budzące już w niej zazdrość nadspodziewane niemieckie powodzenia i skorzystać z ogólnego rozstroju, aby podnieść sprawę wschodnią, która w przyszłości jest sprawą słowiańską, czyli aglomeratu, co by pochłonął Turcję i słowiańską część Austrii.

W nocie poruszającej rzecz o Morzu Czarnym, ks. Gorczakow[24] nie pominął sprawy słowiańskiej. Dwa olbrzymy stanęły na równoległych drogach, wiodących do celu oznaczonego jednym wyrazem – panowanie. Niemcy czynami na drodze prowadzącej do ich jedności, Rosja postanowieniem powrócenia na drogę wiodącą do zespolenia pod jej wpływem i przywództwem.

Wśród ogólnego zajęcia, niewolnego przecież już od znużenia, wojną niemiecko-francuską, nota kanclerza rosyjskiego z 31 października, podnosząca śmiało sprawę wschodnią, swoją ważnością oderwała myśl od niesłychanych zwycięstw pruskich, haniebnych klęsk Francji i zwróciła naraz w inną stronę uwagę osłupiałej, ogłupionej Europy. Nota ta nie tylko była podobna do uderzenia piorunu wśród grzmotów, ale była nowym ciosem zadanym skarłowaciałej i upadłej Europie. Przesłana w ówczesnych okolicznościach, była czynem, była niemal wygraną bitwą. Publiczność europejska nie pomyliła się; od razu spostrzegła ważność kroku gabinetu petersburskiego i zwróciła w tę stronę swoją troskę, odwracając się nawet od dramatu kończącego się pod murami Paryża i nad brzegami Loary, a to dlatego, że w owym kroku Rosji był zaród podziału panowania nad światem między Prusami i Rosją, chociaż może kiedyś współzawodnictwa, od którego przyszłość Europy zależną była, bo sama nie była zdolna jej zabezpieczyć sobie.

Czyż możliwa, szczególnie czyż wątpliwa być mogła w skutkach wojna Olbrzymów z Liliputami, a nie inaczej przedstawiałoby się położenie, gdybyśmy przypuścili, że po jednej stronie stanęłyby Prusy z Rosją, po drugiej reszta Europy. Wszystko po tamtej stronie niezwykłych było rozmiarów, żądze, zamiary, czyny, postanowienia, siły, środki wojenne, mężowie stanu i nastrój ducha narodowego; wszystko to zaś po tej stronie skarłowaciałe było tak, że już nawet świat ten nie umiał mieć swej woli, że żadne z państw do niej należących niezdolne było wystawić stutysięcznej armii. I skąd, godzi się zapytać, to tak raptowne obniżenie państw i narodów niedawno jeszcze potężnych i silnych a wyższych od Olbrzymów? Oto skarłowaciały one wśród dobrobytu i samolubstwa, które jak owe czarodziejskie napoje w miarę używane odmładzają i dodają siły, lecz które, gdy się ich nadużyje, przywodzą człowieka do stanu dzieciństwa. Były więc dwa obozy: Liliputów i Olbrzymów.

Podczas gdy mocarstwa należące do pierwszego zrzekały się stopniowo wpływu na sprawy świata, podczas gdy bałwochwalczo czciły bożka pokoju i paliły kadzidła przed bożkiem dobrobytu, podczas gdy przybierały za godło: każdy u siebie, każdy dla siebie i podczas gdy wypierały się w polityce wszelkiej myśli, wszelkiego wznioślejszego dążenia i zadowalały się polityką z dnia na dzień, Prusy i Rosja nie przestały żywić wielkich, daleko sięgających zamiarów i pielęgnować w swym łonie myśli politycznej, jedne niemieckiej, druga słowiańskiej. Kiedy tamte zaniedbywały rozwijać niezbędne warunki zewnętrznego bezpieczeństwa i potęgi, Prusy i Rosja wciąż nimi były głównie zajęte i wydoskonalały je. Kiedy w Anglii szkoła manchesterska[25] wpływem swoim zapewniała zwycięstwo polityki nieinterwencji, kiedy we Francji władcy jej chcieli spoczywać na zdobytych już laurach i twierdzili, że wszystkiego za jednego panowania zrobić nie można, i kiedy w Austrii zapanowała polityka polegająca na zamykaniu oczu przed niebezpieczeństwami, w tym samym czasie Prusy śmiało wykonywały myśl Fryderyka Wielkiego, a Rosja Piotra Wielkiego[26]. I jedne, i druga do tego się przysposabiały. Stąd ta nierówność sił i środków, stąd obozy Olbrzymów i Liliputów, stąd tak korzystne pierwszych, tak nędzne drugich położenie. Wobec tego trudno już niemal było sobie życzyć walki Liliputów z Olbrzymami, trudno w nią wierzyć, można było być pewnym, że Liliputy nie zdobędą się na czyn, że groźba Olbrzymów wystarczy, aby ich powstrzymać. Nie więc w sile oporu Liliputów ani w walce ich z Olbrzymami szukać należało oznak czasu i wskazówek przyszłości. Gdyby Olbrzymy poszły ręka w rękę, to zgniotłyby, zdruzgotały wszystko, co by na drodze napotkały i dopiero może kiedyś, dokonawszy dzieła zaboru i zniszczenia, poróżniłyby się i wzięły za barki o ostateczne nad światem panowanie. Należało dołożyć zatem usiłowań, aby rozerwać spojone ich ręce i rozdzielić ich. Do tego jedynie zdolne były Liliputy, a gdzie brak siły, tam trzeba ją chytrością zastąpić. Ważność podniesionej przez Rosję sprawy polegała na tym, czy i jak dalece Prusy iść będą w niej łącznie i wspólnie z Rosją; czy i jak dalece zabiegi Liliputów zdołają rozdzielić dwóch Olbrzymów? Dlatego też obrót sprawy wschodniej, względnie słowiańskiej, zależał głównie od wypadków we Francji, od przebiegu wojny niemiecko-francuskiej i od uporządkowania się ostatecznego Niemiec.

W chwili, w której sprawa pangermanizmu dobiegała do kresu, a rozpoczynała się panmoskwicyzmu, położenie narodowe polskie i polityczne stawało się coraz groźniejsze. Musieli Polacy być przygotowani na wszystko i na to, że po ich ciele raz jeszcze stąpać będą olbrzymy, a stąpając usiłować będą zgnieść ich ostatecznie. Nie byłoby to jednak dla nich nowością, a nieraz dowiedli, że umieją znieść ten ciężar, że zgnieść ich może, ale nie udusić, że ciało skrwawić i zranić zdolny, ale że ducha pod nim nie oddają; i to miało się stać jedynym ich w najbliższej, twardej przyszłości zadaniem. Wszystko, co zaszło, wszystko, co się przygotowywało, było bolesnym dla nas triumfem; Europa przekonać się mogła czy nasze przestrogi były płonne, czy nasze wołanie o pomoc było jedynie głosem samolubstwa i czy nie miało także na celu dobrze zrozumiałego jej interesu. Ale głos nasz był głosem wołającego na puszczy i oto spełniały się przewidywane następstwa zaniedbania, lekceważenia i opuszczenia. Nic zaiste sroższego nie mogło być dla nas, jak dożyć chwili, w której świat się przekonał o braku Polski, o jej potrzebie, a w której zmuszony był przyznać, że się o tym przekonał – za późno! Przywodzi to mi na pamięć rozmowę z politycznym mężem angielskim, który w 1863 roku przybył do Krakowa dla bliższego przypatrzenia się wypadkom. Osobiście sprzyjał wielce naszej sprawie, w rozmowie jednak rzekł: “Wróciwszy do Anglii, chciałbym podnieść głos w parlamencie za sprawą polską; wiesz pan jednak, że u nas polityka uczuć nie popłaca, że aby skutecznie poprzeć was, trzeba dowieść, że to zgodne jest z interesem Anglii. Otóż szukam rozumowania, ale przyznaję, że bezowocnie. Gdybyś pan był w parlamencie angielskim, cóż byś w tej mierze powiedział?” Pytanie było zręczne, a odpowiedź niełatwa, jeżeli bowiem interes Francji był w tej sprawie jasny i widoczny, to tym samym Anglii był nierównie mniej wybitny, może wątpliwy; rzekłem więc: “Nie przeczę, że interes Anglii nie jest tak wielki i naglący jak Francji i dynastii napoleońskiej. Przyznasz mi jednak pan, że Anglia wielkie ma na wschodzie zadania, że się zawsze okazywała wielce na nie czułą; otóż możecie być pewni, że jeżeli dziś dacie upaść Polsce, będzie to tak wielki, tak stanowczy dla Rosji triumf a dla zachodu klęska, że nie zdołacie następnie powstrzymać kolosa północnego; w kilka lat po naszym upadku ujrzycie się wobec wielkiego zadania wschodniego, a już nie wy, a Rosja go rozwiąże”. “Tego nikt nie zrozumie w Anglii”, odrzekł wielce uczony Anglik. “Tym gorzej dla nas i dla Anglii”, odparłem.

Chwila nie tylko zręcznie, ale przezornie uchwyconą została przez Rosję dla podniesienia sprawy poruszonej przez notę kanclerza ks. Gorczakowa z 31 października 1870 r., w której zażądał rewizji traktatu paryskiego co do narzuconych przez niego Rosji ograniczeń na Morzu Czarnym[27]. Głębiej zastanawiając się nad tym krokiem, można by w nim dopatrzyć się raczej nieufności do przyszłych Niemiec zjednoczonych pod przewodnictwem Prus, jak zupełnego porozumienia gabinetów petersburskiego i berlińskiego. Być może, że w zamian za neutralność i za straż nad neutralnością Austrii, hr. Bismarck wystawił był weksel płatny Rosji po wojnie; ale Rosja nauczona przykładem Francji po Sadowej, nie czekała terminu i chciała go spieniężyć doraźnie. Przezorność ta wcale nie zbyteczna z takimi dłużnikami, jak Prusy i hr. Bismarck. Co się tyczy innych mocarstw, to nota ks. Gorczakowa z wielką dla nich napisana pogardą, a kanclerz wcale nie silił się w niej na oględność. Zapewnienie, że Rosja nie myśli zmieniać swej polityki na wschodzie, zakrawało na szyderstwo. W samej rzeczy, Rosja chcąc się uwolnić z zobowiązań traktatu paryskiego, postępowała uporczywie na obranej od trzech wieków drodze. Pod innym jeszcze względem sposób, w jaki podniosła sprawę Morza Czarnego był znakiem czasu; podniosła ją bowiem z największą pogardą dla zasady prawa. Zrywanie jednostronne traktatów musi w ostatnim następstwie doprowadzić do zupełnej zatraty prawa międzynarodowego; bo też gdyby panowanie nad Europą miało być udziałem dwóch tylko mocarstw, to prawo międzynarodowe stałoby się zbyteczne. Ale przedstawmy sobie dzisiejszy świat, w którym wszelka wiara osłabiona, podkopana, wszelkie wznioślejsze uczucie wyszydzone, pozbawiony prawnej podstawy we wzajemnych stosunkach, którą stworzył rozum ludzki i którą ludzie przyjęli we własnym bezpieczeństwie, a niezawodnie dojdziemy do przekonania, że taki stan rzeczy doprowadzić by musiał do dzikości, do zamieszania. W czasach przed Grotiusem i Pufendorfem, wiara i Kościół potężnymi były czynnikami w stosunkach między narodami; dziś jeżeli spalimy lub wyrzucimy za okno prawo międzynarodowe stworzone przez Grotiusów, Pufendorfów, Vattelów[28], cóż je zdoła zastąpić, cóż zasłoni świat od zdziczenia i zbydlęcenia? Trudno bez przerażenia spojrzeć w przyszłość, w której siła bezwzględna stałaby się jedynym prawem, w której Europa podzielona by była na dwa potworne aglomeraty, których jedyną słabością byłaby potworność. […]

Ponieść klęskę, stracić armie, a nawet prowincje, może największy naród, najpotężniejsze państwo, takie straty nie zamykają jeszcze drogi do odwetu i do przyszłości; lecz upadek na duchu, wyzucie się z wzniosłych, uszlachetniających istotę ludzką uczuć, zaparcie się patriotyzmu pod ogromem klęsk, a wskutek tego pokorne ugięcie karku przed czynem dokonanym, wyrzeczenie się wszelkiego oporu lub uniemożliwienie go wewnętrznymi rozterkami, oto klęski klęsk, oto upadek, z którego się nie powstaje, oto znamiona wyrodzenia i smutne oznaki przyszłości narodu. Była chwila, w której podobny Francji upadek przewidywać można było; obawy te usunięte zostały. Francja mogła być ostatecznie zwyciężoną i pokonaną, ale pomimo to pozostanie wielkim narodem z głosem w sprawach świata, bo Francja dowiodła, że nie przestała być Francją, która nigdy nie zaparła się patriotyzmu, która właśnie wśród klęsk najwięcej okazywała żywotności. Taki był skutek podziwu godnej walki, którą w grudniu 1870 r. prowadziła Francja z armiami niemieckimi[29]. Dziwne to zjawisko, powtarzające się nieraz w dziejach Francji, że właśnie w chwili największych klęsk, w których ludzie rozpaczali o jej losie, a i Bóg zdawał się ją opuszczać, że właśnie w ostatniej, w najostateczniejszej chwili umiała się z upadku podnosić, a Bóg wyraźnie podawał jej rękę nad przepaścią. Niczym innym była Dziewica Orleańska, jak tylko tym w ostatniej chwili opatrznościowym zbawieniem, zarazem podniesieniem się duchowym narodu; to samo i w innych warunkach widzimy, po wielkiej pod Pawią klęsce i uwięzieniu Franciszka I[30]; przy końcu wielkiego panowania Ludwika XIV jego świetność zaczęła blednąć, klęski po klęskach spadały na Francję, koalicja zwycięska wkraczała na jej terytorium, a nawet, jak opowiada Saint-Simon[31], dwór myślał już o opuszczeniu Wersalu, zagrożonego nieprzyjacielskimi podjazdami, gdy wtem niespodziewane zwycięstwa marszałka Villars wstrzymały najazd i przechyliły szalę na stronę Francji; nareszcie rewolucja 1789 r., wywoławszy koalicję wśród najopłakańszych okoliczności, pokonała ją. Pod koniec 1870 r., równie świetnego jak tamte odwetu Francji nie można było spodziewać się; lecz zdobyła się na duchowy nad samą sobą odwet i ten, chociaż nie miał znaczenia wygranej, miał znaczenie dziejowe. […]

Nie potrzeba kłaść nacisku na następstwa dla Francji wypadków paryskich, które w marcu zrodziły komunę i jej szał[32], a które przenosząc się do innych większych miast, tym więcej zabójcze stać się mogły. Dla Francji politycznie streszczały się w dwóch ohydnych wyrazach: wojna domowa. Wojna domowa po opłakanej, niepamiętnej klęsce zewnętrznej, wojna domowa pod okiem i w obecności zwycięskiego wroga, który lada chwila mógł się w nią wmieszać, to zaiste obraz przerażający, zdolny wzbudzić zwątpienie o jakiejkolwiek przyszłości tak niegdyś wielkiego, tak nisko upadłego narodu. A jednak jeszcze głębsze, smutniejsze i okropniejsze zrobią te wypadki wrażenie, skoro im się przypatrzymy bliżej i zbadamy ich treść, ich istotę, skoro ocenimy główne w nich czynniki i głównych działaczy. Wśród rozkwitu cywilizacji obecni byliśmy jakiemuś dzikiemu, barbarzyńskiemu starganiu wszystkich węzłów, wszystkich strun życia, zamętowi moralnemu na wielką skalę, szalonemu zdeptaniu społeczeństwa przez społeczeństwo, narodu przez naród; byliśmy obecni przedstawieniu w niezwykłych rozmiarach ustępów z króla Leara; dzieci pastwiły się nad rodzicem; w zawziętości wykłuwały mu oczy, obchodziły się z nim bez litości i same między sobą się mordowały z największą pogardą i zapomnieniem o najświętszych uczuciach, ze stępionym a bodaj czy nie straconym zmysłem zachowawczym, którego miejsce zajął zmysł niszczenia. Ten zamęt materialny i duchowy, społeczny i polityczny, odbywał się bez siły, bez wielkich czynów i bez wielkich charakterów; niedołęstwo i rozprężenie zajęły miejsce wściekłości i nienawiści, słowem, podłe namiętności zastępowały wielkie. Dobrze i dokładnie nakreślić ówczesny stan Francji jest niepodobieństwem, a właśnie ta niezrozumiałość wypadków, to usuwanie się ich z dziedziny rozumu i sądu ludzkiego było przerażające. Wszystko tam wywrócone, pojęcia i rzeczy, wszystko pochłonięte było przez zamęt: patriotyzm, godność narodowa, własność, powaga człowieczeństwa, wyobrażenie o władzy, przede wszystkim sama władza. Nawet źródło władzy jakby wyschło. Był to przede wszystkim ostateczny i stanowczy zamach na władzę i na pojęcie o niej. Dawne rewolucje rzucały się na szlachtę i księży, na kapitalistów i mieszczan, ta mordowała przedstawicieli władzy, tak dobrze generałów, jak prefektów bez względu na to, czy byli republikanami czy nie, czy dziećmi ludu czy arystokratami. Idźmy dalej. Rewolucja ta ani była silna własną siłą, ani zapanowała za pomocą zwycięstwa, lecz jedynie zaprzeczeniem władzy, bo rozstrojem ostatecznego, ale niezbędnego w ręku każdej władzy środka wykonawczego. Wojska nieposłuszeństwo, bratanie się jego z burzycielami, oto główna przyczyna zwycięstwa komuny. Klęski wojenne rozluźniły wojsko, zmniejszyły jego liczbę; ale rozprzężenie tej siły, ale upadek karności, brak posłuszeństwa, niecna małoduszność wobec Niemców i wobec wewnętrznych burzycieli pochodziły z nieposzanowania władzy.

Wypadki zabójcze dla Francji nie tylko dla niej miały złowrogie znaczenie. Jakież społeczeństwo, jakież państwo obojętnie widzieć mogło to zupełne zaprzeczenie władzy, to wytrącenie z jej rąk wszelkich środków strzeżenia bezpieczeństwa społecznego i to samobójstwo narodowe i polityczne popełnione w imieniu wszechświatowych zasad i jakiegoś źle określonego bożyszcza pod przybraną nazwą komuny, obryzganego błotem, krwią i szumowinami społeczeństwa?! Głównym a najważniejszym znamieniem paryskich wypadków było właśnie ich ogólno-przewrotowe znaczenie. Nie było w nich ani duszy, ani serca francuskiego; w rękach ich twórców nie powiewała chorągiew francuska, lecz czerwona. Powodem i przyczyną ich nie szał patriotyczny, nie oburzenie lub boleść z powodu upokarzającego dla ojczyzny pokoju, ale rozpasanie najchorobliwszych żądz i rozuzdanie motłochu. Komuna nie była skierowana przeciw wrogom ojczyzny, ale przeciw urojonym wrogom ludzkości, jej celem nie ojczyzna, ale bezrząd, nie wielkość Francji, ale zwierzęce uszczęśliwienie ludzkości. Przywódcami byli drugorzędni i trzeciorzędni polityczni szalbierze, chórzyści bez nazwisk, a twórcą antyspołeczne stowarzyszenie: International.

To potworne stowarzyszenie powoli ogarniać poczęło świat cały, werbując do swojej służby we wszystkich krajach warstwy robotnicze. Wpływ jego zbyt okropnie stwierdzał się w Paryżu. Stowarzyszenie miało już związki i zwolenników wszędzie: we Włoszech, w Hiszpanii, w Niemczech, w Belgii, w Anglii, w Wiedniu, w Ameryce. Jako objaw ogólnoeuropejski, International winien był zwrócić na siebie uwagę tak rządów, gdyby nie zatraciły sztuki rządzenia, jak ludzi myślących. Obrał on sobie do działania grunt, na którym niełatwo stawić mu czoła, bo społeczny; zmierzał do celu powabnego dla motłochu i urodzić miał anarchistów, morderców panujących i naczelników państw. Demagogia socjalna prześcignęła demagogię polityczną, uliczną, ludową. Demagogia polityczna stała się wobec socjalnej zacofaną. Godne bowiem uwagi jest, że socjalna demagogia, która ogłosiła komunę w Paryżu, rozpoczęła swoje działanie od rozbratu z wszelką myślą polityczną, tak jak International wypierał się wszelkiego udziału w sprawach lub sporach politycznych. Zaprzeczenie więc władzy, rządu, ojczyzny, patriotyzmu, oto wyznanie wiary demagogii socjalnej. Zwycięska w Paryżu rewolucja nie otaczała się wcale urokiem ultrapatriotyzmu, bo jednym z pierwszych oświadczeń komuny było, że nie chce naruszać warunków pokoju wersalskiego[33]. Pierwszy raz spotkaliśmy się z demagogią odrzucającą chorągiew ultrapatriotyzmu, nie strojącą się – jak to u nas zwykła czynić – w żałobę za ojczyznę; pierwszy raz widzieliśmy ją obnażoną, szczerą i bezwstydną. Był to niemało znaczący znak czasu. Zwycięska w Paryżu rewolucja ani się utrzymać, ani nic zbudować nie mogła, musiała być pokonana lub się rozpaść, bo przedstawiała niepodobieństwa, fałsze i ostatecznie bezrząd we wszystkich ludzkich stosunkach. W czasach jednak uwielbienia, powodzenia to, co się stało w Paryżu, było dla społeczeństw zgubne, dla władzy, jej powagi i znaczenia szkodliwe. Niemoc i niedołęstwo rządu wersalskiego były gorszym przykładem, jak chwilowe zwycięstwo komuny w Paryżu; niemoc i nieporadność ludzi uczciwych i ludzi porządku jest zgubniejszym objawem, jak rzekome powodzenie szaleńców i szalbierzy.

To, co się odgrywało w Paryżu, dlatego, że poruszało zadania obchodzące ludzkość i wszystkie społeczeństwa, strącało inne sprawy czysto polityczne. Wobec jednak poniżających ludzkość wypadków, wszyscy ludzie uczciwi, wszyscy ludzie porządku winni byli zrozumieć, że pierwszym warunkiem ładu społecznego jest poszanowanie władzy i powinni byli sobie podać ręce, aby wzmocnić jej znaczenie i umożliwić jej stanowisko. Z drugiej strony jednak, panujący i rządy, mianowicie te, które prawdziwą jeszcze przedstawiały siłę, winny były nareszcie przekonać się, że bezwzględnym postępowaniem obala się więcej niż zamierzono. […]

Zanim wyzionęła ducha, komuna złożyła dowody zupełnego zdziczenia; demagogia doszła tu do ostatniego swojego wyrazu, wszystkie zboczenia ludzkie swobodnie szalały w niegdyś tak świetnym, w jednej chwili jak ruina sterczącym Paryżu. Skrajne stronnictwa spełniły swoje wielkie posłannictwo, bo wskazały ludzkości jako ostateczny cel i zbawczy środek zniszczenie, mordy i pożogę. Nigdy jeszcze radykalizm nie odsłonił tak jawnie swojego celu, którym jest zburzenie społeczeństw ludzkich. Ukoronował on swoje dzieło podpaleniem arcydzieła świata Paryża! Zgliszcza i gruzy Paryża głębokie zawierały w sobie rozumowania i nauki. Skorzystać z nich winno każde społeczeństwo, każdy myślący człowiek. Wypadki przemówiły za wszystkimi obrońcami ładu społecznego i rozsądku politycznego. Zgniecenie buntu i pokonanie zbydlęciałych zastępców komuny bynajmniej nie zmniejszyły niebezpieczeństw, grożących każdemu społeczeństwu od wywrotu. Demagogia zawsze i wszędzie zwyciężyć może tylko chwilowo, ustalić się jej i ostatecznie zapanować niepodobna, bo niedorzeczność i przeczenie nie odpowiadają ani układowi świata, ani warunkom bytu ludzkości.

Ale o to właśnie idzie, żeby społeczeństwo umiało się zabezpieczyć przed podobnymi przejściami i próbami. Jeżeli czego obawiać się można było, to żeby pod tym względem nie popadły rządy i ludzie w zwykły błąd, żeby nie szukały zabezpieczenia w ustępstwach, kiedy właśnie ostatnie wypadki wołały, że wyzucie się z wszelkich zasad, że stępienie zmysłu władzy i zaparcie się wszelkich przekonań religijnych, bez których żadne społeczeństwo nie ma w sobie warunków trwałości, są przyczynami podobnych przewrotów. Jeżeli dla uczciwych i rozsądnych ludzi wypadki paryskie stały się nowym a rozstrzygającym przeciw demagogii dowodem, to znowu byłoby zgubnym złudzeniem przypuszczać, iż ona kornie uchyli czoło. W przejściach paryskich nauczyła się tylko nowych i dzikszych sposobów zniszczenia.

Po pokonaniu bydlęcej rewolucji, wśród niezliczonych zniszczeń i niedoli, odetchnęła nareszcie Francja. Ten podwójny chrzest krwi i ognia, pożogi i przewrotu, straszniejszy i okropniejszy z rąk francuskich jak z rąk niemieckich, był zbyt okrutną nauką. Rząd i zdrowa część społeczeństwa, wielkie, trudne i przez lata ciągnące się ujrzeli przed sobą zadanie. W tych warunkach nie mogło już być mowy o wpływie Francji na losy świata, można było tylko życzyć sobie, aby umiała sama na siebie wpływać. Od wpływu na świat, mianowicie na nasz świat, to jest środkową Europę, odsądził Francję ostatecznie we Frankfurcie 10 maja 1871 r. zawarty pokój. Pokój ten tak dalece przemieniał dotychczasowe warunki Europy, że z podpisaniem go nowy zaczął się okres dziejowy. Pokój frankfurcki pozbawił Francję Alzacji i Lotaryngii, odepchnął ją od Renu, tym samym od przewagi w Europie. Stworzył potężne mocarstwo, Cesarstwo Niemieckie pod pruskim panowaniem, które jest drugim dziełem Bismarcka, które zajęło silne, górujące stanowisko w środkowej Europie i ciąży odtąd na naszej części świata. […]

Wobec socjalizmu i wywrotowych dążności Bismarck nie kierował się ani przekonaniami, ani zasadami, ale poczuciem władzy, które on ostatni miał. Przyznawał, że w socjalizmie, nawet w komunie paryskiej była szczypta prawdy; popierał i przeprowadzał ustawy czyniące zadość niektórym socjalistycznym zasadom za pomocą socjalizmu państwowego; ale nie rozbrajał państwa wobec dążeń wywrotowych, wprowadzał i obstawał za wyjątkowymi ustawami i zarządzeniami przeciw socjalistom, bo wiedział, że wyjątkowe zło wyjątkowych wymaga środków i że państwo, zarówno jak społeczeństwo, ma obowiązek bronić się przed jawnym zamiarem wywrócenia go. Słowa nowoczesnej zagadki społecznej nie odgadł jednak i on, ani nie wynalazł lekarstwa na chorobę; jeden dowód więcej, że to nie nowa, ale dawna zagadka, że to nieuleczalna choroba, że to zło, którego usunąć zupełnie nikt i nigdy nie zdołał, z którym zawsze walczyć trzeba.

Tak w Północnym Związku Niemieckim, jak w Cesarstwie, wybory do parlamentu związkowego ustanowione zostały na podstawie powszechnego i tajnego głosowania. Bismarcka nie przerażał ten środek, jak go nie przerażał żaden wywrotowy, służący do jego celów bezpośrednich; znał doskonale wartość istotną powszechnego głosowania i nazywał je najdzielniejszym fortelem i receptą ówczesnego liberalizmu. Ale jak w całym zawodzie, tak i tu kierował się względami polityki zewnętrznej i zaborczej, a te nakazywały mu użyć powszechnego głosowania jako dzielnego sposobu zjednoczenia Niemiec i skazania na milczenie i niemoc wszelkiego oporu. Znowu więc przywłaszczył sobie broń ze zbrojowni napoleońskiej i użył jej na szkodę przeciwników, na tym większy własny pożytek i dla własnego uroku, bez troski o zasady zachowawcze, a może i następstwa. “Nigdy nie wątpiłem” – pisze w Myślach i wspomnieniach – “że gdy naród niemiecki zrozumie, że obecne prawo wyborcze jest rzeczą szkodliwą, będzie dość silny i roztropny, aby się go pozbyć”. Zatem użył środka szkodliwości, którego był świadomy; bo wyżej stawiał pożytek natychmiastowy, niż dalekie groźby. Bismarck lubił igrać niebezpiecznymi środkami; schlebiała mu moc wywoływania i zażegnywania złych duchów. Był zdania, że dla państwowego i narodowego wielkiego celu należy użyć w potrzebie wywrotowych sposobów. Ale Bismarck posiadał jeszcze sztukę rządzenia.

Dwaj najwięksi dziewiętnastego stulecia ludzie, Napoleon I i Bismarck, nie uniknęli błędu wkroczenia wrogo a niebacznie w dziedzinę duchową, to jest religijną. Zdawać by się mogło, że jest ona otchłanią, która przyciąga, a nad którą dostaje się, po osiągnięciu największej materialnej potęgi, zawrotu głowy. Napoleonowi I nie starczyło czasu do cofnięcia się, szczęśliwszy był Bismarck.

Bogato obdarzony, w sile wieku, pełen żywotności mąż stanu, jakim był Bismarck, skoro nie był wewnątrz twórczy, musiał być niszczący. Dwa niszczące działania zapełniły, po zewnętrznych zwycięstwach, długi zawód wewnętrzny Bismarcka; w sprawie religijnej i w sprawie polskiej. Niezwykłe, poniekąd nieprawidłowe było zatrzymanie się tego człowieka i tak potężnego państwa, zaniechanie dalszych na zewnątrz działań i zdobyczy; był tu nadmiar sił niezużytkowanych i była próżnia, która musiała być zapełniona. Skoro zewnątrz nie zdobywało się, a wewnątrz nie stwarzało, przyszło niszczyć, i próżnię zapełniła wojna religijna i prześladowanie polskości. Te dwa działania splatały się ze sobą wskutek ścisłego związku polskości z katolicyzmem.

Już w 1871 r. w Gastein ks. Bismarck zwierzył się Beustowi, że zamierza rozpocząć wojnę religijną. Spełnienie zapowiedzi nastąpiło niebawem: w czerwcu 1872 r. rozpoczęło się w tym kierunku działanie Bismarcka; wniesiona i uchwalona została w parlamencie wyjątkowa ustawa przeciw Jezuitom. Poprzedziła ją potwarz rzucona na twórcę stronnictwa katolickiego w Wielkim Księstwie Poznańskim, ks. Jana Koźmiana, jakoby rzekomy zamach na kanclerza młodego człowieka Westerwela natchniony został przez niego i w kole jego przyjaciół. Westerwel przybył był po odwiedzeniu ks. Koźmiana w Poznaniu do Berlina, policja pruska dopatrzyła się w nim zamiaru zamachu na Bismarcka, nie dowiodła go nigdy i domniemanego mordercę wielkiego kanclerza jedynie wydaliła z państwa; ale organy rządowe ogłosiły światu, że istniał zamach uknuty przez stronnictwo katolicko-polskie[34].

Taki był wstęp do wojny religijnej, nazwanej Kulturkampfem niesłusznie, albowiem nie do podniesienia, do obniżenia poziomu społeczeństwa prowadziła. Ks. Bismarck wyznał w Myślach i Wspomnieniach przyczyny wojny religijnej: “Rozpoczynając Kulturkampf byłem głównie spowodowany polską stroną sprawy. Od rozbratu z polityką Flotwellów i Grolmannów, od wzmocnienia wpływu Radziwiłłów[35] na króla i ustanowienia oddziału katolickiego w ministerstwie wyznań, tabele statystyczne nie pozwalały już wątpić o spiesznych postępach narodowości polskiej z uszczerbkiem germanizmu w Wielkim Księstwie Poznańskim, w Prusach wschodnich i na Górnym Śląsku; żywioł dotąd zupełnie pruski Wasserpolaków polonizował się. Wybrano tam do sejmu księdza Szafranka[36], który z mównicy wygłosił nam po polsku przysłowie: Niemiec Polakowi nigdy nie będzie bratem. Taki stan rzeczy powstać mógł na Śląsku jedynie dzięki urzędowemu poparciu danemu przez oddział katolicki. W Wielkim Księstwie Poznańskim i we wschodnich Prusach, wedle świadectwa urzędowych sprawozdań, całe wsie i tysiące Niemców, którzy urzędowo poczytani byli jako tacy za poprzedniego pokolenia, otrzymywali wskutek poparcia użyczonego przez oddział katolicki naukę po polsku i zapisani byli jako Polacy”. “Istotnie w naszych prowincjach pruskich i w Poznańskiem, nawet na Śląsku, niepodobna przyznać żywiołowi polskiemu tego, czego żąda, nie niwecząc jednocześnie jedności państwa pruskiego”.

Takie powody, oparte zresztą na niedokładnych twierdzeniach, popchnęły Bismarcka do wojny religijnej i zburzenia przykładnego dawnego stanu rzeczy oraz zadawalających jak na państwo protestanckie stosunków Kościoła katolickiego i położenia katolików. Dołączały się do nich inne. Chęć zmierzenia się po wielkich zwycięstwach z władzą wykonywaną w dziedzinie wznoszącej się ponad wszystkie inne, a przecież działającej i wpływowej we wszystkich innych; wreszcie potrzeba, bezwiedna może, pójścia z prądem czasu, który pod godłem wolnomyślności, następnie bezwyznaniowości był coraz bardziej antykatolicki. Bismarck liczył na wywołane w niektórych kołach katolickich niezadowolenia ogłoszeniem nieomylności Papieża. […]

Każda wojna religijna rozpoczynała się w nowszych czasach zwykle od prześladowania Jezuitów. Tak się stało i tutaj. Schlebiało to skrajnym wyobrażeniom, tak zwanemu radykalizmowi, zwłaszcza, że jednocześnie odrysowywał się kierunek rządowy, nieprzyjazny nie tylko Kościołowi katolickiemu, ale w ogóle wszelkiej hierarchii kościelnej. Ks. Bismarck, który już nieraz potrafił był posługiwać się radykalizmem w swoich celach, począł tracić poczucie, iż co innego jest używać narzędzia, a co innego stać się narzędziem. Antyreligijne działanie przy oklaskach radykałów, szkodliwie oddziałać mogło na zdrowie publiczne, które było jedną z przyczyn potęgi i siły państwa, wyższości nad innymi. Wyjątkową ustawą o Jezuitach, Bismarck wstępował na manowce rewolucji francuskiej, kiedy ona zaprowadzała rozporządzenia o podejrzanych. Jednocześnie wybuchy gniewu kanclerza przeciw Polakom i coraz to nowe prześladowania dawały popęd życiu polskiemu w Wielkim Księstwie Poznańskim. Budzić się zaczęło mieszczaństwo, wzmagał się stan średni. Zwiększała się liczba pism publicznych; powstawał organ katolicki “Kuryer Poznański”. Cały kraj i jego przedstawiciele stanęli w obronie prawa i słuszności z powodu ustawy przeciw Jezuitom, rozwinęli wiele czynności i zdolności.

Mylnym byłoby mniemanie, że tylko silni i potężni, że tylko państwa uprawiać mogą sztukę polityczną. Mogą się nią posługiwać, w niej odznaczyć i nią błyszczeć także słabi w obronie istnienia i praw, byle umieli; mogą zdobyć sobie w niej nieśmiertelną sławę i zaważyć za jej pomocą w dziejach, byle podołały zadaniu, także narody pozbawione państwowego bytu. Polityka bowiem jest sztuką rządzenia się wewnątrz i na zewnątrz we wszelkich położeniach. Tylko nikczemne narody, wyzuwające się z praw i obowiązków, zatracając swoją osobistość pozbywają się cudnej w sprawach ludzkich sztuki politycznej. Oczywiście, że sztuka polityczna narodów i społeczeństw pozbawionych bytu państwowego do niższego należy rodzaju niż tych, które są państwami. Pierwsza, pozbawiona potężnych narzędzi, nie może zmierzać bezpośrednio do tych samych celów to druga.

Polityka państwowa ma się do bezpaństwowej, jak lew do psa, kota lub lisa. Niemniej jest ona sztuką jak tamta i wymaga wielkich zdolności, cnót i natchnień. Widzieliśmy w dziejach narody i społeczeństwa skazane na nią, prowadzące ją umiejętnie z powodzeniem lub bezskutecznie. Uprawiała ją Galia za panowania Rzymu oraz Grecy i Żydzi, Niderlandy przez chwilę wobec panowania hiszpańskiego, kolonie Ameryki Północnej wobec Anglii, Włosi wobec Habsburgów, Węgrzy w Austrii, ludy słowiańskie półwyspu bałkańskiego, Rumuni i Grecy wobec Turcji; uprawiają ją dziś Irlandczycy wobec Anglii, Armeńczycy wobec Muzułmanów, Czesi wobec Niemców w Austrii, Polacy w trzech państwach, które się nimi podzieliły, Żydzi wszędzie, gdzie się znajdują. Uprawia ją w najwyższym stopniu z siłą, potęgą i wyjątkowym namaszczeniem, pozbawione obecnie świeckiej władzy, Papiestwo. W bezpaństwowej polityce zwykle religia zespala się z tej polityki sprawą. Polityka bezpaństwowa jest najczęściej w przeciwieństwie do polityki państwowej, jednak czasem, może chwilowo lub trwale we własnym interesie zastosować się do niej i z nią współdziałać. Postawienie zasady narodowości przez Napoleona III dodało nowej mocy i wytknęło niemal wszędzie kierunek bezpaństwowej polityce. Polacy pod panowaniem pruskim dowiedli dotąd, że umieją ją uprawiać, chociaż ich polityka nie była wolną od błędów.

Ks. Bismarck rozgrzewał się w walce i zapalał jakby z umysłu pochodnię wojny religijnej, jeżeli nie krwawej to przecież zawziętej. Berlin duchowo wyglądał w 1873 r. jak obóz podczas wojen religijnych szesnastego i siedemnastego wieku.

Jeżeli głównym powodem wojny dla ks. Bismarcka była polskość, to w niej niepospolity wzięli też udział Polacy w Wielkim Księstwie Poznańskim i wywiązali się z niej dzielnie, patriotycznie. Na ich czele stanął teraz arcybiskup Ledóchowski[37], który pierwszy z biskupów sprzeciwił się rządowi stanowczo w sprawie nauki religii. Pobudka wojenna zabrzmiała najpierw na polskiej ziemi. Gdy wybiła zatem godzina, arcybiskup Ledóchowski zrozumiał i uznał spójnię w Wielkim Księstwie Poznańskim między katolicyzmem a narodowością polską. Polak i kapłan znalazł się na swoim stanowisku, a gdzie sumienie nakazywało, bez względu na następstwa arcybiskup wystąpił godnie, z namaszczeniem dostojnika Kościoła polskiego, z umiarkowaniem wytrawnego męża stanu. Stał przy nim i niósł mu pomoc ks. Jan Koźmian, obdarzony niezwykłą u Polaków stanowczością zdania i niepolską wytrwałością. Już przedtem zapobiegł był u Piusa IX, u którego miał wzięcie dla głębokiej wiedzy i zapału religijnego, zniesieniu diecezji gnieźnieńsko-poznańskiej i podziałowi jej między wrocławską i mającą powstać berlińską, przy czym Papież rzekł do niego, zgadzając się z nim: “Tylko nie idź w tej sprawie do Antonellego”, ówczesnego sekretarza stanu[38].

Bezwzględne postępowanie rządu pruskiego jednoczyło wszystkich w Wielkim Księstwie Poznańskim na gruncie katolicko-polskim w jego obronie. Rozpoczynała się walka, której dowódcą był arcybiskup Ledóchowski, duszą ks. Jan Koźmian. Stanisław Chłapowski[39] określił walkę w pięknej mowie słowami: “Trzymajmy się wiernie narodowego sztandaru, przez naszych ojców zawsze górą a przodem, równie w pomyślności, jak wśród klęsk dzierżonego, trzymajmy się niezłomnie Kościoła i jego nauki, Ojca świętego, który nas tak ukochał i jedyny za nami przemawia, naszego Arcypasterza i duchowieństwa, a pod staropolskim hasłem: Wiara i ojczyzna! Potrafimy dopełnić najtrudniejszych obowiązków i doczekać się zmiłowania Bożego – pomyślniejszych”.

Najwyższym i najostrzejszym wyrazem walki religijnej były tak zwane a znane ustawy majowe, wniesione przez ministra wyznań Falka w 1873 r.[40], dopełnione coraz to sroższymi w 1874 i 1875 r. Ks. Bismarck był zwolennikiem wojny religijnej, ale nie ustaw majowych. “Nie mogłem” – czytam w Myślach i Wspomnieniach – “jako prezes rady ministrów, spełniać jednocześnie służby ministra wyznań, nawet, gdybym się był cieszył dobrym zdrowiem. Praktyka jedynie przekonała mnie, że rozporządzenia prawne nowego ustawodawstwa źle były powzięte pod względem psychologicznym. Jawną mi się stała pomyłka, gdy ujrzałem pruskich żandarmów, poczciwych ludzi, ale niezgrabnych, ścigających pobrzękując ostrogami i pałaszami zwinnych i lekkonogich księży, uciekających przez skryte drzwi i alkierze”. Ks. Bismarck był tylko za zniesieniem oddziału katolickiego, skreśleniem tak zwanych pruskich praw zasadniczych, zapewniających wolność religijną; za oddaniem nadzoru szkolnego bezwzględnie państwu i za obowiązującym małżeństwem cywilnym.

Przecież ani rozłączył się z Falkiem, ani położył końca wojnie religijnej. Zawrzała ona na dobre w 1873 r. po uchwaleniu ustaw majowych ze wszystkimi jej następstwami, gromami Papieża, oporem niemal ogólnym episkopatu i duchowieństwa, tegoż prześladowaniem, karami, więzieniem i wygnaniem. W listopadzie tego roku wojna między arcybiskupem Ledóchowskim i rządem była otwarta i nieubłagana. Przesilenie było bliskie. Rząd gotów był przed niczym się nie cofnąć; arcybiskup do końca ulec nie mógł i nie chciał i postanowił dozwolić sile działać. Siła duchowa mierzyła się z materialną, stały oko w oko. Twarde nastawały dla Wielkiego Księstwa Poznańskiego czasy. Przyszło nam ścieśniać przerzedzone szeregi i wytrwać. Przewaga państwa stworzonego przez Bismarcka i jego osobista uwydatniły się wpływem na społeczeństwa i inne państwa walki religijnej w Niemczech. Poczęto ją naśladować lub jej schlebiać. Gdyby ks. Bismarck, jako przedstawiciel jedności niemieckiej dokonanej przez północnych Niemców, stanął był do walki z katolicyzmem w imieniu protestantyzmu, byłaby to wojna religijna, jaką nieraz w dziejach napotykamy, nie mniej groźna i niebezpieczna dla katolików. Ale byłaby nierównie mniej w możliwych następstwach i ostatecznych wynikach doniosła, jak ta, która zawrzała była. Walka bowiem podjęta przez państwo w imieniu nie tej lub owej religii, tego lub owego wyznania, tego lub owego punktu widzenia religijnego, lecz bezwyznaniowo, była niemal bezprzykładna w dziejach i nie dotyczyła tylko pojedynczych spraw, przekonań i wiary, lecz sięgała wyżyn najważniejszego pytania: czy społeczeństwo ludzkie obejść się może bez religii? Następstwem tej walki musiała być odpowiedź na to pytanie i w tym tkwiła ważność chwili. Walka podjęta przez najpotężniejsze chwilowo państwo, groziła nie już temu lub owemu mocarstwu albo narodowości; ona była wymierzona przeciw podstawom społeczności ludzkiej. Żaden zamach nie rozporządzał, jak ten, równie potężnymi środkami materialnymi. Niemały to zaszczyt, niemały dowód siły obozu katolickiego, iż przypadło mu, broniąc własnej wiary, zasłaniać zarazem wolność i byt ludzkości przez materialną wszechwładzą i jej bezwzględnością.

Przeznaczeniem sprawy polskiej było zespalać się z wielkimi zadaniami, przez co stała się była przez jedno stulecie europejską. Było to następstwem jej pochodzenia, nieszczęsnego dla niej, niekorzystnego dla Europy rozbioru, który kładąc koniec Polsce dał początek sprawie polskiej. W czasach, o których mówię, najróżowsze zapatrywanie nie mogło już dostrzec ani związku między nią a położeniem politycznym, ani promyka nadziei dla niej; zdawać się mogło, że nie istnieje i wtedy właśnie jak Feniks powstała z popiołów i dziwnym zbiegiem rzeczy złączyła się znowu z największymi zadaniami teraźniejszości, z zagadkami przyszłości, z najżywotniejszymi pytaniami duchowymi i politycznymi. Nigdzie politycznie nie istniała sprawa polska; lecz raptem stanęła na porządku dziennym jako katolicka, a jako taka ukazała się na wielkiej widowni świata, zahaczyła się i połączyła ze wszystkimi doniosłymi walkami i zagadkami obecnymi i przyszłymi. Polacy naraz nabrali znaczenia jako katolicy, a jako tacy znaleźli w czasach prześladowania miliony sprzymierzeńców. Jako katolicka sprawa polska żyła, istniała, bo walczyła jednocześnie w Wielkim Księstwie Poznańskim, w parlamencie niemieckim, w sejmie pruskim, w Chełmskiem i w Radzie Państwa austriackiej. I kiedy przyszła chwila, w której Polski przedstawiać nie mógł oręż, w której nie było miejsca dla tworów politycznych obejmujących jej sprawę, w której statysta i publicysta na milczenie byli skazani, wtedy, stwierdzili jej istnienie, żywotność i przyszłość: chłop ginący pod knutem za wiarę ojców i biskup uwięziony za tę samą wiarę. Chłop chełmski i arcybiskup Ledóchowski stali się jedynymi, ale jakżeż wzniosłymi przedstawicielami sprawy polskiej jako europejskiej i stali się łącznikami między nią a duchowym i politycznym ruchem świata.

Wspaniały, pełen godności i siły był opór stawiony przez arcybiskupa Ledóchowskiego zamachom rządu pruskiego na wiarę i prawa Kościoła katolickiego. W tej zaciętej walce, wydanej przez państwo podstawie państwa, bo religii, danym było polskiemu kapłanowi pierwsze odebrać ciosy i zabłysnąć tradycyjną stałością i przywiązaniem do wiary ojców.

Pod wpływem ustaw majowych i ministra Falka, rząd nie cofnął się przed najwstrętniejszym postępowaniem dla przełamania oporu biskupów, duchowieństwa i wiernych. Uderzył naprzód w Polaków i arcybiskupa Ledóchowskiego; uwięził go w Ostrowie. Wielu księży polskich prześladowanych i uwięzionych zostało. Uwięziony został ks. Koźmian, prawa ręka arcybiskupa i tajny delegat papieski na czas prześladowania Kościoła, zamknięty został jego zakład naukowy młodzieży w Poznaniu, a na niemieckich teatrzykach poznańskich i niemieckich przedstawiano go nie szczędząc mu szyderstw i obelg. Piękna to, zaszczytna karta polskich dziejów, a zapisał ją czynami swymi wzniośle arcybiskup Ledóchowski. On stałością, spokojem i niewzruszoną odwagą pociągnął rząd niemiecki na tę znaną z dziejów drogę, po której władza świecka wlecze biskupa do więzienia. Ks. Bismarck obdarzony był zbyt bystrym rozumem, aby nawet wśród zaciętej walki stracić z oczu następstwa prześladowania wszelkiej wiary, szczególnie religii katolickiej, aby nie zmierzyć niebezpieczeństw, które powstają z zamknięciem kraty więziennej kapłana i biskupa. Stąd wybór pierwszej ofiary. W osobie ks. Ledóchowskiego Polak miał przeciwważyć biskupa; rozumowano: jeżeli niebezpiecznie jest uwięzić biskupa, to przecież najbezpieczniej zacząć od polskiego, bo Polak. Zrobiono doświadczenie in anima vili. Pierwszy krok był najtrudniejszy. Po Polaku łatwiej było wziąć się do Niemców.

Zawsze się tak działo od rozbioru, że jedna z dzielnic polskich powołana była do zajęcia wybitniejszego stanowiska, przedstawiając albo zbiorową myśl polską, albo ważną dla społeczeństwa polskiego sprawę. Zdawać się mogło, że jeżeli już nigdy, to przecież nie tak prędko do takiego posłannictwa powołane będzie Wielkie Księstwo Poznańskie; lecz i tu zawiodły rachuby ludzkie, a dzięki polityce wewnętrznej ks. Bismarcka ważność tej dzielnicy wzrosła w jednej chwili nadspodziewanie i przypadło jej w udziale doniosłe zadanie bronienia i poświęcenia się zarazem dla żywotnych interesów polskich i dla sprawy wolności sumienia, godności ludzkiej, dla prawdziwej cywilizacji, bo dla porządku społecznego i nieoddzielnego od niego porządku duchowego. W Wielkim Księstwie Poznańskim toczyła się już nie teoretyczna, ale praktyczna walka o sprawę, która stała się była na razie wielce ważną i celem zapasów. Nie tylko tam szło o to, co przez wieki stanowiło treść ducha polskiego, ale także o doniosłe zadania ludzkości, obejmujące potrzeby współczesnych społeczeństw. Ta najmniejsza, najbardziej zgnębiona dzielnica polska, pierwsza powołana została, by stawić czoło czynem burzy niszczącej podstawy społeczne. Ogół spełnił tam do końca swój obowiązek z godnością, spokojem, wytrwałością i wytrawnością, których przykład dał arcybiskup Ledóchowski, a za nim duchowieństwo. Na gruncie obranym przez ks. Bismarcka nastąpiło połączenie ludu, szlachty, mieszczaństwa i duchowieństwa.

Ks. Bismarck, prześladując Kościół katolicki wydał był wojnę temu, co nie poczynało się w sile materialnej. Podczas rozpraw izb w Berlinie w 1875 r. pod bokiem wszechpotężnego pana położenia, dał się słyszeć śmiały głos słabych i zgnębionych, głos przeciw dokonanym bezprawiom i pogwałceniu najdroższych ludziom praw przyrodzonych: religii i narodowości. Był to głos polski posłów z Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Był on wytrawny i pełen miary. Ludzie polityczni tej dzielnicy umieli przedstawiać i bronić wobec wrogów sprawy swej sumiennie, wytrwale, bez znużenia ani słabości. Byli oni dowodem, iż najlepszymi są Polacy tam, gdzie im jest najgorzej. Tam, gdzie się najsrożej obchodzą z Polakami, stają się oni najszczytniejszymi. Mowy posłów polskich wywołały burzę. Największy zawsze powstaje hałas, gdzie nie ma odpowiedzi, bo się w nim i prawdę zagłusza. Po hałasie nastąpiły potwarze, których Bismarck nigdy nie szczędził Polakom. Do krzywdy dołączał obelgę, która jest słabością siły.

Walka przeciw katolikom wrzała teraz w całych Niemczech. Nową jej ofiarą w Wielkim Księstwie Poznańskim stał się był biskup in partibus Janiszewski[41], sufragan poznański, mąż wielkich zalet, obdarzony niezwykłym zmysłem politycznym. Zamieniał więzienie na wygnanie.

Jednak dostrzec już można było znużenie nie w obozie prześladowanych, ale prześladujących. Wielki wódz Bismarck jednocześnie zaniemógł, a że wojna, którą prowadził wielu miała przeciwników na dworze berlińskim, że cesarzowa Augusta ubolewała nad nią, a i cesarzowi Wilhelmowi[42] nieraz nie dogadzała, gdy dotykała protestanckiego duchowieństwa i gdy szło o małżeństwo cywilne, coraz uporczywiej pojawiać się zaczęły wieści o ustąpieniu kanclerza.

Ukazała się wtedy wspaniała encyklika Ojca świętego do biskupów niemieckich, pochwalająca ich opór i zalecająca wytrwanie. Pius IX spełnił jednocześnie niemal pełen namaszczenia czyn. Jak wódz wyszczególnia na polu bitwy podwładnego znakiem honorowym za waleczność, tak Papież odznaczył arcybiskupa Ledóchowskiego w więzieniu, więc na wyłomie, purpurą. Nie mógł Pius IX zrobić lepszego między Polakami wyboru, bo nikt z taką siłą, zarazem doniosłością dla świata katolickiego nie przedstawiał, nie bronił w owych srogich czasach sprawy Kościoła katolickiego w Polsce, jak arcybiskup gnieźnieńsko-poznański. Dając mu kapelusz kardynalski, Ojciec święty chciał zarazem w jego osobie uznać wierność, wytrwałość i przywiązanie społeczeństwa polskiego do wiary ojców, społeczeństwa, które, że jest polskim jest katolickim. Była to nagroda za to, co w owych czasach Kościół i naród polski wycierpieli dla wiary, zarazem zachęta i umocnienie ich na przyszłość, która miała być ciężka i niełatwa do przetrwania. Polacy byli rozćwiartowani i rozdzieleni, czyn Papieża wskazał i przypomniał, że jedność narodową zapewnia jedność wiary. Pius IX w wielkiej miłości dla Polaków, którą zawsze był ożywiony, chciał także, aby mieli przedstawiciela na przyszłym conclave.

Coraz wyraźniej odrysowywała się walka na polu religijnym, wszystko odnosiło się do niej, wszystko z nią miało bliższą lub dalszą styczność i zdawać się mogło, że przygotowuje się, jak dawniej, krwawa walka. Bismarck, pomimo swej przenikliwości i zdrowego rozsądku, uroił sobie, że sprawa religijna i wpływ Papieża popchnąć mogą Francję do wojny, podczas gdy Gambetta zawołał był: “klerykalizm oto wróg”. Zadziwiające, zdumiewające zjawisko w czasach przesiąkniętych niewiarą i obojętnością religijną! Wojny religijne wybuchały zwykle pod wpływem zagorzałości. Otóż rzeczy dochodziły do tych ostateczności, które obudzić je mogły. Bezwyznaniowy liberalizm, upojony niesłychanymi powodzeniami i poparciem potężnych i silnych, stawał się zagorzały i z zaciętością prowadził walkę przeciw religii; z drugiej strony prześladowania religijne nacechowane zaciętością i wykonywane z naciskiem, nieraz okrutnie, przebudziły najobojętniejszych dotąd i pchały do oporu, do walki, do zagorzałości. Wielkie powodzenie i wielkie klęski wywołują ją zarówno; upojenie szczęściem lub sroga chłosta popychają do niezwykłych, nieraz nadludzkich czynów. Sprawa religijna zdawała się do tego dochodzić kresu w Europie. Z jednej strony upojenie i szał, z drugiej rozpacz, to zapalne żywioły, z których wybuchnąć mógł pożar. Bismarck albo zrozumiał niebezpieczeństwa i następstwa walki bez wiary z wszelką wiarą, albo też liczyć się musiał z cesarzem i znacznymi czynnikami, dość, że spróbował zwrotu. Polegał on na zamienieniu dotychczasowych zapasów w wojnę protestantyzmu i śmiesznej herezji zwanej starokatolicyzmem z katolicyzmem. Podczas rozpraw w izbie wyższej w 1875 r. nad zmianą konstytucji w rzeczach religijnych, uchwycił za nić, która mogła go połączyć z obozem protestanckim wojującym i walczącym dotąd zarówno, jak katolicki. Nie dość jednak było chcieć. Czasy przerastały w tej mierze Bismarcka. Wyobrażenia wieku, górujące pojęcia, katechizm wolnomyślny, sprzeciwiały się wojnie jednej religii przeciw drugiej. Bismarck nie miał wyboru. Nie dane mu było dodatnio w rozpoczętej walce działać, choćby w imieniu protestantyzmu; musiał do końca prowadzić dzieło zniszczenia i podkopywania podstaw społecznych i jak tylu innych, dawszy popęd rzeczy, zostać przez nią porwanym lub zatrzymać się.

I tu znowu podziwiać trzeba Bismarcka rozum i siłę woli; zapisać różnicę między nim a wielu innymi, którzy tych samych co on dosięgli wyżyn. I tu Bismarck zatrzymać się umiał; bez fałszywego wstydu, powiedziawszy, że nie pójdzie do Canossy, wszedł na drogę prowadzącą do niej, odbył jej połowę, aż spotkał się z przejednanym przeciwnikiem. Już w 1878 r. Bismarck zmuszony był w działaniach swoich wewnętrznych zbliżyć się, następnie oprzeć na konserwatystach, z którymi zerwał był dla połączenia się z narodowo-liberalnymi, oraz na stronnictwie katolickim Centrum. Wskutek tego z wolna rozpoczął się odwrót w wojnie religijnej. Minister Falk, twórca ustaw majowych, ustąpił. Na stolicy Piotrowej zasiadł nowy papież, Leon XIII[43]. Bismarck zaraz rozpoczął z nim układy; były one mozolne i trudne, przeciągały się. […] Od 1880 r. ustawy majowe zostały stopniowo zmienione i rząd cofnął wiele rozporządzeń wydanych podczas walki. Pokój z Kościołem przywrócony, poseł niemiecki przy ojcu świętym mianowany został. Wreszcie Bismarck uwieńczył dzieło zgody w 1885 r., oddając pod sąd papieża spór Niemiec z Hiszpanią o wyspy Karoliny. Była to w swoim rodzaju wspaniała znowu niespodzianka, którą świat zadziwił. Niektóre zmiany popierane przez Bismarcka, jak zniesienie oddziału katolickiego, skreślenie pruskich praw zasadniczych, małżeństwo cywilne i nadzór państwowy nad szkołami i metrykami, utrzymane zostały. Co się tyczy ducha i treści bezwyznaniowych i prześladowczych ustaw majowych, rząd poniósł dotkliwą przegraną i ustąpić musiał wobec niezłomności biskupów, duchowieństwa i katolików.

Wojną religijną Bismarck rzeczowo i na uroku więcej stracił niż zyskał, a co ważniejsze niż zyskać mógł. Dla zażegnania w znacznej części urojonych niebezpieczeństw rozpoczął walkę, która posłużyła w Niemczech do spotęgowania siły liczebnej i znaczenia stronnictwa katolickiego Centrum[44], które pod wodzą Hanowerczyka Windhorsta, genialnego przywódcy parlamentarnego, stało się potęgą w państwie, tak iż odtąd z nią i jej naczelnikiem Bismarck i wszystkie rządy liczyć się musiały. Bismarck znalazł w Windhorscie po raz pierwszy przeciwnika, który zdolny był stawić mu czoło.

W Wielkim Księstwie Poznańskim Polacy stracili arcybiskupa Ledóchowskiego, który wypuszczony w 1876 r. z więzienia, wydalony i pozbawiony został swej arcybiskupiej stolicy. Wojna religijna jednak, która początkowo i głównie wymierzona była przeciw polskości, posłużyła tam do pogłębienia uczucia narodowego we wszystkich warstwach, od szlachty do ludu wiejskiego, dostarczyła zasobów do dalszej walki i wzmocniła jej środki oraz warunki, zespalając silniej jeszcze niż dotąd katolicyzm z polskością, co wytworzyło najlepszego chłopa polskiego, wielkopolskiego chłopa. Zamiast osłabić, wojna religijna wzmocniła i ożywiła polskość na Śląsku. Bismarck popełniwszy błąd wojny, w której więcej mógł stracić niż zyskać, ustąpić musiał, a ustąpienie było mądrym naprawieniem błędu.

Potęga i sława Bismarcka pochodziły z jego zewnętrznych działań. Istota jego geniuszu nadawała się do polityki zewnętrznej. Stąd ona i wzgląd na nią przeważyły w jego wewnętrznych działaniach. W parlamencie widział on raczej uosobienie i wzmocnienie jedności niemieckiej pod przewodnictwem Prus, niż czynnik swobody politycznej, który by ugruntował wewnętrzne życie państwowe oparte na instytucjach. Nie dozwolił mu wyrosnąć ani nad władzę królewską, ani nad kanclerską. Zostawił mu jedynie przeczące przywileje. Mocy obalania i zmieniania rządu nigdy mu nie przyznał. Zachował go i używał jako środek, stąd liczył się z jego stronnictwami bez względu na zasady i tylko przez wzgląd na każdorazowe sprawy i potrzeby. Rządy jego po utworzeniu Cesarstwa były konstytucyjne, ale nie parlamentarne. […]

Do najbardziej pouczających zjawisk ówczesnych czasów należy zerwanie długotrwałych dobrych, a nawet często rozrzewniająco czułych stosunków ks. Bismarcka ze stronnictwem wolnomyślnym i zbliżenie się jego nie tylko do konserwatystów, którym się przed laty tak nielitościwie sprzeniewierzył, ale nawet do Centrum, które wytworzyła potrzeba obrony wszystkiego, na co ks. Bismarck namiętnie targnął się w sojuszu z liberalizmem. Zwrot ten najlepiej znamionuje ks. Bismarcka, a jego pozorna zmienność była tylko nowym dowodem żelaznej woli polegającej na tym, aby w polityce nie kierować się ani zasadami, ani stałością zdania. Świadczy on zarazem, że ks. Bismarck nigdy nie był człowiekiem stronnictwa, lecz sam dla siebie celem, następnie uosobieniem państwa, skoro w jego wcieliło się osobę.

W początkach swego zawodu ks. Bismarck junkier z pochodzenia, ale i z usposobienia, przesadza w kierunku zachowawczym, aby się dać poznać, ale już wtedy z pewnym odcieniem sceptycyzmu, który pozwalał przeczuwać, że przekonania jego polityczne mogą być dla niego środkiem, ale nigdy nie przeszkodzą mu w działaniu. Doszedłszy do władzy, natychmiast poświęca bez wahania się, a nawet bezwzględnie wszystko, co w jego przeszłości stanowić może przeszkody dla teraźniejszości i zagradzać drogę do przyszłości. Zrywa z junkrami, szydzi nielitościwie z konserwatyzmu i konserwatystów, łączy się z liberalizmem, otacza się wolnomyślnymi, nie obawia się wchodzić w stosunki z socjalistami i całą tę rzeszę wyzyskuje w sposób mistrzowski na rzecz potęgi państwa i wszechwładzy państwowej, której staje się uosobieniem. Teraz wreszcie odrzuca zużyte narzędzie, dołącza do niewdzięczności pogardę niesłychaną, a chcąc zniszczyć i unicestwić liberalizm, depcze go nogami i wskrzesza w swym sercu dawną do zachowawczego stronnictwa miłość, usiłuje wlać w nie życie i zapalić w jego piersiach święty ogień, który sam ugasił był. Trudno sobie wyobrazić, jak naraz nielitościwym, okrutnym nawet, okazał się kanclerz dla tych narodowo-liberalnych, których tak misternie umiał pieścić przez długi czas, schlebiając ich próżności. Poza Izbą, ale w Izbie szczególnie poniewierał nimi. Zasłużona kara za powolność i płaszczenie się liberałów wobec kanclerza spadła na nich. Sam kanclerz z lubością przyjął na siebie wymierzenie i wykonanie kary. Z drugiej zaś strony osłabiwszy zachowawcze postawy społeczeństwa i wyśmiawszy je, wołał na konserwatystów: “Nie dajcie się! Wy stanowicie siłę, bo was jest kilka milionów rolników, a bramy piekieł nie przemogą was!”.

Mógł ks. Bismarck zmieniać sojuszników w parlamentarnych zapasach, ale niepodobna, aby nie oceniał wartości i znaczenia szlachty pruskiej. Szlachta pruska była rdzeniem państwa. Wierna tronowi i państwu, nigdy dla nich niebezpieczna, zawsze była na ich usługach, z ich bytem własny zespoliła. Twarda, czerstwa, karna, przejęta uczuciem obowiązku, obyczajów zdrowych, zamożna, bez zbytku, stanowiła wielce cenną siłę. W wojsku i na urzędzie wzorowa, przodowała, nie wynosząc się zbytecznie i dopomagała znacznie do rozwoju potęgi pruskiej. Była ona jak rzymski i wenecki patrycjat, jak angielska arystokracja, kastą państwową, stanowiącą zawiązek, podporę i moc ojczyzny. Szczęśliwe kraje, które taką posiadają kastę, bo ich byt i potęga spoczywają na silnej podstawie i mniej zależne są od zmiennych losów. Polska upadła, bo nie miała takiej szlachty jak pruska, a miała swawolną i antypaństwową. Rząd, który by nie dbał o istnienie i pomyślność takiej kasty państwowej, popełniłby wielki błąd. Z jej łona wyszedł Bismarck.

Jaki był rzeczywisty powód ówczesnego gwałtownego, szorstkiego zwrotu kanclerza trudno odgadnąć; jak zawsze, tak i w tym wypadku trudno było dociec jego myśli ostatnich i ostatecznych zamiarów. To tylko pewne, że myślą jego musiał być cel całego życia – państwo uosobione w nim. Zdaje się jednak, iż socjalizm i rozmiary jakie przybierał były pierwszym powodem nawrócenia, które było najświetniejszym dowodem zupełnej niewiary ks. Bismarcka. Następstwem tego zwrotu było, jak powiedziałem, zaniechanie wojny religijnej i powolne wycofanie się z niej, a tak wskutek najwyższego sceptycyzmu kanclerz powrócił do zasad wiary chrześcijańskiej.

Ks. Bismarck jak Feniks z popiołów liberalizmu odrodził się w jaskrawym, acz sztucznym świetle zachowawczym, okazał się dzielnym, niczym nie znużonym tak duchowo, jak fizycznie szermierzem politycznym i kiedy mniemano, iż się już wyczerpał zadziwił świat giętkością i bogactwem środków, które miał na zawołanie, a kiedy głoszono, że podupadł zupełnie na zdrowiu, on niezmordowany, popijając tradycjonalny koniak, wygłosił w Izbie szereg długich mów podczas rozpraw nad cłami i nie tylko stawił czoła przeciwnikom, ale znalazł dostateczną siłę, aby ich zdruzgotać i sponiewierać. Ks. Bismarck był wtedy silniejszy niż kiedykolwiek; urok jego osoby był potęgą odświeżoną, która jednając mu sprzymierzeńców, unicestwiła jego przeciwników; kiedy przemawiali w Izbie, jedni i drudzy chciwie chwytali każde jego słowo czując, że w rękach tego człowieka niezmiennie spoczywają losy stronnictw zarówno, jak państwa, bo będąc zawsze gotowym zastosować wszelkie środki, umie niezrównanie do swoich użyć ich celów. Ks. Bismarck zwyciężywszy, zażądał urlopu i usunął się w zacisze wiejskie, ale oczy całych Niemiec zwrócone były w stronę Warżinu i stamtąd wszyscy oczekiwali dalszego rozwoju wypadków i dalszych niespodzianek. Ks. Bismarck uosobił w sobie – państwo! […]

“Austria nie doznała w sprawie polskiej tych trudności, które na nas pochodzą stąd, że w Wielkim Księstwie Poznańskim i Prusach wschodnich krzyżują się dążenia Polaków i Niemców, wskutek zaś położenia geograficznego Prus wschodnich trudności nasze nierozerwalnie są zespolone z przywróceniem niepodległości Polski. Nasze położenie geograficzne i pomieszanie dwóch narodowości we wschodnich prowincjach, włącznie ze Śląskiem, zmuszają nas oddalać o ile się da powstanie sprawy polskiej”. W tych słowach Bismarcka znajduje się wytłumaczenie jego działań w rzeczach polskich, jego wytrwałego, nieubłaganego prześladowania Polaków. Współczucie Niemców dla Polaków w 1831 i 1848 r. raziło zmysł polityczny Bismarcka, chciał na zawsze naród niemiecki z tej politycznej ułomności wyleczyć, z łatwością przeistoczył ją w polakożerstwo, na którym grał wciąż, czasem dla odświeżenia lub wzmocnienia własnego wzięcia. Postępowanie jego przeciw Polakom było przez cały czas jego rządów nienawistne, zaprawione na przemian szyderstwem i pogardą. Ostatnim jego wyrazem były ustawy banicyjna i kolonizacyjna oraz rzucona szlachcie polskiej obelga, iż trwoni mienie z Monte Carlo.

Widzieliśmy, że za czasów Północnego Związku Niemieckiego, Bismarck nic nie zmienił w postępowaniu rządu względem żywiołu polskiego, że trzymał się niewolniczo dawnego sposobu pozornie prawnego, powolnego, wytrwałego, zmierzającego pewnym krokiem do celu. Raptem, po utworzeniu Cesarstwa, poczęło mu być pilno, zapragnął spiesznie skończyć rzecz, przyspieszył kroku; chwycił się środków gwałtownych i jawnych bezprawi. Chcąc skrócić drogę, przedłużył ją.

Powodem, dla którego państwo odbiera podbitemu lub zabranemu krajowi jego narodowy byt, jest obawa, aby z niego nie skorzystał dla odzyskania niepodległości lub żeby obcy sąsiedzi nie zużytkowali go przeciw niemu. Państwo, które przez wielką potęgę doszło do bezpieczeństwa, jak Rzym, lub słabe, jak Austria, zostawia podbitemu lub zabranemu krajowi jego byt narodowy. Prusacy wszakże czują potrzebę nie tylko posiadania, ale i grabieży.

Działania wewnętrzne Bismarcka w sprawach polskich wyrządziły znacznie materialne szkody polskości; podniosły ją duchowo, wytworzyły stan średni patriotyczny, który trudniej zdusić niż wywłaścić szlachtę, umocniły w polskości chłopa, przedłużyły możność walki z germanizmem i uczyniły z Polaków pod panowaniem pruskim łącznik między światem słowiańskim i światem polskim. […]

Trójprzymierze miało na celu utrzymanie status quo i pozbawiało Austrię widoków na przyszłość, ale tak samo wykluczało dalsze Niemiec nabytki; z tą różnicą, że Niemcy były nasycone, zaś Austria wyposzczona. Odpowiadało to jednak temu, do czego Austria jeszcze zdolna była i do czego już zdolna nie była. W tym znaczeniu, trójprzymierze znaczne Austrii przynosiło korzyści: bezpieczeństwo na obolałych granicach, niemieckiej i włoskiej, oraz wobec rosyjskiej. Nie dając jej jednak pomocy i poparcia Niemiec na wschodzie, nie pozwalało tam stawić skutecznie czoła Rosji i pozostawiało jej stanowisko w Bośni i Hercegowinie nie utwierdzonym. Trójprzymierze zapobiegało, poniekąd uniemożliwiało w ogóle, wszelkie zaczepne w Europie wystąpienie[45].

Rzecz dziwna i godna uwagi pomimo tego wyraźnego znamienia, pomimo osnowy i zamiaru pokojowego traktatu, trójprzymierze ukształtowało, przedłużyło, ustaliło pokój zbrojny. Wtedy to już uzbrojone mocarstwa i państwa, poczęły iść na wyścigi w zwiększaniu sił wojskowych i wydoskonalaniu narzędzi wojny, był to bieg bez wytchnienia. Coraz to nowe wynalazki obfitego w nie stulecia, narzucały rządom Penelopy pracę, zwiększały i tak już niezmiernie wydatki wojskowe. Przykład dawały Niemcy; ich sprzymierzeńcy iść musieli za nimi, chociaż im kroku dotrzymywać nie mogli; był to cichy, nieokreślony warunek trwałości i przedłużania potrójnego przymierza. Inne mocarstwa i państwa, z wyjątkiem Anglii, nie chciały pozostać w tyle, jedna Rosja, polegając na swym silnym, odpornym położeniu, rozumnie nie zaniedbywała uzbrojenia, lecz ograniczała wysilenia.

Ks. Bismarck wywołał zbrojny pokój, który go przeżył tak samo, jak dwa dzieła, o których wyżej była mowa.

Świat się uzbroił i zbroił się nie do wojny, ale do pokoju, tak dalece niepewny zdawał się stan rzeczy wytworzony polityką Bismarcka. Ludy niemieckie zwłaszcza pytały zdziwione, dlaczego po tylu zwycięstwach ponosić mają coraz to nowe wydatki na cele wojenne, bez zamiaru nowych zdobyczy. Stwarzało to wewnętrzne trudności, z którymi łamał się i które przezwyciężał ks. Bismarck. Przerażający pod względem skarbowym i gospodarczym zbrojny pokój, oparty na ogólnej służbie wojskowej, urzeczywistnia częściowo państwowy socjalizm, albowiem państwo przez czas jakiś żywi i odziewa znaczną część ludności. Jednocześnie ogólna służba odrywa czasowo od zastępów robotniczych pewien procent młodzieży i poddaje ją wojskowej karności. Przy tym wydatki na wojsko w znacznej części obracają się na korzyść krajowego zbytu i ludności. Stąd ten porządek rzeczy mniej dotkliwie czuć się daje, choć w budżetach przeraża. Stąd zwrot staje się coraz mniej bliski i prawdopodobny. A przecież jest to porządek rzeczy nieprawidłowy, do pewnego stopnia szalony już dlatego, że wywołuje w stosunkach międzynarodowych licytację w uzbrojeniach bezgraniczną. W ogóle powrót do dawnych kształtów jest trudny i rzadko zdarza się w historii. Dlatego zbawienne zerwanie z ogólną służbą wojskową i rozumne ograniczenie się do wojska mniej licznego, wyborowego, opartego na powołaniu, a nie odrywającego przymusowo i gwałtownie wszystkich od innych zawodów, nie zdają się być możliwe. Pozostaje przekształcenie się stopniowe wojsk opartych na ogólnej służbie w milicję. Z dzisiejszym stanem stosunków społecznych, z dzisiejszymi wyobrażeniami i żądzami, z osłabieniem uroku i powagi władzy, milicja narazić by mogła społeczeństwa na niebezpieczeństwa i umożliwiały wielkie wywroty dotąd zażegnane tylko karnością wojskową, które wiele by zniszczyły, nic nie stworzyły, tak iż dopiero na zgliszczach przez nie nagromadzonych powstałby nowy, raczej dawny, w innym kształcie, porządek rzeczy. Zadaniem nauki i rozumu stanu jest oszczędzić ludzkości te przejścia. Wreszcie milicja jeszcze by bardziej zdemokratyzowała dzisiejszy stan rzeczy, którego złem głównym już jest, iż w nim ilość góruje nad jakością. Ale i z obecną służbą wojskową, wszędzie stopniowo skracaną, żołnierz coraz jest bliższym robotnika. A przecież cały dzisiejszy porządek rzeczy zabezpieczony jest przed wywrotem, dopóki żądze społeczne nie wezmą góry nad karnością wojskową. Jedną z wyższości Rosji jest, że tam względnie najpóźniej by to nastąpiło. […]

Wybujały militaryzm w pogańskim czy chrześcijańskim świecie prowadził władzę do szukania oparcia w ludzie, w niższych warstwach, z których powstają zastępy wojskowe, i do wzięcia w opiekę, raczej w rękę jako narzędzia robotnika i jego sprawę. Na tę drogę przeczucie więcej niż rozumowanie pchnęły cezarów rzymskich i cesarza Wilhelma II. Panem et circenses oraz reskrypty socjalne władcy Niemiec są pomimo oddzielających je wieków pokrewne sobie; są to rozejmy z nierozwiązalną sprawą. Rzymscy cezarzy sporadycznym rozdawaniem zboża i urządzaniem widowisk zyskiwać chcieli na czasie wobec socjalnego potwora; nowoczesny cezar uczuł potrzebę rzucić mu na pastwę ustępstwa teoretyczne i pobożne życzenia polepszenia losu robotników; tamci i ten kosztem publicznym, bo istniejącego porządku społecznego. Przychodzi jednak chwila, w której już nie chleba tylko żąda robotnik i sumptem pana urządzonych rozrywek; on chce chleba, ale gdy go ma, chce dobrobytu, a potem używania nie z łaski pana, ale jako pan. Wtedy rozmiary zadania, tym samym jego nierozwiązalności, rozszerzają się i zwiększają się.

Rzeczą, której z uwagi spuszczać nie należy, że stara jak świat sprawa socjalna, która doprowadzona do ostatniego mianownika jest sprawą wyżywienia, następnie lepszego wyżywienia nigdy ani rozwiązana nie była, ani też żadnej innej i w ogóle nic rozwiązać nie była zdolna – nie ma ona też mocy dostatecznej do zniszczenia cywilizacji i porządku społecznego czy politycznego ani do wytworzenia nowego. Klęski zadać może, nie przynosi załatwienia zadania, przysposabia grunt pod zmiany, ale ich nie wytwarza z siebie; do tego inny zwykle jakiś trzeci czynnik powołany jest, który jest niewiadomą. Ani zatem zbawienia, ani pogromu ostatecznego od sprawy socjalnej oczekiwać nie należy; to olbrzymia choroba chroniczna. Ale kiedy się ona objawia w coraz to potworniejszych kształtach i w coraz groźniejszych rozmiarach, kiedy wywołuje zjawisko cezara i ludu, władzy i robotnika, zwykle jest zapowiedzią początku końca, przynajmniej zwrotu w istniejących cywilizacjach i porządkach rzeczy, którego dokona niewiadoma potęga. Ona zaś, niemłoda, z pewnością ani nowej cywilizacji, ani nawet nowego porządku rzeczy nie wytworzy; jej moc i powołanie ograniczają się do znęcania się lub pastwienia nad istniejącym.

Kiedy lud cały stoi pod bronią, wojska naczelny wódz musi przemawiać do wyobraźni zastępów, a także do ich żądz. Tam gdzie jest cezar i lud konieczne są wrażenia i widoki korzyści oraz zysków. I jednych, i drugich zwykłym szafarzem wojna. Kiedy wojny nie ma, trzeba ich szukać gdzie indziej. Siłą więc rzeczy, młody cesarz niemiecki, nadzieja najczystszych, nawet najzapaleńszych zachowawców, wyznawca przed paru jeszcze laty wszystkich zasad i praktyk bismarckowskich, pchnięty został w kierunku pamiętnych reskryptów, które pokrzyżowały jego i starego kanclerza drogi, chociaż miały ten sam punkt wyjścia – bismarckowskie orędzie Wilhelma I z 1881 r. One jednym skokiem przerzuciły Wilhelma II w dwudzieste stulecie. Krok ten był następstwem ogólnej służby wojskowej i zbrojnego pokoju, zatem spadku po bismarckowskim okresie. […]

Pytanie polegało na tym, czy podniesienie przez władzę sprawy socjalnej i wzięcie w ręce robotniczej zgotuje połóg szczęśliwy czy też poronienie. Wobec tego życzenia towarzyszyły nie pozbawionemu szlachetności zamiarowi, ale taić niepodobna było, że jego powodzenie pociągnąć by musiało za sobą następstwa i zwrot w życiu publicznym. Wszystkie siły i wszystkie usiłowania skierowałyby się naraz w stronę zadań społecznych i gospodarczych, a zepchnęłyby to, co się zwie polityką. Stara dziewiętnastego wieku polityka zbladłaby wobec polityki dwudziestego stulecia i ustąpić by musiała wobec tej drugiej. Świat naraz wyzwolony by został z użytych prawideł i praktyk szkoły bismarckowskiej i pokazałoby się, że są w dziewiętnastym stuleciu ludzie co do zadań dwudziestego dorośli, a dość mają odwagi i siły, aby uznać, że militaryzm i zbrojny pokój są głównymi przyczynami złego.

Tymczasem nieco inaczej przedstawiał się bieg wypadków od pięciu miesięcy. Podczas gdy reskrypty poruszały w Niemczech sprawę robotniczą i stawiały ją na porządku dziennym korony, przerzucały ją zarazem w dziedzinę międzynarodową zwołaniem konferencji kosmopolitycznej ze zbyt szczerym wobec zagranicy wyznaniem, iż staje się ona coraz większym dla Niemiec kłopotem. Że nie we wszystkich zamiarze być mogło oszczędzić Niemcom kłopotu w ogóle, zwłaszcza tego, zbyt było widoczne, stąd też z góry małymi musiały być widoki powodzenia konferencji, której program z początku szerszy, ścieśniony został i zamienił się w końcu w bezbarwny. Program nie odpowiadał zamachowi reskryptu, a konferencja stała się generalną próbą w strojach, po której sztuka upadła.

Trudno wiedzieć, o ile pod wpływem reskryptów, ale po ich wydaniu, wyszedł był z wyborów wzmocniony zastęp posłów socjalistycznych w parlamencie niemieckim. Przy otwarciu parlamentu niemieckiego, dowiedziano się o spotęgowaniu starego zbrojnego pokoju przez nowe żądania funduszów na cele wojskowe i zapowiedź dalszych wojskowych kredytów. Wtedy można było powiedzieć, że nic wewnątrz i na zewnątrz nie zmieniło się na lepsze i że znowu w Europie, w której robotnicy dzisiejsi są jutro żołnierzami, a żołnierze dzisiejsi są jutro robotnikami, porządek społeczny i bezpieczeństwo trwać będą tak długo, jak długo karność wojskowa górować nie przestanie nad namiętnościami i żądzami. I można było pomyśleć, że większą rękojmię dawała w tej mierze stara dziewiętnastego wieku nauka i że stary, upadły ks. Bismarck miał słuszność, kiedy w jednej ze swoich pokanclerskich rozmów wyznał, iż nie tylko byłby przeciwnym zniesieniu ustawy o socjalistach, ale byłby za jej zaostrzeniem.

W każdym razie można było w niej widzieć większe bezpieczeństwo, niż w pobłażliwości ogólnej, która zezwoliła na triumfalny pochód socjalizmu pierwszego maja. Stwierdził się on w tym dniu jako potęga tym, że umiał się miarkować, a radość i zadowolenie ze spokojnego przebiegu tego święta robotników, były objawem zaślepienia i dobroduszności obecnego porządku rzeczy. Spokojny przebieg był dowodem karności i rozumnego przywództwa; każde przekroczenie i wykroczenie byłoby jeszcze natrafiło na skarcenie, tym samym byłoby zwolniło pochód i postęp sprawy.

Być zadowolonym z mądrego zachowania się przeciwników jest oszukaniem siebie samego i sprawy, której się służy. […]

Pokolenie nasze większą część życia przepędziło z Bismarckiem i przyszło mu powiedzieć za ministrem Mostowskim[46]: “Chroń nas Boże od geniuszów”. Ten człowiek tak znaczne czynami swoimi i osobą zajął miejsce, że jest powodem niewyczerpanych rozmyślań i rozumowań politycznych. Dziadów naszych czasy zapełnił sobą inny wielkich rzeczy sprawca, wspomnieniem swoim czasy naszych ojców. Ze współżycia z Bismarckiem nie pozostało nam ani dobre wspomnienie, ani dobre uczucie i nic nie pozostało dla wyobraźni. Inaczej zaznaczył się w pamięci naszych dziadów i ojców Napoleon I, chociaż do niego stosował Mostowski wyżej przytoczone słowa! On, pomimo upadku, podniosłe wywarł wrażenie. Bismarck niezachwianym powodzeniem przygnębiający wywarł wpływ, który następcy nasi odziedziczą. Pierwszy pozostał pełen uroku, drugi nigdy go nie miał. Wiele jest tego przyczyn; pierwszą niezawodnie, że Bismarck nie połączył, jak Napoleon, czynów politycznych z chwałą wojenną. Ale pochodzi to stąd także, że Napoleon należał do pierwowzoru, w którym wciela się wszechświatowość, myśl powszechności, co przemawia zawsze do uczuć i wyobraźni ludzi, a zostawia niezatarte po sobie wspomnienie, czy było uosobione przez Aleksandra Wielkiego[47] czy przez stary Rzym, przez papiestwo czy Karola Wielkiego[48], przez państwo, w którym słońce nie zachodziło czy napoleonizm, przez grecką cywilizację czy chrześcijaństwo, przez Odrodzenie czy przez język, literaturę i ogładę francuską. A to dążenie do powszechności, to wszechświatowe pragnienie, dlatego tak wielki ma urok i tak potężny wywiera wpływ, bo odpowiada ludzkiej żądzy – nieskończoności.

Bismarck miał ograniczone, bo pruskie pragnienia, a dążenia jego nie sięgały poza świat niemiecki. Stąd działania jego cechy powszechności nigdy nie miały. Nie tylko przezorność wstrzymywała go od zapędów w tym kierunku, ale także jego istota. Nie miał do tego w sobie potrzebnego żywiołu, nie miał iskry, świętego ognia, nie miał podniosłości ducha. Bismarck nie miał nigdy owego snu Juliusza Cezara[49] przez wróżbitów w ten sposób wytłumaczonego, iż był przepowiednią panowania nad całą ziemią. Po Bismarcku nic się nie zostało, co by było wspólną wszystkich własnością, myślą, uczuciem. Więcej już do ogółu przemawia postać Moltkego[50] dlatego, że w dziedzinie wojny, która jest wspólną, stworzył to, co się stało własnością wszystkich – nowy sposób.

Czegokolwiek dotknął się Napoleon, temu nadał piętno wielkości, Bismarck – tylko polityce. Wpływ Napoleona był ogromny, pozostał niezmierny po jego upadku. Wpływ Bismarcka był ograniczony, znikł po jego zgonie, nawet przed jego zgonem. Chociaż pierwszego dzieło zaprzepaszczone zostało, a drugiego pozostało nietknięte – pierwszy nie przestaje przemawiać do ludzi, drugi jest dla nich zamkniętą na zawsze książką. Napoleon zadaje kłam nauce powodzenia; Bismarck uczynił ją wstrętną. A tak dwóch wielkich w sprawach ludzkich działaczy stało się w odmienny sposób zaprzeczeniem pierwszego i głównego warunku polityki – powodzenia. Stało się to jednak tylko w dziedzinie duchowej, a duchowość wytwarza sprzeczności w dziedzinie politycznej; bo polityka używa jej bezwzględnie jako środka do celów materialnych. Polityka, która, gdy jest mądrą, cudnym jest narzędziem w sprawach świata; ze wszystkich rzeczy ludzkich jest przecież najbardziej zwierzęcą i na przemian posługuje się lub pomiata tym, co stanowi wyższość człowieka nad zwierzęciem; jest sztuką zbiorowego samolubstwa, za pomocą której osobiście znajduje swoją korzyść. Jest obrzydliwością. Bismarck był wielkim politykiem.

Patrząc się na niego ze stanowiska wyłącznej i ścisłej sztuki politycznej – sam powiedział, że polityka nie jest nauką, lecz sztuką – widzi się jeden z doskonałych okazów, a w tym człowieku, który zmysłu piękna nie miał, przychodzi podziwiać piękno sztuki politycznej. Miał wszystkie po temu kształty, warunki, zalety i tę także, że umiał nieszkodliwymi uczynić dla całości swojego dzieła własne wady. Bismarck nie tylko, że nie spotkał się z nikim, który by mu był równy, ale natrafił na wyradzające się już pokolenie mężów stanu. Nie miał do czynienia ani z Pittem, ani z Wellingtonem, ani z Aleksandrem I, ani z Metternichem[51]. Przyszło mu się mierzyć z miernotami, z politykami, jednymi nie ożywionymi prawdziwą i potężną żądzą znaczenia, lecz próżnością, z drugimi nie tylko nie twórczymi, ale istnymi niewolnikami przyzwyczajenia lub z marzycielami, z ludźmi przeżytymi i chylącymi się już do upadku, nie z całymi, w pełnej sile mężami stanu. Wśród nich być olbrzymem mogłoby nieco zmniejszyć rozmiary olbrzyma. Ten brak nie już równych, ale nawet godnych współzawodników, ludzie nazwą szczęściem. Ale temu twierdzeniu zadaje kłam to, że nikt inny nie umiał tak skorzystać z niższości, głupoty, niedołęstwa, zaślepienia, krótkowzroczności, nieporadności, wreszcie marzycielstwa i złudzeń lub zmiękczenia, słowem – ze wszelkich braków i niedostatków współczesnych polityków, jak Bismarck. Albowiem tego określić nie można nic nie znaczącym mianem szczęścia, gdyż to było jego właściwością polityczną, jego zasługą polityczną, jego znakomitością polityczną, iż zrozumiał, że w wielkiej grze stanowić to będzie jego korzyść i że tę zużytkował. I nie wiedzieć co bardziej podziwiać, czy sposób w jaki współczesnych wyzyskiwał, czy pogardę, jaką dla nich miał.

Każdej polityki państwowej ostatnim wynikiem jest powiększenie terytorialne. Wszystko inne jest literaturą, wymową, poezją, filozofią, moralnością, miłosierdziem, socjologią, wreszcie bezpaństwową polityką, najczęściej bałamuctwem, ale nie państwową, lwią polityką. Przygotowawcza robota gospodarcza, nagromadzenie środków i żywiołów, należą także do polityki państwowej, ale ostatnim jej wyrazem i objawem jest nabytek terytorialny, którego następstwem względna lub bezwzględna potęga. Wszelkie inne wcielenie i ujawnienie mocy państwowej jest albo sztuczne, albo jest złudzeniem, które wcześniej czy później rozwieje się. Dwa tego są rozstrzygające dowody: że wszelka utrata terytorialna jest zapowiedzią klęsk innych i początkiem upadku państwa oraz że państwo, które nie nabywa terytoriów, zwykle je traci. Jedną z przyczyn upadku Polski było, iż jałowe prowadziła wojny. Nabytek terytorialny musi przedstawiać rzeczywistą wartość dla nabywcy, inaczej staje się także złudzeniem. Nabytek powinien przewyższać lub przynajmniej być wart nakładu i ryzyka. Podbój wreszcie jest wtedy tylko cenny, gdy jest następstwem istotnej siły podbijającego państwa; inaczej jest przypadkowy i pozorny. Ale wartościowy nabytek terytorialny jest w swej istocie i ostatnich następstwach zadaniem polityki państwowej, a to tak dalece, że z chwilą, w której by przestał nim być, polityka ta przeistoczyłaby się w coś zupełnie innego niż jest i przestałaby być tą sztuką, której dotąd dajemy tę nazwę, a którą przekształci chyba ogólne rozbrojenie i wieczny pokój.

Polityka dodatnia polega zatem w swym wyniku na zabieraniu, bierna na strzeżeniu tego, co się ma przed zabraniem. Bismarck był wielkim politykiem. Zabrał bardzo wiele na rzecz Prus, nic nie pozwolił zabrać Niemcom, z których uczynił dźwignię potęgi Prus. Bismarck w znaczeniu wyłącznie politycznym był politykiem dodatnim; naprzód myślał o zabieraniu, w drugim rzędzie o tym, aby nie dać zabrać – naprzód o zwiększeniu Prus, następnie o tym, aby sąsiedzi i przeciwnicy nie zwiększyli się. Aby poczynić nabytki terytorialne trzeba mieć lub nagromadzić potrzebne środki i żywioły. Tak zatem polityka państwowa rozpada się na dwa wielkie działy: zachowanie lub nagromadzenie środków i żywiołów oraz umiejętność użycia ich dla powiększenia terytorialnego, względnie potęgi. Te dwa działy są sztuką rządzenia, czyli dzierżawienia i wykonywania władzy państwowej wewnątrz i na zewnątrz. W obydwóch Bismarck był znakomitym politykiem.

Aby człowiek spełnił zadanie polityki, nie dość po temu środków państwowych, trzeba aby zdobył sobie osobiste: znaczenie i władzę, czyli możność zastosowania środków państwowych lub narodowych. Człowiek czujący w sobie zdolność i siłę do spełnienia zadania polityki i posiadający je rzeczywiście, musi zatem dążyć do znaczenia i władzy. Niech pospólstwo zwie to żądzą czy próżnością, samochwalstwem czy chęcią dojścia, samolubstwem czy pychą, jest to spełnieniem politycznego obowiązku, bo wytworzeniem jednego z niezbędnych warunków do podjęcia zadania polityki. Bismarck zdołał z niczego wznieść się stopniowo do najwyższego znaczenia i pozyskać pełną władzę, a to w sposób niepospolity, niezwykły – nie tylko zdolnościami umysłu, ale właściwościami charakteru, nie tylko świetnymi i obliczonymi pomysłami, ale odwagą osobistą i obywatelską, hartem duszy. Umiał od pierwszej chwili publicznego zawodu zwrócić na siebie uwagę, wysunąć się na pierwszy odrys, coraz większe na nim zająć miejsce. Nie obawiał się wystawiać wobec ludu na małe i wielkie burze niełaski oraz osobę i stanowisko na monarszą. Staczał w tej mierze umiejętnie i śmiało zacięte walki, posługując się na przemian przebiegłością i gwałtownością. Rósł bez przerwy; celu dopiął; górował nad ludem, zapanował nad monarchą; stał się – nie posiadając najwyższej władzy – wszystkim i pierwszym w państwie.

Kilku zaledwie ludzi politycznych pozostało pierwowzorami, a nieliczne ich nazwiska stały się nieśmiertelnymi. Jak w dziedzinie sztuk pięknych jest w każdym dziale zaledwie kilka arcydzieł, tak w galerii poświęconej sztuce politycznej jest zaledwie kilka okazów pisarzy i ludzi czynu mających znamiona doskonałości. Jednym z takich okazów jest Bismarck. Zdobywszy sobie spiesznie osobiste warunki potrzebne do spełnienia zadania polityki, przystąpił od razu do tego, co jest każdego polityka obowiązkiem pierwszym: oddał całą swoją bogatą istotę, oddał się całkowicie nagromadzeniu środków i wytworzeniu żywiołów państwowych, potrzebnych do spełnienia zadania polityki. W jego wykonaniu okazał się mistrzem w użyciu środków i żywiołów. Rzecz niezwykła ze stanowiska sztuki politycznej, w której tylko geniusz zastąpić może doświadczenie; najmędrsze, najwytworniejsze, najdoskonalsze było Bismarcka początkowe i pierwsze jako kierującego męża stanu działanie, inne zaś jego dzieła już tylko tego pierwszego działania następstwami. Jak najświetniejsze, najbardziej zdumiewające i genialne były pierwsze Bonapartego we Włoszech wojny, bo były objawem twórczości, tak Bismarcka – […] spór z parlamentem, umożliwienie przekształcenia armii i pokierowanie wojną duńską były politycznymi czynami w jego zawodzie najtrudniejszymi, najbardziej podziwu godnymi, mistrzowskimi, bo objawami niezwykłej pomysłowości.

W dziale przygotowawczym miał Bismarck pierwszorzędnych współpracowników, zwłaszcza technicznych, i pomoc ze strony monarchy posiadającego zmysł władzy, a nie odczuwającego zazdrości władzy. Co się tyczy użycia przygotowanych środków i żywiołów – nie zastosowania ich technicznego, co jest znowu czymś innym i szczegółem, acz ważnym – Bismarck był sam i był samorodny, potężny twórczością, niewyczerpany w pomysłach, niezrównany w wykonaniu. Był myślą i czynem, zdolnością myślenia i zdolnością czynu niezwykły, niepospolity. Nie mówiąc o bystrości politycznej, o przenikliwości wzroku, które zaraz na wstępie jako posłowi pruskiemu we Frankfurcie pozwoliły mu dostrzec, ocenić, rozpoznać w czym i gdzie tkwiła główna dla terytorialnych nabytków Prus przeszkoda, a może już także na czym polegała łatwość usunięcia jej; wiedział Bismarck, jaką należało obrać drogę, jakie wyznaczyć przystanki, aby spełnić zadanie. Od początku do końca miał jasne zrozumienie środków i celu i ani chwili nie zawahał się. Przy sile rozumu miał siłę woli.

Przekształcenie armii, którego pragnął król Wilhelm, […] było pierwszym i niezbędnym warunkiem nabytków terytorialnych Prus, bardziej może im, niż jakiemukolwiek za naszych czasów państwu potrzebnych, zarówno ze względu na geograficzne bezpieczeństwo i bezwzajemną komensację, jak i ich przyszłość. Wobec butnej małoduszności sejmu wtedy, gdy zdawało się, że wszystko stracone, gdy nikt już zadania podjąć się nie chciał, a monarcha od niego odstąpić i ponoć złożyć koronę zamyślał, Bismarck wziął się do dzieła i przeprowadził je z całą odwagą, stanowczością, siłą, zręcznością i wytrwałością, które znamionują nie tylko wielkiego polityka, ale męża vir.

Zadanie polityczne, o którym mowa, wymagało nie tylko nagromadzenia niezbędnych środków, ale także wytworzenia właściwych żywiołów. Nie wystarczało wojsko; trzeba było powagi, uroku i siły władzy monarszej. Niedawne wypadki nauczyły były, że w braku tych środków i tych żywiołów, na falach ludowych, za pomocą głosu publicznego celu dopiąć nie można było. Bismarck w sporze z sejmem o przekształcenie armii nie tylko je przeprowadził, ale walcząc zarazem o władzę monarszą, uratował ją, nawet spotęgował ją – to jest utwierdził zasadę państwową; a tak jednocześnie dostarczył środków i wytworzył żywioły potrzebne do spełnienia zadania polityki.

Bismarck ukazał tu doskonałe zrozumienie warunków już nie tylko potęgi, ale istnienia państw. Robota zaś jego była tym misterniejsza, że nie pokusił się o zdruzgotanie instrumentu, który dysharmonię w państwie wprowadził, lecz dostroił go do jego potrzeb. Nie zniósł konstytucji, nie usunął sejmu, nie ogłosił rządów wszechwładnych – co przecież uśmiechać mu się mogło – ale stanowczością, stałością i czynami nie dozwolił sejmowi przeszkodzić spełnieniu zadań polityki i w końcu zmusił go do ułożenia się do państwowej równowagi. Zrozumiał, iż sejm był potrzebnym, jeżeli nie niezbędnym, to pożądanym w nowoczesnym gospodarstwie państwowym środkiem; zrozumiał bowiem, że obecne gospodarstwo nie może się obejść bez maszyn, że maszyną pomocniczą jest sejm. Zarazem przekonany był, że nie był on niczym innym ani niczym więcej, jak maszyną; że był środkiem, nie celem, że nie był pierwiastkiem dobra publicznego, lecz narzędziem ułatwiającym osiągnięcie dobra publicznego. Stąd wynikało, że z chwilą, w której maszyna nie spełniała zadania, rozmijała się z celem, że skoro przestała żąć, orać czy siać nie tylko nie dopomagała, ale utrudniała, a na razie wstrzymywała gospodarcze czynności. Wtedy powstawał obowiązek, potrzeba, konieczność gospodarowania bez maszyny, odłożenia jej na bok do chwili, w której naprawiona da się znowu zużytkować. Żeby zaś wszystko miało stanąć dlatego, że maszyna nie spełniała zadania, byłoby największą niedorzecznością.

Tam, gdzie sejm przestaje być patriotyczny, ustaje powód używania go, tym więcej słuchania i szanowania go. W ogóle, gdzie sprawa publiczna przepada w braku rozumu i sumienia, tam każdy do tego zdolny powołany jest postąpić sobie wedle rozumu i sumienia, a gdzie taki się nie znajduje, tam jest upadek. Bismarck w sporze z sejmem nie tylko, że był wielkim politykiem, ale także mężem silnym i patriotą pruskim. Prócz tego torował sam sobie drogę do czynów, które spełniać miał.

Nie wiemy, czy sumienie, ale to niezawodne, że rozum wyrobił mu przekonanie, a nie zawiodła go przenikliwość. Szedł wciąż i postępował dalej, jak człowiek silnie przekonany a jasnowidzący, i dlatego był wtedy wspaniały, i dlatego, jeżeli nie miłość ogółu jednać sobie, to uwagę jego zwracać na siebie począł. Żadnej w tym czasie nie dostrzegamy w nim słabości, żadnej wątpliwości, żadnego wahania. Wielką odpowiedzialność dźwiga bez znużenia, wielką niełaskę ludu bez omdlenia. Jeżeli to tylko żądza wywyższenia, to taka, co ma moc przekonania. On jeden podjął się zadania, on sam go dokonał. Tej zatem co on miary, nie było żadnego. […]

Jedną zdumiewającą właściwością polityczną Bismarcka było, iż przy gwałtownych namiętnościach, które były przecież także sprężyną jego czynności, przy wypieszczonym urazie i wydosko­nalonej zemście, był on w wielkich swoich czynach wytrawny. Chciał wyprzeć ze Związku Niemieckiego Austrię, ale nie chciał jej bez koniecznej potrzeby unicestwić; wyparł ją, ale zachował jej byt. Chciał złamać opór sejmu, ale nie zniweczyć konstytucji; złamał opór sejmu i zachował ustrój konstytucyjny. Po zwycięstwie i pokoju zawartym z Austrią, bez z jej strony strat terytorialnych na korzyść Prus, Bismarck zażądał bezpośrednio od sejmu ryczałtowego rozgrzeszenia za cały czas swoich rządów od 1862 r. sprawianych wbrew, acz nie bez sejmu. W mowie tronowej z 5 sierpnia 1866 r. znajdował się następujący ustęp: “Jeżeli wszelako rząd mój prowadził gospodarstwo państwowe przez lat kilka bez tej prawodawczej podstawy, stało się to po sumiennym zbadaniu, w obo­wiązkowym przekonaniu, że dalsze prowadzenie prawidłowej administracji, spełnienie prawnych zobowiązań względem wierzycieli i urzędników państwa, utrzymanie armii i urządzeń państwowych, były rzeczami, od których byt państwa zawisł był i że stąd owo postępowanie rządu było jedną z tych nieodzownych konieczności, przed którą żaden rząd, w interesie kraju, nie może i nie powinien się cofnąć. Żywię nadzieję, że ostatnie wypadki dopomogą do tego, aby niezbędne porozumienie do tego sprowadzić, iżby rządowi mojemu udzieloną chętnie została indemnizacja, której od reprezentacji kraju żądać należy za prowadzenie administracji, bez ustawy o zarządzie państwowym, i ażeby przez to dotychczasowy spór na zawsze zakończony został tym pewniej, iż należy się spodziewać, że polityczne stanowisko ojczyzny dozwoli rozszerzenia granic państwa i utworzenia pod kierunkiem Prus zjednoczonej armii związkowej, której ciężary ponoszone będą równomiernie przez członków Związku”.

Jest to doskonałe określenie obowiązku każdej sumiennej, szanującej się, patriotycznej władzy wobec zaślepionego, niepatriotycznego i znarowionego, tym samym mijającego się z powołaniem swoim przedstawicielstwa ludowego; jest to uwidocznienie tej prawdy, że konstytucja wszelka dla dobra ojczyzny, nigdy dla jej zguby wykonywana być powinna i że konstytucyjne postępowanie kończyć się musi tam, gdzie rozpoczyna się szkoda i niebezpie­czeństwo państwa. Przychodzi chwila i zachodzi wypadek, w którym wszelka kazuistyka, wszelkie tłumaczenie ustaw, wątpliwości, skrupuły i wahania ustają, a zdrowy rozsądek rozstrzyga. Dodajmy, że ów spór Bismarcka z sejmem rozgrywał się między rządem, raczej między państwem, a większością.

Nie nadeszły były jeszcze czasy, w których – jak to się stało w Austrii w 1897 r. – sztuka rządzenia tak nisko upadła, a zamieszanie pojęć tak wzrosło, iż w ustroju parlamentarnym mniejszość stała się czynnikiem tamującym bieg spraw państwowych, iż łudził się ogół, że z tym spaczeniem parlamentaryzm istnieć może, iż nie umiano ani zdołano, chcąc go utrzymać, zaradzić, ani poskromić, ani usunąć tej potworności, iż nie potrafiono zasłonić państwa przed szkodą i niebezpieczeństwem pochodzącym nie już od większości, ale od mniejszości parlamentarnej. Bismarck przyjął w interesie państwa spór z większością i zwyciężył. Byliśmy w Austrii świadkami rządów zmuszonych ustąpić przed mniejszością i rządów wobec niej bezsilnych. A w tym stanie rzeczy, wśród tych zboczeń niesłychanych i niepojętych, pozostanie bądź co bądź zaszczytem hr. Badeniego[52] próba, choć nieudana, przełamania złego, chęć, choć bezowocna, sprostowania spaczenia, zamierzenie się, choć bezskuteczne, na potwora zmianą regulaminu izby i natychmiastowym jej zastosowaniem. Bo nie to było największe w Bismarcku, iż zwyciężył, ale, że podjął walkę; podjął ją bowiem w imieniu prawdy państwowej, przeciw fałszowi antypaństwowemu. Dla odniesienia zwycięstwa, które święcił Bismarck, otrzymując 8 września 1866 r. od sejmu rozgrzeszenie, nie danym jest każdemu użyć takiego dowodu, jak Sadowa, ani też tego na razie może silniejszego, zawartego w słowach: “Nasze zadanie nie jest jeszcze rozwiązane, wymaga ono jedności całego kraju dla czynu i dla wrażenia na zagranicę”. Nie danym jest bowiem każdemu mieć przyszłość.

Bismarck rozpoczął zawód jako skrajnie zachowawczy, zaciągnął się na wstępie do lekkiej jazdy tak zwanego wstecznictwa i wysuwał się na najdalsze placówki, nie tylko aby walczyć, także aby odznaczyć się. Jego istota i całe postępowanie, myśli i czyny świadczą, że jego zachowawczość nie wynikała z zasad, lecz z pierwiastka znajdującego się w każdym wielkim polityku, mocą którego wtedy nawet, kiedy jest na usługach lub posługuje się wywrotowymi dążeniami hołduje wewnątrz siebie zachowawczości dlatego, że pierwszym warunkiem nabywania jest zachowanie. Chęć nabywania bez umiejętności posiadania byłaby czymś tak chorobliwym i niemal szalonym, jak marnotrawstwo. Stąd w ludziach prawdziwie politycznych, zawikłanych w działania wywrotowe nawet najskrajniejsze, następuje zwrot na korzyść powagi i siły władzy, nie najmniejszy u najdalej idących, byle politycznie wyższych.

W Bismarcku ten pierwiastek był silnie rozwinięty i stanowił jego zachowawczość. Że zasady były dla niego niczym, a przekonań nie miał, dowodem tego, iż powaga monarsza nie pozostała dla niego świętą. Podziwiać tu przychodzi słabość, kruchość, nikczemność istoty ludzkiej. Wśród mdłości z utraty własnej władzy, Bismarck z krzywdą państwa, bez pożytku dla siebie, przez lata z lekkomyślnością młodzieńca, mściwością starca, poświęcał i narażał z Friedrichsruhe[53] powagę monarszą w Prusach i w Ce­sarstwie Niemieckim, zatem zasadę władzy w państwie. Ten człowiek wielkiego rozumu politycznego, ten człowiek silny, ani zrozumieć tego nie zdołał, ani zapanować potrafił nad tą słabością. A tak jedyny w nim pierwiastek zachowawczy, poczucie władzy, przeistoczył się w wywrotowy, gdy zaś zwykle najwięksi anarchiści, byle politycznie wyżsi, kończą zwrotem na rzecz władzy, jej powagi i siły, największy naszych czasów samowładca i największy polityk skończył na tym, że szkodził jej. Wielki upadek ludzkiej istoty, ale też niemała igraszka losu!

Że Bismarck podczas swojego dziejowego działania zadawał kłam zasadom zachowawczym, choć rozpoczął od przemawiania w ich imieniu, że ten konserwatysta zrywał z konserwatystami, to objaw nie nowy ani jedyny w dziejach i to należy do innego rzędu myśli i czynów. W ogóle trudno, niemal niepodobna człowiekowi politycznemu w wielkim kształcie, pogodzić swoje zamiary i działania z zachowawczością już dlatego, że celem takiego polityka musi być nabywanie, podczas gdy zachowawczość tak zaślepia się i zacietrzewia w zachowaniu, iż przestaje zwykle czuć i widzieć, że nieraz, najczęściej, warunkiem zachowania jest nabywanie, czego nie zrozumieć nie może wielki polityk. Stąd zaraz powstają sprzeczności: nieruchomość zachowawczości a rzutkość wielkiego polityka, uczciwość pierwszej a bezwzględność drugiego, i tak, gdy pierwsza krępuje drugiego, drugi niepokoi, mąci, w końcu burzy zachowawczość. Bismarck był równie wielkim politykiem, jak wielkim burzycielem zachowawczości. Zachowawczość dlatego tylko nie przeszkodziła spełnieniu dzieła Bismarcka, że on nie dał się nią krępować.

Stronnictwo może zastąpić w państwie brak wielkiego polityka – wielki polityk nie może się dać zastąpić przez stronnictwo i dlatego poświęca je. Dla zwykłego zaś polityka stronnictwo jest użyteczną, nawet niezbędną podporą, której wyzbywać się nie powinien, bo ono dopomaga mu do spełnienia tego, co spełnić ma, a nie przeszkadza mu w dokonaniu tego, czego dokonać nie ma. Stronnictwo każde, choćby najbardziej patriotyczne, nie jest uosobieniem państwa, wielki polityk musi przedstawiać sprawę całości. Taki polityk, dążący do zdobyczy i nabytków, działa w imieniu nie części, ale całego społeczeństwa, czyli państwa. Trudne, acz nie byłoby niepodobne naczelnikowi stronnictwa, który musi mieć wciąż na oku sprawę części i występuje w jej imieniu. Nie zawsze sprawa całości zrozumiana jest przez część, ale rzadziej jeszcze część postępuje sobie zgodnie ze sprawą całości. Stronnictwo może wprowadzić porządek rzeczy lub przeprowadzić użyteczną naprawę dla całości, ale zużytkować pierwszy lub drugą dla niej już mu trudniej i nie zawsze temu zadaniu sprosta. Szczęściem dla całości, gdy pojawia się wielki polityk, który zastępuje w tej mierze stronnictwo; ale to się rzadko zdarza. A tylko te stronnictwa były doniosłe, potężne i zapisały się w dziejach złotymi literami, które wyjątkowo dokonały całego dla całości dzieła, to jest które wprowadziły odpowiedni porządek rzeczy, przeprowadziły potrzebną naprawę, a zużytkowały pierwszy i drugą nie dla swojego, lecz państwa dobra; ale nieczęsto się to działo. I tylko wtedy, gdy całość sprostała w całej pełni zadaniu, to jest obowiązkowi względem siebie, ustalało się państwo lub zbawiona była ojczyzna.

W szczegółach i w wykonaniu wielki polityk przedstawia znaczniejszą ilość siły, stanowczości, jednolitości i działalności, niż stronnictwo; do tych przymiotów bowiem zdolniejsza jest jednostka, niż ciało zbiorowe; najmniej zaś może odznacza się nimi każde stronnictwo zachowawcze, mające nieraz wrodzony wstręt do działania, skłonność do rozdwojenia i wybujałą w sobie bezczynność; przy stanowczości w zasadach – chwiejność zdania i niezdolność do czynów. Zachowawczość daje wielkiemu politykowi podstawę przez to, że zachowuje, ale rzadko mu jest pomocne, gdy idzie o nabycie, to jest o zużytkowanie tego, co się posiada. Zachowawcze stronnictwo to wielka skarbnica cnót, uczciwości, zasług, rozumu, zasobów, słowem samych klejnotów i złota w sztabach, z której nie dane jest wielkiemu politykowi czerpać – kraść tylko z niej może. Na takiej kradzieży nieraz schwytany był Bismarck, na szczęście dla Prus bezkarnie.

W galerii, o której mówiłem, okazów polityków mających znamiona arcydzieł, mało takich, którzy by pozostali ludźmi stronnictwa, którzy by swoim stronnictwom byli wierni, którzy by nie przechodzili z jednego do drugiego i którzy by nie oszukali wszystkich, tym lepiej, im więcej któremu zawdzięczali. Wielu nie należało do żadnego stronnictwa, a najczęściej ci, co do stronnictw należeli, zgotowywali im, jako stronnictwom, srogie zawody i rozczarowania. Nie było w stosunkach do stronnictw większych Don Juanów, jak wielcy politycy, bo ulegali prawu zdobyczy. I niezawodnie wyjątkowej trzeba by cnoty, wyjątkowego zaparcia się siebie i może wyjątkowej dobroduszności, aby wielki polityk wyżył przykładnie, wiernie w związku małżeńskim ze stronnictwem zachowawczym. A prawdopodobnie takie pożycie pozostałoby bezpłodne. […]

Bismarck był wielkim politykiem z rzemiosła. Był tylko politykiem, był specjalistą. Inni mogli po upadku karmić czym innym umysł i serce. On był do tego niezdolny. Prócz polityki nic do niego, do jego wewnętrznego usposobienia nie przemawiało. Ta wyłączność zemściła się w ostatnim okresie jego życia. I byliśmy świadkami, jak największy w naszych czasach gracz okazał się nałogowym, a nie mogąc wielkiej gry prowadzić, obejść się bez małej nie mógł i grał w najmniejszą namiętnie, brzydko, nawet nieuczciwie. I stało się to, że ten, który sięgnął był wyżyn polityki, zeszedł do jej nizin, do owacji i demonstracji, do zwierzeń dziennikarskich i był szczodrym rad, choć znał doskonale ich wartość w polityce, ich marność, ich najczęściej przeciwny zamierzonemu skutek. I rzadko dane było w tym stopniu przekonać się, jak dalece wielki polityk małym może być człowiekiem. Upadek, który Bismarck sam sobie zgotował, był bardziej upokarzający, niż ten, który spowodowała wola monarsza.

Bismarck miał wzrost i postawę wspaniałą, rozmiary niemal olbrzymie. Głowę jedną z największych, jakie istniały, a przecież niepodobną do głów innych znakomitych lub genialnych ludzi; miała ona swoją wyłączną cechę. Czoło potężne, oczy piękne i duże, wzrok świadczący o niepospolitości. Całość była wyrazem i uosobieniem siły fizycznej i siły rozumu, na usługach silnej woli. Nikt by nie był odgadł słabości w tym tworze. Pochodziły one stąd może, że wszystko u niego złożyło się wyłącznie na muskuły i głowę.       Mówca nie biegły, twardy, niepoprawny, przecież potężny. Nie przekonywał ani porywał, roznamiętniał, bo był namiętny; zwyciężał i druzgotał. W postępowaniu nieraz wstrętny, był zawsze czarujący w rozmowie. Pielęgnowane i ze szczególnym upodobaniem przez Niemców przytaczane złego smaku koncepty Bismarcka, nie zatrą znaczenia i wrażenia jego śmiałych, niezwykłych, doniosłych, głębokich i bystrych, pomnikowych określeń, powiedzeń, dowcipów. Takie połączenia najwyższych zdolności z pospolitymi uczuciami, świetności i blasku w jednym kierunku, z brakami w innych, wielkich czynów z małostkami, nieczęsto spotyka się w dziejach. Wątpić można, aby ukazał się człowiek podobny do Bismarcka. Zdaje mi się, że w jego rodzaju nie ukaże się już drugi nie dlatego, aby to był wzór niedosięgły, polityk niedościgniony, przerastający wszystkich dawnych i przyszłych, ale dlatego, że przypuścić wolno, iż był on ostatnim wyrazem czasów, które nie powrócą, a przynajmniej nie powrócą w tych samych kształtach. Bismarck był twórczy w polityce, ale zarazem wyjałowiający. Po tym olbrzymie pozostały same karły. Systemat swój doprowadził do ostatnich granic, do ostateczności, do absurdu, a tym absurdem jest zbrojny pokój[54].

Wskutek wielu przyczyn świat uległ zmianom, jego wyobrażenia i pojęcia stają się stopniowo inne; jest to już może inny świat, a my, należący do dawnego, nie rozpoznajemy go i dlatego wielu rzeczy zrozumieć nie możemy. Ten świat, który powstaje i przeobraża w sobie z wolna dawne wyobrażenia i pojęcia, niebawem już nie zrozumiałby Bismarcka, a Bismarck nie zrozumiałby go. Być może, że polityka w tym znaczeniu, w jakim my jej uczyliśmy się i pojmowali ją, znikać pocznie, że przeistoczy się w coś innego i że sprawy ludzkie nie tylko nie będą potrzebowały Bismarcka, ale że nie zniosłyby go.

Sztuka rządzenia zdaje się być zagubioną. Bywały i dawniej zbrodnicze zamachy; ale żeby mord polityczny, mord przeciwspołeczny stał się instytucją, żeby mógł działać systematycznie, periodycznie, na to trzeba było zatracenia sztuki rządzenia. Nie zdołała jej wskrzesić nawet śmierć zbrodniczo zadana cesarzowej Elżbiecie[55], najboleśniejszej ofierze najohydniejszego sprzysiężenia.

Niepłodność pola politycznego jest zjawiskiem uderzającym, które zastanowić musi. Wnosić z jego jałowości można, że nie wyda drugiego Bismarcka. Punkt ciężkości spraw ludzkich przerzucony być może z polityki gdzie indziej. To pewne, że o polityce już dziś zwątpić można. Nie może być polityki tam, gdzie nie ma mężów stanu. Sztuka ta zdaje się ginąć albo też, jak nieraz z innymi działo się sztukami, nastała dla niej chwila zaćmienia. W jakim duchu i w jakich kształtach odrodzić by się kiedyś mogła sztuka polityczna, niepodobna prorokować, można jednak przypuścić, iż nie w bismarckowskich.

Bismarck nie miał tej chwały, aby po jego zgonie świat odetchnął. Zaledwie, że cesarz Wilhelm II pozbył się kłopotu. Dla wszystkich Bismarck był już nicością przed zgonem, dla nikogo czymś istotnym, żywotnym lub groźnym. Polityk był bezsilnym, jego środki przeżyte, człowiek zmalał, zszedł był – jak już powiedziałem – do najniższych stopni polityki, do demonstracji i zwierzeń. Sposoby jego były zużyte, rady były przestarzałe i więcej było w nich zjadliwości niż przenikliwości. Człowiekowi zbywało na godności osobistej. I Bismarck znalazł się w tym dziwnym położeniu, że nie należał już do polityki, a jeszcze nie należał do historii – ani do żyjących, ani do umarłych. Stąd tylekroć zmienne zachowanie się względem niego własnego monarchy.

Już za życia należał Bismarck do świata Dantejskiego, a nie było jeszcze w nim dla niego miejsca i tutaj znosić musiał katusze. Dla nienawidzącego i przez wielu znienawidzonego smutny to koniec, że nikt po jego zgonie nie odetchnął. Ale kończąc o nim pisać, doznaje się ulgi. Albowiem mówiąc o nim, przyszło rozumowi staczać walkę z sumieniem.



[1] Tj. powstania styczniowego 1863-64 r.

[2] Książę Otto von Bismarck (1815-1898) – prusko-niemiecki mąż stanu; od 1851 r. poseł pruski przy sejmie związkowym we Frankfurcie, w 1859 poseł Prus w Rosji, 1862 – ambasador we Francji, w końcu tego roku mianowany pruskim prezesem ministrów, podjął działania na rzecz zapewnienia Prusom hegemonii w Niemczech; zwyciężając Danię (1864), a następnie Austrię (1866), doprowadził do rozwiązania Związku Niemieckiego i ograniczenia wpływów Austrii w Niemczech, stając się pierwszym kanclerzem Związku Północnoniemieckiego, zdominowanego przez Prusy. Po zwycięskiej wojnie z Francją (1870) i zjednoczeniu Niemiec został pierwszym kanclerzem nowo utworzonego Cesarstwa Niemieckiego. Jako “żelazny kanclerz” współkonstruował tzw. trójprzymierze (z Austro-Węgrami i Włochami), w imię wzmocnienia państwa podjął walkę z kościołem katolickim (Kulturkampf), przeprowadził w 1878 ustawę wyjątkową przeciw socjalistom (od 1881 wprowadzał jednak ustawodawstwo socjalne), dążąc w szczególności do osłabienia pozycji Polaków w zjednoczonych Niemczech; często uznawany za wzorzec polityka stawiającego “siłę przed prawem”.

[3] Na mocy traktatu wiedeńskiego z 1815 r. “Kraków wraz z okręgiem” stał “wolnym, niepodległym i ściśle neutralnym miastem” – Rzecząpospolitą Krakowską. Wybuch tzw. rewolucji krakowskiej 1846 r. przyspieszył upadek tej małej rzeczypospolitej, którą 16 XI 1846 r. wcielono do Austrii.

[4] Koźmian wspomina o wojnie austriacko-pruskiej z 1866 r., wywołanej rywalizacją Prus i Austrii o hegemonię w Niemczech. Bezpośrednią przyczyną jej wybuchu był spór o Szlezwik-Holsztyn, zdobyte wspólnie przez te państwa w wojnie z Danią (1864). Kierujący polityką Prus Bismarck zapewnił neutralność Francji i przymierze z Włochami, po stronie Austrii opowiedziała się natomiast większość państw niemieckich. Gdy niemiecka Rada Związkowa uchwaliła mobilizację, Prusy wystąpiły ze Związku Niemieckiego i rozpoczęły wojnę (14 VI 1866). Klęska austriackiej armii gen. L. Benedeka pod Sadową (3 VII) otworzyła Prusakom drogę do Wiednia. Wojska pruskie pokonały także kontyngenty krajów związkowych, opanowały Hanower, Hesję i Saksonię. Tylko we Włoszech Austriacy odnieśli zwycięstwa (na lądzie pod Custozzą i w bitwie morskiej koło wyspy Lissa); rozejm zawarto w Nikolsburgu (26 VII), pokój w Pradze (23 VIII), a z Włochami w Wiedniu (3 X). Austria poniosła niewielkie straty terytorialne, jednak utraciła dotychczasowe znaczenie. Związek Niemiecki zastąpiono Związkiem Północnoniemieckim; Prusy zyskały znaczne terytoria w Niemczech północno-zachodnich (Szlezwik-Holsztyn, Hanower, Hessen-Kassel, Nassau i Frankfurt).

[5] Miejsce podpisania 26 VII 1866 r. preliminariów pokojowych między zwycięskimi Prusami i pokonaną Austrią w wojnie 1866 r., zakończonej pokojem podpisanym w Pradze 23 VIII tegoż roku.

[6] Otto Theodor von Manteuffel (1805-82) – baron, polityk pruski, minister spraw wewnętrznych w latach 1848-50, premier w latach 1850-58.

[7] My Polacy – formułował Koźmian ogólniejszy sąd o Bismarcku – mamy mniej powodów do uwielbienia, a nierównie więcej do zimnego sądu, a jednak przyznać musimy, że w epoce tak już ubogiej w znakomitych ludzi, niepospolitym był zjawiskiem ten człowiek, który łączył w sobie hart i dzielność krzyżacką z dowcipem francuskim i politycznym zmysłem włoskim. Śmiały i twardy jak krzyżak, bez zasad jak Fryderyk Wielki, dowcipny jak Voltaire, głęboki w znajomości ludzi i rzeczy tego świata jak Machiavelli, pracowity jak Niemiec, bystry i przenikliwy jak Talleyrand, choć tak dużo mówił, jak tamten milczał; pierwszy on zadał kłam zdaniu, iż Niemcy podobne do Hamleta, bo pierwszy to Niemiec, który odważył się i wzniósł się do wysokości czynu i który zmusił do niego Niemców. W samej rzeczy główną w omdlałej i bezsilnej epoce siłą Bismarcka była odwaga początkowania, którą on w wysokim posiadał stopniu; ta odwaga dała mu nad wahającymi się i nad rozumnym flegmatykiem Napoleonem III niezaprzeczoną wyższość. W czasach, w których nikt nie wiedział, czego chciał i dokąd szedł, Bismarck wiedział doskonale i czego chciał i dokąd idzie, dlatego prędzej od innych doszedł. Wspomniałem już jak osobistość Bismarcka odpowiadała namiętnościom dzisiejszej demokracji; jak pomiatanie przez niego wszelkich zasad prawa odpowiadało najskrytszym a najgłębszym uczuciom czasu; lecz czym najwięcej czarował on i popularnym się stawał, oto wielką łatwością i trafnością, z jakimi umiał określać swoje wywrotne, przeciwne wszelkim zasadom, a tak jednak skuteczne nauki i bezprawia (s. 109-110). Gdzie indziej zaś pisał: Bolesne wspomnienia łączyć się będą na zawsze dla Polaków z nazwiskiem Bismarcka. Był to wróg najzaciętszy ich bytu i narodowości. Nie tylko w polityce, w kościele i w szkole, nie tylko banicjami i kolonizacją polskość prześladował, ale chyba od rozbioru Polski nie było człowieka, który by Polaków tak lżył, tak im urągał i ścigał ich nienawiścią, nie oszczędzając i polskiej niewiasty (s. 474). Bismarck był przeciwnikiem, nieprzyjacielem, wrogiem Polaków zawziętym, wytrwałym; nie tylko z przekonania, także z namiętności. Stosownie do tego przemawiał i postępował i dlatego przekształcił dawny pośredni sposób pruski w bezpośredni prześladowczy. Jak wiele innych rzeczy, zużytkował i wyzyskał sprawę polską w swoich wielkich działaniach, jak przystało na polityka, w innych jak pospolity człowiek, bo z przesadą w słowach i postępkach. Jak wielu innymi pomiatał Polakami, nimi może najwięcej. Błędy popełnione w czasie jego zawodu przez Polaków pozwoliły mu zużytkować, wyzyskać ich sprawę, ich już i tak opłakane i smutne położenie, i stały się jednym ze stopni, po których doszedł do potęgi, jednym z narzędzi jego wywyższenia. Wypadkami 1863 r. Polacy dali Bismarckowi sposobność, niemal pierwszą, rozpoczęcia swoich dzieł, zabezpieczenia, wzniesienia i wzmożenia ich. Upadek jego zmarnowali. Fatum polskie sprawiło, iż Polska stała się dobrym geniuszem największego jej, za naszych czasów wroga (s. 524).

[8] Kurfirst [właśc. Kurfürst], to książę udzielny (świecki lub duchowny) w dawnej Rzeszy Niemieckiej, mający prawo uczestnictwa w wyborze cesarza (elektor).

[9] Fryderyk II Hohenzollern (1712-1786) – zwany Fryderykiem Wielkim; twórca potęgi Królestwa Prus, wychowany w duchu oświeceniowym, po objęciu tronu pruskiego w 1740 r. rozpoczął politykę ekspansji terytorialnej, zajmując należący do Austrii Śląsk, co dało początek szeregowi konfliktów zbrojnych (wojny śląskie, zwłaszcza zaś wojna siedmioletnia lat 1756-63, zakończona zwycięstwem, co podniosło Prusy do rangi mocarstwa europejskiego). Obok Śląska najważniejszym nabytkiem Fryderyka stały się ziemie polskie, zajęte w 1772 r. w związku z I rozbiorem, którego król Prus był głównym inicjatorem. Równolegle z powiększaniem obszaru państwa, przeprowadzał liczne reformy, które doprowadziły do zasadniczej modernizacji państwa. Do najistotniejszych należały: ujednolicenie sądownictwa i kodyfikacja prawa; unowocześnienie wymiaru sprawiedliwości (m.in. zniesienie tortur); wprowadzenie obowiązku szkolnego dla chłopców; podporządkowanie wszystkich kościołów (w tym katolickiego) władzy cywilnej.

[10] Tacyt [Publius Cornelius Tacitus, 55?-120?], najwybitniejszy historyk rzymski; autor Żywotu Agrykoli, teścia autora, Germanii, a przede wszystkim Dziejów, moralizatorskich, bo piętnujących przemoc, sławiących zaś cnotę; pozostając pod wpływem Cycerona, a następnie Salustiusza, Tacyt wykształcił oryginalny styl, który miał naśladować m.in. N. Machiavelli.

[11] Ludwik XI z dynastii Walezjuszów (1423-1483), od 1461 r.– król Francji, jako delfin uczestniczył w powstaniu przeciw ojcu, królowi Karolowi VII; przez kilka lat przebywał na wygnaniu, objąwszy tron niemal w pełni zjednoczył ziemie francuskie. Armand Jean du Plessis de Richelieu (1585-1642), francuski mąż stanu, twórca potęgi absolutystycznej Francji, przeciwnik arystokracji i hugenotów, od 1614 r. deputowany do Stanów Generalnych, w latach 1616-17 sekretarz stanu do spraw zagranicznych i wojny, od 1622 r. kardynał, od 1624 pierwszy minister króla Ludwika XIII i faktyczny rządca Francji; przeciwnik Habsburgów, zaangażował Francję w wojnę trzydziestoletnią; jego linię polityczną kontynuował następnie kard. J. Mazarin. Ludwik XIV z dynastii Burbonów (1638-1715), król Francji od 1643 r., za panowania którego Francja stała się pierwszą potęgą w Europie, zdobyła hegemonię kulturalną, jej język stał się międzynarodowym, a uznana za wykwintną obyczajowość Wersalu naśladowana była na wszystkich dworach. Ludwik, znany głównie jako “Król-Słońce” i autor słów “państwo to ja”, uchodzi za uosobienie absolutnego i nieograniczonego władcy. Napoleon I [Napoleon Bonaparte lub Buonaparte] (1769-1821) – w latach 1804-14 (1815) cesarz Francuzów, 1805-14 król Włoch, w okresie rewolucji związany z jakobinami, za Dyrektoriatu tłumiący zamieszki rojalistyczne w Paryżu, pogromca wojsk austriackich w północnych Włoszech, po częściowo udanej kampanii przeciwko Anglikom w Egipcie, wrócił do Paryża, obalił Dyrektoriat i przyjął tytuł pierwszego konsula (1799). Zwycięzca w wielu bitwach i kampaniach przeciwko kolejnym koalicjom państw europejskich, reorganizator aparatu państwowego we Francji i prawodawca, od 1802 r. dożywotni konsul, od 1804 cesarz, po nieudanej wyprawie przeciwko Rosji poniósł porażkę w “bitwie narodów” pod Lipskiem i zmuszony został do abdykacji (1814), zachowując jednak tytuł cesarza i suwerenną władzę nad wyspą Elbą. Po niespełna roku wrócił do Francji, opanował kraj (“sto dni”), poniósł jednak klęskę w bitwie pod Waterloo; powtórnie abdykował na rzecz syna i oddał się w ręce Anglików, którzy potraktowali go jako jeńca i internowali na Wyspie Św. Heleny, gdzie pozostał do końca życia.

[12] Koźmian porównuje I Republikę (proklamowaną w trakcie Wielkiej Rewolucji przez Konwent Narodowy 22 IX 1792 r., zrazu rządzoną przez żyrondystów, następnie przez jakobinów, po obaleniu ich dyktatury przez tzw. termidorian mającą nowy ustrój – dyrektoriat, po zamachu stanu Napoleona Bonapartego z 1799 r. kolejny, zwany konsulatem) z tzw. III Republiką, proklamowaną przez G. Gambettę 4 IX 1870 r. po wzięciu do niewoli przez Prusaków Napoleona III pod Sedanem w trakcie wojny francusko-pruskiej.

[13] Léon Gambetta (1838-82) –prawnik, jeden z najwybitniejszych radykalnych liberałów pozostających w opozycji wobec Napoleona III. W 1869 r. odniósł sensacyjne zwycięstwo w wyborach do Izby Deputowanych z Paryża i Marsylii, głosząc zasady “radykalnej demokracji”, które następnie sprecyzował w Manifeście z Belleville. Kiedy do Paryża dotarła wiadomość o wzięciu Napoleona III do niewoli pod Sedanem, proklamował powstanie III Republiki (4 IX 1870) i zorganizował Rząd Obrony Narodowej, w którym pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych i wojny. Pozostał w oblężonym przez Prusaków Paryżu, wydostając się zeń balonem, by kierować walką z Tours, a następnie z Bordeaux. Zrezygnował z urzędu, gdy w lutym 1871 zebrane w Bordeaux Zgromadzenie Narodowe opowiedziało się za pokojem z Niemcami i kierunkiem politycznym A. Thiersa. Przez następne 8 lat przewodził umiarkowanej opozycji republikańskiej wobec rządów Thiersa i jego następcy, uznanego za krypto-rojalistę, Mac Mahona. W 1877 wygłosił słynne przemówienie, mobilizujące francuskich republikanów przeciwko wpływom kościoła. Na przełomie lat 1881/82 pełnił przez kilka miesięcy godność premiera i ministra spraw zagranicznych. Markiz Henri de Rochefort-Luçay (1830-1913), polityk i publicysta, krytyk rządów Napoleona III na łamach wydawanych przez siebie pism, członek Rady Obrony Narodowej w 1870 r.; za udział w Komunie Paryskiej (1871) zesłany do Nowej Kaledonii, skąd zbiegł, a po powrocie do Francji wydawał własny dziennik, popierając ugrupowanie nacjonalistyczne G. F. Boulangera.

[14] Jules Gabriel Claude Favre (1809-80), przeciwnik Ludwika Napoleona, uczestnik nieudanego zamachu stanu na księcia prezydenta w 1851 r., w okresie Drugiego Cesarstwa zaliczany do tzw. grupy Pięciu opozycjonistów wobec Napoleona III, którzy w 1857 r. weszli do ciała prawodawczego. Wystąpił jako adwokat sprawcy nieudanego zamachu na cesarza w 1858; przeciwnik wojny z Meksykiem (1863), po upadku Cesarstwa wszedł do Rządu Obrony Narodowej jako minister spraw zagranicznych; podpisał pokój frankfurcki z Niemcami 10 V 1871 r.

[15] Karol V (1500-1558), król Hiszpanii (jako Karol I) od 1516 r. – cesarz rzymsko-niemiecki w latach 1519-56, syn Filipa I Pięknego, wnuk Maksymiliana I; jako dziedzic trzech wielkich dynastii: habsburskiej, burgundzkiej i kastylijsko-aragońskiej, dążył do zbudowania chrześcijańskiej monarchii uniwersalnej, a w każdym razie “jedności europejskiej”, napotykając sprzeciw ze strony Francji sprzymierzonej z Turcją; mimo zwycięstw nad Francją (Pawia 1525) nie udało mu się złamać jej potęgi; nie w pełni powiodły się również wojny z Turcją (Wiedeń 1529), za jego panowania Hiszpania prowadziła natomiast z powodzeniem ekspansję kolonialną w Ameryce (Meksyk, Peru, Argentyna). Występujący zrazu zdecydowanie przeciwko M. Lutrowi, w 1530 r. przystał na utworzenie protestanckiej ligi szmalkaldzkiej (1530), jednak po zawarciu pokoju z Francją (Crépy 1544), wystąpił przeciwko temu związkowi, w 1547 r. odnosząc świetne zwycięstwo pod Mühlbergiem i narzucając w następnym roku kompromisowe wyznanie (tzw. interim augsburskie), które nie zadowalało ani katolików, ani protestantów. W nowej wojnie przeciw książętom protestanckim sprzymierzonym z Francją cesarz poniósł klęskę, nie tylko tracąc trzy księstwa na rzecz Francji, ale i godząc na augsburski pokój religijny, przyjmujący zasadę “czyj kraj, tego religia” (1555). W następnym roku abdykował, oddając władzę swemu synowi Filipowi II w Hiszpanii, Włoszech i Niderlandach, zaś dziedziczne posiadłości w Niemczech – swemu bratu Ferdynandowi I, który uzyskał też tytuł cesarski.

[16] Świat zdaje się po tej wojnie oczekiwać czegoś więcej, niż zmian politycznych i terytorialnych, bo rozwiązania zagadki, która ciąży nad nim i wprowadzenia ludzkości na nowe tory dwudziestego stulecia, zauważał Koźmian, wkraczając w argumenty na rzecz powinnych związków Galicji z Austrią. I tu czeka wszystkich zawód i rozczarowanie. Nie wojna rozwiązuje zagadki dziejowe, lecz myśl ludzka, posługująca się czasem wojną; gdzie zaś tej braknie, wojna bezmyślna zniszczy tylko, a nic nie rozwiąże. Co się tyczy jednego z najważniejszych zagadnień: zbrojnego pokoju, to za mojej pamięci było pięć wielkich wojen i podczas, gdy zapowiadano po każdej z nich rozbrojenie, po każdej zwiększały się uzbrojenia i ciężary wojskowe, aż doszły do stopnia już niemal nieprzystępnego dla rozumu ludzkiego, bo szalonego. Nie wojna sama przez się, wojna dla wojny, nie wprowadzi na drogę właściwą, ze świadomością celów, zadań i obowiązków dwudzieste stulecie. W dziedzinie politycznej rozwiązanie zagadki europejskiej jest zespolonym w znacznej mierze z bytem i przyszłością Austrii, a to dlatego, iż stała się ona czymś innym, niż to, co tak ponure odniosło zwycięstwo i tak srogą zdobyło sobie pod koniec stulecia przewagę, że jest czymś innym niż bezprawie. I dlatego istnienie i byt Austrii zdają się być zapewnione jedynie wyższymi siłami, niezależnie poniekąd od dobrej i złej woli ludzkiej. W tej pięknej monarchii, w której szczęście mogłoby być udziałem wszystkich, w której wolność dla wszystkich jest wielką – pociąga ona za sobą rozluźnienie, którego zgubnym następstwom zapobiec może tylko duch publiczny, jeżeli zrozumie, że głównym czynnikiem pomyślności, bytu i przyszłości jest w tych warunkach poczucie władzy z jednej strony, poszanowanie jej z drugiej (s. 454-455).

[17] Hrabia Friedrich Ferdinand von Beust (1809-86), polityk saski i austriacki, od 1849 r. minister spraw zagranicznych Saksonii, od 1858 – jej premier; jako przeciwnik Bismarcka, wciągnął Saksonię do wojny prusko-austriackiej 1866 r. po stronie Austrii; po przegranej zmuszony był ustąpić na żądanie Bismarc-ka, został jednak powołany na stanowisko ministra spraw zagranicznych Austrii, a w lutym 1867 r. na jej premiera (kanclerza); w tymże roku przepro-wadził ugodę z Węgrami, przekształcającą monarchię habsburską w duali-styczne Austro-Węgry; współdziałał w reformach ustrojowych przeprowa-dzanych w duchu liberalnym, ustąpił w 1871 r., do 1878 r. piastując funkcję ambasadora w Londynie, a następnie – do 1883 – w Paryżu.

[18] Hrabia Gyula Andrassy (1823-90) – węgierski przywódca narodowy, pochodzący z rodziny arystokratycznej, uczestnik walk toczonych w latach 1848-49 celem oderwania Węgier od Austrii, po zakończeniu których zmuszony był emigrować. Osiem lat później objęła go amnestia; po powrocie do życia politycznego należał do grupy negocjatorów kompromisu, w wyniku którego utworzono dualistyczną monarchię austro-węgierską (1867). W latach 1867-71 pełnił godność pierwszego premiera Węgier, następnie przyjął stanowisko cesarsko-królewskiego ministra spraw zagranicznych od Franciszka Józefa I, które piastował przez 8 lat, doprowadzając do poprawy stosunków z Niemcami Bismarcka, wzmacniając wpływy monarchii w zachodnich Bałkanach, brał udział w kongresie berlińskim (1878), zawarł też w 1879 r. tajne porozumienie z Niemcami (element tzw. trójprzymierza), które zachowało swą ważność do 1918 r. Przez ostatnie 10 lat życia w zasadzie nie brał udziału w życiu politycznym Austro-Węgier.

[19] Camillo Benso di Cavour (1810-61) – myśliciel i polityk włoski, pierwszy premier zjednoczonego państwa włoskiego (Królestwa Włoskiego), w którego tworzeniu odegrał znaczącą rolę. Pochodził z rodziny arystokratycznej blisko związanej z dworem księżnej Borghese, siostry Napoleona I. Mając dziesięć lat rozpoczął naukę w Akademii Wojskowej w Turynie, w wieku lat szesnastu został mianowany na pierwszy stopień oficerski. Jego wyraźne sympatie profrancuskie, wynikające nie tylko z koneksji rodzinnych, wyraziły się w jego entuzjastycznym zachowaniu wobec rewolucji lipcowej w Paryżu (1830). Wszystko to przyczyniło się do zamknięcia przez władze Królestwa Sardynii drogi awansu młodemu porucznikowi; w efekcie, w 1831 Cavour złożył dymisję i opuścił szeregi armii. Jego myśl polityczna kształtowała się pod wpływem lektury dzieł F. Guizota, B. Constanta, A. Smitha, osiągnęła jednak dojrzałość w obliczu wydarzeń lat trzydziestych i podróży po Europie oraz dysput z A. de Tocquevillem. W 1842 r. zainicjował powstanie Towarzystwa Rolniczego, które z czasem stało się organizacją w dużej mierze polityczną; pięć lat później powołał do życia “Risorgimento”, dziennik liberalny, który starał się jednoczyć rozbite środowisko politycznego centrum. Kariera publicysty przygotowała grunt pod karierę polityczną Cavoura. W 1848 został wybrany do parlamentu, dwa lata później powołany na stanowisko ministra, a w 1852 r., w oparciu o koalicję centrowo-liberalną, stanął na czele gabinetu, pełniąc funkcję premiera z niewielkimi przerwami do śmierci. Wpłynął na zawarcie porozumienia z Plombiers (1858), dzięki któremu Królestwo Sardynii, przy wsparciu militarnym Francji, podbiło północną część Włoch, co stało się początkiem jednoczenia państwa włoskiego. Wiktor Emanuel II (1820-78), syn władcy Królestwa Sardynii, Karola Alberta, po abdykacji którego (spowodowanej klęską Sardynii w bitwie z Austriakami pod Novarą w 1849) objął tron, utrzymując w mocy liberalną konstytucję nadaną w poprzednim roku przez ojca. Poparł linię polityczną C. di Cavoura, przyczyniając się do dzieła zjednoczenia Włoch (1859-60), w 1860 r. odebrał od G. Garibaldiego, z którym miał się zmierzyć na polu bitwy pod Volturno, zdobyte przezeń, w tzw. Wyprawie Tysiąca, Królestwo Neapolu i Sycylii. W 1861 r. został królem zjednoczonych Włoch, do których przyłączono w 1866 Wenecję (w następstwie “wojny siedmiodniowej” prusko-austriackiej z tegoż roku), a w 1870 Rzym (w związku z wojną prusko-francuską i wycofaniem się garnizonu francuskiego, chroniącego świecką władzę papieża Piusa IX).

[20] Papież Pius IX [Giovanni Maria Mastai-Ferretti, 1792-1878] – pontyfikat w latach 1846-78 (najdłuższy w dziejach Kościoła). Pochodził ze zubożałej rodziny hrabiowskiej, uczył w szkole pijarów, studia humanistyczne i filozoficzne odbywał w Kolegium Rzymskim, w r. 1819 otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1823-25 był audytorem przy delegacie papieskim w Chile i Peru. Po powrocie do Italii zrezygnował z pracy dyplomatycznej i pracował w jednym z rzymskich hospicjów. W 1827 został arcybiskupem Spoleto, w 1830 kardynałem, a dwa lata później biskupem Imoli, cenionym także przez liberałów, którzy podkreślali jego sympatie dla idei jednoczenia Włoch. Przez kilkanaście miesięcy od momentu koronacji był najpopularniejszym człowiekiem w Italii: ogłosił powszechną amnestię, powołał komisję do spraw reformy administracji, wprowadził łagodniejsze prawo o cenzurze, przywrócił ustrój gminny w Rzymie oraz powołał do życia Radę Ministrów i Radę Państwową w Państwie Kościelnym, wreszcie oktrojował konstytucję, tzw. Statut Fundamentalny dla Rządów Doczesnych w Państwach Świętego Kościoła, tworzący dwuizbowy parlament (1848); protestując przeciwko obecności Austrii w Italii, popierał ideę jednoczenia Włoch, zamierzał utworzyć związek celny państw italskich, lecz po wybuchu rewolucji w Lombardii odmówił poparcia Sardynii w wojnie z Austrią. W końcu roku, po zamordowaniu premiera de Rossiego, zmuszony był powołać rząd liberałów z Terenzo Rovere della Mamianim na czele, jednak po ucieczce do Gaety (24 XI 1848) odwołał wymuszone na nim akty prawne. Tymczasem w Rzymie wybrano konstytuantę i proklamowano republikę, pozbawiając papieża świeckiego władztwa i pozostawiając mu jedynie prawo pełnienia funkcji religijnych (I-II 1849). Gdy po klęsce Piemontu pod Nawarrą władzę powierzono triumwiratowi, na którego czele stanął Mazzini, Pius IX oficjalnie zaprotestował z Gaety przeciwko utworzeniu Republiki Rzymskiej i wezwał Francję, Austrię, Hiszpanię i Neapol do interwencji zbrojnej na rzecz papiestwa. Francuski korpus interwencyjny gen. Oudinota zajął Rzym, a 14 VII 1849 nastąpiła restauracja świeckiej władzy papieża, który po powrocie do Rzymu (12 IV 1850) zniósł konstytucję i ogłoszone wcześniej swobody, wprowadził rządy absolutystyczne, odrzucił aspiracje niepodległościowe, oddając tym samym inicjatywę Piemontowi, którego król, Wiktor Emanuel II, ogłoszony został królem Włoch, jego wojska pokonały wojska papieskie, a parlament sardyński uchwalił aneksję niektórych prowincji Państwa Kościelnego. Po opuszczeniu Rzymu przez francuski garnizon, chroniący papieża przez niemal 10 lat, siły włoskie opanowały Wieczne Miasto, przyłączone wkrótce do państwa włoskiego (1870). 1 XI 1870 papież, który dwa lata wcześniej zabronił katolikom uczestniczyć w życiu politycznym rewolucyjnego Królestwa Włoch, wyklął wszystkich sprawców i uczestników inwazji; rząd włoski ogłosił go osobą suwerenną i przyznał mu niewielkie terytorium, lecz Pius IX odmówił zaakceptowania tych postanowień, pozostał w Watykanie i uznał się za więźnia. W 1854 Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, bullą Aeterni Patris zwołał na 8 XII 1869 Sobór Watykański I, który przyjął konstytucję Pastor aeternus, głoszącą dogmat o nieomylności papieża przemawiającego w imieniu Kościoła; Pius IX nawiązał stosunki dyplomatyczne z Turcją osmańską, zawarł liczne konkordaty (m.in. z Rosją i Hiszpanią).

[21] Porównując “wielką, duchową potęgę papiestwa” z siłą Niemiec, Koźmian pisał znacząco: Każde państwo dążące do przyszłości, a przeznaczone zająć stanowisko w świecie i w dziejach, mieć musi i ma też swoją podstawową główną przyczynę bytu, co jest jego ożywczą i poruszającą siłą. Od najdawniejszych czasów dopatrzyć się można pod tym względem, przy niezliczonych odcieniach, dwóch w historii głównych pierwiastków; potęgi bezpośredniej terytorialnej, zatem materialnej i potęgi opartej na wpływie. Każdy z nich ma w sobie czynniki i warunki siły; jedynie połączenie i zastosowanie obu, stwarza istotną i dziejową wielkość. Zrozumiał to i dopiął tego Rzym stary i dlatego pozostał wzorem i arcydziełem politycznej budowy. Podstawową przyczyną bytu Prus, od początku do końca, była wyłącznie potęga terytorialna i materialna z wykluczeniem i pomiataniem drugiego pierwiastka wielkości, a ta jednostronność stanowi kalectwo dziejowe; wszystkie ujemne strony państwa i polityki pruskiej są następstwami tego jednostronnego założenia pierwotnego (s. 432).

[22] W obliczu upadku Francji, Koźmian nie tylko stawiał pytanie: Czy Niemcy sprostają zadaniu pierwszorzędnego w świecie mocarstwa, czy potrafią zapełnić próżnię powstałą wskutek ich niesłychanych zwycięstw i czy staną na wysokości odpowiedniej potędze politycznej, do której doszły i obowiązkom, które były następstwem tej potęgi? Pytania te, zauważał, stawały przed myślącymi ludźmi. Bezstronnie, zimno i przedmiotowo zapatrując się na wypadki, nie można było powiedzieć, iżby poddanie się Paryża było ostatnim wynikiem walki cywilizacji z barbarzyństwem, był to raczej końcowy akt zapasów dwóch odmiennych cywilizacji i kierunków duchowych. Wskazywał także, że upadek Paryża i zakończenie wojny obchodziły z bliska społeczeństwo polskie. Jesteśmy i nie przestaniemy być, pomimo naszych nieszczęść i upadku, pomimo naszej słabości, czynnikiem między światem słowiańskim i germańskim. Bez złudzeń, ale i bez zwątpienia należało nam wejść w nowy okres naszego bytu, trzeba było nam zostać wiernymi temu, co stanowi istotę naszą, pierwiastkowi cywilizacyjnemu, który w tej części świata niedostatecznie przedstawiamy, słabymi naszymi siłami i wśród trudnych okoliczności; należało rozwijać ten pierwiastek wedle możności na gruncie rodzimym, polskim, aby ratować nasz byt narodowy. Galicja stawała się arcyważną w ogólnym gospodarstwie polskim. Była to jedyna część Polski, w której swobodnie można było działać i pracować. Takie schronienie dla myśli i czynu narodowego było nieocenionym, pomimo tego nawet, że dotąd nie umiano jej należycie zużytkować. Celem więc naszym bezpośrednim w polityce ogólnej musiało być jego pielęgnowanie i zachowanie. Tak więc po wojnie, równie jak przed wojną, nasz interes narodowy zespalał się z bytem i przyszłością monarchii austriacko-węgierskiej, a nasze główne polityczne działanie odnosiło się do spraw i stanowiska, jakie ta monarchia zajmie w Europie. Będąc czynnikiem w monarchii, mając głos w jej sprawach, musieliśmy i trzeba było nam wpłynąć na jej losy. Trzy główne żywioły w monarchii: Niemcy, Węgrzy i Polacy, bez zapału, z konieczności, musieli przemawiać za przymierzem Austrii ze zjednoczonymi Niemcami. Polacy już ze względu na bezpieczeństwo Galicji (s. 261-262).

[23] Książę Joseph Marie de Maistre (1753-1821), prawnik, filozof i pisarz polityczny, jeden z najważniejszych przedstawicieli tradycjonalistycznej myśli kontrrewolucyjnej. Od 1774 r. senator Sabaudii, zarazem katolik i mason, przeciwnik filozofii oświeceniowej, poszukujący argumentów przeciw niej w doktrynach mistycznych, łączących wątki chrześcijańskie i neoplatońskie, w latach 1780. broniący w memoriałach kierowanych do senatu sabaudzkiego wolności myślenia, zrazu entuzjastycznie przyjmujący wybuch rewolucji we Francji, w 1792 r. zmuszony jednak upuścić Sabaudię, gdy rewolucyjne wojska francuskie wkroczyły w jej granice; przebywał najpierw w Aoście, następnie w Lozannie, gdzie reprezentował króla Sardynii i napisał Considerations sur la France, w których wyraził sprzeciw wobec wydarzeń rewolucyjnych i pragnienie odbudowy monarchii francuskiej. Na krótko wrócił raz jeszcze do Sabaudii w 1793 r., lecz rychło musiał ją opuścić. W 1798 r. wrócił do Włoch, w latach 1802-14 był posłem króla Sardynii Wiktora Emanuela I na dworze w Petersburgu, gdzie przygotował kolejne dzieła, m.in. traktat Du Pape, zestawiający argumenty wykorzystywane przez zwolenników ultramontanizmu (1819). Największą sławę przyniosły mu Les soirées de Saint Petersbourg, dzieło ważne dla romantyków, także polskich (1821).

[24] Książę Aleksandr M. Gorczakow (1798-1883), minister spraw zagranicznych Rosji w latach 1856-82, dążący do sojuszu francusko-rosyjskiego przez rozbicie sojuszu francusko-angielskiego; podczas powstania polskiego 1863-64 odpowiedział na wspominane przez Koźmina noty Anglii, Francji i Austrii, że sprawa polska jest wewnętrzną sprawą Rosji, zbliżył się do Prus, z którymi zawarł 8 II 1863 r. konwencję wojskową o wydawaniu zbiegłych powstańców rządowi rosyjskiemu (konwencja Anvelslebena); po klęsce Francji w 1870, przy poparciu Bismarcka, 31 X 1870 anulował jednostronnie postanowienia traktatu paryskiego z 1856 r., ograniczające prawa Rosji na Morzu Czarnym, co w 1871 r. zalegalizowała konferencja londyńska. Aktywny jako dyplomata w trakcie kryzysu wschodniego (1875-78), twórca pokoju w San Stefano (1878), ocenianego przez Koźmiana nader krytycznie z racji oparcia go o zasady właściwe panslawistom (zob. zamieszczony w nin. tomie tekst Panslawizm, Polska i traktat w San Stefano). Niepowodzenie Rosji na kongresie berlińskim (1878), stało się powodem dymisji Gorczakowa udzielonej mu w następnym roku.

[25] Szkoła manchesterska – grupa angielskich polityków i ekonomistów, działających w pierwszej połowie XIX w. (głównie J. Bright, R. Cobden, J. R. McCulloch i N. W. Senior), twórców zawiązanej w Manchesterze Ligi przeciw Ustawom Zbożowym, nawiązujących do poglądów przedstawicieli klasycznej szkoły i opowiadających się za realizacją skrajnej wersji liberalizmu gospodarczego, zniesienia protekcjonizmu i zaprowadzenia pokoju sprzyjającego swobodnej wymianie dóbr; zasadom szkoły hołdowali na kontynencie m.in. F. Bastiat we Francji i O. Michaelis w Niemczech.

[26] Piotr Wielki (1672-1725), władca Moskwy jako car od 1682, cesarz od 1721 r., autor wielu przełomowych w dziejach Moskwy reform politycznych, społecznych, nawet obyczajowych.

[27] Traktat pokojowy zawarty 30 III 1856 r. po wojnie krymskiej między Anglią, Francją, Turcją i Sardynią a Rosją, przy pośrednictwie Austrii i Prus. Traktat gwarantował nietykalność granic Turcji, zwracał Rosji i Turcji obszary utracone podczas wojny (z wyjątkiem części Besarabii oddanej Mołdawii), ogłaszał neutralność i demilitaryzację Morza Czarnego i Wysp Alandzkich, swobodę żeglugi po Dunaju oraz zamknięcie Bosforu i Dardaneli dla okrętów wojennych. Traktat oddawał również Serbię i księstwa rumuńskie pod opiekę mocarstw europejskich (a nie wyłącznie rosyjską), zapewniał mieszkańcom Turcji równe prawa bez względu na wyznanie. Traktat osłabiał międzynarodowe znaczenie Rosji; przeciwko niektórym jego postanowieniom wystąpił w 1870 r. ks. A. M. Gorczakow, rosyjski minister spraw zagranicznych.

[28] Hugo Grotius [Huig de Groot, Grocjusz; 1583-1645] – holenderski prawnik, dyplomata i filozof, z woli Stanów Generalnych historiograf Holandii (1602), następnie członek Stanów Generalnych i radca holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, w związku ze sporem religijno-politycznym, toczącym się wśród kalwinów między gomarystami (zwolennikami ortodoksji i mocnej władzy centralnej, wspieranymi przez księcia Maurycego Orańskiego) i arminianami (krytykami kalwińskiego ujęcia wolnej woli, optującymi za suwerennością prowincji i umownym charakterem federalistycznego państwa), uwięziony wraz z przywódcą arminiańskim Oldenbarneveltem, skazany na dożywotnie więzienie i konfiskatę majątku (1618); 3 lata później zbiegł, udał się do Paryża, gdzie przygotował i opublikował w 1625 swą główną pracę De iure belli ac pacis, dedykowaną nowemu protektorowi – królowi Ludwikowi XIII. Dzieło to, obok wcześniejszego Mare liberum, zgodnie z racją stanu Republiki Zjednoczonych Prowincji broniącego prawa wolnej żeglugi i handlu przeciwko przywilejowi udzielonemu Hiszpanii i Portugalii przez papieża Aleksandra VI, stało się ważnym przyczynkiem nie tylko do dziejów siedemnastowiecznej myśli politycznej, ale także do teorii prawa międzynarodowego; jego lektura sprawiła, że elektor Karol Ludwik utworzył pierwszą katedrę filozofii prawa w Heidelbergu. Gdy kardynał Richelieu wstrzymał wypłacanie królewskiej pensji Grotiusowi, ten opuścił Paryż z zamiarem powrotu do ojczyzny. Decyzja Stanów Generalnych, które wyznaczyły nagrodę za jego schwytanie, uniemożliwiła mu to, udał się tedy do Hamburga (1632-34). W 1634, za namową szwedzkiego kanclerza Oxanstierny, przyjął posadę posła szwedzkiego w Paryżu, piastując ten urząd do 1645 r. Samuel Pufendorf, pseud. Severinus de Monzambano (1832-94), niemiecki historyk i prawnik, od 1661 r. profesor prawa na uniwersytecie w Heidelbergu, od 1670 w Lundzie, od 1677 historiograf i dyplomata szwedzki w Sztokholmie, od 1686 historiograf w Brandenburgii, jeden z głównych przedstawicieli tzw. nowożytnej teorii prawa natury, zwolennik absolutyzmu monarszego. Emmerich de Vattel (1714-67), szwajcarski prawnik i dyplomata, od 1743 r. na służbie elektora saskiego i króla polskiego Augusta III; jego dzieło Le droit de gens (Prawo narodów) z 1758 r., nawiązujące w znacznej mierze do wcześniejszej o kilka lat pracy niemieckiego filozofa prawa Christiana Wolffa pt. Ius gentium, uchodziło przez wiele dziesięcioleci za najwybitniejsze opracowanie podstaw prawa międzynarodowego.

[29] Koźmian analizuje wydarzenia z wojny toczonej przez Francję z Prusami i innymi państwami niemieckimi (z wyjątkiem Austrii) w latach 1870-71. Pretekstem do sprowokowania wojny stała się dla Bismarcka kandydatura ks. Leopolda Hohenzollern-Sigmaringena, krewnego króla pruskiego, na tron hiszpański. Wskutek oporu Francji Prusy zrezygnowały z niej, ale spreparowana przez Bismarcka, obraźliwa w tonie dla Napoleona III tzw. depesza emska pchnęła cesarza Francuzów do wypowiedzenia wojny (19 VII 1870). Prusy zapewniły sobie neutralność innych mocarstw europejskich, a ich armia – dowodzona przez gen. H. von Moltke – po kilku bitwach granicznych otoczyła armię francuską gen. A. F. Bazaine’a w Metzu, spychając następnie idące jej z odsieczą wojska dowodzone przez Mac Mahona do Sedanu i doprowadzając do ich kapitulacji (2 IX 1870). Napoleon III został wzięty do niewoli, 4 IX obalono w Paryżu Drugie Cesarstwo i proklamo­wano II Republikę (rewolucja wrześniowa). W drugim etapie wojny główne działania toczyły się w rejonie Paryża: po otoczeniu miasta, L. Gambetta zaczął organizować na prowincji nowe armie, Niemcy utrzymywali jednak przewagę. 27 X 1870 r. poddał się Metz, nie powiodły się próby odsieczy dla Paryża, który po kilkumiesięcznej obronie musiał kapitulować (zawieszenie broni 28 I 1871, choć po tej dopiero dacie kapitulowała twierdza Belfort w Alzacji). Po wyborach do francuskiego Zgromadzenia Narodowego podpisano w Wersalu preliminaria pokojowe, pokój zaś zawarto we Frankfurcie nad Menem 10 V 1871 r.; jego warunki były bardzo ciężkie dla pokonanej Francji, bowiem oddawała ona Alzację (z wyjątkiem Belfortu) i Lotaryngię (z miastami Metz i Strasburg) orz zobowiązana została do zapłacenia wysokiej kontrybucji (jako zastaw Niemcy okupowały do 1873 r. jej północne departamenty). W wyniku wojny dominującą pozycję w Europie uzyskało zjednoczone Cesarstwo Niemieckie, proklamowane w Wersalu 18 I 1871 r.

[30] Koźmian przytacza wydarzenia z dziejów Francji: z okresu Wojny Stuletniej z Anglią, gdy Dziewica Orleańska – Joanna d’Arc – pobudziła Francuzów do działań przeciwko Anglikom, oraz z lat 1525-26, gdy król Francji, Franciszek I, poniósł pod Pawią druzgocącą klęskę w bitwie z wojskami cesarza Karola V, został wzięty do niewoli i zawarł niekorzystny dlań pokój w Madrycie, jednak z wolna odbudował pozycję Francji.

[31] Książę Louis de Rouvroy de Saint-Simon (1675-1755) – pamiętnikarz, autor obszernego dzieła, będącego kroniką życia dworskiego w ostatnich latach panowania Ludwika XIV i w okresie Regencji.

[32] Komuna Paryska 1871 r. – opisywana w historiografii marksistowskiej jako “pierwsza rewolucja proletariacka, w wyniku której powstała organizacja państwowa nowego typu, określana często jako prototyp państwa socjalistycznego” (Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1974, t. II, s. 521), przez Koźmiana jako wyraz skrajnej, niszczącej wszelką cywilizację anarchii grup kierujących się nienawiścią do wszystkiego co wyższe w imię zrównania jednostek, trwała przez kilka wiosennych miesięcy 1871 r. po upadku Francji i proklamowaniu I Republiki w 1870 r. Kierowaną przez Komitet Centralny Gwardii Narodowej Komunę, zdławił w toku wojny domowej rząd republikański, którego wojska – po opanowaniu Paryża 28 V 1871 r. – przystąpiły do krwawych represji.

[33] Wspominany przez Koźmiana “pokój wersalski” to preliminaria pokojowe podpisane (po uprzednim zawieszeniu broni 28 I 1871 r.) 26 II 1871 r. w Wersalu; wojnę francusko-pruską zakończył bowiem pokój we Frankfurcie.

[34] Jan Koźmian (1814-1877) – ur. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej, brat Stanisława Egberta i bratanek Kajetana, uczył się w Lublinie i w Warszawie (do 1830), następnie był podoficerem artylerii w listopadowej irredencie, po jej upadku wyemigrował do Francji, gdzie ukończył studia prawnicze (Tuluza); osiedliwszy się w Paryżu utrzymywał bliskie kontakty z Mickiewiczem, współwydawał pismo Hôtelu Lambert “Trzeci Maj”, nawiązał znajomość z przedstawicielami francuskich kół katolickich (Montalembert, Veuillot) i został bratem zewnętrznym tworzącego się Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego. Po powrocie na ziemie polskie, od 1845 r. wydawał ultramontańskie pismo “Przegląd Poznański” (publikując w nim m.in. Stan rzeczy w Wielkim Księstwie Poznańskim w 1847; Rzeczy włoskie w 1848, Przeznaczenia Francyi w 1849 i Nowy Rok w 1850 r.); w 1846 r. ożenił się z córką gen. D. Chłapowskiego, a po opuszczeniu niewoli pruskiej, do której wzięty został jako członek legii akademickiej w 1848 r., osiedlił się w majątku żony. Krytyczny wobec włoskiego ruchu zjednoczeniowego i powstania styczniowego, odnosił się wrogo zarówno do “kosmopolitycznego radykalizmu” i działalności spiskowej, jak i do “despotyzmu nowoczesnego państwa”. Po śmierci żony, rozpoczął studia teologiczne w Rzymie (1857), a po uzyskaniu święceń kapłańskich został proboszczem w Krzywiniu, następnie kapelanem sióstr Sacré Coeur w Poznaniu (do 1873). W 1869 r. otrzymał tytuł prałata domowego papieża i protonotariusza apostolskiego, a w 1870 towarzyszył arcybiskupowi M. H. Ledóchowskiemu w misji do pruskiej kwatery w Wersalu. Oskarżony o udział w przygotowaniach – wspomnianego przez S. Koźmiana Westerwelda – do zamachu na Bismarcka, został po rozpoczęciu Kulturkampfu aresztowany. Po opuszczeniu więzienia, kierował ultramontańskim “Kuryerem Poznańskim” i pełnił godność delegata apostolskiego na archidiecezję poznańską.

[35] Eduard Heinrich Flotwell (1786-1865) – nadprezydent prowincji poznańskiej w latach 1830-40. Karl von Grolmann (1777-1843) – generał, szef pruskiego Sztabu Generalnego w latach 1815-19, walczył w Hiszpanii przeciwko Napo-leonowi I. Książę Antoni Henryk Radziwiłł (1775-1833) – kompozytor, na-miestnik Wielkiego Księstwa Poznańskiego w latach 1815-31.

[36] Ksiądz Józef Szafranek (1807-74) – działacz narodowy na Górnym Śląsku, twórca towarzystw trzeźwości, kółek czytelniczych, autor instrukcji dla szkół parafialnych, domagający się wprowadzenia języka polskiego jako wykładowego do polskich szkół. Związany z tzw. lewicą demokratyczną, w V 1848 r. wybrany został posłem do Zgromadzenia Narodowego w Berlinie; zawieszony na krótki okres w czynnościach kapłańskich na wniosek biskupa wrocławskiego, w 1849 r. został dwukrotnie wybrany deputowanym: do parlamentu i do izby niższej, lecz w 1851 r. zmuszony był złożyć mandat.

 

[37] Kardynał Mieczysław Halszka Ledóchowski (1822-1902) – jako przedstawiciel Stolicy Apostolskiej w latach 1852-56 przebywał m.in. w Lizbonie i Nowej Grenadzie, w 1865 otrzymał godność arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego, w okresie Kulturkampfu uwięziony w Ostrowie Wielkopolskim za opór stawiony antykościelnej polityce rządu niemieckiego; od 1876 r. przebywał w Rzymie, będąc członkiem wielu kongregacji Stolicy Świętej.

[38] Giacomo Antonelli (1806-76) – dyplomata papieski, od 1846 r., tj. od początku pontyfikatu Piusa IX, był jego bliskim doradcą; w 1847 został kardynałem, od następnego roku – z krótką przerwą – był sekretarzem stanu Stolicy Apostolskiej, zabiegającym nade wszystko o zachowanie Państwa Kościelnego. Uchodził za niechętnego Polakom przeciwnika wszelkich tendencji rewolucyjnych i reform w państwach europejskich, liczącego w pierwszej kolejności na pomoc dla Stolicy Świętej ze strony katolickiej Francji.

[39] Stanisław Chłapowski (1822-1902) – syn gen. Dezyderego A. Chłapowskiego, założyciel ochronek, towarzystw gospodarczych i banków działających w Wielko¬polsce, twórca pism prezentujących tendencje ultramontańskie “Orę-downik” i “Gazeta Wielkopolska”; w latach 1854-99 poseł do sejmu prowin-cjonalnego, od 1867 do sejmu pruskiego, w latach 1870-87 członek parlamen-tu niemieckiego. Podczas Kulturkmpfu bliski współpracownik abpa Le-dóchowskiego, występował w sejmie w obronie języka polskiego i niezależ-ności kościoła katolickiego; w 1896 r., jako członek niemieckiej Izby Panów, protestował przeciwko antypolskiej działalności Hakaty.

[40] Ustawy majowe to represyjne ustawy przeciw kościołowi katolickiemu, uchwalone przez sejm pruski w okresie Kulturkampfu, których celem było przyspieszenie procesu podporządkowywania kościoła władzom cywilnym. 11 V 1873 r. wydana została ustawa o kształceniu i mianowaniu księży (władze cywilne miały odtąd prawo decyzji przy mianowaniu na stanowiska duchownych), 12 V – ustawa o podporządkowaniu księży jurysdykcji powołanego przez władze cywilne Królewskiego Trybunału do spraw kościelnych, 13 V – ustawa określająca formy i zakres kar stosownych przez niemieckie władze kościelne, pozbawiająca papieża uprawnienia do nakładania kar dyscyplinarnych (kary wymierzane przez władze kościelne mogły odtąd dotyczyć jedynie dziedziny religii i praw jednostki w obrębie gminy religijnej), 14 V – ustawa określająca procedurę występowania z kościoła i zwalniania ze świadczeń na jego rzecz, zaś 31 V – ustawa dotycząca likwidacji zakonów i przejęcia przez państwo ich majątków. Za inspiratora i projektodawcę ustaw majowych uznaje się Adalberta Falka (1827-1900), mianowanego przez Bismarcka ministrem kultu w 1872 r., ściśle realizującego również ustawę szkolną z 1872 r., ograniczającą prawa Polaków. Przeciwko prowadzonej przezeń polityce protestowali liczni polscy członkowie izb parlamentów niemieckiego i pruskiego zwłaszcza w 1875 r., o czym Koźmian wspomina w dalszym ciągu wywodu.

[41] Ksiądz Jan Chryzostom Janiszewski (1818-91) – od 1871 r. biskup sufragan poznański, od 1848 poseł do parlamentu we Frankfurcie, następnie do sejmu pruskiego w Berlinie, który protestował przeciwko uchwale o wcieleniu Poznańskiego do Rzeszy Niemieckiej.

[42] Wilhelm I Hohenzollern (1797-1888) – drugi syn króla Prus Fryderyka Wilhelm III, który od wczesnej młodości służył w armii, m.in. uczestnicząc w wojnie z Francją w 1814 r. Zwolennik stłumienia siłą wystąpień w 1848 r., po klęsce rządu zmuszony był opuścić kraj; po przewrocie w VI 1848 wybrany został do pruskiego Zgromadzenia Narodowego; w lecie 1849 r. dowodził wojskami pruskimi tłumiącymi powstania republikańskie w Badenii i Palatynacie. Z powodu choroby umysłowej starszego brata, Fryderyka Wilhelma IV, w 1858 objął regencję, a po śmierci króla został w 1861 królem Prus. Już jako regent zapoczątkował tzw. nową erę rządów umiarkowanych, wkrótce jednak – z powodu projektowanej reformy wojskowej – popadł w konflikt z większością parlamentarną. W najostrzejszej fazie kryzysu, w 1862, mianował na stanowisko prezesa rady ministrów O. von Bismarcka, który zdołał poskromić opozycję, a po zwycięskich wojnach z Danią, Austrią i Francją przeprowadzić dzieło zjednoczenia Niemiec. Od 1867 Wilhelm przewodniczył Związkowi Północnoniemieckiemu, a 18 I 1871 został cesarzem niemieckim. Za jego panowania uchwalone zostały ustawy majowe; w 1878, w związku z dwoma zamachami na jego życie, zostały uchwalone ustawy przeciwko socjalistom.

[43] Papież Leon XIII (Vincent Joachim Pecci, 1810-1903) – którego pontyfikat przypada na lata 1878-1903, urodził się w wielodzietnej, zubożałej rodzinie szlacheckiej, studiował w kolegium jezuickim w Viterbo i w Collegio Romano, doktorat w zakresie teologii uzyskał w 1832 r., święcenia kapłańskie otrzymał w 1837 r., w 1841 został namiestnikiem Perugii, w latach 1843-46 nuncjuszem w Brukseli (gdzie poznał problemy industrializacji oraz parlamentarną formę rządów), zaś w latach 1846-77 biskupem Perugii (w 1853 został kardynałem). W 1878 r., po śmierci Piusa IX, autora Syllabusa z 1864 r., wybrany został papieżem. Imię Leona XIII znane jest szeroko nade wszystko z uwagi na jego encyklikę w kwestii robotniczej (Rerum novarum,1891), której rocznice uczczone zostały dwiema ważnymi encyklikami społecznymi: Quadragessimo anno (Pius XI, 1931) iCentesimus annus (Jan Paweł II, 1991). Leon XIII prowadził aktywną politykę międzynarodową, doprowadzając m.in. do odprężenia w stosunkach z Rosją. Autor słynnych encyklik: Quod apostolici muneris (1878); Aeterni Patris (1879); Diuturnum illud (1881); Humanus genus (1884); Immortale Dei (1885); Graves de communi (1901).

[44] Zentrumpartei – katolicka partia w Niemczech, powstała zimą 1870/71, której zalążkiem było ugrupowanie katolickie w sejmie pruskim 1852-62, znane pod tą samą nazwą. Centrum, którego organem prasowym była “Germania”, opowiadało się za federacyjnym ustrojem Rzeszy i występowało w obronie niezależności Kościoła katolickiego, pozostając w opozycji wobec Kulturkampfu. Jego przywódcami byli L. Windhorst, bracia Reichensperger, H. von Mallinckrodt i bp E. von Ketteer; odgrywające istotną rolę w Cesarstwie, ugrupowanie zachowało znaczenie również w Niemczech weimarskich po zakończeniu I wojny światowej.

[45] Trójprzymierze – pisze Koźmian w innym miejscu – zażegnało starcie między Rosją a Austrią. Upłynęło od zawarcia go dużo czasu, ludzie i stosunki zmieniły się. Minęły dwa w Rosji panowania: Aleksandra II, który padł ofiarą nihilistycznego zamachu i Aleksandra III, który zgniótł nihilizm. Umysły uspokoiły się w Rosji, gorączka panslawistyczna opadła, żądze zaborcze powstrzymane zostały i na razie odwróciły się od Galicji. Rosja się przekonała, że nie potrzebuje się obawiać Austrii; rozkwit polonizmu i samorządcze zdolności Polaków w Galicji, nie wytworzyły zbyt wielkiego dla państwa carów niebezpieczeństwa; publiczność rosyjska poczęła swoją do Austrii nienawiść zwracać przeciw Niemcom zjednoczonym przez Bismarcka. Rosja oddała się przeważnie zadaniu azjatyckiemu, nie spuszczając z oka europejskiego. Rzeczy się tak ukształtowały, że nowym powodem bytu Austrii stało się jej między Niemcami i Rosją stanowisko, między światem germańskim a słowiańskim, odpowiednio do jej wewnętrznego składu. Jej byt począł odpowiadać potrzebom cesarstwa niemieckiego i rosyjskiego, gdyż w nim jest dla obydwóch zabezpieczenie przed przewagą jednego nad drugim, a jego zaprzepaszczenie spowodowałoby starcie dwóch światów: germańskiego i słowiańskiego, z wszystkimi jego niewiadomymi. Dwie groźby wiszące nad Austrią przemieniły się zwolna w dwie rękojmie. W myśl tego ukształtowania się stosunków, Austria musiała pozostać w przymierzu z Niemcami i szukać porozumienia z Rosją, które po wstąpieniu na tron cesarza Mikołaja II przyszło do skutku. Tę rozumną politykę urzeczywistnił następca hr. Kalnoky’ego, hr. Gołuchowski za bytności w Petersburgu cesarza Franciszka Józefa w 1897 r. Korzystając z nauki, wedle której trójprzymierze nie zabrania związanym nim mocarstwom zawierać przyjaznych stosunków z tymi, które nim nie są objęte, Austria pozostała w nim i zarazem doszła do porozumienia z Rosją, co odpowiadało jej składowi, posłannictwu i powodowi bytu (s. 374-375).

[46] Hrabia Tadeusz Antoni Mostowski (1766-1842) – publicysta i krytyk literacki, w latach 1791-92 wydawał m.in. z J. U. Niemcewiczem “Gazetę Narodową i Obcą”, podczas insurekcji 1794 r. był członkiem Rady Najwyższej Narodowej i Rady Wojennej, a po jej upadku wyjechał do Francji. W 1802 założył w Warszawie drukarnię, w której wydawał serię “Celniejszych Pisarzów Polskich”. Od 1812 r. piastował godność ministra spraw wewnętrznych Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, reprezentując kierunek liberalny i sprzyjając polityce gospodarczej prowadzonej przez K. Druckiego-Lubeckiego. Od 1825 senator-wojewoda, po upadku powstania listopadowego przebywał we Francji.

[47] Aleksander Wielki (356-323 przed Chr.) – syn Filipa II Macedońskiego, wychowanek Arystotelesa; po śmierci ojca, usuwając pretendentów do tronu objął władzę przy poparciu wodzów armii, a kontynuując politykę ojca odnowił przymierze z Grekami i jako hegemon Związku Korynckiego został wybrany naczelnym wodzem wyprawy przeciw Persom. Wyprawę rozpoczął w 334 zwycięstwem nad Granikiem i opanowaniem wschodniej Azji Mniejszej; przekroczywszy góry Taurus, w 333 rozbił wojska perskie Dariusza III pod Issos, następnie zajął wiele miast fenickich i Egipt (gdzie założył Aleksandrię w 332), a w 331 podążył do Mezopotamii, ostatecznie bijąc armię perską w bitwie nieopodal Gaugameli i zajął Babilon, Suzę i Persepolis. Z Medii oddalił oddziały greckie, traktując późniejsze zdobycze jako wyłącznie macedońskie; po śmierci Dariusza III, ogłosiwszy się jego następcą, przejął ceremoniał i zwyczaje perskie, wprowadził też kult władcy. W latach 329-327 opanował płn.-wsch. Iran i wiosną 327 r. wyruszył do Indii. Mimo zwycięstw odniesionych w Pendżabie, wobec oporu swoich żołnierzy, zmuszony był do odwrotu, ponosząc w drodze powrotnej ogromne straty. W czasie przygotowań do podboju Arabii i krajów zachodnich zmarł w Babilonie. Po jego śmierci państwo rozpadło się na wiele jednostek pozostających pod rządami wodzów macedońskich, które w kolejnych dwóch stuleciach uległy podbojowi Rzymian i Partów; jednak dzieło Aleksandra miało wielkie znaczenie dla rozwoju kultury śródziemnomorskiej (hellenizm).

[48] Karol Wielki (742-814) z dynastii Karolingów – syn Pepina Małego, od 768 r. król Franków; w licznych wojnach podbił Sasów (772-804) i Longobardów (774), przyłączył Bawarię (788) i część ziem zajmowanych przez Arabów na Płw. Pirenejskim, rozbił państwo Awarów (795) i narzucił zwierzchnictwo Słowianom połabskim umacniając granice frankijskie na Łabie i Dunaju. Uwieńczeniem jego dzieła była koronacja Karola na cesarza w Boże Narodzenie 800 r., dokonana przez papieża, mająca być świadectwem odrodzenia jedności chrześcijaństwa; do tradycji Cesarstwa Rzymskiego nawiązywało też ożywienie kulturalne i artystyczne (renesans karoliński), a także reforma szkolnictwa. Imperium Karola okazało się nietrwałe, ale idea karolińska podejmowana była w uniwersalistycznych usiłowaniach późniejszych cesarzy (Otton III, Fryderyk I Barbarossa).

[49] Gajusz Juliusz Cezar [Caius Iulius Caesar] (100?-44 przed Chr.) – rzymski wódz, mąż stanu i pisarz; jako spowinowacony z przywódcami popularów (m.in. z Mariuszem), przeciwnik Sulli, już jako senator zbliżył się do Krassusa i raz z nim zamieszany był w pierwszy spisek Katyliny (65). W 63 r. otrzymał godność najwyższego kapłana, w 62 pretora, w 61 namiestnika w Hiszpanii Dalszej, a po powrocie do Rzymu w 60 r., wykorzystując konflikt Pompejusza z senatem, porozumiał się z nim i Krassusem, tworząc pierwszy triumwirat. W kolejnych latach podbił Galię Zaalpejską, wyprawił się do Brytanii i przeciwko Germanom za Ren, na którym oparł granice Rzymu. Po śmierci Krassusa, rozpadzie triumwiratu i przejęciu faktycznej władzy przez Pompejusza, rozpoczął wojnę domową (49), pokonując pod Farsalos siły Pompejusza (48), w 45 zagarniając pełnię władzy w państwie. W dzień id marcowych 44 r. zamordowany w senacie przez spiskowców, na czele których stali Brutus i Kasjusz.

[50] Helmuth Karl Bernhard von Moltke (1800-91) – szef pruskiego i niemieckiego Sztabu Generalnego w latach 1858-88, zreformował armię pruską, był twórcą planów operacyjnych, w oparciu o które Prusy prowadziły zwycięskie wojny z Danią (1864), Austrią (1866) i Francją (1870-71); w 1871 r. mianowany feldmarszałkiem, przez 17 kolejnych lat rozbudowywał niemiecki Sztab Generalny; w latach 1867-91 był konserwatywnym deputowanym.

[51] William Pitt młodszy (1759-1806), syn Williama starszego, związany z ugrupowaniem torysów, od 1781 r. członek Izby Gmin, w latach 1782-83 kanclerz skarbu, a w latach 1783-1801 i 1804-06 premier, który znacznie wzmocnił pozycję szefa gabinetu, uporządkował finanse publiczne, zliberalizował handel, przeprowadził ustawy antykorupcyjne i poddał kontroli rządu Kompanię Wschodnioindyjską. Od 1793 r. prowadził wojnę przeciwko rewolucyjnej Francji, następnie działał na rzecz tworzenia nowych koalicji antyfrancuskich (1793, 1798, 1805). Stłumiwszy powstanie w Irlandii narzucił jej unię realną z Wielką Brytanią. Arthur Wellesley, od 1790 r. A. Welsley, książę Wellington (1769-1852), angielski generał i polityk konserwatywny, który w 1809 r. jako dowódca wojsk koalicji antynapoleońskiej na Półwyspie Pirenejskim zmusił Francuzów do wycofania się z Hiszpanii, zaś w 1815 zadał Napoleonowi I (wraz z pruskim marszałkiem G. L. Blücherem) ostateczną klęskę pod Waterloo. W latach 1828-30 pełnił godność premiera, wcześniej pełniąc kilkakrotnie funkcje ministerialne w gabinetach konserwatywnych; w latach 1827 i 1842-46 był głównodowodzącym armii brytyjskiej. Aleksander I Romanow (1777-1825), syn cesarza Pawła I, cesarz rosyjski od 1801, który na początku panowania przeprowadził liberalne reformy, lawirując w polityce zagranicznej między Francją i Anglią. W latach 1805-07 brał udział w koalicji antynapoleońskiej, po pokoju w Tylży (1807) przystąpił do blokady kontynentalnej przeciw Anglii. Za jego panowania zostały przyłączone do Rosji: Gruzja (1801), Besarabia (1812) i Azerbejdżan (1813). Po nieudanej wyprawie Francuzów przeciwko Rosji w 1812 r., bitwie narodów pod Lipskiem (1813) i abdykacji Napoleona I, doprowadził na kongresie wiedeńskim do utworzenia Królestwa Polskiego (1815), przyjmując tytuł króla polskiego i nadając nowej jednostce liberalną konstytucję, z którą z biegiem czasu coraz mniej się liczył, powodując rosnące niezadowolenie w społeczeństwie polskim. Książę Klemens Lothar von Metternich-Winneburg (1773-1859), austriacki polityk, od 1809 minister spraw zagranicznych, od 1821 kanclerz; zwolennik równowagi sił w Europie, dążący do osłabienia Rosji i Francji oraz podważenia pozycji Prus i udaremnienia prób stworzenia zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej pod egidą tego państwa. Przewodnicząc na kongresie wiedeńskim po upadku Napoleona I (1815), zapewnił Austrii hegemonię w Związku Niemieckim i we Włoszech; wraz z Aleksandrem I inicjował powstanie Świętego Przymierza, hołdując zasadzie legitymizmu i sprzeciwiając się ruchom dążącym do zakwestionowania ładu ustalonego na kongresie wiedeńskim.

[52] Hrabia Kazimierz Badeni (1846-1909), konserwatywny polityk galicyjski, od 1886 r. namiestnik Galicji, od 1895 – prezes ministrów Austro-Węgier, który w trakcie urzędowania przeprowadził reformę wyborczą, która powołała piątą kurię, tzw. powszechną, zwiększając niemal trzykrotnie liczbę uprawnionych do głosowania (1896). Badeni wydał też rozporządzenie rozszerzające prawa języka czeskiego, co wobec gwałtownej opozycji posłów niemieckich doprowadziło do dymisji jego rządu w 1897; w ostatnich latach życia był posłem do galicyjskiego Sejmu Krajowego.

[53] Wiejska rezydencja Bismarcka.

[54] “Krwią i żelazem” nierzadko, “siłą przed prawem” torował drogę swoim zwycięstwom politycznym, streszczał w innym miejscu Koźmian dzieło Bismarcka; z gwałtowną energią, niezachwianą wytrwałością i nieugiętą wolą zdążał wprost do celu, łamał i burzył wszystko, co mu stawiało przeszkody i zapory w przeprowadzeniu i wykończeniu dzieła, które go uczyniło wielkim i utrwaliło jego ojczyzny potęgę. On wskazał narodowi pole wspaniałych triumfów wojskowych, on wzniósł Prusy do niebywałej wielkości, on zjednoczył Niemcy pod przywództwem Prus, on stworzył cesarstwo niemieckie i wlał w nie siłę, on wreszcie w czasach wszechwładnego militaryzmu i niesłychanych zbrojeń, w chwili ciężkich przesileń, często w przededniu burzy wojennej, potrafił rozpędzać chmury, oczyszczać powietrze, ostatecznie ustalić politykę zbrojnego pokoju i postawić na jej straży potrójne przymierze (s. 471).

[55] Cesarzowa Elżbieta (1837-98) – córka księcia bawarskiego Maksymiliana Józefa, od 1854 r. żona cesarza Franciszka Józefa I; po tragicznej śmierci syna, arcyksięcia Rudolfa, wycofała się z życia publicznego (1889); 9 lat później została zasztyletowana w Genewie przez włoskiego anarchistę.

 

Najnowsze artykuły