Artykuł
Małostkowość ducha
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
Zygmunt Balicki

 

Pierwodruk w: Przegląd Narodowy, kwiecień 1909, rok II, nr 4.

 

Niema rzeczy ani idei tak wielkiej, z której nie można by zrobić rzeczy lub idei małej, i to nie tylko wtedy, gdy się ona przez ciasny mózg lub cherlawe serce filtruje: wystarczy powtarzać ją bezmyślnie, zacierać jej kontury, stosować w niewłaściwym czasie i miejscu, pozbawić żywej treści, aby z rzeczy głębokiej zrobić płytką, z szanownej i powszechnie szanowane) – osławioną. „Jeżeli masz idee - mówi w pewnym miejscu Heine – nie obnoś jej domu do domu, gdyż na pewno głupstwo z tego wyrośnie”. W każdym społeczeństwie wiele tego rodzaju bezwartościowych liczmanów kursuje, i to tym więcej, im bardziej Jest ono przeżyta lub zdezorganizowane.

Po wszystkie czasy nowatorzy w dziedzinie ducha musieli ze swej drogi usuwać idee bez treści, pojęcia, z których już tylko brzmienie pozostało, wytarte w długim użyciu znaki lub formy bez zawartości duchowej. Jeżeli nie zawsze na tym polegał postęp, to w każdym razie nie wijał on nigdy pełnych swych kształtów bez tej oczyszczającej roboty.

Ale okiełznać beztreściwość skarlałych idei można w sposób dwojaki. Można je wprost zwalczać: wykazywać ich zupełną nicość, poddawać sprawdzianom racjonalistycznego krytycyzmu, podnosić ich sprzeczności wewnętrzne, obniżać w oczach zwolenników, dyskredytować, odrzucać i zabijać. Można je również odradzać: odtworzyć, zrozumieć i odczuć treść istotną, która powołała je do życia i przyświecała im w dniu narodzin uchwycić co w tej treści jest wiecznego i nieprzemijającego, odrzucić formy i dodatki zwyrodniałe, a zaszczepić na ich miejsce nowe pędy, pełne soków żywotnych, odmłodzić i przerodzić ich zawartość pozytywną, a zarazem zachować ciągłość ich żywota, oddając następnym pokoleniom odziedziczoną puściznę przeszłości równie żywotną, jak nią była ongi.

Postęp w dziedzinie umysłowej i moralnej bodaj wyłącznie na tej drugiej opierał się metodzie; pierwszą drogą szedł zawsze „postęp” w cudzysłowie, jak go dziś u nas powszechnie rozumieją i jak on sam siebie pojmuje. Otóż metoda ścinania drzewa dla usunięcia zeschniętych gałęzi, metoda „wylewania dziecka razem z kąpielą” tę szczególną posiada właściwość, że na miejsce pnia ściętego wątłe tylko i karłowate od urodzenia hoduje sadzonki.

Przyczyna tkwi w samej naturze metody, obalającej do podstaw jedne idee, ażeby na ich miejsce postawić nowe, inne do gruntu. Nowe i inne, a więc przeciwstawne, negujące wszystko, co stanowiło istotę idei dawnych, i na samych antytezach wzniesione.

Gdy w starym domu belki próchnieją i wilgoć się zakrada, można – kogo stać na to i kto niema przywiązania do starych murów – zamiast dać nowe belki i osuszyć ściany, zwalić dom cały i wznieść nowy, bodaj żelazno-betonowy, aby niczym nie przypominał starzyzny i odpowiadał najnowszym pomysłom technicznym. Ale ani idee, ani obyczaje, ani ustrój społeczny nie są martwymi mechanizmami, które można odbudowywać metodą inżyniersko-fabryczną. Są to żywe organizmy, narastające wiekami, przystosowujące się szeregiem pokoleń do zmiennych warunków i rozwijające się organicznie śród bólów żywota. Można je wypaczyć lub zabić, ale nie można ich budowy przyrodzonej zmieniać dowolnie. Na tym polega całe nieporozumienie, zachodzące między metodą obalania a odradzania, między „postępem” a postępem, że tamten traktuje życie mechanicznie, ten –  organicznie, tamten – logicznie, ten – twórczo. Bo tak samo jak najlepiej skonstruowany mechanizm będzie zawsze tylko automatem lub przyrządem, ale nigdy organizmu ani narządu nie wytworzy, podobnież logika sama w sobie twórczą nie jest: może ona grać rolę pomocnicy i sprawdzianu, ale nie zastąpi nigdy intuicji twórczej, tryskającej z głębi nagromadzonych zasobów instynktu ożywczym uczuciem i płodną myślą.

Cała, niemal wszechobejmująca dziedzinę życia społecznego sfera idei, wierzeń, poglądów i zasad, nosząca u nas ogólnikowe miano „postępu”, wyszła genetycznie z heglowskiego idealizmu, układającego postęp myśli ludzkiej w trójcę logiczną: tezy, antytezy i syntezy, i miała być syntezą antynomii i sprzeczności okresów poprzednich; tymczasem – gwoli naturze umysłów, które stały się jej nosicielami i komentatorami – sama stała się jedynie i wyłącznie antytezą spółczesnego swemu powstaniu dorobku myśli cywilizacyjnej. Obalając to, czym żyła dotychczas samowiedza społeczna, ów „postęp” dbał przede wszystkim o to, ażeby jak najgruntowniej dokonać rozbiórki i jak najmniej pozostawić śladów z tego, co było. Przeciwstawiając się wszystkiemu, negował nawet zdrowy i mocny pień idei, wyrosły w ciągu wieków, negował jedynie dlatego, że widział na nim gałęzie uschnięte i trafiał na gorzkie owoce. A pień ten właśnie przedstawiał sumę tego, co w duchowości społecznej jest wieczne i niezniszczalne, co jedynie może posłużyć za materiał i osnowę syntezy przyszłości. Sklecona z samych antynomii logicznych, z samych przeciwieństw myślowych, przenoszonych na grunt społeczny, nowa budowa wznosiła swe zręby pod hasłem: „nie to, co było”, a za materiał konstrukcyjny brała szereg antytez tego wszystkiego, co się przeżyło. Ale gdy to, co się przeżywa, jest z natury rzeczy małe, nikłe i znikome, podobnież idee i pojęcia, nicujące owe przeżyte kształty na wywrót, są tak samo małe, nikłe i znikome. I stało się, co się stać musiało; wielki na pozór ruch umysłowy, nazwany „postępem”, nie chcąc i nie umiejąc dopatrzyć w ideach i rzeczach pierwiastków ich wiecznych, niepożytych i niezniszczalnych, a tym silniejszych że tradycyjnych, tym szanowniejszych, że uświęconych czcią pokoleń, rzucił w obieg całą masę idejek przemijających i duchowo wątłych, karykaturujących a więc karykaturalnych, a ponieważ sam był wojujący, prozelityczny i propagatorski, przeto dbał więcej o ich zwycięstwo niż o tryumf, o ich rozpowszechnienie niż o wartość wewnętrzną, o ekstensywność ich wpływu niż o intensywną ich twórczość, począł „obnosić je z domu do domu” i zapładniać niemi umysły wulgarne i ciasne. Odtąd datuje się u nas zalew idei małych, obieg pojęć ciasnych i kult rzeczy bez jutra.

Oderwany ten obraz wymaga konkretnej, chociażby grubymi rysami nakreślonej ilustracji.

Socjalizm był dzieckiem Wielkiej Rewolucji francuskiej w tym znaczeniu, że wystąpił jako reakcja przeciwko liberalnym, dezorganizacyjnym i anarchicznym dążnościom kapitalizmu, razem z nią wchodzącego na widownię historyczną. W pierwocinach swych ideowych miał socjalizm wskrzesić w nowych formach zburzoną organizację społeczną, przywrócić jej charakter ludzki na miejsce maszynowej rekrutacji najemnika, zaprowadzić organizację pracy i wytwórczości na miejsce anarchii w produkcji, oprzeć nowe formy ustroju gospodarczego na współdziałaniu, zrzeszeniu i solidarności, dać początek zbliżeniu i organizacji między narodami, słowem stać się wielkim dziejowym prądem powszechnego uspołecznienia. To były pierwiastki wieczne i niepożyte w postępie ludzkości, synteza przeciwieństw przeszłości, oparta na wzmocnieniu budowy społecznej.

Ale odrodzenie wielkich, acz starych w swej istocie-idei nie leżało w naturze umysłów, które stworzyły, urobiły i zwulgaryzowały socjalizm współczesny. Jedna myśl zaprzątała bezwzględnych nowatorów: przeciwstawić jak najradykalniej prąd nowy istniejącym pojęciom i urządzeniom Zamiast z klas pracujących stworzyć nowy czynnik odrodzenia społeczeństwa, ogłosili społeczeństwo za wroga i przeciwstawili mu „proletariat”; zamiast hasła współdziałania i solidarności rzucili hasło walki na całej linii; zamiast wzmocnienia jedności społeczeństwa – rozbili je na klasy; politycznej przewadze „burżuazji” przeciwstawili „dyktaturę proletariatu”, reformom i ulepszeniom – zasadę „im gorzej tym lepiej”, aż do chwili rewolucji, która wszystkie wady ustroju od jednego zmiecie zamachu. Ponieważ „burżuazję” pomawiano o tendencje nacjonalistyczne, wypowiedziano walkę samemu pojęciu narodowości i tępiono uczucia narodowe; istniejące w społeczeństwie, wiekami urobione zasady moralne ogłoszono za klasowe, za „burżuazyjne” o ile te zasady nie liczyły się z tradycją, za „drobnomieszczańskie” zaś – o ile się na niej opierały; nawet nauka i sztuka nabrały w ich ustach cech klasowych i tylko te ich przejawy zasługiwały na uznanie, które służyły socjalizmowi; skoro wreszcie narody po Wszystkie czasy idealizowały swe idee przewodnie, socjalizm zmaterializował je, nie tylko filozoficznie, ale i życiowo.

W ten sposób powstał nowy prąd ideowy bez kręgosłupa, bez innych ogniw, wiążących go z historią narodu, prócz negatywnych; prąd, pozbawiony wszelkiej syntezy dziejowej, rozbity natomiast na szereg poglądów przeciwstawnych, z których każdy, pozbawiony soków jednego pnia macierzystego wyrodził się w karłowatą sadzonkę. Poroniony poryw ducha ludzkiego, bo wymieniony już z góry na drobną monetę obiegową, a raczej na wytarte liczmany!

Albo znów idea reformy obyczajów w rodzinie, małżeństwie i życiu płciowym. Jest to zadanie w dziejach społeczeństwa niemal chroniczne. Nowe, bardziej złożone formy bytu wymagają nowych przystosowań; z drugiej strony, gdy, jak zawsze w okresach moralnych przesileń, treść żywa zaczyna zatracać się w przedawnionych, kostniejących formach -występuje potrzeba odrodzenia zamierających wartości wlania nowego ducha w nadwerężoną skarbnicę szczęścia ludzkiego. Ale u nas, z gorączkowym pośpiechem neofitów w dziedzinie moralności publicznej, podjęli to zadanie ludzie, wyżuci z tradycji rodzinnych, widzący w małżeństwie tylko konwenans i jarzmo, a w życiu płciowym – sferę czysto indywidualną, od obu tych instytucji niezależną. Antytezy były ich punktem wyjścia, antytezy wypełniły sobą treść rzucanych przez nich haseł. Cała dziedzina moralności publicznej, o której mowa, była dotychczas oparta na pojęciu obowiązku względem społeczeństwa, względem osób tymi stosunkami objętych, wreszcie względem siebie samego; oni zamiast wskrzesić i ożywić poczucie obowiązku, uzupełnić go i sprawiedliwej rozłożyć jego ciężary, postawili całą sprawę na gruncie praw jednostki. Nie odwoływali się do zwiększonych i uregulowanych obowiązków rodziców względem dzieci w rodzinie, lecz do praw dzieci względem rodziców; nie dążyli do odrodzenia małżeństwa przez podniesienie duchowej jego treści, lecz do zastąpienia go uświęconym przez opinię prawem wolnej miłości; nie propagowali obowiązku higieny moralnej w życiu płciowym, lecz „uświadamiali” instynkty, rozbudzali je przedwcześnie pseudonauką i pseudoliteraturą i pozwalali dawać mu ujście w imię swobody jednostki. Każda z tych nowo ogłoszonych licencji była furtką, przez którą wymykała się na światło dzienne anarchia moralna z całym korowodem nadużyć, zboczeń, zwyrodnienia i histerii. Zamiast idei, która mogła być wielką, zrodziła się cała masa „najnowszych prądów”, które miały to do siebie, że podkreślały i potęgowały w każdej rzeczy jej strony małostkowe, pozbawione wartości moralnej, płytkie, egoistyczne, skazane na zagładę w procesie własnego rozkładu. Nie podniosły one ani o włos poziomu moralności obyczajowej w społeczeństwie, ale wyzwoliły mnóstwo pożądań, wywołały tysiące nowych tarć w stosunkach rodzinnych, wykoleiły i zwichnęły wiele młodych żywotów i zasiały sporo chwastów na niwie etycznej.

To samo w dziedzinie życia publicznego. Istnieje w każdym prawdziwym narodzie silniejsze ponad wszystko poczucie, że jest on jednym, duchowo i fizycznie nierozdzielnym i niepodzielnym organizmem, poczucie, które już wyraźnie sformułował w swej przypowieści Meneniusz Agrippa, na całe wieki wprzód, nim socjologia naukowo je stwierdziła i wykryła jego podstawy w budowie społecznej. Istnieje również w takim narodzie jedno wielkie przykazanie jego bytu i mocy dziejowej, niby przykazanie Dekalogu, głoszące: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, a które Rzymianie wyrażali w zasadzie: „Salus reipublicae suprema lex esto”, Anglicy zaś w słowach: „Right or wrong, my country!” Poczucie to i to przykazanie powinny stanowić najwyższy sprawdzian i punkt orientacyjny wszelkich „przekonań” w dziedzinie publicznej. Dawni Francuzi wyrażali to w zdaniu: „Trzeba mieć honor, nim się będzie miało zasady”, my, moglibyśmy ująć to w słowa: „Trzeba mieć poczucie ojczyzny i sumienie narodowe, nim się będzie miało przekonania”. I to właśnie stanowi pierwiastek wielkości i niezniszczalności w życiu publicznym, który musi być wciąż odnawiany, wzmacniany i odradzany u podstaw, przy każdej rewizji zasad, na których się to życie opiera.

Ten to pierwiastek podkopały przede wszystkim swą negacją prądy „postępowe” ostatniego pokolenia, gdy przystąpiły do rewizji podstaw spółczesnego naszego życia publicznego. W ich oczach wielkość jakiejkolwiek idei nie na tym Polega, żeby była wieczną i wzmacniała niepożyte ostoje bytu narodowego, lecz na tym, żeby była nową, żeby właśnie jak najdalej, jak najradykalniej odbiegała od tego, co temu bytowi za podstawy' dotychczas służyło. Na miejsce syntetycznego pojenia ojczyzny i organicznego pojęcia narodu wysunięto, jako najwyższy sprawdzian dążeń w dziedzinie życia Publicznego,–klasy, partie, jednostki, a w tym przestawieniu sama idea „naprawy rzeczypospolitej” ustąpiła miejsca rewindykacjom, pretensjom i porachunkom. Co byśmy powiedzieli o człowieku, któryby wielkie cele i zadania swego życia (nienowe i nieoryginalne, bo zawsze te same, odkąd ludzie służą społeczeństwu) sprowadził do całego szeregu utyskiwań i pretensji, że otoczenie go krzywdzi i wyzyskuje, że nie pozwala mu odgrywać odpowiedniej roli, że wszyscy naokół są winni jego niepowodzeniom, a on sam jest zapoznaną i prześladowaną wielkością? – Powiedzielibyśmy o nim, że marnuje istotne zadania swego życia, że topi je w małostkowych narzekaniach i swarach, że nie idea mu przyświeca, lecz drobne porachunki zawistnej i zgryźliwej zarozumiałości. „Idea” klasowa była już w chwili swych narodzin antytezą innej „ideologii klasowej”, którą ochrzczono mianem „burżuazyjnej”, ale tym pojęciem objęto nie tylko te mizerne, małe i samolubne dążności, które rzeczywiście na tle nadużyć przewagi klasowej w świecie kapitalizmu wyrosły, ale zarazem wszystko, co stanowiło dotychczasową treść społeczeństwa i narodu. Potępiono nie tylko rzeczy znikome i przemijające, lecz za jednym zachodem i rzeczy najistotniejsze, najbardziej podstawowe, na ich zaś miejsce zaszczepiono kult dążeń – ba! nawet nadużyć – równie marnych, jak poprzednie, bo sprowadzonych – ich wzorem – do spraw żołądka i władzy, tylko że na gruncie pożądań innej klasy wyrosłych.

Klasowość objęła zresztą tylko dwie krańcowe strony nowego prądu: z jednej strony – czystą teorię, z drugiej -rozbudzone instynkty nienawiści jednostkowych i zbiorowych; [środek, właściwe życie publiczne, znalazło najwyższy swój sprawdzian w pojęciu partii. Służba publiczna ma na celu nie naród, lecz partię, albo, ściślej mówiąc, „zasady” (choćby wczoraj zrodzone i nabyte), których jedynym wyrazem jest partia. Ona jest nosicielką prawdy bezwzględnej, najwyższym sędzią spraw doczesnych, wykonawczynią dziejowych przeznaczeń; kto nie z nią – ten przeciw niej, ten jest wrogiem, którego jedynym celem jest zwalczanie i prześladowanie prądu przyszłości. Wszystko, co robią inni, jest w gruncie rzeczy zwrócone, przeciwko partii, jest ukrytym podstępem lub jawnym zamachem na jej dążenia, na samo |ej istnienie.

W ten sposób na arenę naszego tycia publicznego wkroczyły dwa zarazki moralne; partyjnej manii wielkości i partyjnej manii prześladowczej, nadające każdemu starciu opinii charakter czegoś równie nienormalnego jak i małostkowego. Idea mesjanistyczna wielkości prześladowanej w zastosowaniu do narodu była błędna i niebezpieczna, ale była ideą dniej miary; prześladowane wielkości partyjne będą zawsze wyrazem skarlałego ducha i cherlawej myśli.

Rdzennej istocie narodu można przeciwstawić nie tylko klasę lub partię, lecz również jednostkę. Bezpretensjonalna ale doniosła stara zasada, że społeczeństwo ma obowiązki względem jednostki, uzupełniona jej korelatywną, że jednostka ma obowiązki względem społeczeństwa, a dalej wskazanie nowych obopólnych obowiązków, wypływających z nowego układu stosunków, – mogło stworzyć ideę płodną i twórczą, ale w takim razie nie byłoby w niej ani antytezy, ani burzenia. Zamiast więc tego wysunięto pseudoideę praw jednostki nie tylko wobec społeczeństwa, lecz i wbrew społeczeństwu. „Idea” podobna, podniesiona do godności zasady powszechnej w życiu narodu, przypominałaby dążenie do poddziału kapitałów i zasobów stowarzyszenia wytwórczego między jego członków i równałaby się likwidacji zrzeszenia. Poczęło się też w jej imieniu prawdziwe rozdrapywanie dóbr moralnych i materialnych narodu: wszyscy żądali praw, ale nie miał kto ich dawać, zapomniano bowiem o jednej rzeczy, że opiekować się skutecznie potrzebami jednostek może tylko społeczeństwo silne i władne, ale nie takie społeczeństwo, które sami uczestnicy stawiają na skraju likwidacji, żądając tylko praw dla siebie, a nie poczuwając się do żadnych względem niego obowiązków.

Długo jeszcze można by ciągnąć listę przykładów, w jaki sposób u nas w ostatnim pokoleniu, pod natchnieniem radykalizmu w negacji, pieniactw w rzeczach publicznych i skłonności do wyszukiwania i rozdmuchiwania przeciwieństw starano z oczu strony wielkie, twórcze i nieprzemijające zjawisk, wysuwających się na widownię życia narodowego, i w jaki sposób obniżano ich treść ideową do poziomu wynaturzonych teoryjek, małych, choć osłoniętych szumnymi hasłami pożądań, drobnych antagonizmów i małostkowych ambicji.

Teorie i hasła, sprzeczne z normalnymi, zdrowymi instynktami narodu, przyjmują się trudno, ale grunt na którym stawia się kwestię sporną, kąt widzenia i sposób ujmowania rzeczy udzielają się łatwo, udzielają się do pewnego stopnia z konieczności, gdy w starciu poglądów używać trzeba argumentów współmierznych z argumentami przeciwnika, a więc niejako poruszać się w tej samej płaszczyźnie myśli. Przy tym, wobec długotrwałej propagandy pewnych teorii, pojęć i punktów widzenia, umysł poczyna się stopniowo oswajać z tym, co go pierwotnie raziło w sposób jaskrawy i wtedy – zwłaszcza w szczegółach, poruszających złe instynkty natury ludzkiej – schodzi bezwiednie na grunt przeciwnika. Przyczynia się do tego także w znacznym stopniu konieczność odpierania ataków bronią równie silną i skuteczną, a więc tą samą. Tym się tłumaczy fakt, tak skądinąd znany, że od przeciwnika przejmuje się przede wszystkim jego wady, narowy i ekstrawagancje.

Trzeba środowiska wyjątkowo pod względem ideowym skonsolidowanego i wyjątkowo odpornego pod względem charakteru, żeby ono z podobnych długotrwałych wpływów wyszło nietknięte i duchowo nie uszczuplone. W naszym społeczeństwie dostęp tym wpływom ułatwiała bezmyślna jakaś tolerancja, okrywająca się płaszczykiem kultury i zamiłowania w swobodzie (chociaż nie o przeciwstawianie im przymusu przecie chodziło), a będąca w gruncie rzeczy brakiem charakteru, biernością myśli, obojętnością uczuć i sentymentalnym jakimś sceptycyzmem.

Pod tchnieniem negacji, śród nastroju wyszukiwania przeciwieństw i zapoznawania najistotniejszych stron życia, wystąpiła w naszej duchowości cała powódź maluczkich idejek i małostkowych uczuć. W każdym nowym fakcie, wchodzącym na widownię samowiedzy zbiorowej, mało kto dostrzegał jego treść głębszą, jego związek z przeszłością i znaczenie w życiu narodu, całą zaś uwagę i zainteresowana nie przyciągały do siebie jego strony przemijające, małe, niemal plotkarsko – komerażowe. Jedni czuli się nim obrażeni w imieniu swoim, stronnictwa lub narodu, drudzy wyszukiwali możliwych przeciwieństw i niezgodności z różnymi „zasadami”, inni rościli wszelkiego rodzaju pretensje, jeszcze inni dopatrywali się stron śmiesznych, a nastrój krytyczny, ta negacja uczuciowa, ogarniał umysły, nim zdołało się w nich odbić to, co jedynie godne było uwagi i poważnego traktowania.

Nadawanie wielkiego znaczenia rzeczom, które go nie mają, a niezdolność do zrozumienia rzeczy wielkich w życiu i przejęcia się niemi – wytwarza to, co słusznie nazwać by należało filisterstwem ducha. O człowieku, stronnictwie lub narodzie stanowi zakres pojęć i spraw, w których się obraca i którymi żyje, a nadto sposób, w jaki je bierze i na nie reaguje; od tego zależy, czy w toku żywota wzbogaca swą duszę, czy ją uboży i zmniejsza. Można by to nazwać duchową stopą życia. Otóż stopa ta, pod wpływem prądów negacji, przeciwieństw i pieniactwa publiczne go, obniżyła się znacznie, ta sama bowiem sprawa może wzbogacać duszę, jeżeli jest brana ze strony pozytywnej, rozszerzającej zasoby duchowe, lub ją ubożyć, jeżeli jest negatywną, zużywającą te zasoby bez wytwarzania istotnych nowych wartości. Czynnikiem twórczym będą tradycje rodowe i rodzinne, jeżeli stanowią jeden więcej łącznik ze społeczeństwem, podnietę do pełnienia obowiązków i podporę w budowie moralnej, obniżającym zaś i rozkładowym – gdy występują jako snobizm, przeciwstawiający się innym, lub źródło rzekomych praw bez zasługi. Dążyć do pomnożenia bogactw osobistych można drogą wytwarzania nowych wartości i wynalazczego stosowania swej pracy, albo też zdobywaniem istniejących już wartości i sprytną zamianą ich właściciela. Można szukać zadowolenia swych ambicji w tworzeniu rzeczy doniosłych i nieprzemijających, albo w wysuwaniu się na widownię przez odsuwanie i obniżanie innych itd. Wszystko, co wydobywa na jaw i rozdmuchuje małe idee, poziome ambicje, niezdrowe pragnienia i małostkowe zawiści, zniża duchową stopę życia w społeczeństwie i pogrąża je stopniowo w filisterstwo ducha, w stan ustawicznego rozagitowania zabiegami i troskami, z których się nic dla przyszłości nie zrodzi.

Filisterska małostkowość ducha w dwóch zwłaszcza rozwija się kierunkach.

Wszelkie, na poziomym gruncie przeczenia i negacji wyrosłe teorie, zasady, pożądania i ambicje szukają sobie uczuciowego uzasadnienia w nadawaniu śmiesznej wartości rzeczom małym, w sztucznym potęgowaniu wzruszeń fikcyjnych, w unoszeniu się, często namiętnym, nad małostkami życia. Stąd powstaje szczególnego rodzaju sentymentalizm, który tym się różni od dawnego romantycznego sentymentalizmu poprzedniego pokolenia, że nie płynie z wysokiego ciśnienia uczuć, lecz z niskiego ciśnienia myśli, że nerwową swą wrażliwością pokrywa brak istotnej treści duchowej. Sentymentalizm jest niczym innym, jak tylko przesadną uczuciowością, zwróconą do rzeczy małych. Sztuczny i fałszem brzmiący patos staje się motywem przewodnim operetkowych przedstawień, pozujących na dramaty narodowe lub tragedie społeczne. Gdziekolwiek go słyszymy, możemy być pewni, że kryje się za nim zwykłe filisterstwo ducha.

Ale temu przesycaniu uczuciami rzeczy małych towarzyszy z konieczności potrzeba obniżania jądra rzetelnej wartości, które noszą w sobie zjawiska prawdziwie ideowe. Chcąc zapewnić tryumf akcesoriom, jedynie dostępnym dla umysłów o filisterskiej zaprawie duchowej, trzeba usunąć w cień istotę rzeczy, rozbić ją krytycznie na części, choćby sztuczne, i wcielić do tych akcesoriów, jako nieodłączną ich przynależność. Daje się do zrozumienia łub dowodzi wywodami, że pierwiastek wieczny w zjawiskach jest tylko zmurszałą starzyzną, że jest on niepożyty tylko dzięki trwałości przesądów, na których się opiera, że moralna jego siła – to tylko ukartowany podstęp, a przyświecająca mu troska o dobro publiczne – to tylko majak, obliczony na zmylenie drogi innym. Takie przesłanki duchowe krzewią w umysłach cynizm, który nie wierzy, lub udaje, że nie wierzy w istnienie pierwiastku wiecznego dobra śród ludzi. A nie jest to cynizm wielkiego serca, choć w słabej osadzonego piersi,, które poznało życie, poczuło swoją wobec niego bezsilność i, gryząc innych, samo rozdrapuje swe rany, lecz jest to cynizm dusz małych, wywołany na zamówienie, dla ściągnięcia do swego poziomu tego wszystkiego, co je moralnym dostojeństwem przerasta. Syk jego rozlega się przy każdym nowym zapoczątkowaniu, przy każdym przedsięwzięciu użyteczności publicznej, które potrąca w czymkolwiek o mały światek filisterskich trosk i zabiegów.

Sentymentalizm połączony z cynizmem – oto ostatni owoc rozpanoszenia się małostkowości ducha pod wpływem prądów negacji.

Pierwiastków wiecznych, niepożytych i twórczych we wszech rzeczach można nie dostrzegać, można zaprzeczać ich istnieniu, a jednak one są, działają w ukryciu i tworzą postęp narodów, Są w każdej idei, w każdej dążności dziejowej, w każdym prądzie, stronnictwie lub przedsięwzięciu, w dobrej woli poczętym. Wyraz ich może być spaczony, forma niegodna celu, ale za tą łupiną kryje się ziarno czegoś, co nie przeminie. Czy trzeba dodawać, że tylko ci, co go szukają, potrafią odkryć w każdej rzeczy, wcielić do wspólnych dążeń i zużytkować dla przyszłości, że tylko ci mogą się zaliczać do cechu budowniczych narodu?

 

Najnowsze artykuły

Literatura a życie polskie

Stefan Żeromski

Data dodania: 2017-11-27

Kongres Wiedeński

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27

Skarbiec Historii Polski - przedmowa

Karol Sienkiewicz

Data dodania: 2017-11-27