Artykuł
Odstępcy
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Julian Klaczko

 

Pierwodruk: Paryż 1860.

 

Przychodzi nam spełnić przykrą powinność. Powołanie i położenie pisma naszego wkłada na nas obowiązek, którego ani pomijać ani nadal odkładać sumienie nie dozwala. Używając zupełnej swobody podniesienia głosu, jakiej w tym razie organa krajowe z różnych, zależnych lub niezależnych od nich względów nie mają, winniśmy przemówić za oniemionych i oniemiałych, za bliższych i dalszych świadków wyrządzonej obrazy najświętszym uczuciom narodowym.

Idzie wszakże o rzecz ciężką; potrzeba bowiem odsłaniać odstępstwo, które przecież dokonało się jawnie, i wymieniać odstępców, którzy wszystkim znani, trzymają jednak podniesione czoła i nie przestają hołdów odbierać.

Dożyliśmy strasznych czasów. Jakieś niezwykłe stępienie czucia i pomieszanie wyobrażeń pobłaża najsromotniejszym występkom przeciw jedynemu, jakie nam pozostało — moralnemu jestestwu ojczyzny; pozwala wymierzać najzgubniejsze zamachy na życie narodowe. Boleśnie to wyznać, ale widoczna, że nie skorzystaliśmy z nauki doświadczenia: w oczach wszystkich odbywa się zdrada Polski, frymark najistotniejszymi zasadami jej bytu — i to zdaje się nikogo serio nie zastanawiać, nic zatrważać, nie obruszać! Bądźmy wszakże sprawiedliwi. Jeśli żaden krzyk bólu i potępienia głośno nie ozwał się w kraju, jeśli nawet samopas pasożytnie krzewiące się piśmiennictwo, zrówna lekkością pióra jak sumienia, jednakim bluszczem obwija skroń wiernych i niewiernych: to po za nim i pod nim, tysiące serc ściśniętych cierpi i krwawi się, choć ledwie zaufanemu uchu śmie powierzyć swe skargi.

Kilka takich skarg wyrażonych w niewielu słowach, częstokroć prawie samym tylko jękiem albo rozpaczliwym skinieniem wołającym o ratunek, doszło do nas. Odebraliśmy razem z nimi dowody wymowniejsze nad wszelkie opowiadania niegodziwych dążeń i postępków. Łącząc boleść nasza z boleścią tych wszystkich, w których duszach miłość, wiara i nadzieja doświadczają gwałtu od chcących zgasić je w ognisku wszelkich moralnych żywiołów narodowości objętych jednym imieniem Polski, winowajców pojmanych na licu stawimy przed trybunał publiczności.

 

I

 

Niechaj czytelnicy nasi przypomną sobie przejazd cesarza Aleksandra przez Wilno w miesiącu wrześniu 1858. Były tam objawy niebacznych i występnych uniesień w oznakach czci i miłości poddanych litewskich dla nowego ich samodzierżcy rosyjskiego, o których donosiliśmy w miarę jak nas dochodziły. Pomiędzy innymi, oznaczyliśmy właściwą cechą wiersz p. A. E. Odyńca: Przyjdź Królestwo Boże. Nie rozszerzaliśmy się nad tym wylewem pojedynczego pióra, bo nam nie zdawał się niczym więcej jak tylko zupełnym odkryciem się człowieka, co zresztą miało swoją stronę użyteczną dla ogółu. Teraz okazuje się inaczej. Owa bluźniercza oda jest częścią integralną manifestacji ułożonej wcześnie i z rozmysłem, a dokonanej w formie pokrywającej niewinnym pozorem literackiego pomnika, myśl sięgającą daleko.

Panowie i pankowie litewscy, dawnych fortun i nowych nabytków dziedzice, składający tę wyjątkową klasę, która w jasnych chwilach zapału i niebezpiecznych poświęceń narodu znika z widowni, a wśród ciemnej jego niedoli, występuje na wierzch błyszczeć bezofiarnie, łatwo używać swych imion i dostatków, doczekali się pogodnej dla siebie pory. Za Mikołaja, odwaga ich nie wystarczała na pełznięcie pod nogi srogiego despoty, który spodlenia się kosztującego tylko dobrą sławę nie cenił nawet, od wyższych i niższych niewolników zarówno wymagał całej krwi, całej duszy, bez zapłaty, bez nagrody, jako należności swojej; głoszona miękkość i dobrotliwość jego następcy obiecywała im te błogie czasy, gdzie poświęcając część dochodów, a sumienie pod ochroną restrykcji logicznych pozornie, można bezpiecznie i przyjemnie pozyskiwać łaski carskie, tytuły, rangi ordery — wszystko niby dla dobra kraju, dla tym skuteczniejszego służenia jemu możną i hojną opieką! Ci tedy z położenia swego domniemani dobrodzieje i opiekunowie Litwy, rzucili się skwapliwie z oznakami miłości dla Aleksandra II, własnym i publicznym nakładem. Monarcha uśmiechał się uprzejmie, namiestnicy jego byli zadowoleni, dzienniki rosyjskie podały potomności szereg imion historycznych polsko-litewskich, które zasłużyły być odtąd historycznie rosyjskimi. Ale pomimo okazałość i szumność zewnętrzną, brakowało czegoś rzeczywistego przyrządzonej wystawie, brakowało ważniejszego dowodu, że jest wyrazem istotnych uczuć i skłonności ogółu. W rzędzie owych imion historycznych nie masz ani jednego, co by kiedykolwiek reprezentowało dziejowe znaczenie Litwy. Niektóre mają wprawdzie ciężący na nich ze wspomnieniem Polski zaszczyt buław hetmańskich i krzeseł senatorskich; inne starają się dopiero za pomocą bajecznych rodowodów, pisanych i litografowanych w Paryżu, uprawnić swoją wyższość: o wszystkich historia żyjąca w pamięci narodu to tylko świadczy, że ciągle płynęły i płyną z wiatrem dogodnym ich samolubstwu, a zatem nie mogą być rękojmią ogólnego usposobienia, i kiedy zmieniające się wielkie prądy świata politycznego sprawią burzę, natenczas albo w skrusze poczciwej zawrócą swój żagiel, albo przepadną nikczemnie. Ogól obywatelski przyjmując inicjatywę, której odepchnąć nie mógł, nie wziął na siebie dość widocznej solidarności; ogół salonowy i uliczny biorąc bezmyślnie udział w balach i uroczystościach, nie nadawał dość antypolskiego charakteru manifestacji w gruncie odstępczej. Jak władze rządowe, tak opiekunowie i dobrodzieje prowincji, pragnęli mieć krok ten poparły na innej drodze, w sposób nadający mu trwalsze, głębsze i rozleglejsze znaczenie.

Jednym z objawów wewnętrznego i mimo wszystkie podziały wspólnego życia rozszarpanych części Polski, jest jej umysłowość, jej piśmiennictwo narodowe. Chodziło tedy o to, żeby przedstawiciele intelektualni Litwy zrobili akt oderwania się jej w duchu od Polski a zlania się z Rosją. Wystąpiło ochoczo do lego dzieła trzech sędziwych mężów, i stanęło przy czwartym nowszej daty luminarzu. Panowie A. E. Odyniec, Ignacy Chodźko i Mikołaj Malinowski otoczyli p. A. Kirkora.

Wydrukowano w Wilnie, dla złożenia u nóg J. C. Mości, księgę, mającą być pomnikiem szczęścia, radości, zbawienia. Jakieś jednak niewytłumaczone uczucie wstydu podyktowało promotorom chęć utajenia się z nim ile można: kazano odbić tylko 100 egzemplarzy.

Przysłano nam jedną z tych rzadkości bibliograficznych; przysłano bezimiennie i bez żadnych objaśnień, jak gdyby chciano powiedzieć: patrzcie i sądźcie sami! Rzeczywiście, dosyć jest spojrzeć na to smutnej pamięci dzieło, żeby zobaczyć, co się już z nieszczęśliwą Litwą stało i w co chcą ją obrócić. Wszystko rosyjskie: po polsku tyle tylko, ile trzeba było na kłamstwo, pochlebstwo i przeniewierstwo.

Księga in 4°, wydana z przepychem na jaki typografia J. Zawadzkiego zdobyć się mogła, obejmuje stronic 181. Z tych, na początku stronic 7 po polsku i na końcu stronic 11 po francusku; reszta w języku panującym. Na okładce i na pierwszej karcie u góry tytuł rosyjski, pod nim dosłowny jego przekład: „Na pamiątkę pobytu Najjaśniejszego Cesarza Jego Mości w Wilnie 6 i 7 września 185 8 roku”.

Porządek materii jak następuje:

1. Przyjdź Królestwo Boże! Przez Antoniego Edwarda Odyńca. Wierszem.

2. Dzień szósty i siódmy września 1858 roku Przez Ignacego Chodźkę. Prozą.

3. Istoriko-statisticzeskie oczerty goroda Wilno. Sostawił A. K. Kirkor itd.

4. La Lithuanie depuis l'avenement au trône de Sa Majesté l'Empereur Alexandre II. Par Nicolas Malinowski.

Stosunek, jaki zachodzi między skojarzonymi tu autorami i płodami ich pióra, najlepiej daje się wyrazić za pomocą znanej na Litwie przypowieści: „Przyjechali Trzej Królowie we czterech, bo furman był czwarty.” Istotnie, praca p. Kirkora, zapełniająca całą księgę, nie ma związku z przyczepionymi do niej kartkami, służy tylko za pewny rodzaj vehiculum, za powózkę, na którą siedli litewscy Magowie i pojechali - powitać nowego zbawiciela świata.

 

II

 

„Historyczno statystyczne zarysy miasta Wilna” wydane osobno, bez złota, miry i kadzidła, którymi są obłożone, należałyby sobie do literatury rosyjskiej, a miejscowych tyle by mogły obchodzić, ile by znaleźli w nich błędów do sprostowania. Wtedy mniej by raził i przyłączony do nich plan Wilna, z napisami rosyjskimi i tak przechrzczonymi nazwiskami ulic, placów, przedmieść, że już trudno rozpoznać się w tym Jagiellonów grodzie.

Tyle o powózce. Co zaś do woźnicy, nie wiemy nawet ile mamy prawa pociągać go do odpowiedzialności. Skąd się zjawił, kto jest rodem? o tym milczą jego panegiryści. Przed kilkunastą laty przybył do Wilna młodzieńcem nie umiejącym naszego języka. Wyuczył się z czasem po polsku, okazał pewną rączość pisarską, a nade wszystko wielką pracowitość, czynność i przedsiębiorczość, którą zwracał w różne strony. Miał pociąg do sceny i za prawdę nie bardzo szczęśliwy, bo skutkiem jego, po raz pierwszy teatr rosyjski wprowadził do Wilna i na nim oparł swe domowe penaty. Nie mniej mętne było owe względne koleżeństwo, którym otoczył jednego z młodych a płodnych poetów wileńskich. To go wprowadziło w świat literacki : przykładał się skrzętnie do założenia Komisji Archeologicznej i Muzeum Starożytności; odbywał podróże w celu zbierania wykopalisk z mogił i kurhanów ; napisał w sposób zajmujący pewien rodzaj przewodnika, pod tytułem : Przechadzki po Wilnie; zajmował się i wydawnictwem. Ponieważ zdarzyło się to w czasach, kiedy archeologią, pisarstwo i wydawnictwo podniesiono u nas hurtem do wysokości obywatelskiej służby, imię p. A. K. Kirkora zrazu osłonione pseudonimem Jana ze Sliwina, nabyło rozgłosu. Brzmią dzienniki hołdami oddawanymi jego zasłudze literackiej, naukowej i bodaj patriotycznej. W tym ostatnim punkcie ta tylko zachodzi trudność, że nie wiadomo gdzie jego patria? Podobno tam ubi bene. Niech go zresztą bożkowie litewscy Muzeum wileńskiego mają w swojej opiece, jeśli im tego nie zaprzeczą jacy starorosyjscy.

Inna sprawa z samymi Magami. Oni cudzoziemstwem, kosmopolityzmem i rozczochraną młodością wymówić się nie mogą od podległości trybunałowi sumienia polskiego. Ich zamykanie się w Litwie, równie jak ucieczka w przestrzenie Wszechrosji lub Wszechsławiańszczyzny, jest zbrodnią stanu przeciw Polsce. Urodzili się Polakami; uchodząc za dobrych Polaków, wynieśli się w świątyni umysłowości narodowej na te szczeble „kapłaństwa” (że użyjemy nadużytego bardzo wyrażenia) które im daje teraz możność wszczynać urzędownie zerwanie unii historycznej, w dziele zagłady jestestwa polskiego być świeckimi Siemaszkami. Słusznie czy niesłusznie, opinia publiczna nawykła widzieć w każdym z nich wierzchołek jednego z konarów piśmiennictwa, jakimi Litwa szczycić się mogła i lubiła. Są lani ludzie talentem lub nauką równi im i może wyżsi; bez wątpienia grono pomnikowe ograniczyło się na liczbie trzech dlatego tylko, że nikt więcej nie chciał dzielić z nimi haniebnego zaszczytu: komplet wskaże wygląda jak gdyby naturalnie się złożył, albo z wielkim wyrachowaniem był obrany. W imię natchnienia, serdeczności i rozumu Litwy, chciano przemówić do Cesarza Rosji, i zabrali glos ci, którym długo krzywe pojęcia, fałszywe urojenia i źle zrozumiana chluba narodowa gotowały patent na tę reprezentacją. Nie idzie o to, żeby im odmówić wszelkich praw do wziętości literackiej; owszem, im więcej by ich mieli, tym więcej zasługiwaliby teraz na złorzeczenie: ale ponieważ opinia, która u nas przez pewną skłonność do powiatowszczyzny, ma szczególną potrzebę uwielbiania miejscowych poetów i pisarzy, raz olśniona i rozmiłowana, niełatwo daje się rozczarować i odwrócić od „swoich ulubionych”, dla umniejszenia więc jej żalu, musimy powiedzieć słów kilka, dających prawdziwy miarę poniesionej straty.

Rozważniejsza, albo raczej lepszym tchnieniem pokierowana krytyka, ośmiela się już dzisiaj powątpiewać, czy p. A. E. Odyniec będzie z czasem liczony w rzędzie poetów. Jest on bez zaprzeczenia znakomitym i utalentowanym wierszopisem, częstokroć bardzo zręcznie udaje i naśladuje poetyczność, ale istotnego żywiołu poezji nigdy nie okazał, bo go w duszy jego nie było i być nie mogło. Przynajmniej ten wyrok musi być uznany, kiedy idzie o żywioł poezji narodowej. Nigdy z pod pióra jego nie wytrysło cokolwiek głębsze czucie i pojęcie Polski; chociaż czasem w rozgrzaniu imaginacji, żywymi i powabnymi kolorami malował tę jej stronę zewnętrzną i plastyczna, którą by należało nazwać polakerią, tak już do przesytu obrabiana przez nowszych wierszopisów i powieściopisarzy. Wielokroć próbował wznieść się w wyższe sfery religii lub przeszłości ojczystej, podał stamtąd zamiast ognia wiary przędzę subtelnej doktryny, zamiast prawdy natchnionej retorską emfazę. Takimi są jego arcydzieła: Felicyta i Barbara, mające teraz swój komentarz w odzie: Przyjdź Królestwo Boże! Młodzież wiedziona wrodzonym instynktem dusz polskich, spaliła Felicytę i nie znajduje w Barbarze żadnej kartki do nauczenia się na pamięć; ale krytycy lekcy i łatwi a przede wszystkim dbali o zachowanie koleżeńskich stosunków, ale wielbiciele piękna w niemieckim alembiku estetyki dającego się oderwać od dobra i prawdy, nie szczędzili pochwał. Ci wszyscy wreszcie, dla których koniecznie w „serdecznej Litwie nigdy nie może braknąć pieśniarzy i pieśni,” musieli też mieć kogoś, o kim by mogli mówić: „Nasz Wieszcz.” Przyznano p. Odyńcowi, jeżeli nie pierwszy stopień do osieroconego tronu, to przynajmniej jakieś niezaprzeczone dziekaństwo na Parnasie poetów krajowych. Co jednak najbardziej przyczyniło się do okrycia go tymi tytułami, to tytuł towarzysza młodości i przyjaciela Mickiewicza. Sam on zdaje się szukać w tym wsparcia i zapewnienia swojej sławy. Rozsypał i więcej jeszcze rozsypać obiecuje wspomnień tego związku, który po prostu był winien trafowi i nieograniczonej dobroci wielkiego serca. Chlubi się błogosławieństwem ręki, która by dzisiaj przekleństwo na niego rzuciła. Mówi o pocałunkach ust, które z pod kamienia grobowego odpowiedzieć nie mogą. Bezczelny i niebaczny, czyliż nie widzi że w blasku jakim się chce otoczyć, tylko czarniejszym się wyda! I jakiż mógł być związek między duszami, z których jedna nosiła w sobie Polskę nieśmiertelną przeszłych i przyszłych wieków, druga przeznaczona była wszelką w nią wiarę roztłuc u podnóżka tronu carów. Śp. Adam, jeszcze z Rzymu, 2 lutego 1830 r. pisał o p. Odyńcu towarzyszącym mu w podróży: „Może w części tęsknota moja pochodzi z zupełnej samotności, bo mój towarzysz zbyt różni się i wiekiem i myślami i całym życiem: nie masz więc między nami takich związków, w jakich żyć przywykłem.” Później, wspominając młode swoje lata, w poufnej rozmowie o czasach i ludziach wileńskich, powtarzał nieraz, że w gronie otaczających go najbliżej, miał dwóch „w których piersiach nie mógł nigdy dostukać się najmniejszego poczucia Polski.” Jednym z nich był Odyniec; o drugim zamilczym, bo siedzi cicho.

P. Ignacy Chodźko należy do tychże czasów i ludzi, wystąpił jednak później na widownię literacką. Znakomitsze jego pisma ukazały się dopiero w lalach, kiedy mogiły z 1831 roku pozapadały w ziemię i bez śladu zarosły chwastem, kiedy zapał i rozpacz przestały wstrząsać uczucia widokiem świeżej krwi męczeńskiej. Pieśniarze litewscy, szukając ulgi sercom w powabach sielskiego żywota, wzięli się wtedy ze szczególnym upodobaniem do fujarek łozowych i zdawali się coraz bardziej zapominać, że powołaniem poezji jest coś więcej jak „nucić nad strumykiem i rozmawiać ze słowikiem.” Dziekan ich „Staruszkiewicz” nigdy nieprzystępny melancholii, pisywał sobie pocieszne madrygaliki do przyjaciół, których sens moralny prawie zawsze zmierzał do tego, żeby jaki łaskawca zlitował się nad jego podtuptanym Pegazem i wziął biedna szkapę na przezimek. Posępna cisza rozciągająca się nad całym krajem i zniżony nastrój umysłów sprzyjały niezmiernie pismom p. Ignacego Chodźki. Obrazy i powiastki przedstawiające niedawne lepsze czasy, błogie i piękne strony domowego życia, kreślone z rzeczywistym talentem, z prawdą pełną rozmaitości i kolorytu, przypadły powszechnie do smaku, zjednały autorowi sławę, miłość i uwielbienie. „Zacny, serdeczny Chodźko” został de jurę et de facto reprezentantem zacnej i serdecznej Litwy. Młodzi pisarze odbywali dalekie pielgrzymki do jego wsi Dziewiętni jak do ziemi świętej, z religijną czcią opisywali wszystkie kąty i sprzęty lamusu, w którym letnią porą lubił pracować podzielając tej przesady uwielbienia, można było zaliczyć p. Chodźkę do rzędu najlepszych pisarzy naszych tegoczesnych i przyznać płodom jego pióra istotną wartość. Jednakże, zapatrującemu się na piśmiennictwo krajowe z pamięcią o jego głównym, powołaniu, dawał się czuć w tych miłych i pogodnych utworach jakiś niedostatek martwiący czytelnika. Nigdzie utajonej iskry świętego ognia narodowego, która by z duszy autora przekradła się w duszę czytelnika i z wielkim bólem dała jej wielkie pokrzepienie; nigdzie tego westchnienia żalu, które by otwierało pierś aż do niebios nadziei. Wszystko tu zacieśnione, poziome, odwrócone w dziedzinę wspomnień, rajskich wprawdzie, ale „ w łupinie orzecha” jak mówi Hamlet roztęskniony. Zamiłowanie rodzinnej ziemi znajduje ostatni zakres widnokręgu w dziedzicznej wiosce; przywiązanie do dawnego sielskiego porządku czy nieporządku, wyklucza wszelką myśl zmian i ulepszenia; zwrot w przeszłość pozostawia dla przyszłości tylko zwątpienie, obojętność i niechęć. Co było, to było bardzo piękne, dobre, a nade wszystko dziedzicom wiosek przyjemne, ale niestety minęło nieodzownie: teraz trzeba tylko trzymać się oburącz kęska puścizny ojcowskiej, otulić się kożuchem, spożywać barszcz domowy, pocieszać się obrazami dawnych czasów i wreszcie złożyć swoje kości obok popiołów przodków. Taki w ogólności jest sens moralny pism p. Chodźki. To zjednało mu szczególną sympatię Henryka Rzewuskiego i te łaski, że potrącając wzgardliwie całym piśmiennictwem współczesnym, raczył „Obrazy Litewskie” zaliczyć do niewielu wyjątków. Usposobienia, jakie baczniejszemu wzrokowi dawały się dostrzec w dziełach, wkrótce sam autor począł czynami okazywać publicznie.

Najtrudniej oznamionować i wytłumaczyć wziętość trzeciego z jadących na Kirkorowym rydwanie: cały jego zawód osłoniony jest czymś tajemniczym, a między tajemnicami są takie, których nie poważymy się dotknąć. P. Mikołaj Malinowski urodził się pod szczęśliwą gwiazdą tych ludzi, którym jakiś przyjazny rozgłos toruje drogę i na końcu jej nawet przygłusza sąd oceniający wedle owoców. Pierwej nim złożył jakikolwiek dowód uczoności, znany już był za głęboko uczonego; stał się sławnym pisarzem więcej z tego co miał napisać, niżeli z tego co napisał. Od lat trzydziestu zapowiadana historia domu Radziwiłłów, pozostaje dotąd przedmiotem „niecierpliwych oczekiwań” i spodziewanych podziwów publiczności; kilka wszakże rozpraw, bądź osobnych, bądź służących za wstęp do wydawanych przez niego dzieł pisarzy dawnych, mianowicie zaś wydanie Stryjkowskiego i Wapowskiego, lubo niedokończone, okazują niepospolitą zdolność pióra i rozległą naukę. Tymczasem życie upływało w zabiegach i dążeniach zupełnie różnych od literackich, a z rosnącą fortuną rosła reputacja wielkich usposobień i zdolności praktycznych, która przetrwała rychło i smutnie znikłą fortunę. Nie wiedzieć jak i dlaczego p. Malinowski pozyskawszy wziętość mądrego ekonomisty, zajął stanowisko kierownika rozsądku publicznego, a nie przestaje być czczonym jako „nasz historyk” teraz nawet, gdy głęboka jego umiejętność historii ojczystej znalazła swój ostateczny i niespodziewany wyraz w zdeptaniu ducha ojczystego!...

 

III

 

Tacy trzej mężowie złożyli się na ów akt szkaradny, który wedle ich życzenia i rozmyślnego zamiaru miał być wyznaniem wiary, czyli raczej niewiary Litwy. Punkt wyjścia i cel dążenia jest im wspólny; każdy tylko mówi właściwym sobie sposobem i rozszerza się z myślami odpowiednimi jego powołaniu: dopełniają się nawzajem.

Ogólną podstawą rozwijanych pojęć jest w duszach autorów zapadły wyrok, że Polski nie masz i nigdy już nie będzie. Życie jej udzielne, organiczne, samoistne skończyło się raz na zawsze ; składowe części jej ciała przechodzą w łono Rosji. Grzech opierać się temu, trzeba poddać się z miłością, dać się strawić, żeby żyć w nowym wielkim organizmie, bo Rosja przeznaczona świat przetworzyć, cesarz Aleksander II jest zesłany zbudować Królestwo Boże na ziemi.

Autor tedy Felicyty, nominat-wieszcz, przybiera charakter proroka i poczynając rzecz od końca zapowiada:

 

Któż jako BÓG na Niebie? Kto jak TEN na ziemi,

Co przez Boga obleczon władza nad narody,

Jako Ojciec, miłością tylko włada niemi.

Jako Zbawca, przez miłość wiedzie do swobody ?

O cześć MU i chwała, i tryumf bez końca!

Duch Boży tchnie w Ludzkość przez NIEGO.

ON dawca pokoju, ON Prawdy Obrońca,

ON Budownik Królestwa Bożego !

 

Mniemany katolik, tak namaściwszy Głowę schizmy, rzuca klątwę na nieprzyjaciół „Swobody, Krzyża i Prawdy” których widzi równie na Wschodzie jak na Zachodzie.

 

Wschód zamierzchł ciemnota i mgła nieruchomą,

Półksiężyc zgasł w burzy pomroku.

I słońce zachodu swa jasność poziomą

W złoto-krwistym topi obłoku.

 

Ale Bóg ulitował się nad światem „i oto na Niebie Północy zaiskrzą się Zorza Poranna... Wszyscy wierzą w jej siłę i moc przeznaczenia... Od Wołgi i Leny do Niemna, Wisły i Dunaju krwi bratniej szerokie plemiona” wyciągają do niej ręce. Więc i Litwy koniec w tym pansławiańskim Carstwie Odyńca. Autor Barbary rozłamawszy pierścień ślubny Jadwigi, rozdarłszy akt unii Zygmunta Augusta, oddaje Litwę Carowi ze wszystkim co jest jej, na ziemi i w niebie:

 

A wy duchy Jagiellonów

Rozradujcie się w wieczności!

Oto dziedzic waszych tronów

Waszych myśli i miłości.

 

Po tym bluźnierstwie rymowanym, zabiera głos pan Ignacy Chodźko prozą. Potwierdza on proroctwo, ale już tylko jako mędrzec. „Są - powiada - w życiu narodów chwile tak ważne, tak głębokiego na los ich i odległość „wpływu, a tak w porę objawiające się światu, że je nie inaczej jak za kartę z księgi przeznaczeń wyjętą uważać należy.” Zdumiony natenczas mędrzec tym nieoczekiwanym promieniem wyższego światła... woła z pokorą uchylając czoło: Palec Boży tu jest... Taką chwilą od „Boga dla Litwy zesłaną, jest bez wątpienia obecna...”

Ów zdumiony mędrzec, gada jeszcze za panią matką pacierz o przemianach idei i wyobrażeń ludzkich, krwią i srogimi klęskami okupionych, o błędnych dążnościach ku celom nigdy dosięgnąć się nie mogącym, o ucieczce zmordowanej Europy pod ramiona Krzyża i Miłości Chrześcijańskiej, o rodzinie sławiańskiej, która że nigdy go nie odstąpiła, odpowiada z wiarą i poświęceniem głosowi MONARCHY, zrywając dobrowolnie więzy ludu! Ale to wszystko służy mu tylko za wstęp retoryczny, do tego co trzeba było wykrztusić.

Musimy tu. popełnić niedyskrecję, powiedzieć co wiemy o Panu Chodźce, a wiemy od osób jemu bardzo bliskich. P. Chodźko był zawsze szlachcicem à la Rzewuski, uważał chama za stworzenie skazane na wieczne poddaństwo, niezdolne żyć bez pana, lubił nawet nęcić się nad nim. Nie tajno i to zresztą, że zasiadłszy w komitecie włościańskim, należał do zaciętszych obrońców starego porządku, chciał z niego zachować jak najwięcej, a kiedy jedna znana z litewskich autorek głosem Siostry odezwała się do braci Szlachty, żeby braciom kmieciom nie żałowali kęska ziemi, zapomniał o ramionach krzyża i miłości chrześcijańskiej, zagniewał się na nią i zerwał stosunki Teraz przyszło mu ex officio podnieść do apoteozy wielkie dzieło Monarchy i dobrą wolę Litwy. Wywiązał się z tego, jak mógł, dziwnym skrętem myśli: „Litwa-mówi on – kraj zachowawczy, którego każdy mieszkaniec pod swą ojczystą strzechą, przy domowym ognisku, rad by przedłużać i jako najdroższą spuściznę zostawić potomkom... cnoty chrześcijańskie i obyczaje naddziadów... dlatego ze spisu praw swych i własności, własność człowieka nad człowiekiem wykreśliła.”

Kończąc tę rzecz czym prędzej, wolał autor Litewskich Obrazów rozszerzyć się nad innym przedmiotem. Odmalował „braci niedawno jeszcze tułaczym na obczyźnie żyjących chlebem” którzy wracając do ojczystego grodu przez Ostrą Bramę, zanoszą do „Opiekunki Litwy błagalne modły o długie panowanie TEGO co, topiąc w niepamięci całą przeszłość drażliwą, dozwolił im oglądać najmilszą dla serc cnotliwych rodzinną społeczność, i najsłodszą dla serc czułych mieć nadzieję, że na zawarte ich kiedyś źrenice, dłoń przynajmniej bratnia garstkę rodzinnej ziemi przyrzuci.”

Nie myślimy stawać w obronie braci wracających. Zdanie nasze o nich wyjawiliśmy nieraz. Złamani wiekiem lub cierpieniem, zatęsknili może i oni zanadto do „kożucha i barszczu” w domowym kącie, który zawsze jest ultima Thule widoków p. Chodźki; ale każdy z nich, najniższy nawet, choć raz w życiu wznosił się na szczebel, na jaki p. Chodźko nigdy wznieść się nie umie, choć raz poczuł, że nad życie wśród rodziny, nad mogiłę w rodzinnej ziemi są rzeczy milsze, słodsze a nade wszystko świętsze, dla których krocie Polaków z Litwy, Korony i Rusi wolało przepędzić żywot w szlachetnym tułactwie, zasiać cztery części świata swoimi kośćmi, niżeli w domu niewoli przewrotnym kłamstwem znieważać przeszłe, kazić przyszłe pokolenia.

P. Chodźko, bardziej niż cesarz Aleksander, utopił w niepamięci „ przeszłość drażliwą,” zapomniał, że Opiekunka Litwy w Ostrej Bramie, równie jak w Częstochowie i Poczajowie, jest jedna i ta sama Królowa Polski, której koronę carowie rosyjscy nieprawnie i bezbożnie włożyli na swoja głowę. Każdy z nich o tym pamiętał i pamięta.

Zrzekłszy się Polski, zabiwszy ją w duchu, p. Chodźko ze szczególnym zaślepieniem chwyta namiętnie jakaś marę udzielnej Litwy. Dla niego jest w niebie osobna Najświętsza Panna Litewska i na ziemi widzi w Cesarzu Rosji osobnego Wielkiego Księcia Litwy „ czuwającego nad gwichtem szali jej przeznaczeń.”

Z kolei, P. Mikołaj Malinowski przykłada rękę do dzieła i bierze kwestię całkiem ze strony realnej. Nie wdaje się on w proroctwa, nie uwodzi się żadnym złudzeniem: kłamie rozmyślnie i z wyrachowaniem. W zarysie jego, skreślonym francuszczyzną petersburską, panuje optymizm Tęgoborskich i tym podobnych głosicieli materialnej potęgi Rosji. Dla niego Królestwo Boże na ziemi, to dobry byt dający się oznaczyć cyframi; Litwa, to kilka guberni zachodnich Cesarstwa rosyjskiego, ściślej mówiąc wielkorządztwo Nazimowa - i nic więcej. Czym była, to już tylko należy do martwej historii, jak dzieje Pskowa lub Nowogrodu; teraz trzeba patrzyć czym jest i czy jej z tym dobrze.

Otóż p. Malinowski uwziął się okazać, że nigdy nie była szczęśliwszą, a epoka tej szczęśliwości datuje od wstąpienia na tron Aleksandra II. Położywszy więc na czele wyjątek z manifestu 19 marca 1856, jako zapowiedź błogiej przyszłości, historyk- statysta stawi i rozwija następne twierdzenia..

Instynkt ludów, który się nigdy nie myli, powitał w nowym panowaniu jutrzenkę pokoju z jego wszystkimi następstwami błogimi, skierowanymi do pomyślności wewnętrznej całego ogromu państwa. Ale prowincje zachodnie szczególniej odetchnęły nadzieją „bo skutkiem na zawsze opłakanych wypadków, miały one nieszczęście stracić zaufanie Monarchy, co zmuszając rząd do surowych środków represyjnych, przywiodło je do ostatniej nędzy”. Już pod koniec panowania poprzedniego, dawała się im przewidywać możność wyjścia z tego położenia wyjątkowego, przez uległość i pośpiech w spełnianiu wszelkich rozkazów władzy podczas wojny. Wspaniałomyślność nowego Monarchy i jego podróż do Krymu, przyspieszyły tak gorąco pożądaną chwilę.

„Zwiedzając szpitale wojskowe, Najjaśniejszy Pan znalazł wielu synów Prowincji Zachodnich, okrytych szlachetnymi ranami w obronie ziemi Cesarstwa. Zacni naczelnicy dali im świadectwo męstwa i poświęcenia się zupełnego. Cesarz postrzegł, że generacja nowa przejęta miłością ku Jego osobie, gotowa jest przelewać swą krew dla okazania, że jej rodowość polska jest jedną więcej z przyczyn skłaniających ją do wierności poprzysiężonej sztandarowi i pełnienia obowiązków obywateli (!!)... Niezdolnych do dalszej służby, szczodrze nagrodziwszy, odesłał na łono rodzin wielbić ojcowską dobroć i wysoką sprawiedliwość Monarchy, który nie zwraca żadnego względu na różnice narodowości swoich poddanych. Ci emisariusze nowego rodzaju, podnieśli do najwyższego stopnia miłość całej ludności dla osoby Cesarza...”

Nie można okrutniej frymarczyć krwią rodaków. Wiadomo, dlaczego w tej walce Moskwy z Zachodem, Polacy pod swym sztandarem na pole bitwy wystąpić nie mogli, a jeśli krew swoją przelewać musieli, to pewno nie tam gdzie była ich miłość i wiara. P. Malinowski tą krwią zaprawia swe szatańskie pióro i pisze najczarniejszą potwarz na całe pokolenie. W iluż to piersiach nie mogących odezwać się głośno, musi wrzeć niezrównana boleść!

Cesarz nabywszy przekonania o wierności Litwy, zdaniem p. Malinowskiego, zaręczył jej wszystko co miała za najdroższe dla siebie: religię ojców, język macierzysty, cześć przeszłości.

Jak ze krwi świeżo rozlanej, tak i z religii, p. Malinowski robi użytek do swego celu. Tegoż samego roku, w lipcu i październiku, w Dziernowiczach i Prozorowie, odbywały się te krwawe misje schizmatyckie, o których tylko przypomnieć potrzebujemy naszemu czytelnikowi. P. Malinowski ledwie o trzydzieści, o piętnaście mil oddalony od tych miejsc męczeństwa, we wrześniu pisał te wyrazy : „W nowym zbiorze praw, układanym pod okiem samego Cesarza, zostały zapewnione wyznaniu Rzymsko-Katolickiemu swobody na zasadach konkordatu za wartego ze Stolicę Święte” , (my dodamy - którego ogłoszenie sfałszowano). „Dobrodziejstwo to uspakajając sumienia bojaźliwe, zabezpieczyło je od chytrych podszeptów, jakimi chciano by może je poduszczać... Cesarz kazał osadzić wszystkie wakujące biskupstwa. Litwa pyszni się widząc Arcybiskupem Metropolitę jednego z dostojnych swych synów. Pod jego zarządem, i duchowieństwo światłe i pobożne, wraża w serca swoich owieczek miłość i wierność dla uwielbionego Monarchy, który katolicyzmowi dał swą potężne opiekę w sposób tak widoczny (!). Seminaria napełniają się... kościoły wznoszą się, jak w dawnych czasach zapału religijnego...” „P. Malinowski oczywiście nie należy do sumień bojaźliwych; obraża Boga w każdym tu słowie... .

Cóż powiedzieć o języku macierzystym, tak żywo obchodzącym p. Malinowskiego? Litwa, która by idąc za głosem swoich Magów, zerwała duchowy związek z Polską, długoż by jeszcze mówiła po polsku? Nie! nową przybrawszy matkę, koniecznie musiałaby przyjąć i nowy język macierzysty – rosyjski. Historia dostarcza dość przykładów na poparcie tego twierdzenia. Ś. p. Mickiewicz, mówiąc o Czechach rzekł: „Język nie jest jedynie pewnym systemem dźwięków, służących do wydania myśli: język, to słowo rozwinięte; a słowo o tyle tylko może być narodowym o ile ma w sobie ducha narodowego. Nie rozumieli oni tego, że moc języka zależy od ilości prawd w nim zamkniętych, że jego siła działania na zewnątrz, odpowiada masie ciepła i światła jakie z siebie rzuca.” Polska chrześcijańska - jak tenże Mickiewicz dobitnie wykazał — miała i ma prawdę wręcz przeciwną temu, co Carat mongolsko bizantyński za prawdę stawił i stawi. Przyjąwszy prawdę carską, jakże utrzymać światło i ciepło polskie, jak zachować życie tej mowy, którą przemoc zewnętrznie nawet dusi i wytępia? Ale p. Malinowski, po swojemu wyciągnął korzyść i z Mickiewicza. Pragnął on zadać kłamstwo skargom na zawzięte i nieustające prześladowanie narodowej mowy naszej, napomknął o spodziewanym zaprowadzeniu nauki języka polskiego po szkołach litewskich, a gdy mu się wątek urwał prędko, nadsztukował go czułą wzmiankę o łaskawości Aleksandra II dla dzieci Mickiewicza. „Cesarz, powiada on, chciał przynieść ulgę sierotom i razem okazać szacunek dla geniuszu, dozwalając przedrukować arcydzieła, które Litwa uważa za najpiękniejszy tytuł swojej sławy intelektualnej.” Zaiste, co cesarz rosyjski umiał uszanować, to znieważają przeniewierni ziomkowie. Nie masz bezbożniejszej zniewagi dla ducha wielkiego Wieszcza narodowego, jak to wyzywanie jego imienia przez zdrajców ojczyzny. Czy z waszymi odami i rozprawami śmielibyście stanąć, niebaczni, przed żywym? Czemuż śmiecie mieszać jego imię do waszych niecnych robot? Litwa, jaką wy przedstawiacie, nie ma żadnego prawa do Mickiewicza; arcydzieła jego powinny być wyrzutem dla waszych sumień i potępieniem waszej „inteligencji.”

Przy tym wszystkim dziwnie jest napotykać często powtarzane wyrazy: cześć dla przeszłości. Co znaczy ta cześć, dosyć jest wiedzieć, że jej świątynią jest Muzeum Starożytności narodowych przy Komisji Archeologicznej wileńskiej. Jakież tam zabytki narodowe? Najszacowniejszy z nich - włosy wiekopomnej Carycy, Katarzyny II! Jakim językiem oddaje się chwała przeszłości naszej? Zagajenia, mowy, rozprawy, katalogi, druki — wszystko prawie po rosyjsku! Niepodobna nam iść w ślad za p. Malinowskim przez cały przeciąg jego pisma. Bierze on jeden po drugim najdrobniejszy czyn wielbionego Monarchy i przy każdym umie powiedzieć coś takiego, co by samo jedno wystarczało na cechę najzupełniejszego odstępstwa. Mówiąc na przykład o zniesieniu ustawy Mikołajowskiej, mocą której mieszkańcy guberni zachodnich, nie mogli w nich pełnić służby cywilnej aż po wysłużeniu pierwej lat pięciu w guberniach wielkorosyjskich, dodaje: „Cesarz uchylając ten przepis już niepotrzebny, obudził szlachetne uczucia i ścieśnił węzły miłości i szacunku wzajemnego, jakie powinny łączyć członków jednej rodziny politycznej, poddanych jednego tronu.” W innym miejscu, znajduje sposobność zaczepić nawet o Królestwo Polskie, zagarnąć je do spółki swoich przeniewierczych widoków. Zdaniem jego, Aleksander II “przybył tam z zapomnieniem przeszłości, z najlepszymi chęciami; oświadczył, że Polska równie jemu jest drogą jak wszystkie inne prowincje cesarstwa; dał Polakom rady co do postępowania politycznego tchnące wysoką mądrością; spełnił wszystkie ich życzenia..” Na koniec kreśli wspaniały obraz materialnych korzyści jakimi Litwa cieszy się lub wkrótce cieszyć się będzie, obraz ułudny i zwodniczy, którego odwiecznym prototypem jest kuszenie Zbawiciela na pustyni, przez szatana ofiarującego jemu królestwa ziemi za pokłon.

Pokłońmy się carowi, będziemy mieli wszystko: obrządek religijny przodków (dla sumień bojaźliwych), język macierzysty (dla wyrobów literackich), wolną cześć przeszłości (dla pseudohistoryków i archeologów); co zaś najważniejsza i najrzeczywistsza: drogi żelazne, przemysł, handel, słowem byt materialny niezrównanie pomyślny. I to wszystko jakże tanim kosztem! Tylko usłuchać mądrych rad najżyczliwszego nam ojca, nie czyniącego żadnej różnicy miedzy swym poddanym Ostiakiem i Polakiem, tylko zrzec się marzeń !... Taka jest treść doktryny p. Malinowskiego, nie nowej i nie oryginalnej w gruncie, ale jasnej i śmiałej w wykładzie.

Co wieszcz Odyniec osłonił świętokradzko użytym, a różnie dającym się pojmować imieniem Królestwa Bożego, to ekonomista Malinowski wyłuszczył dobitnie i do praktycznego zastosowanie podał. Pośrodku między nimi stoi zmieszany i omaniony Ignacy Chodźko, dla swoich zamiłowań rodzinnych, dla resztki swoich instynktów obywatelskich, nieumiejący znaleźć innej deski ratunku, prócz cienia Wielkiego Księstwa Litewskiego, pochłoniętego przez ocean Carstwa. Pomnik wileński, jest dokładnym wyrazem zwodzicielskich i zwiedzionych umysłów w nieszczęśliwej Litwie!

 

 

 

 

IV

 

Nie może być naszym zamiarem rozbierać tu i zbijać poszczególnie wszystkie przewrotne pojęcia albo fałszywe twierdzenia. Byłoby to poniekąd zbytecznym. Trzebaż ludziom dobrej wiary, niezamąconego rozsądku i prostego serca wywodzić obszernie, jak owe nadzieje zachowania religii, mowy i przeszłości polskiej, przy wcieleniu się w jestestwo moskiewskie są jeżeli nie rozmyślnie kłamanym, to najnierozmyślniej utrzymywanym marzeniem? Niemniej łatwo jest niezaślepionym widzieć, że te nawet korzyści materialne, stawione jako nagroda za przeniewierstwo w duchu, są próżną pokusą; że naród zdemoralizowany nie może być i materialnie szczęśliwym, a demoralizacja jest przywiązana do zasady carstwa, i wszelkie reformy nie tylko w krajach zabranych lecz i w samej Rosji będą daremne, póki ta zasada nie ulegnie reformie: odrywać się przeto od ogniska własnej siły moralnej i zawierzać sile narzędzi caratu, jest to zupełnie odrzucać wpływ błogosławieństwa bożego na skutki spraw ludzkich, albo mniemać w zapamiętaniu, że taka przedaż starszeństwa narodowego za nędzną misę soczewicy, pobłogosławioną być może. Ale w doktrynie zaczepiającej swoją siatkę pajęczą o prawdy wieczne i potrzeby codzienne, napotykają się sfałszowane pojęcia lub ich wyrażenia, szczególniej zdradliwe dla nieostrożnej myśli, na które chcielibyśmy zwrócić uwagę.

Dobro kraju i Miłość chrześcijańska, są to dwa główne oręże, którymi autorzy Pomnika zaczepnie i odpornie wojują, używając ich za wstępny lub ostateczny argument.

Od czasu jak naprzód ze smutnej potrzeby, potem z niebacznego nałogu, wyraz ojczyzna poczęto zastępować wyrazem kraj, wkradł się do naszego języka wątpliwy synonim, niezmiernie dogodny sofistom do przemycania zdrad ojczyzny pod mianem dbałości o dobro kraju. Od czasu jak świętoszkowie , którzy jedno oko pobożnie zawracają do nieba, a drugim ciągle pilnują swego interesu na ziemi, poczęli wielkie prawdy religijne naginać do błędnych teorii i chwilowych widoków, skrzywiono wyobrażenie chrześcijańskiej miłości i rezygnacji. W imię dobra kraju i w imię miłości chrześcijańskiej, zamienionych w jakieś pojęcia oderwane, bezwzględne, przemawiają apostołowie tych wszystkich doktryn, które topiąc narodowości w panslawizmie lub kosmopolityzmie, w gruncie nie mają innej podstawy jak egoizm, i nie mogą trafić do innego końca jak - caryzm.

Dziś kiedy narodowość staje się jedną z zasad nowego porządku politycznego, jakże dziwnie i boleśnie słyszeć głosy przeciwne tej zasadzie wychodzące z łona Polski! Przez tyle wieków dobrej i złej doli Polska składała świadectwo, najwymowniejsze w dziejach, co znaczy narodowość i ojczyzna, a teraz sami częstokroć zdajemy się nie rozumieć tych wyrazów.....

Znaczenie narodowości leży w głębi tajemnic duchowych, które tylko rozwój chrześcijaństwa powoli wywodzi na jaw i dostępnymi rozumowi czyni. Role ludów i plemion spoczywają w mgle czasów minionych lub przyszłych; narody dopiero zajmują pole działalności chrześcijańskiej|, jako wielkie jednostki mające życie i powołanie osobne. Długo lud musi pracować, skupiać i spajać mocą wewnętrznego ciepła swoje pierwiastki składowe, aż nim to ciepło utajone przejdzie w stan promienny i zabłyśnie ogniem świętym, dającym mu prawo być narodem. Długo naród trudem i ofiarami zarabia na tę wieczystą własność swoją, na tę dziedzinę przodków i potomków, którą nazywamy ojczyzną. Dziedzina ta prawdziwie chrześcijańskiego narodu, nieśmiertelna jak duch chrześcijański, małą tylko cząstką opiera się na ziemi, cala jest w tym niewidomymi świecie, skąd wszelkie życie przychodzi i dokąd wraca. Tam mamy naszych świętych, patronów, aniołów-stróżów, naszych mędrców, bohaterów, męczenników i pokutników; stamtąd idzie łańcuch pokoleń zostawiających po sobie różną miarę zasług i grzechów, skarbów i długów. Na jakim prawie opiera się ich solidarność i nierównie szczęśliwa kolej następstwa, tego filozofia historii jeszcze powiedzieć nie umie; ale to widoczna, że używają i cierpią jedne za drugie, że od pierwszego do ostatniego spada cała puścizna nabytków i ciężarów, a póki w którym pokoleniu bije choć i najsłabiej tętno narodowego życia, póty można ufać że to pokolenie, nie jest ostatnim „ Co dzień nas mniej - mówił Brodziński - ale i po potopie, z jednej rodziny lud się wielki rozmnożył...” Cale inaczej rzecz się ma z ziemską posiadłością narodu. Jak ojczyzna w duchu jest jedną i niepodzielną, tak jej wyrażenie się na ziemi w postaci państwa, w pewnych granicach kraju, ulega zmianie : szerzy się i ścieśnia, niekiedy niknie zupełnie; a póty odrodzić się, tyle odzyskać może, póki duch narodowy trwa, wiele obejmuje. Naród ujarzmiony nie traci jeszcze ojczyzny, ale kraj wynarodowiony przestaje być jej częścią. Pomyślność materialna kraju, dobry byt jego mieszkańców nie zależy od narodowości; interes przeto materialnego dobra może być zgodnym z interesem ojczyzny, albo mu przeciwnym. Niestety, mamy tego wszystkiego przykłady w dziejach naszych: Śląsk sprusaczały cieszy się zapewne teraz lepszym materialnym bytem niżeli pod Piastami!... Niechaj tu nas nikt nie chwyta za słowo: nie myślimy bynajmniej powstawać przeciwko staraniom o pomyślność materialną, znamy owszem ich ważność i zasługę patriotyczną; chcieliśmy tylko okazać, że to dobro kraju, które może być uważane równie za dobro powiatu , prowincji jak i carstwa, którym powiatowi, gubernalni i prowincjonalni dobrodzieje mogą chlubić się razem przed współobywatelami i przed carem, potrzebuje wzięcia pod próbę; należy zobaczyć, czy dałoby się nazwać dobrem ojczyzny, czy za mniemaną pomyślność nie czyni ofiary z narodowości.

Dla tych, którym i ojczyzna i narodowość stały się czczym wyrazem, a duchy Jagiellonów nie więcej ważą jak Ślązakom duchy Piastów, osobliwsze przybrała znaczenie, albo raczej stała się czymś bez żadnego znaczenia miłość chrześcijańska. Na mocy niby, że powinna być nieograniczoną, zrobili z niej to koło bez pewnego środka i obwodu, które im służy za stryczek do duszenia uczuć narodowych - jako wyłącznych, a więc nie chrześcijańskich! I poczęli wierzyć i opiewać, wykładać i dowodzić swemu narodowi, że dla miłości chrześcijańskiej, dla zrealizowania chrześcijańskiego braterstwa w Sławiańszczyznie, powinien dać się udusić, dla osiągnięcia Królestwa Bożego w carstwie, odrzucić, zdeptać i ze świata wypędzić Myśl Bożą złożoną na Polsce. To nazywają ofiarą, poddaniem się woli Bożej, rezygnacją. Dziwne przewrócenie wyobrażeń i fałszowanie wyrazów! Nie chcielibyśmy tutaj także być źle zrozumiani: nie podnosimy głosu dumy, zawziętości, zemsty; tylko czujemy i pragniemy wskazać tak zdradliwie zacieraną granicę, która odróżnia miłość bliźniego od zrzeczenia się prawdy, ofiarę istotną od fałszywej, wolę opatrzną od dopuszczenia, pokorę od nikczemności.

Niedawno ledwie zapowiadana, dziś jak zorza lepszej przyszłości świtająca zasada miłości chrześcijańskiej i braterstwa między narodami, święty owoc postępu ducha chrześcijańskiego, jestże hasłem skończenia, rozwiązania się narodów, które duch ten zawiązał i podhodował? Widocznie, nie na to się zanosi. Mamy owszem żywy przykład, że ten naród, który najwięcej swoją osobistość wykształcił i uwydatnił, najskuteczniej też niesie bratnia pomoc innym, i bynajmniej nie myśli o roztopieniu się, choćby tylko w masie ludów współplemiennych. Teoria panslawizmu odwołując się do zasady chrześcijaństwa dla zniesienia narodowości, nie wiadomo jakim prawem zachowuje odrębność plemienia; być może atoli, że przychodzi czas kiedy okaże się jawniej myśl Boża spoczywająca i na plemionach, że pokrewność posłuży do tym łatwiejszego związania w akordy tych tonów jakie Bóg rozdał narodom: ale i w takim razie, nie jestże raczej zadaniem nowej epoki tony te oczyszczać i podnosić, niżeli zniżać i głuszyć. Rzecz zresztą prosta, że nie można być bratem nie będąc niczym, i żeby dać komu miłość trzeba być godnym miłości, a ten jej niegodzien, kto znając co wyższe, dogadza niższemu, żeby dogodził sobie. Pójść rozbijać ze zbójcą, kraść ze złodziejem – to nie miłość chrześcijańska, to przeniewierstwo sumienia, zaparcie się prawdy. Ci, którym ciężko było żyć wśród utrzymujących narodowość, wzięli na siebie apostolstwo zrzeczenia się jej i nazwali to ofiarą. Łatwo ofiarować co nie swoje i boli tylko innych; ale ta ofiara, której zresztą jedynym krzyżem krzyże Ś. Anny lub Ś. Włodzimierza - to nie ofiara chrześcijańska, to najhaniebniejsza ucieczka od ofiary. Łatwiej także pełzać, podlizywać się, pochlebstwo posunąć aż do fałszywego proroctwa, niżeli w dopuszczonym ucisku uznać wezwanie Opatrzności do wysileń na poprawę i podniesienie się zacne. Cierpieć z rezygnacją, a przewierzgnąć się z radością, wcale co innego. Rezygnacja chrześcijańska, w pokorze i skrusze godne i mężne wytrzymywanie przeciwności, nie pociąga za sobą błogosławieństw niewoli, owszem ciągły trud i ciągłą modlitwy dla wyzwolenia. Jeniec wzięty na polu boju, może być szczerze pokornym, prawdziwie uległym, nie wyrzekając się znamienia pod którym służył i w duszy wciąż służy; zbieg do nieprzyjacielskiego obozu nie pokornym będzie, ale tylko - podłym. Podłość może do pewnego czasu i stopnia, pomagać nędznym widokom osobistym; jako środek polityczny zawsze jest najgorszą ze wszystkich rachubą: w sojuszu narodów nigdy nie może być spójnią. Naród rosyjski ma wielkie poczucie godności - przynajmniej w innych. Niechaj ten ze swoją miłością nie zbliża się do Rosjanina, na którego on w duchu, jeżeli nie głośno, może powiedzieć padlec! Przyjmie go za posługacza, nigdy za sprzymierzeńca; obejdzie z nim po pańsku, nigdy po bratersku.

 

V

 

Rozszerzyliśmy się nad tym smutnym przedmiotem, bo wymagała tego rzecz sama. Oskarżenie takiego rodzaju, jakeśmy przeciw autorom Pomnika podnieśli, jest zbyt ciężkie i ważne, aby je można ogłosić bez jasnych i wyczerpujących dowodów. Wyrok czytelnika może być krótki: nasze motywy musiały być obszernymi i niewątpliwymi.

A mieliśmy też i inny, naglący powód do wytoczenia i roztoczenia tej bolesnej sprawy. Autorzy Pomnika nie przestali na tym, że się Polski wyparli; chcą oni jeszcze być apostołami swej apostazji, chcą całą Litwę uczynić solidarną w hańbiącym dziele przeniewierstwa.

Z początkiem bieżącego roku Kurier Wileński, w zmienionym formacie i z wyraźnie napiętnowaną cechą, stał się organem autorów Pomnika. Redaktorem tego pisma jest p. Kirkor; pp. Malinowski i Odyniec, jego głównymi współpracownikami. Nie spotkaliśmy w nim dotychczas imienia p. Ignacego Chodźki, i daj Boże, abyśmy tego imienia, w tych kolumnach, nie spotkali i nadal, bo wyznajemy szczerze, tego pisarza żal nam najwięcej.

Cokolwiek bądź, nie masz wątpliwości że Kurier Wileński ma być stałym rzecznikiem systemu w Pomniku raz wypowiedzianego, że ma w swoich arkuszach kroplami sączyć jad tam uzbierany, i w chleb powszedni zamienić najczarniejszą zdradę.

Pierwszy zaraz numer zawiera ogólny pogląd na obecne trudności europejskie, podpisany przez p. Mikołaja Malinowskiego a kończący się następującymi słowy:

 

Jedna tylko Rosja wolna od wszelkich międzynarodowych zawikłań, zajęta wewnętrznym rozwojem, wielka, i święta sprawa polepszenia bytu ludu wiejskiego, ożywieniem przemysłu i handlu, przyprowadzeniem do porządku swojej skarbowości, zastosowaniem do potrzeb kraju administracji, może spokojnie poglądać na przyszłość i nie lękać się przeszkód na tej drodze, po której prowadzi ją wspaniały miłośnik ludów swoich monarcha. Opatrzność, nagradzając czystość jego dążeń, dozwoliła, aby gromy długotrwającej wojny na południowych granicach państwa umilkły, Nieuległe plemiona Kaukazu, jedne walecznością oręża zhołdowane, drugie nadzieją łaskawych i sprawiedliwych rządów ujęte, poddały się bezwarunkowo cesarzowi, i nadzieja prędkiego zakwitnienia dawnej Kolchidy, przestając być życzeniem, zamienia się w błogą rzeczywistość. Ten pomyślny obrót rzeczy daje otuchę, że w obecnych powikłaniach politycznych, głos Rosji stanowczo wpłynie na ich załatwienie, żadne bowiem mocarstwo z równą powagą przemówić nie zdoła. Wolna od wszelkiego osobistego interesu, jedna Rosja tylko jest w stanie podawać rady, dobro ludzkości i pokój świata mające wyłącznie na względzie.

 

Słowa te, aczkolwiek zgrozą przejmują duszę polską, nie zadziwią już czytelników po przytoczeniach wyjętych z Pomnika: a wszakże mają one nierównie większą doniosłość, bo nie są aktem jednorazowej i prywatnej prostytucji, ale zapowiedzią ciągłej ogólnej propagandy.

Pomnik obowiązywał tylko kilku ludzi i wstydliwie bibliograficzną chciał zostać rzadkością; Kurier bezwstydnie szuka światła, rozpowszechnienia i rozgłosu, a istnieniem swym i poparciem jakie by znalazł, obowiązywałby całą prowincję. Pierwszy to raz, u nas, wyparcie się Polski, apostazja narodowa, poddanie się w duchu Carowi, występują jawnie, z podniesionym czołem, w system ułożone, ustawione w falangę pisarzy, w piśmie publicznym i periodycznym !... A takiemu dziełu nie może służyć za wymówkę wzgląd na jakiekolwiek dobro kraju: bo nie masz dobra kraju gdzie jest złe ojczyzny; nie może służyć za wymówkę chęć ożywienia literatury: bo tylko duch ożywia, litera zabija - zabija i literatura, gdy w niej duch bezbożny lub choćby tylko płochy!... Mamy nadzieję, że Litwa, że ziemia Kościuszki i Mickiewicza, odepchnie z przeklęstwem potworne dzieło wyrodków: że pisarze krajowi odmówią swojej w niewiadomości stosunków zrazu obiecanej pomocy jak to uczynili ich koledzy na tułactwie; że opinia publiczna całej naszej Ojczyzny złączy się z nami w jednym krzyku polskiego sumienia. Bo zaprawdę, przyszłoby zrozpaczyć o wszelkim prawym uczuciu, gdyby tu jeszcze przytaczano łagodzące okoliczności, światło nadziei zmieniłoby się w ciemną noc zwątpienia, wstyd by zdusił w piersi polskiej wszelki glos wołający o sprawiedliwość do świata, cicha by już tylko została modlitwa do Boga, gdyby bez piętna na swym czole przechadzać się miały po ziemi litewskiej polskie Kaimy i gdyby rzekomym „postępem” Litwy miało być - odstępstwo!

 

Najnowsze artykuły