Artykuł
"Mieszaniny obyczajowe" Henryka Rzewuskiego – największy skandal literatury polskiego romantyzmu
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

Mieszaniny obyczajowe przez Jarosza Bejłę pióra Henryka Rzewuskiego to utwór, o którym Polacy chcieli zapomnieć i o którym zapomnieli[1]; dzieło, które w żaden sposób nie chce pasować do krajobrazu naszej romantycznej literatury lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Powszechnie uznane za patriotyczny i obyczajowy skandal, Mieszaniny na wiele lat wzburzyły opinię publiczną rozpętując jedną z największych kampanii prasowych swej epoki. Co więcej, złowieszcza aura tego utworu położyła się grubym cieniem na biografii samego twórcy, wyznaczając moment spektakularnego załamania kariery wybitnego pisarza, wielbionego jako autora Pamiątek Soplicy i przeklinanego odtąd jako twórcę Bejły.

Choć dzisiaj o Mieszaninach ledwie kto pamięta, czytywane są chyba tylko przez historyków idei i badaczy zainteresowanych twórczością Rzewuskiego, to wydaje się, że pochopne zamknięcie tego niewygodnego utworu do lamusa historii nie było zbyt roztropne. Zapominając o Mieszaninach wymazujemy z kart historii pewną, może niezbyt godną pochwały, ale jednak konieczną do uwzględnienia, wyrazistą postawę wobec sytuacji zaistniałej w Polsce po upadku powstania listopadowego i związanej z nim nadziei na niepodległość. Odium zdrady, które zaciążyło nad tym utworem, skutecznie zablokowało możliwość polemiki z głoszonymi przez Rzewuskiego sądami; spowodowało, iż na Mieszaniny patrzymy jak na kuriozum, nie zdając sobie sprawy z ich rzeczywistego znaczenia. Wciąż przy tym nierozstrzygnięte pozostają podstawowe kwestie. Nie wiemy, czy Rzewuski utożsamia się z sądami narratora i wyznaje głoszone przezeń poglądy, czy tylko traktuje swego Bejłę jak prowokatora, którego celem jest jątrzenie i zadawanie niewygodnych pytań. Podobne wątpliwości pojawiają się w kontekście słynnych lojalistycznych deklaracji składanych na kartach Mieszanin. Czy to szczere opinie Rzewuskiego, wypowiedzi o charakterze światopoglądowym, czy nieudolnie prowadzona gra z cenzurą[2], próba badania granic kompromisu i łudzenie swą wiernopoddańczą postawą w nadziei na pozwolenie wydawania kolejnych utworów[3]. Wreszcie problem, na ile Rzewuski reprezentuje tu swoje własne przemyślenia, na ile zaś w jego wypowiedziach pobrzmiewają echa opinii szerszego środowiska. Takich pytań zadać można więcej, ujawniają one jak bardzo mało wiemy o tym skandalicznym, w gruncie rzeczy, utworze i jak niewiele wiemy o realiach tamtej epoki. W prezentowanym szkicu nie próbuję być adwokatem Rzewuskiego, chciałabym jedynie uchwycić pewien kontekst literacko-obyczajowy, w którym Mieszaniny zaistniały, w którym taki utwór w ogóle mógł zaistnieć.

Mieszaniny obyczajowe – drugie, z niecierpliwością oczekiwane dzieło uwielbianego wręcz autora Pamiątek Soplicy – ukazały się w końcu sierpnia 1841 r. w wileńskiej księgarni Glucksberga. Ówczesna publiczność literacka miała jednak prawo czuć się mocno zawiedziona – Mieszaniny w niczym nie przypominały Pamiątek. Rzewuski nie tylko zarzucił formę szlacheckiej gawędy, ale co gorsza, on, znawca i wielbiciel czasów saskich, zajął się tematami współczesnymi. Swemu nowemu utworowi nadał kształt dość chaotycznej, może trochę przypominającej szlacheckie sylwy, mieszaniny tematów i gatunków literackich. W czternastu szkicach pomieścił rozważania filozoficzne i religijne, moralizatorskie dywagacje, obyczajowe scenki, a nawet udramatyzowany obrazek wyśmiewający ówczesne salonowe mody literackie. Zaskakiwać mogła artystyczna niespójność utworu – obok fragmentów bezwzględnie świetnych jak Bardowie polscy czy Poezja narodowa, Rzewuski włączył do swych Mieszanin katalog przesądów gospodarskich, podobne do pamfletów scenki obyczajowe, wreszcie przyciężkie tyrady poświęcone kwestiom społecznym i moralnym. Anonimowy korespondent „Tygodnika Petersburskiego” narzekał:

Prawdziwa to mięszanina dobrego i złego; najzdrowszych uwag i najfałszywszych sofizmatów, religijnej oświaty i zardzewiałych przesądów; głębokiej nauki i naiwności dziecinnej; chrześcijańskiej pokory i pogańskiej pychy, powagi i trywialności.[4]

Najzagorzalsi wielbiciele talentu Rzewuskiego (chyba tylko prócz Michała Grabowskiego) nie mogli ukryć rozczarowania gwałtownym obniżeniem poziomu artystycznego, pokrętnością, a częściowo także kuriozalnością głoszonych poglądów. Kwestią jeszcze istotniejszą okazał się niesłychany i wręcz niemożliwy do zaakceptowania radykalizm Rzewuskiego. W Mieszaninach rzeczywiście nie ma próby mediacji, nie ma napominania czy grożenia palcem; analizowane kwestie, obserwowane przez pisarza patologie współczesności zostają wyolbrzymione i doprowadzone ad absurdum. Na przykład nie najmądrzejsze zabawy berdyczowskich bałagułów[5] stają się świadectwem moralnego znikczemnienia całego młodego pokolenia, intelektualny marazm wołyńskiej szlachty przyczynkiem do opowieści o upadku języka i kultury, rozprzężenie stosunków administracyjnych świadectwem ostatecznego rozpadu tożsamości szlacheckiego narodu.

Literacka publiczność tylko przez chwilę pozwoliła autorowi napawać się mniemanym tryumfem – ponoć Rzewuski przekonany był o nieuniknionym sukcesie swego dzieła, a asumpt do tego dał mu fakt, iż dwie paki nakładu Mieszanin już po dwóch dniach sprzedaży „aż do ostatniego egzemplarza w Kijowie rozchwytane zostały”[6]. Wrażenie sukcesu nie trwało długo, posypały się listy od zdezorientowanych przyjaciół, zaczęły pojawiać się ostre recenzje i repliki. Na autora Mieszaniny runęła fala powszechnego potępienia czytelników i krytyków, niezależnie od dzielących ich różnic światopoglądowych, politycznych, położenia społecznego i sympatii literackich. Chcąc jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji, zaprzyjaźniony z Rzewuskim Gustaw Olizar w broszurze zatytułowanej Pomieszanie Jarosza Bejły (Wilno 1842) żartobliwie sugerował, iż cały utwór jest kompilacją rzeczywistych poglądów autora i majaków, które w czasie jego choroby mózgowej spisywał, a potem wydał jako całość nieuczciwy sekretarz. Na łamach „Tygodnika Petersburskiego” wielokrotnie wypowiadał się Michał Grabowski, który swym autorytetem ręczył za wartość dzieła Rzewuskiego. Te próby obrony na nic się zdały i ostatecznie Mieszaniny obyczajowe przeszły do historii jako dowód narodowego zaprzaństwa ich autora, jego „najczarniejszej reakcji” i sprzeniewierzenia się kulturze polskiej, zaś określenia Bejła i bejlizm stały się równoważne z oskarżeniem o zdradę narodową[7].

Z dzisiejszej perspektywy nie ma wątpliwości, że tak stać się musiało. Wystarczy przypomnieć, iż Rzewuski w swej pasji krytyka współczesności nie poprzestaje na opisie status quo. On, uczeń de Maistre’a, swoje wnioskowanie rozszerza o próbę nakreślenia najbliższej perspektywy istnienia narodu polskiego i tu stanowczo stwierdza, że taka perspektywa nie istnieje. Rzewuski, odwołując się do metaforyki organicystycznej porównywał egzystencję narodu do istnienia człowieka, skąd prosty wniosek, iż skoro jednostka z woli Stwórcy podlega nieuniknionemu prawu śmierci, to i naród – określany tu mianem „człowieka zbiorowego” – musi być przygotowany do zejścia z areny dziejów. W sposób ostateczny pisarz pozbawiał siebie i swych czytelników złudzeń zarówno co do możliwości restytucji państwa polskiego, jak i zachowania form życia narodowego. Pisał:

Człowiek zbiorowy ma duszę, jak człowiek pojedynczy, a tą duszą jest duch narodu. Naród żyje, pokąd ten duch go nie opuści… Jak człowiek pojedynczy umrze, natychmiast dusza jego przenosi się do krain wieczności, by stanąć przed sądem Stwórcy i Odkupiciela; a ciało opuszczone już bez siły skupiającej rozkładać się zaczyna: mnóstwo robaków coraz więcej obrzydliwych dopełniają zniszczenia kształtów, a te znikając sprzed oczu, rzeczywiście wchodzą w skład nowych jestestw organicznych i ta scena pełna tajemnic znika po zniszczeniu ostatniego atomu zmarłego męża: zasłona spada, zostaje tylko garść popiołu. (18-19).[8]

W swych wywodach pisarz konsekwentnie dowodził ostatecznej śmierci narodu polskiego. Podstawową przesłankę tego rozumowania stanowiła analogia do dziejów Greków, Rzymian i Celtów. Te wielkie cywilizacje ostatecznie zniknęły z mapy Europy, jedyne co po nich pozostało, to duchowy spadek, jaki w postaci kulturowego dziedzictwa przekazały następnym pokoleniom. Rzewuski, o sobie i swych współczesnych myśli w kategoriach świadków takiego właśnie procesu przekształcania się (żeby nie powiedzieć obumierania) kultury polskiej, która teraz po utracie państwowości, po definitywnym kresie sarmackiej formacji kultury szlacheckiej skazana jest na podbój przez imperium rosyjskie – zwycięską formę cywilizacji przyszłości. Rzewuski nie ma złudzeń – historia Polski dobiegła swego kresu. Wszelkie świadectwa żywotności narodu, choćby jego literaturę, traktuje jako intervalum lucidum następujący tuż przed śmiercią moment pozornego cofnięcia się choroby, który daje iluzję możliwości wyzdrowienia, jednak wprawny obserwator dostrzega zbliżający się kres. Oto najsłynniejszy fragment tej diagnozy:

Ale skoro śmierć rzeczywista przyjdzie na to ciało zbiorowe, natenczas dusza narodu nie przenosi się do wieczności, jak dusza człowieka pojedynczego, bo dla narodów nie ma wieczności; ale ulatniając się z ciała społecznego, uświetni swój zgon ostatniem zjawiskiem, lecz już oderwanym od życia społecznego. Jako zwykle chory, przed samem skonaniem, jakieś dziwne okazuje zjawiska życia, które przecie biegłego lekarza płonną nadzieją nie omamią; tak i duch konającego narodu, jeszcze czas jakiś ściśnie się w umysłach kilku znakomitych mężów, aby starą synagogę z czcią pogrzebać. […] Wybucha raptownie, jakby jakim cudem, bogata, różnobarwna Literatura; Literatura bez miłości dla położenia obecnego, bez nadziei w przyszłości, sięgająca jakichś dawnych pamiątek, dawnych podań, wszystkiego tego co już nie jest, i odżywiająca to wszystko jakimś sztucznym żywotem. Rzecz dziwna, ten utwór różnorodnych pomysłów, bez znoszenia się ich z sobą, bez hartu opinii publicznej, bądź skrzywionej, bądź nawet nie istniejącej; okazuje jednak w sobie coś jednolitego, jakieś poetyzowanie żalu, smutku, złowieszczbnego przeczucia. Jednem słowem, jest to dzieło pogrobowe ducha narodowego, ostatnie jego wysilenie; poczem ulotniwszy się milczenie nastąpi, – nim wszedłszy w skład obcych mu dotąd żywiołów intelektualnych, znowu przemówi, ale już językiem innym; a swój rodzimy, przybrawszy ostateczną swoją formę, w niej się skrystalizuje, i stanie obok sanskryckiego, greckiego, celtyckiego, rzymskiego, któremi także oddawały myśli swoje społeczeństwa żywotne, a które już dziś są tylko pomnikami. (20-21)

Opierając się na tak pojmowanej prawidłowości historii Rzewuski prorokuje, iż oczywistą konsekwencją utraty państwowości jest rozpisana na najbliższą przyszłość konieczność roztopienia się duszy narodu polskiego, której najdoskonalszym wyrazem jest literatura, w wielkiej słowiańskiej wspólnocie[9].

My z wyroków Boskich, zostawszy częścią potężnego stowarzyszenia Rosjan, wnośmy nasze prowincjonalne wyroby [tj. literaturę] do ogólnej, a wspólnej skarbnicy, a zjednoczeni z naszymi pobratymcami, utwierdzajmy siebie wszyscy w przekonaniu, że literatura rosyjska kwitnąca w tak niezmierzonych przestrzeniach […] powinna owszem objawiać żywioły ukraińskie, moskiewskie, siewierskie, nadwołżańskie, dońskie, wołyńskie, litewskie, nawet sybirskie… (235)

Zgryźliwie można by zauważyć, że jedynym plusem pojawienia się Mieszanin okazało się ożywienie, jakie zapanowało w publicystyce tamtego okresu. W debacie – tej toczonej na łamach prasy, jak i w prywatnej korespondencji – głos zabrali najwięksi pisarze tamtej epoki (myślę oczywiście o literaturze krajowej). Wśród obrońców byli Michał Grabowski oraz częściowo środowisko „Tygodnika Petersburskiego”, początkowo także Kraszewski, choć jego postawa w tym względzie domaga się odrębnej analizy[10]; największymi adwersarzami okazali się: autor Bigosu hultajskiego Tytus Sczeniowski, Hilary Zalewski oraz publicyści prasy demokratycznej – Zenon Fisz, Edward Dębowski, Feliks Zieliński, Fryderyk Lewestam oraz wielu innych. Polemika wokół Mieszanin, podsycana potem kolejnymi publikacjami Rzewuskiego[11], ciągnęła się bez mała lat dziesięć i była niewątpliwie najżywszą, a pod wieloma względami także i najbardziej interesującą dyskusją tamtej epoki[12].

Rzecz jednak znamienna, w tej wielkiej kampanii prasowej dominował ton urażonych środowiskowych ambicji, urażonego wołyńskiego patriotyzmu lokalnego; powtarzały się oskarżenia o postponowanie sławy Liceum Krzemienieckiego, o nielojalność wobec własnego narodu, wreszcie szukanie osobistej korzyści w publicznym „praniu domowych brudów”. Jak pisał Chmielowski: „obywatele wołyńscy wrzeli z gniewu za to, że ich współziomek odważył się rzucić potwarz, jak powiadali, na umysłowość i moralność ich prowincji”. Czarę goryczy przepełniła sugestia Rzewuskiego, iż szlachectwo wielu mieszkańców Wołynia opiera się na kłamliwych dokumentach[13]. Sama dyskusja z biegiem czasu zamieniła się w plotkarskie poszukiwania autentycznych bohaterów, których nazwiska w utworze skryte zostały pod literackimi pseudonimami – domyślano się prywatnych porachunków Rzewuskiego z sąsiadami, nieuczciwym ekonomem itd. Podobno nawet grożono mu śmiercią. Do aktów przemocy co prawda nie doszło, ale Rzewuski, jak podają pamiętnikarze, przez pewien czas nie rozstawał się z pistoletami[14].

Hołubiony do tej pory pisarz stał się negatywnym bohaterem przeróżnych pomówień i plotek, z których najboleśniejszą była próba odebrania mu autorstwa Pamiątek Soplicy i sugestia, że nie umie pisać po polsku. Kraszewski w Rachunkach z 1866 roku wspominał: „nieprzyjaciele Rzewuskiego powyciągali nie wiedzieć skąd potwarze, osobistości, plotki, skandale… paskwillusy krążyły wierszem i prozą. Było naprawdę czym nawet mniej wrażliwego człowieka zniechęcić”[15].

Wyraźnie więc na plan pierwszy wysunięte zostało oskarżenie Rzewuskiego o przeniewierstwo, ale nie narodowe, tylko przeniewierstwo wobec własnego środowiska, własnej prowincji, którą w Mieszaninach szkalował i deprecjonował. Jest coś niepokojącego w tej debacie. Budowana była ona niemal wyłącznie albo na urażonych ambicjach i tematach zastępczych[16], albo na atakach ad personam, na próbach dezawuowania Rzewuskiego jako twórcy i filozofa. Ten zaskakujący obrót sprawy nie umknął uwagi Stanisława Tarnowskiego, który pisał:

Wrażenie więc czytelników było naturalne i słuszne: tylko objawiło się ono źle, niezręcznie i nie zbyt rozumnie, krzykiem. […] Trzeba było zrobić inaczej: wskazać jego słabe strony, zbić jego fałszywe twierdzenia, zatrząść paradoksalną argumentacją, pokazać mu, że nie jest tak mądrym jak mniema, to trzeba było zrobić, i to zrobić było można i było łatwo, a kto wie czy kto by to był zrobił nie byłby i Rzewuskiego na resztę życia uratował.[17]

Dalej Tarnowski sporządza katalog niezadanych Rzewuskiemu pytań, niepodniesionych wątpliwości, wreszcie kwestii, które tamta publiczność przełknęła zbyt łatwo, a które domagały się żywego odzewu. Już z samej tej listy można odnieść wrażenie, jakby czytelników Mieszanin obchodziła tylko współczesność, doraźność; zdają się w ogóle nie zajmować sugerowaną przez Rzewuskiego perspektywą końca kultury i narodu polskiego, czyli tymi wątkami, które w sposób ostateczny przyczyniły się do rzeczywistej niesławy tego utworu; wątkami, które jako najważniejsze podejmą współcześni nam badacze.

Trudno dziś powiedzieć, dlaczego w tych sporach nie pojawiło się oskarżenie o zdradę narodową. Czy rzeczywiście rację mają ci badacze, którzy mówią, iż skutecznie obroniła tu Rzewuskiego działalność cenzora?[18]. Może jednak warto w tym kontekście zastanawiać się także nad psychiczną reakcją czytelników, dostrzegających ziarno bolesnej prawdy zawartej w Mieszaninach. Na kwestię tę zwracał uwagę Tadeusz Bobrowski, który ironicznie podsumował:

Nikt nie mógł dowodnie zaprzeczyć, że w Mieszaninach dużo było niestety prawdy w odmalowaniu wad społecznych! Ludzie myślący i dobrej wiary nie mogli oskarżać autora o fałszywy obraz, zarzucili mu więc, że „rzecz była nie na czasie” […] „Prawda nie na czasie” – jak gdyby prawda mogła być kiedy nie na czasie?[19]

W podobnej tonacji o dziele Rzewuskiego pisał także Tarnowski:

Prawdy w nim wiele, tego nie mamy sobie co ukrywać: tak wiele, że czytając mróz przechodzi na myśl, że kto wie, może i wszystko może być prawdą.[20]

Chyba nie uda się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tamta publiczność nie potrafiła czy też nie chciała przeczytać Mieszanin jako radykalnie sformułowanej wypowiedzi światopoglądowej apostaty. Jakiś powód musiał jednak istnieć. Może, jak to sugeruje Piotr Chmielowski, diagnoza Rzewuskiego wcale nie była nieznana, co więcej znaczna część szlachty nie odbierała poglądów pisarza jako zdrady narodowej[21]. Czytelników rozemocjonowanych paszkwilanckim tonem całości wcale nie musiały razić słowa o „wtopieniu” ziem polskich do wielkiego rosyjskiego imperium, o włączeniu kultury polskiej do wielkiej słowiańskiej wspólnoty. Może te poglądy nie raziły, bo czytelnicy przynajmniej jeśli ich częściowo nie podzielali, to jednak dobrze je znali. Jak trafnie zauważa Wojciech Karpiński, oburzenie wywołał fakt, iż to, o czym wszyscy wiedzieli, powiedział ceniony pisarz o nieposzlakowanej do tej pory opinii patrioty:

Głośne wypowiedzenie tych wniosków przeraziło i oburzyło społeczeństwo. A przecież cicha realizacja takiej postawy była zjawiskiem częstym i właśnie bez głośnego wypowiedzenia i skrytykowania trudnym do uniknięcia. Rzewuski zdobył się na otwarte wyrażenie niepopularnych teorii, społeczeństwo nie zdobyło się na wykazanie ich błędności i szkodliwości. A przecież problem był ważki i postawiony przez wielkiego pisarza.[22]

Na marginesie trzeba zauważyć, że problem patriotyzmu średniego i zamożnego ziemiaństwa „guberni zachodnich” wcale nie jest taki oczywisty. Zbyt często zapominamy, że kwestie patriotyzmu i tożsamości narodowej nakładają się tu na problemy narodowego indyferentyzmu, lojalności wobec panującego monarchy czy choćby tylko wierności złożonej mu przysiędze, a jak powiada w drugim tomie Mieszanin Rzewuski: licet, sed non decet – przysięgi wolno łamać, ale nie wypada…[23]

Rozważając problemy recepcji Mieszanin warto zadać pozornie naiwne pytanie: co tak naprawdę przeczytali tamci czytelnicy. Może przyzwyczajeni widzieć w autorze Pamiątek artystę, nie byli przygotowani na jego filozofię historii, nie umieli wczytać się w ich warstwę światopoglądową? Chcieli kontynuacji Pamiątek, chcieli beletrystyki i tak też mogli odebrać nowe dzieło Rzewuskiego. Wszak Mieszaniny swym stylem, eseistyczną formą i świadomie przerysowaną paszkwilancką tonacją lepiej wpasowywały się w kontekst moralistyki obyczajowej niż poważnych rozpraw politycznych. Niezwykle uderza, że w świetle tamtych dyskusji Mieszaniny, to nie wypowiedź polityka i filozofa historii, ale raczej literata – moralisty, bawiącego się w kaznodzieję, którego grzechem jest brak miłosierdzia, pryncypialność i nieumiejętność formułowania pozytywnej diagnozy przyszłości. Mieszaniny więc – patrząc z tej perspektywy – to nie tyle traktat, co raczej zbiór esejów[24].

Gdyby w ten sposób spojrzeć na Mieszaniny, spojrzeć jak na utwór literacki właśnie, to dla historyka literatury otwiera się niezwykle ciekawa perspektywa badawcza. Ustalenia historyków idei (Marcina Króla, Wojciecha Karpińskiego i Andrzeja Ślisza) w sprawie antynarodowej postawy Rzewuskiego oczywiście pozostają także i w tej kwestii nie do podważenia. Ostatecznie przecież liczy się nie to, co Rzewuski chciał powiedzieć, ale co powiedział; w żaden sposób nie może być zniesiona zasada odpowiedzialności za słowo. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w tej historyczno-literackiej perspektywie sam utwór zaczyna znaczyć trochę inaczej.

Moralista szlacheckiego partykularza

Jak już wspominałam, na pierwszy rzut oka można sądzić, że Mieszaniny obyczajowe są zbiorem dość przypadkowo ze sobą zestawionych tekstów, odmiennych od siebie tak pod względem poruszanych tematów jak i wykorzystanych gatunków literackich. Rzeczywiście, rozważania o narodowej przyszłości (a właściwie jej braku) sąsiadują z narzekaniem na berdyczowskich bałagułów, krytyka wyborów i upadku demokratycznego ducha szlachty stoi tuż obok prognostyków gospodarskich, a rozważania o filozofii narodowej z alegorycznym rozdziałem Mamona[25]. Wydawać się więc może, że brak w tym zbiorze głównego wątku tematycznego, brak zaplanowanego toku wywodu. Całość, jeśli o takowej można mówić, przypomina raczej tok swobodnej konwersacji – salonowej rozmowy prowadzonej w kręgu bliskich przyjaciół. Michał Grabowski, nie tylko krytyk literacki, ale też i przyjaciel Rzewuskiego, zwracał uwagę, iż ten zdumiewający chaos tematów, form literackich, stylów jest zabiegiem celowym:

To połączenie nie jest sztuczne, jest ono najnaturalniejsze, – bo nawet nie książkę to mamy przed sobą, ale żywego pisarza. Przykładem wcale niepowszednim, zamiast zimnego i wyrachowanego wykładu, słyszymy zdanie sprawy ze sposobu myślenia i wrażeń, najpoufalsze zaledwie, że nie nieskromne. Autor, który nam ukrył swe imię, odsłonił przed nami swój charakter, odsłonił doskonalej, niż który bądźkolwiek z obnażających się tak nazwanych egotystów.[26]

A więc dla Grabowskiego najważniejsza dla wymowy Mieszanin okazywała się szczerość autora i jego gorące zaangażowanie w sprawy publiczne, w życie obywatelskie własnej prowincji. Emocjonalizm i bezkompromisowość wywodu miały zyskiwać potwierdzenie w wyborze otwartej, konwersacyjnej formuły literackiej, która jak gdyby zaprasza do współudziału w dyskusji, prowokuje do refleksji.

Na rzecz świadomego operowania otwartą formą konstrukcji całości przemawia także przemyślana taktyka retoryczna Rzewuskiego. Zarówno Mieszaniny, jak i późniejszy Głos na puszczy i Teorfast[27] zostają opatrzone wielce znaczącymi tytułami, zostają oplecione siecią mott oraz ujęte w ramy przedmów, pomów, czy innych wypowiedzi nastawionych przede wszystkim na cel perswazyjny i próbę wyprzedzenia spodziewanych uwag i oskarżeń czytelników.

Już sam tytuł „mieszaniny” – można kojarzyć z łacińskim satira, satura – rozmaitość, mieszanina oraz oczywiście satyra, czyli literackie zniekształcenie obrazu w celu wyeksponowania pewnych cech i zjawisk, które zostaną w utworze poddane pod rozwagę czytelników. Tytuł ten podpowiada także eseistyczną wieloznaczność i ułamkowość obrazu prezentowanego świata. Jego rzeczywista wartość ujawnia się jednak dopiero w zderzeniu z deklaracją autora: „opisuję wielką epopeję życia obywatelskiego”(41).

Czyżby więc to określenie „mieszaniny” odnosiło się w równym stopniu do literackiego – satyrycznego ukształtowania tekstu, jak i do chaosu owego opisywanego „życia obywatelskiego”, sugerując jego dekompozycję, zatracenie wyrazistej hierarchii, zaburzenie ładu i porządku[28]? Zastanawia także wybór pseudonimu. Wcale nie miał on skrywać nazwiska twórcy, przecież powszechnie było wiadomo kto jest autorem Mieszanin. Co ciekawe, nazwisko Bejła nie mieści się także w porządku później stosowanych przez Rzewuskiego kryptonimów[29]. Tarnowski domniemuje, że pisarz mógł w ten sposób nawiązywać do Stendhala i czynić go patronem „sceptycznego dowcipu”[30] i bezwzględności ferowanych ocen. Być może, ale chyba bliższy kontekst stanowi zapomniane prowincjonalne słówko: bełtać – mieszać, mącić, które świetnie koresponduje z tytułem całości. Siatkę znaczeń dopełnia niepokojące motto z Nowej Heloizy J. J. Rousseau, pisarza uwielbianego przez czcicieli kultury sarmackiej za dzieło Uwagi o rządzie polskim. Motto brzmi:

Poznałem obyczaje moich czasów i ogłosiłem te oto listy. Czemu nie urodziłem się w stuleciu, które skłoniłoby do wrzucenia ich do ognia.[31]

Konsekwentnie więc, krok po kroku, Rzewuski ujawnia dramat człowieka, który nie potrafi zgodzić się na swoją współczesność. W imię pamięci świetnej przeszłości narodu kontestuje teraźniejszość, ośmiesza ją i demaskuje jej pozorne wartości. Retoryczna „otulina” utworu (tu ważna jest także pozornie tylko żartobliwa Scena w księgarni Glucksberga, mogąca służyć za przemowę – pojawiają się tu Angelo i Diavolo, porównani do stron w procesie kanonizacyjnym, a przedmiotem ich sporu okazują się intencje autora Mieszanin) ujawnia światopogląd i intencje autora-moralisty, uzasadnia ostrość formułowanych sądów, ale też poniekąd projektuje adresata utworu. Jest nim wyraźnie zdefiniowany czytelnik – szlachcic, Wołynianin, ktoś przejęty troską o swą prowincję, o swą małą ojczyznę[32]. Tyle, że w przeciwieństwie do autora nie odważył się dotąd otwarcie i głośno zaprotestować przeciw obserwowanym wynaturzeniom. To właśnie między tak zaprojektowanymi narratorem i czytelnikami toczyć się będzie rozpisana na kartach Mieszanin rozmowa o współczesnej im Polsce. Rzewuski chce osiągnąć wrażenie, że zabiera głos w imieniu wielkiej tradycji przeszłości, ale też i w imieniu środowiska „starych” Wołynian z pokolenia na pokolenie związanych z tą ziemią, którzy teraz najczęściej skryci po dworach z przerażeniem obserwują upadek obyczajów i instytucji życia społecznego. Pisarz uprzedza argumenty swych przyszłych krytyków, przewiduje, że zostanie oskarżony o przesadę, paszkwilanctwo, czy wreszcie o „paskudzenie” gniazda. Z wielkim zaangażowaniem i bardzo emocjonalnie broni swego prawa do szczerego artykułowania opinii o swych współczesnych.

Autor – pisał Rzewuski – nie jest ani służalcem, ani niewolnikiem społeczeństwa, by nikczemnym pochlebstwem wpraszał się do łaskawych względów swoich czytelników. (5)

Po latach w pozostawionych w rękopisie Teterowiankach odpierał zarzuty o nienawiść dla swego narodu:

…ci którzy nas posądzają o tak nikczemne uczucia, nie znają serca ludzkiego. Człowiek nie jest zdolny uprawiać język narodu, którego nie miłuje, może się w nim ćwiczyć, oddawać mu należną sprawiedliwość, ale nie będzie nim wynurzał ciągle swoich myśli, nie uczestnicząc z uczuciów tych, który nim się tłumaczy.[33]

Rzewuski – pisarz, Wołynianin, miłośnik historii i tradycji, były marszałek powiatu żytomierskiego, przede wszystkim dbający o swe dziedzictwo szlachcic – jako autor Mieszanin stawia się w sytuacji człowieka niemal przymuszonego do głoszenia bolesnej prawdy – staje się „urzędnikiem publicznym” zobowiązanym do „dopełnienia swojego powołania”(5), obciążonego moralną koniecznością głoszenia prawdy. Jak deklaruje, nie pragnie sławy literackiej, jego piórem kieruje miłość i odpowiedzialność za dobro publiczne. Kreśląc ponure obrazy współczesności, karykaturalnie ją zniekształcając, wywiązuje się z moralnego i obywatelskiego obowiązku.

Mimo włożonego trudu nie udało się Rzewuskiemu przekonać swych współczesnych. Nie uwierzyli w szczerość jego intencji. Momentalnie dostrzeżono, że mniemany moralista cały swój impet włożył w krytykę swych ziomków, nie wywiązując się przy tym z obowiązku wskazania dróg poprawy, wskazania jak można przezwyciężyć piętnowane wady[34]. Mimo deklarowanej miłości, czytelnicy usłyszeli jedynie słowa nienawiści i wyczuli ton swoiście niepokojącego rozlubowania się pisarza w tych analizach upadku i rozkładu. Generał Tomasz Łubieński zauważał:

Można we wszystkim przedstawić śmieszności, a nawet i błędy istniejące, ale kiedy się obwinia tak ogółowi i tak mocno, jak to robi autor, to już trzeba albo winnego istotnie wykryć, albo go przynajmniej ogółowi wskazać […], to niedosyt wytykać błędy, śmieszności, trzeba jeszcze wskazać możność zaradzenia złemu. Inaczej lepiej milczeć.[35]

Rzewuski więc w oczach swych czytelników nie potrafił rzetelnie wywiązać się z roli moralisty, nie potrafił czy też nie chciał wskazać remedium, a tym samym i nadziei, co gorsza swą osobowością, nadmiernym wynoszeniem się nie tyle nauczał, co drażnił i irytował. „Gdzie tu pokora, gdzie umiarkowanie, co więcej: gdzie tu sąd zdrowy o rzeczach?”[36] – grzmiał korespondent „Tygodnika Petersburskiego”. Niezwykle interesująco rzecz ujął Tadeusz Bobrowski – pamiętnikarz wiarygodny i rzetelny, którego trudno przy tym posądzać o patriotyczną egzaltację. Pisał on:

Co do Mieszanin jestem zdania, że w nich było wiele pożytecznej prawdy […] Drzemka była tak głęboką, że społeczność, aby się przebudzić, potrzebowała silnego wstrząśnienia. Oburzenie zaś zgoła z niewłaściwego i niewłaściwie skierowanego płynęło źródła. Oburzającym było nie to, co autor powiedział lub powtórzył, bo to było prawdą – ale upokarzającym było to, że moralizował społeczność człowiek zgoła podejrzanej moralności, który ani jej, ani społeczności swojej nie miłował wcale ani w teraźniejszości, ani w przyszłości, a zwodził i siebie, i innych, że ją ukochał w przeszłości, którą się tylko bawił, lubując się jej najmniej zaszczytnymi stronami. Nie zdając sobie z tego sprawy, bez zwrotu na samą siebie, społeczność ówczesna czuła jednak instynktowo, że Rzewuski osobiście nie miał prawa mówić jej tego, co powiedział, i jak wprzódy admiracją swoją z Pamiętników Soplicy przeniosła na autora, tak znowu potem, podrażniona w najżywszych uczuciach swoich, przypomniała sobie osobistość autora, a sąd o niej przeniosła na Mieszaniny. A jednak nie zostały one bez pewnego wpływu na społeczność i byłyby niezawodnie większy wywarły, gdyby te gorzkie prawdy inną, godniejszą, podane były ręką.[37]

To zaskakujące, ale jakże inspirujące spostrzeżenia. Wskazują one, że dla współczesnych większy problem niż podejrzany patriotycznie lojalizm Mieszanin, stanowił sam Rzewuski, bardziej jego arogancja, niż głoszone poglądy.

Filozofia rozpaczy

Od samego początku nad Mieszaninami, niczym przekleństwo, wisiało porównanie do Pamiątek Soplicy. Korespondent „Tygod-nika Petersburskiego” pisał:

Znany jest znakomity i wielki talent hrabi Henryka Rzewuskiego, który pod imieniem Soplicy cudowne obrazy przeszłości okształcać umie. Kto przeczyta Rysia i inne podobne utwory, przyznać musi, iż Soplica jest wielkim autorem, z którym Bejła, pod względem uczuć serca i talentu porównania nie wytrzyma i sądu, a gdyby poczciwy Cześnik Parnawski zdybał się z Bejłą oko w oko możeby srodze się z nim obszedł i dałby mu pamiętną naukę.[38]

Trudno oprzeć się wrażeniu, że czytelnicy Rzewuskiego chcieli raz jeszcze usłyszeć głos pana Cześnika Parnawskiego, raz jeszcze „pooddychać staropolszczyzną”, pisarz zaś zamiast kolejnej baśni o pięknej przeszłości dał im kontynuację a rebour, opowieść o tym, co się stało z wartościami tamtego świata we współczesności. Podczas gdy Soplica rozrzewniał i tulił do snu, pozwalał marzyć o czasach świetności narodu, Bejła dotkliwie „kąsał żyjące towarzystwo” i z pasją karykaturzysty ośmieszał współczesność.

Treścią Pamiątek była opowieść o bohaterstwie, poświęceniu i dumie zwykłych, prostych konfederatów, zaś na kartach Mieszanin snuje się opowieść o świecie bez honoru i wartości, świecie pozorów, kłamstwa i moralnego rozkładu. Świecie, w którym rozpadają się więzy rodzinne i społeczne, wynaturzają się instytucje życia obywatelskiego, zachwiana zostaje nawet finansowa stabilność – kult pieniądza i zbytku zastępuje tradycyjną gospodarską rządność. Mieszaniny oddają proces degeneracji wartości kojarzonych do tej pory z polskością, ze światem szlacheckiej prowincji utrwalonym na kartach Pamiątek Soplicy. Z tych obserwacji Rzewuski wyprowadza jednoznacznie brzmiącą konkluzję:

Przekonany jestem, że każdy naród, chociażby nawet ukształcony, skoro doczeka się ulotnienia żywiołów niezbędnych dla swojego bytu, do tego stopnia, że już istnieć nie może politycznie, niezawodnie przyszedłby do stanu najohydniejszej dzikości, gdyby nie został łupem podboju, jakiegoś innego żywotnego społeczeństwa, które bądź ożywia zmartwiałe jego żywioły, bądź swoje własne w nim wszczepia, aby te rozwijały się w czasie. (136)

Nic więc dziwnego, że w tej opowieści o współczesności z niezwykłą konsekwencją pojawia się metaforyka śmierci – naród porównany jest do „chorego przed samym skonaniem”, już niemal trupa, którego przedłużona agonia wydając się życiem, życiem już wcale nie jest. Strupieszały, butwiejący, zgniły – to określenia, które zdumiewająco często padają w utworze. Warstwa językowa Mieszanin uderza ilością wykorzystanych brutalizmów, na przykład katalogując choroby współczesności, Rzewuski nie waha się porównywać je do syfilisu, kołtuna, rachityzmu. Pisząc o „poką-tnych” antyrządowych stowarzyszeniach, nazywa je obrzydliwym robactwem, które toczy rozkładające się ciało społeczne. „Moralnej martwości” narodu towarzyszy nieunikniona „degradacja fizyczna”, więc przedstawiciele owych stowarzyszeń, niemal całe młode pokolenie:

[…] po większej części wzrosty nikłe, plecy pogięte, wzrok obłąkany, kolana ku sobie obrócone, głosy jakby z dud pękniętych wychodzące, bladość namiętności gwałtownych a gminnych. […] fizjonomie wygasłe, na których razem maluje coś z rozbójnika zaporożskiego, coś z Kretyna alpejskiego, coś z faktora żydowskiego: jednem słowem, jest to widowisko obrzydliwe, tyle rażące wzroki, ile ich rozmowy rażą uszy. (30)[39]

Obojętne czy Rzewuski pisze o baragulskich wybrykach[40] czy o wyborach powiatowych, podstawowym skojarzeniem stają się dla niego „śmieszne i nikczemne” saturnalia, orgie głupoty i bezwstydu, ujawniające „chorowitość ducha i demoralizację publiczną” (37). Każda próba opowieści o zjawiskach obyczajowych i społecznych wzmaga wrażenie chaosu świata, jego rozedrgania i nieuniknionego rozpadu. Właściwie jakikolwiek opis instytucji obywatelskich, tradycji, form życia intelektualnego okazuje się wręcz niemożliwy, bo przecież nie można opisać czegoś, co faktycznie podlega rozpadowi – iluzję istnienia tego świata zawdzięczamy jedynie pamięci jego niegdysiejszej świetności. Rzewuski ocenia swą współczesność nie w kategoriach zmiany, postępu, ale w kategoriach odstępstwa i zdrady wobec wzoru szlacheckiego narodu pokolenia ojców.

Tylko ktoś taki jak autor Pamiątek, ktoś zakochany w przeszłości, kultywujący jej tradycje i z jej perspektywy oceniający współczesność mógł mieć w sobie siłę, by wskazać stopień wynaturzenia współczesności. Tylko ktoś taki odważył się powiedzieć, że w świecie pozbawionym stałych wartości i niepodważalnych autorytetów, świecie bez godności i dumy nie ma już życia, są tylko konwulsje, nie ma też już nadziei na przyszłość…

Bardziej więc niż dziełem zdrajcy są Mieszaniny utworem pisanym przez człowieka pogrążonego w rozpaczy, wręcz desperacji. Człowieka, który od de Maistre’a nauczył się logiki historii i zrozumiał, że w porewolucyjnej Europie tylko Rosja pozostała archipelagiem spokoju i poszanowania władzy, gdzie ciągłość dziedzictwa nie została w żaden sposób zakwestionowana[41].

Może Rzewuski jest zdrajcą, może jest przeniewiercą – historyk idei ma pełne prawo by go tak nazwać, ale z kart Mieszanin wyłania się przecież także inny portret pisarza – człowieka przerażonego własną współczesnością, katastrofisty, świadka apokalipsy. Mieszaniny obyczajowe nie są opowieścią satyryka, który w krzywym zwierciadle literatury prześmiewa swych współczesnych. Z perspektywy literackiej jest to albo kontrowersyjna prowokacja intelektualna, desperacka próba potrząśnięcia współczesnymi, zmieszania ich dobrego samopoczucia[42], albo krzyk rozpaczy – nawet nie wezwanie pomocy, ale raczej świadomość nieuniknionej katastrofy świata, który pisarz utożsamiał z polskością. Dla niego, ale chyba też i nie tylko dla niego, polskość jednoznacznie kojarzyła się ze światem wartości ojców i dziadów – kontuszowej, sarmackiej szlachty. Rzewuski nie potrafił, a może też i nie chciał, dokonywać redefinicji tych wartości, ceną wierności okazywała się więc apostazja.

Na koniec jeszcze tylko jedno spostrzeżenie. Trudno nie zauważyć jak niezwykłym utworem są Mieszaniny Rzewuskiego – prowokują, irytują, nie pozwalają formułować jednoznacznych opinii, a równocześnie wciągają czytelników i samego autora w grę, która zmusza do zadawania podstawowych pytań o wierność, godność, obywatelskość, czy wreszcie polskość. Przy tym dzieło to otacza złowroga aura śmierci. W prywatnej korespondencji strwożony lekturą Ludwik Sztyrmer, wówczas już poczytny polskojęzyczny pisarz i wysoki oficer w armii rosyjskiej pytał: „O! Dlaczegóż nie umarł po skończeniu Soplicy?” Stanisław Tarnowski zaś nie wahał się powiedzieć:

Mieszaniny zabiły Rzewuskiego, wybiły na jego czole piętno odstępcy, które się nie zatarło już nigdy i zapewne nie zatrze. Wyrok był sprawiedliwy, bo jużci człowiek, który dla teraźniejszości i przyszłości przystaje na zlanie się z obcym żywiołem, który mówi, że naród politycznie upadły tylko przez nie może jeszcze żyć, który mówi o literaturze rosyjskiej a polską uważa jako jej część, taki choćby najbardziej przeszłość kochał i najrzewniej za nią płakał, ze stanowiska polskiego zeszedł.[43]

Jest w tym wiele racji. Utwór ten, niezrozumiany przez współczesnych, odrzucony, przeklęty nie powinien być jednak sprowadzany do formuły wyznań apostaty czy kolaboranta[44]. To zbyt grube uproszczenie. Bardziej widziałabym w nim próbę może nieudanej, może kontrowersyjnej, ale jednak prowokacji intelektualnej. Dramatycznego, wręcz rozpaczliwego gestu pisarza, który chce obudzić swych współczesnych, chce tego nawet za cenę własnej niesławy i utraty dobrego imienia. Rzewuski świetnie zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakim było wydanie Mieszanin. W przedmowie żartobliwie tłumaczy się kto mu dał patent by „świat czyścić jak bocian”:

To powołanie samo z siebie pokaże się, jeżeli pismo okaże się dobrem; jeżeli dobro i złe jest pomieszane, będzie powodem pism lepszych, które go zbiją; a jeżeli zupełnie złe, zginie w zapomnieniu, nikomu nie szkodząc, – a nawet posłużyć może na wyklejenie form do bab wielkanocnych. (6)

Jednak jak ważna była dla niego ta rozgrywka potwierdza rozpisana na wiele lat próba obrony tez postawionych w Mieszaninach. Najpierw więc w roku 1843 Rzewuski doda tom drugi, potem przyjdzie czas przypisów do Listopada, następnie Wędrówki umysłowe, Głos na puszczy, Teofrast polski i wreszcie nie wydane Teterowianki. Wszędzie tam Rzewuski będzie powracał jako adwokat Jarosza Bejły.

Gdyby Rzewuski nie napisał Mieszanin, to i tak trzeba by było je wymyślić. Bejlizm bowiem, jak w skrócie można określić postawę Rzewuskiego, wyznacza swoisty punkt krytyczny polskiego patriotyzmu. Jego specyfikę charakteryzuje ortodoksyjne podejście do polskości utożsamianej z wartościami szlachty nieskażonej duchem Oświecenia; wartościami, której najpełniej objawiły się w czasie konfederacji barskiej. Na przeciwnym biegunie można ustawić Dziadów cz. III, czy Pana Tadeusza… Jednak bez manifestu Rzewuskiego niemożliwe okazuje się odtworzenie pełnej panoramy postaw Polaków dziewiętnastego stulecia, szczególnie Polaków zamieszkujących ziemie zabrane, czy jak wiernopoddańczo mówi autor Mieszanin – zachodnie gubernie cesarstwa.



[1] Już Stanisław Tarnowski, jeden z pierwszych monografistów twórczości H. Rzewuskiego konstatował, że najskuteczniejszą bronią w walce z Mieszaninami okazało się zapomnienie, jak pisał: „książka ta dziś już wcale czytaną nie jest i nikt jej nie zna”. Zob. S. Tarnowski, Henryk Rzewuski, Lwów 1887, s. 21.

[2] Rzewuski, mimo ponawianych gestów lojalistycznych, wciąż miewał kłopoty z cenzurą. Zgoda na wileńskie wydanie Pamiątek Soplicy była warunkowa – pisarz musiał dokonać wielu zmian w tekście, jeszcze więcej kłopotów było z zapowiadanym w „Tygodniku Petersburskim” dziełem Stosunek Literatury do Historii narodu, które nie zostało przez cenzurę dopuszczone do druku. W tym kontekście niefortunne ukłony pisarza w stronę cenzora – prof. Uniwersytetu w Kijowie Oresta Nowickiego – wydają się w jakiejś mierze zrozumiałe.

[3] Z. Klarnerówna dopuszcza taką motywację słynnego listu M. Grabowskiego do J. Strutyńskiego. Elementem podobnej kampanii mogły być i Mieszaniny. Zob. Z. Karnerówna, Słowianofilstwo w literaturze polskiej lat 1800 do 1848, Warszawa 1926, s. 112.

[4] „Tygodnik Petersburski” 1841, nr 66, s. 364.

[5] Bałagułami nazywano wówczas młodych szlachciców z okolic Berdyczowa, prowadzących hulaszczy tryb życia. Więcej na ten temat zob. J. Kamionkowa, Naród nasz jak lawa, Warszawa 1974; M. Stolzman, Nigdy o tobie miasto… Dzieje kultury wileńskiej lat międzypowstaniowych (1832-1863), Olsztyn 1987.

[6] J. I. Kraszewski, Korespondencja, Rkps. BJ, kk 490, 494.

[7] A. Ślisz, Henryk Rzewuski. Życie i poglądy, Warszawa 1986, s. 192.

[8] H. Rzewuski, Mieszaniny obyczajowe przez Jarosza Bejłę, Wilno 1841. Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania, numery stron podano w nawiasach.

[9] Trafnie tę postawę komentuje Wojciech Karpiński: „Skrajny historyzm, uwielbienie procesu dziejowego, w polskich warunkach prowadzić musi do apologii czasu teraźniejszego, do pogodzenia się z zaborcą, do utraty wiary w przyszłość ojczyzny”. Zob. W. Karpiński, Polska a Rosja. Z dziejów słowiańskiego sporu, Warszawa 1994, s. 37.

[10]    Po upływie wielu lat Kraszewski doszedł do wniosku, że „można i potrzeba było na ów czas bronić hr. Henryka. Mieszaniny, w których goryczy dosypano za wiele, tchnęły wszakże miłością kraju, a hr. Henryk stał na rozdrożu; gdyby go był kraj poparł, byłby się do niego i sprawy narodowej nie zraził”. J. I. Kraszewski, Rachunki 1866, Poznań 1867, s. 366.

[11]    Myślę tu o drugim tomie Mieszanin, Wędrówkach umysłowych, Głosie na puszczy, Teofraście polskim, czy rozdz. Pazia złotowłosego pt. Archipelag Skotostański (t. 1, s. 261-320).

[12]    Jak pisał A. Ślisz: „Ogarnięcie jej i przeanalizowanie pod kątem treści społeczno-politycznych wymaga odrębnego studium, które stało by się zapewne ważkim przyczynkiem do obrazu społeczeństwa polskiego w dobie międzypowstaniowej”. Zob. A. Ślisz, dz. cyt., s. 203.

[13]    P. Chmielowski, dz. cyt., s. 190-191. Podobne pretensje zgłaszał wcześniej autor recenzji Mieszanin w „Tygodniku Petersburskim” 1841, nr 66.

[14] Rzewuski miał mówić, że: „wypowiedział prawdę tylko, ziomkom równie jak jemu bolesną, a chociaż za to dziś jest naganiany, tak jest pewny szlachetności ziomków, że spodziewa się kiedyś za to uznania ich, a dziś wśród nich niczego się nie obawia – a mówiąc to wyjął z kieszeni krucicę i na stole położył. Ojciec mój do rąk ją wziąwszy odpowiedział: Oto jest najlepsza krytyka, hrabio, na twoje Mieszaniny, sam ją podajesz, bo po napisaniu Soplicy nie nosiłeś krucicy, a teraz ją nosisz!” Zob. T. Bobrowski, Pamiętnik mojego życia, oprac. S. Kieniewicz, Warszawa 1979, t. 1, s. 183.

[15]    J. I. Kraszewski, dz. cyt., s. 366-67.

[16]    Przykładem niech będzie reakcja oburzonych słowami Rzewuskiego byłych uczniów Liceum Krzemienieckiego. Swoją drogą trudno nie zauważyć, że to właśnie Mieszaniny zmobilizowały ich do spisania wspomnień i zbudowania żywej do dziś legendy szkoły i jej założyciela Tadeusza Czackiego.

[17]    S. Tarnowski, dz. cyt., s. 20-21.

[18]    A. Ślisz, dz. cyt., s. 196-197.

[19]    T. Bobrowski, dz. cyt., s. 182.

[20]    S. Tarnowski, dz. cyt., s. 24.

[21]    P. Chmielowski, dz. cyt., s. 190-191.

[22]    W. Karpiński, dz. cyt., s. 20.

[23]    H. Rzewuski, Mieszaniny obyczajowe, Wilno 1843, t. II, s. 18.

[24]    Warto dodać, iż zaskakująco podobnych do czytanych wówczas i cenionych Esejów Francisa Bacona. Rzewuski co prawda nie był wielbicielem twórczości Bacona, ale mógł odwoływać się do niej za pośrednictwem rozprawy swego mistrza Josepha de Maistre’a Examen de la philosophie de Bacon.

[25]    Różnorodność podnoszonych tematów mogłaby wynikać z połączenia doświadczenia marszałka szlachty żytomierskiej (stąd obserwacje obyczajowe) z prywatnymi zainteresowaniami filozofią, historią i religią. Zob. M. Kridl, Rzewuski Henryk, [w:] Wiek XIX. Sto lat myśli polskiej pod red. Br. Chlebowskiego, I. Chrzanowskiego, H. Gallego, G. Korbuta, M. Kridla, Warszawa 1913, t. VIII, s. 257.

[26]    „Tygodnik Petersburski” 1841, nr 93, s. 523

[27]    Zdaniem M. Inglota motta i przedmowy do tych dzieł wyraźnie wskazują, iż Rzewuski stylizuje się na kaznodzieję i bezkompromisowego orędownika prawdy. Teofrast (mówca Boży), „głos na puszczy” (określenie św. Jana) podpowiadały kontynuację postawy Piotra Skargi. Zob. M. Inglot, Spowiedź kolaboranta (O Mieszaninach obyczajowych Henryka Rzewuskiego), [w:] Pogranicze kultur, pod red. Cz. Kłaka, Rzeszów 1997, s. 71-72.

[28]    W tym sensie można mówić także o nawiązaniu do Mélanges politiques R. de Chateaubrianda z 1828 r.

[29]    Rajmund Hreczka, Wojciech Rybka, Stary szlachcic litewski, Tetera Petroniusz, Teterowianin.

[30]    S. Tarnowski, dz. cyt., s. 20.

[31]    J. J. Rousseau, Nowa Heloiza, oprac. i tłum. E. Rzadkowska, Wrocław 1962, s. 412. E. Owczarz określa to motto mianem alibi dla konserwatywnych treści utworu. Zob. E. Owczarz, Między retoryką a dowolnością. Wśród romantycznych struktur powieściowych w okresie międzypowstaniowym, Toruń 1993, s. 16.

[32]    To zawężenie horyzontu do Wołynia jest bardzo świadome i konsekwentne. Obrazki rodzajowe, które zawierały opisy zjawisk społecznych, portrety typowych postaci, niemal wyłącznie koncentrowały się na kwestiach charakterystycznych dla Wołynia, ale równocześnie Rzewuski, stosując figurę pars pro toto, dokonuje uogólnienia i w ostatecznej interpretacji jego spostrzeżenia stosują się do całego narodu.

[33]    H. Rzewuski, Teterowianki, czyli listy powiatowe przez Rajmunda Hreczkę (powst. ok. 1843). Bibl. Nar. Sygn. II 6052, k. 2-3.

[34]    Trafnie zauważał Chmielowski: „…Bejła trzymał się przeważnie w swych Mieszaninach tego tonu żartobliwego: szydził, narzekał, przeklinał, ale zdrowej rady, która by pomogła do wybrnięcia z błota moralnego i pomroki umysłowej bardzo skąpo udzielał”. Zob. P. Chmielowski, dz. cyt., s. 188.

[35]    R. Łubieński, Generał Tomasz Pomian hrabia Łubieński, Warszawa 1899, t. II, s. 321-323.

[36]    „Tygodnik Petersburski” 1841, nr 66, s. 365.

[37]    T. Bobrowski, dz. cyt., s. 184.

[38]    Podolanin, w dziale Korespondencja, „Tygodnik Petersburski” 1842, nr 10, s. 54.

[39]    Rzewuski jest głęboko przekonany, że „nadwątleniu moralnemu” narodu towarzyszy jego degradacja fizyczna. Tam zaś, gdzie „duch monarchiczny silny, wykorzeniony w opinii; tam krew panująca odznacza się jakimś nadzwyczajnym urokiem powierzchowności. Wszystkie Książęta i Księżniczki krwi królewskiej za Ludwika XIV były wraz z Królem wzorami piękności. Toż same widowisko okazuje nam całkowita rodzina Najjaśniejszego nad nami panującego MONARCHY. (…) Każdy żywioł moralny musi się wyrażać na rysach tych, co go przedstawić mają”. (29)

[40]    Patriotyczną opinię publiczną szczególnie wzburzył następujący passus: „Co się zaś tyczy rozkładu fizycznego, tu jeszcze więcej ma stosunków ciało społeczne z ciałem indywidualnym, i w niem także robactwo coraz obrzydliwsze toczy szczątki, opuszczone od tego boskiego ognia, który im dawał jednolitość, ruch, żywot. Tem robactwem są pokątne stowarzyszenia, chcące na próżno zatrzymać ten żywot społeczny, ulotniony z dostojnego ciała. Z początku to robactwo będzie foremniejsze, bo wylęgłe w świeższem opuszczeniu organizmu. Ale w następnych jego formacjach, ród po rodzie, coraz więcej się każąc, dojdzie do ostatecznych krańców obrzydliwości. Będą z początku Filarety, Promieniści, potem związki patriotyczne, Kosoniery, Templariusze, a na koniec Skórkowi i Baragoli, których nazwiska najlepiej wyrażają cele i dążności: pierwsze nazwisko jest godłem bydlęcia, drugie posługacza żydowskiego; – już więcej zniżyć się nie można…” (21-22).

[41]    M. Król, Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX w., Warszawa 1985, s. 63. Podobnie, w szeroki kontekst ówczesnej myśli konserwatywnej wpisuje Rzewuskiego J. Jedlicki w książce Jakiej cywilizacji Polacy potrzebują, Warszawa 1998, s. 191.

[42]    Na zarzuty Olizara miał Rzewuski odpowiedzieć: „Cózem złego uczynił (…) żem wywołał oburzenie? Więc naród żyje. Byłby umarł gdyby milczał”, J. Leszczyc, Wstęp, [w:] G. Olizar, Pamiętniki 1798-1865, Lwów 1892, s. XXXII.

[43]    S. Tarnowski, dz. cyt., s. 31.

[44]    A. Bar, O apostazji politycznej Henryka Rzewuskiego, „Przegląd Współczesny” 1928, t. 27, nr 78; M. Inglot, Spowiedź kolaboranta (O Mieszaninach obyczajowych Henryka Rzewuskiego), dz. cyt.

Najnowsze artykuły

Gdzieś na antypodach czy jednak znacznie bliżej? (wywiad)

Rafał Habielski

Data dodania: 2017-06-26

O duchu rewolucyjnym. Wybór pism.

Hieronim Kajsiewicz

Data dodania: 2017-06-08