Artykuł
Moralne podstawy ustroju
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Moralne podstawy ustroju

 

Pierwodruk: „Droga”, 1931, nr 4, s. 302 – 311. Przedruk: Przedruk: Ignacy Czuma Absolutyzm ustrojowy. Wybór pism, Ośrodek myśli politycznej, Kraków 2003.

 

Potok codziennych trosk, bieżących wartko spraw ludzkich, regulowany i likwidowany tak szybko i bezpośrednio, jak je życie wywołu­je, nie sprzyja głębszemu powiązania tej lawiny toczących się bied, zna­lezieniu głębszego ich sensu, głębszego ich podsumowania. Powiedział­bym dalej, iż tym silniej uchodzi uwagi przeżywających tę zawieruchę faktów, przeciwieństw i piętrzących się zagadnień, ten podstawowy nurt, ten głęboki zwrot ludzkich spraw, im bardziej już ułożyły się łożyska oceny tych spraw, im bardziej zastygły formy ich podejmowania i roz­trząsania. W taki to czas dość leniwego biegu rzeczy, ustalonych w zrębie pojęć, ambicji i zasad porządku, zrywają się tu i ówdzie, choć rzadko dobywające się płomyki protestu, krytyki, ziarna nowych ocen, nowych zasad, nowych podstaw porządkowania. Te ziarna nowe, te do­bywające się ogniska fermentacyjne uwarunkowane są w źródłach swo­ich narodzin i w kierunku swojego rozwoju rozmiarami i treścią dotych­czas panującego szablonu, dotąd panującej oceny. Mówi się wtedy, iż rodzi się reakcja przeciw istniejącemu stanowi rzeczy. Jak głęboko ona sięga? Zależy to od rodzaju i wielkości spraw oraz siły, tej przedziwnej siły, co zuchwale stara się przełożyć biegnącą kolei wydarzeń, biegnący szlak wartości na 'nowe tory, nowe łożyska.

Dziś jesteśmy na zakręcie historii.

Jeśli prawdą jest, że ludzkości życiem kierują wielkie, głębsze idee. to prawdą też jest, co już na wstępie zauważyłem, iż szary dzień życia ludzi, szary przez nawał tysiącznych bied i zmartwień, utrudnia głębsze wejrzenie w sens tego codziennego trudu, w jego ogólniejsze wartości i braki. I oto właśnie, gdy szumi do zawrotu chaos i zamiesza­nie dnia dzisiejszego, tylko w skali nieporównanie większej, niż to było powiedzmy w okresie XIX czy początku XX wieku, właśnie teraz trud­niej w tej muzyce szalonego tempa uchwycić prawo biegu tych rzeczy, jego dalszą metę, jego wartości i braki, istotę i sens.

Ale właśnie dlatego, że potęgującą się komplikację musimy okre­ślić, unormować i przetworzyć na dobro człowieka, na dobro naszej spo­łeczności, bo tego przecież pragniemy, właśnie dlatego, na barkach dzi­siejszego pokolenia spoczęło ciężkie zadanie rozdarcia oczyma mgły przyszłości, przyjrzenia się konturom kształtujących się wypadków, ich częściowe, jeżeli nie zupełne, opanowanie i kierowanie nimi.

Oto dla jakich powodów biorąc udział i będąc częścią tego wiel­kiego wiru codziennych zmagań się z życiem - musimy odnajdywać wiązania wydarzeń głębsze i ogólniejsze - musimy odrywać się co chwila od hałasu dnia i spokojnie starać się ująć prawidła faktów i odszu­kać właściwe dźwignie porządku i zdrowe podstawy rozwoju.

Jednym z takich ugornych pól, domagających się uwagi i myślo­wej uprawy, mam zająć pokrótce cierpliwość czytelnika. Myślę o dzie­dzinie ustrojowej państwa i jej jednym odcinku głównie.

Idee rodzą się i rozwijają, rozprzestrzeniając się na coraz szersze kręgi, jeśli sądzony im jest ten rozwój i to rozszerzanie się. Tam gdzie zapuszczą korzenie, utrwalają się bytowo i nie łatwo dają się za­stąpić przez inne. To jest wtedy ten leniwie toczący się nurt, w wyżłobionym łożysku i z ustalonym celem.

Wiek XIX przyniósł nam w dziedzinie ustrojowej państwa rezul­taty wcześniej przed nim kiełkujących i rozwijających się idei. Te re­zultaty nie od razu i nie w każdym kraju dały się zaszczepić. Tym mniej można mówić o tym, by były identyczne. Ale w nich tkwi określone prawo i zasada tych dawniej już zrodzonych idei. Jakież to prawo i ja­ka zasada tych idei?

Jest rzeczą nie ulegającą wątpliwości, iż w ustroju państwowym musi być pewien punkt lub ośrodek woli, który cechuje to przede wszystkim, iż w punkcie tym wyrasta wola, podejmuje się decyzje o charakterze najistotniejszym z punktu widzenia życia publicznego, w sposób (że tak na razie jedynie się wyrażę, z góry uprzedzając, iż te rzecz należy ściśle i odpowiednio określić) „nieodpowiedzialny”.

Jak wyglądała ta kwestia w okresie ustrojowym, który poprze­dzał np. rewolucję francuską - wiemy aż nadto dobrze. Król był tym punktem centralnym, z którego wypływała wola decydująca w pierw­szorzędnych materiałach państwowych. Ale króla usunięto, to jest usu­nięty został ten punkt centralny (bo choć został, jak np. w Belgii, prze­stał być faktycznie tym ośrodkiem), a w jego miejsce wszedł inny punkt, także centralny, także w tym znaczeniu legibus solutus, także w tym znaczeniu „nieodpowiedzialny”. Punktem tym stała się tzw. reprezen­tacja, lub ciało kolegialne, liczne i różnolite w stopniu, jaki narzucały dane okoliczności danego kraju. Powiedzieć, iż tę zmianę podyktowała jedynie reakcja, usiłująca przenieść punkt ciężkości z jednostki na wie­lość, byłoby o tyle tylko słusznym, o ile równocześnie zrozumie się isto­tę konfliktu, zakończonego zwycięstwem zasady „nieodpowiedzialności” wielości a klęską zasady „nieodpowiedzialności” jednostki.

Zastanówmy się bliżej nad tym.

Jeżeli przypuszcza się, że rozstrzyganiu najdonioślejszych spraw państwowych przez jednostkę, przez pojedynczego człowieka (w sposób oczywiście nieskrępowany) towarzyszy całkowita rzec można „nieodpowiedzialność' (tak w dalszym ciągu, lecz tylko prowizorycznie rzecz tę nazywam) tej jednostki, i skutkiem tego jest to złem dla spraw publicz­nych, to staje się uderzającą oczywistością, iż rozstrzyganiu najdonio­ślejszych spraw państwowych z równą „nieodpowiedzialnością'' przez określoną wielość (np. w naszych stosunkach 444 + 111) daje się pierw­szeństwo nie dlatego, że większa ilość ludzi podejmie tę lub inną decyzję „lepiej”, „moralniej'' itd., lecz, że będzie to ,.moralniej” i ..lepiej” właśnie dlatego, iż działa wielość a nie jednostka. Nie dlatego, powta­rzam, objaw doniosłej woli państwowej, nie korygowany już następnie przez objaw innej woli jest „lepszy”, „moralniejszy” jakoby wielość była „moralniejsza” i „lepsza” niż jednostka, ale dlatego, że „lepszym” i „moralniejszym” jest to, co wychodzi z objawienia wielości, a nie jed­nostki. Naturalnie, ten punkt widzenia ma już swój rozwinięty leksykon i instytucje. I leksykon i instytucje pokryła już pleśń czasu, stały się odmianami rzeczy trwałych, ustalonych, prawnie nietykalnych. Na innym miejscu starałem się niektóre z nich poddać krytycznemu oświetleniu, kiedy jednak dziś gmach ustrojowy poczyna trzeszczeć, czyż będzie rzeczą zbędną odkryć naturę pozostawionego nam stanu spraw w wyglądzie, który uderza swą obłudą i fałszem a grzeszy słabością i kru­chością swojej podstawy filozoficznej?

Dlaczegoż ta wielość jest „moralniejsza” i „lepsza” od jednostki? Dlaczego to, co wielość rozstrzygnie w sprawach najważniejszych nosi na sobie piętno „nieodpowiedzialności”, a ruchy jednostki mają być spo­wite tkanią sieci i sznurów pod postacią różnych kautel prawnych o od­powiedzialności w działalności i decyzjach (np. Głowy Państwa)? Do­puśćmy na chwilę, iż decyzja wielości odzwierciedla świadomość i prze­konanie oraz rozum najszerszych mas, odzwierciedla w stopniu silniej­szym, niż decyzja jednostki. Można się na to zgodzić - ale gdy się zwa­ży, iż poznanie drogi rozwojowej społeczności, jej istotnych celów, istot­nego dobra poza rozumem i instynktem i, powiedzmy, tchnieniem ambicji mas staje się także udziałem jednostek wysuwających się, czy wy­suniętych tą lub inną drogą, to niepojętą staje się rzeczą, dlaczego najwyższe kryterium rozumu i moralności publicznej ma spoczywać wy­łącznie po stronie wielości. Tylko że i z tą wielością rzecz się ma całkiem obłudnie i fałszywie. Skoro się przyjmuje, że najwyższe kryterium moralności i rozumu publicznego gnieździ się tam, gdzie ma miejsce emanacja masy, koncentrująca jej rzekomą wolę na tej lub innej wy­branej osobie czy osobach, to godzi się zapytać, dlaczego przez wybór jednej osoby traci się po jej stronie to absolutne kryterium dobra pu­blicznego a pozostaje ono z wyborem kilku, kilkudziesięciu czy kilkuset osób, przy tych ostatnich?

Jeśli ta filozofia jest obłudna i fałszywa, to jest też niezmiernie płytka. Obalić ją można między innymi właśnie tym argumentem, który wyrasta z dylematu: dlaczego mandat wielości pozbawia wybraną jed­nostkę tego najwyższego prawa „nieodpowiedzialności” i najwyższego przywileju stania się wyłącznym kryterium moralności i rozumu pu­blicznego. a natomiast i ten najwyższy przywilej i to najwyższe prawo bez przeszkód lokują się po stronie wybranych kilkunastu, kilkudzie­sięciu. czy kilkuset ludzi?

Cały ten problem jest problemem na wskroś moralno-filozoficznym.

Zaznaczyłem wyżej, że w procesie zmiany (z jednostki na wielość) umiejscowienia „nieodpowiedzialności”, działających w najdonioślej­szych decyzjach publicznej natury, tkwi coś więcej niż prosta funkcja reakcji. Pragnę w panu słowach uzasadnić to bliżej. Bierzemy człowie­ka takim, jakim jest, z jego stosunkami do innych i z jego stroną wewnętrzno-moralną. Tam, gdzie jego kroki reguluje norma prawna czy obyczajowa i związana z nią sankcja, tam określenie rozpiętości jego działania jest rzeczą stosunkowo łatwą, powtarzam, stosunkowo łatwiej­szą. Takie prawidło, takie działanie, taka sankcja. Szczególnie działanie niezłożone, to jest działanie wyrastające na glebie nieskomplikowanych faktów, nieskomplikowanych rzeczy i zadań, zmniejsza pole trudności w ich ocenie i trudności dopasowania odpowiedniej a szczegółowej nor­my. Ale jak w życiu poszczególnego człowieka rysują się sprawy, któ­re podejmuje on rozcinając decyzją węzły zawiłości i splot obowiązków w ten czy inny sposób, a do tych rzeczy odnoszące się normy są zbyt ogólne, by wydobyć można i stosować niewątpliwe kryterium wartości tego rozcięcia węzła, a tym mniej zastosować szczegółową sankcję - tak w życiu publicznym są sprawy, których głębokość i zawiłość oraz roz­ciągłość związków i filiacji jest tak wielka, iż dla działającego, dla po­dejmującego decyzję z konieczności wyrasta ciężar samodzielnego sę­dziowania, samodzielnego stosowania oceny normy ogólnej i oczywiście stąd wynikający brak sankcji prawnej. Weźmy jednostkę i weźmy wielość i oceńmy ich rolę w takich przeżyciach. Jednostka, którą w ogólny sposób ze względu na naturę zawi­łości problemu wiąże norma w konkretnej sprawie, podsumuje walor norm, które mają związek z daną rzeczą, i doprowadza do rozstrzygnię­cia w zgodzie z najgłębszymi pokładami swojej duszy. Dusza przeżywa moment wielkiej odpowiedzialności, ale - moralnej, bo prawna (z uwa­gi, powtarzam, na naturę aktu woli i sprawy) trwa we mgle, jeżeli w ogóle istnieje.

To jest tak oczywiste, że nie może być zdań rozsądnych, które by negowały niezbędność moralnej podstawy i moralnego oparcia aktów działania tego typu, o którym ciągle mówię. Zagadnienie polityczne najgłębszego znaczenia i najdonioślejszych wartości przestaje być za­gadnieniem prawnym, staje się w całej nagości zagadnieniem moralnym.

Co to jest zagadnienie moralne?

Jest to skala kryteriów dalszych, ostatecznych, którymi kieruje się człowiek w swoim postępowaniu. Działa tak lub inaczej nie dlatego, że tak musi, bo takie jest prawo pisane, ale dlatego, że jego wewnętrzne ustosunkowanie się do tej lub innej sprawy ma być w zgodzie z jego rozumieniem wartości i powagi poszczególnego aktu działania, a to ze względu na pewne cele powiązane w organiczną całość, aż do najdal­szego, najgłębszego ogniwa.

Dam dwa silnie przeciwstawne przykłady porządku moralnego du­szy człowieka. Jednym jest usystematyzowany stosunek do Boga. Z te­go stosunku wypływają całe szeregi obowiązków, kryteriów, celów. Każdy, kto się zetknął, powiedzmy, z religią katolicka, zna je zbyt do­brze, bym potrzebował je przypominać. Drugi człowiek ma moralną platformę, według innego porządku usystematyzowaną. Powiedzmy, nie ­ma w niej miejsca dla Boga. a najgłębszą oceną moralną będzie np. in­teres proletariatu jako klasy toczącej bój o zwycięstwo nad innymi kla­sami. Ja nie poważę się twierdzić, by pierwszy ze swoją rozległą i transcedentalną skalą moralną musiał lepiej od przeciwnika rzecz ocenić konkretnie i moralniej ze swego punktu widzenia postąpić. To jest kwestia każdorazowego zbadania, i to sumiennego zbadania. Idzie mi tylko o stwierdzenie, że te głębokie schowki duszy zamykają w sobie pewien całościowy punkt widzenia - niektórzy to nazywają światopoglądem - który śle swoje promienie na fakty i sądy i maluje je swymi kolorami.

Wzmiankowałem, że idee, nim zaczną panować, kiełkują i powoli wyrastają. Tak samo było z tą ideą, która wyrwała stopniowo ..odpo­wiedzialność moralną”, nazywaną dotąd przeze mnie ..nieodpowiedzial­nością”, z rąk jednostki i przeniosła ją na wielość.

Czy jednak mogła ta idea w rzeczywistości przenieść odpowiedzial­ność moralną na wielość?

Nigdy!

Wielość, jako pewna całość, nie podlega odpowiedzialności moral­nej. Odpowiedzialność moralna, to stosunek działania człowieka do jego duszy, utrzymującej swój byt i swój porządek na gruncie określonego schematu przyjętych celów, i dzięki ich układowi odpowiednich norm postępowania. Wprawdzie mówi się o odpowiedzialności narodu itd., ale przy jej ustalaniu szybko zamykamy koło osób odpowiedzialnych. Jeśli kto chce winić naród polski, iż dopuścił do swej niewoli (osobno traktując winę zaborców), to wyłącza szybko te masy, które pod wzglę­dem obywatelskim nisko stojąc, i będąc politycznie bez wpływów, są z góry zwolnione od ciężaru odpowiedzialności. Przeciwnie, z tego ty­tułu powiększamy odpowiedzialność innych warstw. Ale co to są te in­ne warstwy? To pokolenie żywych ludzi, którzy mając wpływy poli­tyczne zmarnowali zostawione im przez Opatrzność talenty, i swoim moralnym obowiązkom wypowiedzieli posłuszeństwo. Trudno nam wskazać wszystkich ludzi winnych w rzeczach narodu. Ale o wielu wiemy dość dużo. W życiu narodu może być dużo winnych, jak może być wielu za­służonych, których cnota, praca i pełnienie obowiązków znikają w od­męcie czasu nie notowane, choć ogólnie odczuwane. A ponieważ tak jest. iż prócz win i zasług znanych wyrasta całość z wielu nieznanych sze­rzej win czy zasług, charakteryzujemy ją ogólnie jako odpowiedzialność moralną wielości.

Czy Sejm, jako instytucja wielości może być odpowiedzialny mo­ralnie? Nigdy! Odpowiedzialnymi moralnie są w poszczególnych wy­padkach określeni ludzie, którzy instytucję wielości przetworzyli raz na zasługę, drugi raz na winę.

Kiedy kiełkowała idea o zdjęciu odpowiedzialności moralnej z jed­nostki i przeniesieniu jej rzekomo na wielość w najistotniejszych materiach ustrojowych państwa, to w gruncie rzeczy w tych sprawach, w których przemiana dokonała się, w miejsce odpowiedzialności moral­nej jednostki, zaistniała całkowita nieodpowiedzialność moralna wie­lości. Proszę pamiętać, iż mamy ciągle na uwadze tę sferę działania pu­blicznego, w której nie da się wprowadzić odpowiedzialności prawnej, ale w której z tym większą siłą winna królować odpowiedzialność mo­ralna.

Tymczasem, co przyniosły te idee, których muzyka rzuca dziś swo­je ostatnie akordy filozoficzno-ustrojowe?

Pominę wiele stron tego zagadnienia, zatrzymam się atoli przy jednej.

Znajdujemy w Konstytucji marcowej szereg przepisów, które nor­mują uprawnienia Sejmu. Uchwalanie ustaw, budżetu, rekruta, kontrola, prawo obalania Rządu itp. Nigdzie ani wzmianki o odpowie­dzialności prawnej Sejmu. Bo i być nie może! Są to materie, są to obiekty woli, których walor ogólny nie da się zbyt łatwo ocenić, a tym mniej ująć w sankcję. Wprawdzie Rząd z Prezydentem stanowią od­rębny czynnik, odrębny organ, rzekomo równorzędny, ale ostatnie słowo zawsze należy do Sejmu. On jest tym ostatnim sędzią. On rozporządza kryteriami, które nie da się w ich najważniejszej istocie zaczepić i oba­lić. Czy Sejm obalając Rząd ma obowiązek motywować swój krok? Nic o         tym nie mówi art. 58. Czy jest instancja, która by mogła ten właśnie spór rozstrzygnąć? Także nie! Gdyby była taka instancja, wola Sejmu byłaby ograniczona w zakresie kryteriów. Dziś tego nie ma! Sejmowi mogą się nie spodobać same oczy ministra i nie wspominając o powodach zażądać może jego ustąpienia. Wprawdzie Prezydent może swobodnie mianować inny Rząd. Tylko pozornie! W rezultacie Sejm faktycznie po­wołuje Rząd, gdyż toleruje taki, jaki mu się spodoba, bez ograniczenia kryteriów. Rząd zatem jest uzależniony, podporządkowany Sejmowi.

Czy Prezydent stoi poza granicami dosiągalności? Nic podobnego! Każ­dy akt rządowy Prezydenta - a przez akt rządowy rozumie np. Jaworski każdy akt mający skutki prawne (nominacja i ustąpienie ministra, dekrety itd.) - musi mieć podpis ministra czy ministrów. Dopiero w projekcie lewicy w okresie Sejmu II zauważono, iż w ten sposób Pre­zydent nawet nie może się zrzec swojego urzędu bez podpisu ministra. A jeśli minister nie zechce podpisać swojej dymisji?

W ten sposób Prezydent uzależniony jest w pełności swojej funkcji od Rządu a Rząd od Sejmu. Sejm nie ponosi odpowiedzialności praw­nej, a moralnej jako instytucja w ogóle posiadać nie może. Lecz remi­niscencja z dawnego ustroju obarcza Prezydenta odpowiedzialnością za zdradę kraju i pogwałcenie Konstytucji. Tylko pozornie tkwi tu para­doks. W gruncie rzeczy umacnia jego odpowiedzialność prawną na wy­padek, gdyby wyszedł z roli stosunkowo biernego narzędzia ustrojowego iprzejawił wolę suwerena, to jest podmiotu, decydującego samodzielnie
w doniosłych sprawach państwa i z ciężarem głównie lub bodaj wy­łącznie odpowiedzialności moralnej.

Poważę się twierdzić, iż polska kultura moralna musi się buntować przeciw temu kalectwu ustrojowemu.

Co to jest polska kultura moralna?

Jest to kultura przeniknięta wybitnie silnie pierwiastkami, ele­mentami chrystianizmu. Chrystianizm odbudował i umocnił odpowie­dzialność moralną człowieka, stawiając ją na piedestał wszelkich innych gatunków odpowiedzialności. Nic dziwnego, iż taki układ rzeczy, w któ­rym olbrzymie co do znaczenia kroki życia publicznego regulować ma wielość, pozbawiona jako instytucja odpowiedzialności moralnej, musi być oceniony jako objaw chorobliwy i moralnie okaleczały. Problem sil­nej władzy, problem sprawiedliwości społecznej, to problem wysokiego diapazonu moralnych wartości ludzi, podejmujących odpowiednie akty dla dobra publicznego, z tą jednak dającą się bez zastrzeżeń umiejsco­wić odpowiedzialnością moralną.

Polska kultura moralna musi odnaleźć swoje drogi, którymi na pew­no nie będą na wskroś amoralne podstawy ustrojowe rewolucji francu­skiej o nieodpowiedzialność moralnej i prawnej suwerennej wielości.

W formie schyłkowej przejęliśmy te wzory obce, nieświadomi, iż mimo wzniosłego wstępu Konstytucji, torujemy szlaki dla bezimiennych władz i nieodpowiedzialności tych, którzy mieli decydować w doniosłych, w istotnych sprawach życia publicznego.

Ale zanim ta orka pojęć i zasad miała przybrać rozmiary wystar­czające, by doprowadzić do pożądanych zmian, przyszedł piorun krwa­wej ofiary maja 1926 roku i ten proces wydobywania ludzi imiennie i widocznie odpowiedzialnych za decydujące momenty życia publicznego, w sposób stanowczy przyspieszył.

Dzisiejszy ustrój opiera się między innymi na fałszu władzy Pre­zydenta, która co prawda formalnie sięga dość daleko, ale którą obraca w niwecz przepis o kontrasygnatach. Niczego, co ma ważniejszą wartość w życiu publicznym, nie jest w stanie uczynić Prezydent bez kontrasyg­naty. Jakże wygląda rzekoma odpowiedzialność Rządu przed Prezyden­tem, skoro żadnego kroku ważniejszego nie może Głowa Państwa uskutecznić bez aprobaty Rządu? Gdyby nie było odpowiedzialności parlamentar­nej Rządu, to tym samym Rząd byłby zależny od Prezydenta, chociaż okoliczność, iż nominacja i dymisja Rządu musi być załatwiona tylko zno­wu z kontrasygnatą, tę zależność także dość mocno ogranicza. Gdy jed­nak Rząd odpowiada parlamentarnie, o jego zależności i odpowiedzial­ności przed Prezydentem tak długo nie ma mowy, jak długo parlament ma możność wykorzystania uprawnień wypływających jak u nas z art. 58. Ale tym samym też niezależność Prezydenta w stosunku do Rządu po prostu znika. Wyobraźmy sobie, że Prezydent ma odgrywać rolę istot­nego regulatora pracy Rządu i parlamentu. Jeżeli ma być tym regulato­rem prawdziwie niezależnym, musi mieć możność rozwiązania parlamentu bez aprobaty Rządu i możność usunięcia Rządu i jego nominacji bez milczącej aprobaty parlamentu. Ale nie tylko to. Musi on mieć możność utrzymania Rządu, który uznaje za wskazany. Jeżeli Prezydent będzie miał prawo nominować Rząd bez kontrasygnaty - swobodnie - i usu­wać Rząd (bez kontrasygnaty), a nie będzie miał możności utrzymania Rządu wbrew woli parlamentu, wtedy i nominacja Rządu i usuwanie Rządu pozostaną pod uderzającym wpływem woli parlamentu, który w razie istnienia odpowiedniej większości, nie tylko przez ten przepis odpowiedzialności parlamentarnej Rządu będzie kierował nominacjami ministrów i ich dymisjami, ale w odpowiednim momencie sprowadzi tą drogą (w razie oporu Prezydenta pójścia linią woli Sejmu) do przesile­nia na stanowisku Głowy Państwa. Wtedy też cała pociecha i wszystkie korzyści z braku kontrasygnaty przy powoływaniu Rządu i rozwiązy­waniu Rządu zostaną zniszczone przez tę wyrwę, którą tworzy formuła art. 58. Trzeba bowiem o jednym ciągle pamiętać. Udzielenie Prezyden­towi prawdziwej suwerenności nie może pozostać w konkurencji z inną suwerennością. Nie może być dwóch suwerenów. Dotąd suwerenem jest i był konstytucyjnie Sejm, co w rezultacie oznacza rozsypkę odpowie­dzialności moralnej, tonącej po ludziach czasem bardzo a bardzo mało widocznych. Przy wyposażeniu Prezydenta w suwerenność istotną - musi dalsza budowa ustrojowa ulec niezbędnym zmianom. Nie propa­guję głębszych eksperymentów, ale te rzeczy, które zabezpieczają su­werenność Prezydenta muszą być zrealizowane przynajmniej w takim stopniu, w jakim tego domaga się ten układ ustrojowy, który się pragnie osiągnąć.

Tu nie chodzi ani o „prawa ludu” ani „samowładcze zapędy”, a je­dynie o problem moralnej podstawy ustrojowej, o otrząśnięcie naszego szkieletu ustrojowego z amoralnych fundamentów, o wybicie otworu dla źródeł polskiej kultury moralnej i umacnianie jej z tej strony w budo­wie zrębów naszej państwowości.

 

Najnowsze artykuły