Artykuł
Konieczność zmiany konstytucji marcowej
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
DR

Pierwodruk: „Ruch Prawniczy i Ekonomiczny”, 1930 z.2.

 

 

 

ODPOWIEDŹ NA ANKIETĘ

RUCHU PRAWNICZEGO, EKONOMICZNEGO I SOCJOLOGICZNEGO

 

 

1. Czy pożądana jest reforma Konstytucji marcowej w ogóle?

Wywody poniższe dają odpowiedź twierdzącą na niniejsze py­tanie.

2. Jakie zmiany w konkretnych artykułach uważam w obecnym czasie za najlepsze i najważniejsze? 

 Za najpilniejsze i najważniejsze uważam zmiany w art. 26, 35, 37, 39, 58.

Art. 26 należy tak przeredagować, aby stało się również możli­we rozwiązanie Sejmu bez Senatu, i vice versa. Jest zupełnie jasne, że zupełnie tak samo, jak nader często zachodzi potrzeba rozwią­zania obu izb, tak samo może ona zajść tylko względem jednej z izb, – i K. powinna w całości potrzebie takiej czynić zadość. Tak też jest w Czechosłowacji (§ 31 II).

Z art. 26 III należy usunąć skandal kodyfikacyjny. Jest nim zwrot „bądź w uchwale Sejmu i Senatu”„. Zwrot ten jest spadkiem po poprzedniej redakcji art. 26, bezmyślnie przepisanym do znowe­lizowanej redakcji tego artykułu, nieprzewidującej możności rozwiązania Sejmu mocą własnej uchwały.

§ 1. Kryzys konstytucjonalizmu a zmiana Konstytucji marcowej.

Konieczność zmian artykułów, traktujących o organizacji i kom­petencjach Senatu pozostaje w najściślejszym związku z zagadnie­niem dolegliwości, której zmiana ta ma zaradzić – z kryzysem kon­stytucjonalizmu.

Istnienie tego kryzysu dziś kwestionować może tylko albo demagogia, albo nieuctwo albo wreszcie zupełna powierzchowność, przystrojona W pozory erudycji. Do ostatniej kategorii zaliczyć nale­ży te wszystkie, do znudzenia powtarzane twierdzenia, kwestionujące istnienie kryzysu w konstytucjonalizmie z tego względu, że każdy inny system jest jeszcze gorszy, że wady, wytykane konstytucjona­lizmowi właściwe są innym, przed konstytucyjnym ustrojom lub dyk­taturom. Ostatnim argumentem, z wytrwałością godną znacznie lep­szej sprawy, stale wojuje Niedziałkowski. Nie jest to, rzecz jasna, żaden argument, gdyż wszystkie te inne ustroje, właśnie na skutek tych wad, bezpowrotnie zapadły się w nicość, co dla konstytucjonalizmu nie może być przecież najmniejszą po­ciechą.

Argument pierwszy jest również rozbrajająco naiwny. Kwe­stionowanie istnienia kryzysu w konstytucjonalizmie tylko dlatego, że inne systemy są jeszcze gorsze jest akurat tak samo uzasadnione, co nieuznawanie faktu, że stan paralityka jest groźny, gdyż jeszcze groźniejszy jest stan paralityka, cierpiącego na raka. Jasne jest przecież, że znamiona paralityczne występować muszą w systemie, którego cala istota opiera się na większości, gdy większość ta coraz częściej staje się omalże nieosiągalna, i gdy jej moc obowiązującą wielokrotnie kwestionują przysięgli obrońcy demokracji parlamen­tarnej (obszernie pisałem o tym w Gaz. Sądowej 1926 Nr. 44 p. 603 do 606 Nr. 45 p. 615-16).

Zwolennicy uprawiania wobec kryzysu konstytucjonalizmu po­lityki strusiej wszczęli wielką triumfalną wrzawę z powodu arty­kułów Poincare'go, ogłoszonych w prasie południowo-amerykań­skiej, w których miał on kwestionować istnienie tego kryzysu. Wszystkim tym szczególnie polecić należy późniejszy artykuł tegoż Poincare'go, którego tytuł jest już całym programem: „Kryzys par­lamentów” (Neue Fr. Presse 23. 2. 30).

W artykule tym Poincare trafnie wytyka parlamentom wszyst­kie ich grzechy pierworodne: sejmowładztwo, partyjnictwo, polo­wanie na teki, osłabianie władzy wykonawczej itd.

Szczególnie zaś ważny jest fakt, że istnienie beznadziejnego kryzysu demokracji i parlamentaryzmu stwierdza nikt inny tylko Kautsky, i że słusznie wskazuje jego źródło – brak większości[1]).

§ 2. Zmiana Konstytucji musi zaradzić nie­bezpieczeństwu demagogii.

Z chwilą, gdy diagnoza kryzysu ustalona została bezsprzecznie w sensie dodatnim należy, z kolei, wskazać przyczyny tej dolegli­wości, wreszcie zastanowić się nad terapią.

Przyczyn jest bardzo wiele (obszernie o tym Gaz. Sąd. 1926 Nr. Nr. 35-52. Szczególnie p. 718). Terapię rozpocząć należy od usuwania przyczyny najważniejszej. Jest nią beznadziejnie niski po­ziom wyborców.

Że poziom wyborców nie tylko polskich ale nawet angielskich i amerykańskich jest istotnie beznadziejnie niski, o tym świadczą fakty. Kilka specjalnie jaskrawych i charakterystycznych przytoczy­łem gdzieindziej („Wybory a zasady”. – Droga 1928. Nr. 9, str. 842-51). O równie beznadziejnym stanie rzeczy świadczą wyniki referendum szwajcarskiego (Fakty u Maliniaka: Demo­kracja a parlamentaryzm 30–32). Ewolucja ostatnich czasów bez­nadziejność tę tylko potęguje. Referendum w Szwajcarii znajduje się w stanie likwidacji, i to likwidacji contra legem: Wobec tego, że w referendum wyborcy odrzucali najważniejsze ustawy, parla­ment szwajcarski zaczął korzystać z przepisu, stanowiącego, że refe­rendum nie podlegają „uchwały związkowe”, uznane za pilne (art. 89 II). Ustawy, którym groziło odrzucenie, w referendum, parlament szwajcarski przyjmie w formie „uchwał związkowych”, które uznaje za pilne. Giacometti zupełnie słusznie stwierdza,, że takie posługiwanie się art. 89 II zarówno pozbawia wyborcę jego praw konstytucyjnych, jak i że dzieje się to z pogwałceniem K.

Wymieniona ewolucja referendum szwajcarskiego jest tym bardziej znamienna i doniosła, że odbyła się w czasach ostatnich, już w wieku 20-ym. Właśnie doświadczenia ostatnich czasów, poczy­nione w jednym z najkulturalniejszych krajów i posiadającym daw­ną tradycję i praktykę demokratyczną, – w całej pełni świadczą o beznadziejności wiary w to, że przeciętny wyborca potrafi zdobyć się na należycie pogłębiony pogląd na zjawiska polityczne i spo­łeczne. Przykład referendum szwajcarskiego tłumaczy nam też cał­kowicie przyczynę tej wstecznej ewolucji jednej z najbardziej pod­stawowych instytucji demokracji politycznej: Rozbieżność między faktycznym wyrobieniem przeciętnego wyborcy a tym wyrobieniem, które jest niezbędne w interesie normalnego rozwoju, rozbieżność ta będzie się stale zwiększać z tego powodu, – że stosunki społeczne i polityczne stale i nader szybko komplikuje się. Dlatego też jest zupełnie niemożliwe, aby zdolności orientacyjne przeciętnych mas wyborczych, chociażby w przybliżeniu, dotrzymały kroku szybkości, z jaką komplikacje te następują. Z tego to względu na niczym nie jest oparta wiara, że tzw. praca uświadamiająca może wpłynąć na istotną zmia­nę w tym stanie rzeczy.

Na tej beznadziejności sytuacji żeruje wszelaka demagoga i partyjnictwo[2]. Ma ona zadanie znakomicie ułatwione. Z jednej strony – masy ciemne, które politycznie są i będą ciemne, – z drugiej zaś strony – rzeczywistość, która nader hojna jest w do­starczaniu żeru demagogii. O istocie tego żeru poucza zasada heterogonii celów. Polega ona na tym, że w skutku czynów ludzkich obok wyników zamierzonych zachodzą wyniki niezamierzone i niepożą­dane. Takim heterogenicznym skutkiem spółczesnej produkcji ka­pitalistycznej jest np. klęska bezrobocia, – tymczasowo zło nieuniknione. Istota demagogii polega na tern, że taki nieunikniony skutek ujemny przedstawia się jako skutek nieudolności „rządów klasowych”. Jak dalece wobec bezrobocia bezsilne są wszelkie rządy o tym świadczy, o burżuazyjną klasowość tak niepodejrzany gabinet jak ten, na którego czele stoi Macdonald. Wiadomo, że bez­robocie w Anglii, od czasu objęcia władzy przez Macdonalda, wzro­sło bardzo znacznie i nadal stale wzrasta. Wiadomo też, że zarówno liberałowie, jak i socjaliści znaczny przyrost swych głosów, w cza­sie ostatnich wyborów, zawdzięczają przed wszystkim temu, że oba te stronnictwa stale wytykały i wypominały rządowi konserwatyw­nemu, że dowodem jego nieudolności jest właśnie stały wzrost bez­robocia. Stan tej sprawy za rządów Macdonalda świadczy najlepiej o tym, jak wiele było demagogii w tej krytyce opozycji przeciwko rządowi Baldwina.

§ 3. Konieczność przekształcenia dwuizbo­wości parlamentu polskiego.

Demagogia tedy jest rakiem, który toczy współczesne demo­kracje.

Na nią też przede wszystkim znaleźć się musi środek, jeżeli de­mokracja ta ma się ostać.

Z kolei więc wyłania się kwesta, dotycząca terapii tej choroby.

Nie należy ona do zadań łatwych.

Bezsporne jest, że współczesny system wyborów sześcio przymiotnikowych daje demagogii maximum sposobności do uprawia­nia swych orgii. Im masy uczestniczące w wyborach są szersze, tym większa jest ich bezwładność, tym prostszych i jaskrawszych, zna­czy to bardziej demagogicznych, potrzeba środków, aby je poruszyć i dla siebie zjednać.

Pomimo to nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tym systemem wyborczym w zastosowaniu do izb poselskich. Przema­wiają za tym następujące okoliczności:

1. Przywiązanie do systemu tego bardzo mocno tkwi w świa­domości mas, – i liczenie się z tym jest niezbędne tak samo, jak konieczne jest liczenie się z zakorzenioną wiarą w inne fikcje.

2. Zwalczanie tej fikcji nie rokuje widoków powodzenia prze­de wszystkim dlatego, że nie istnieje żaden wypróbowany inny sy­stem wyborczy, w imię którego należałoby zwalczać system wybo­rów 6-przymiotnikowych. Doświadczenia przekonały, że wszystkie wcześniejsze systemy, w ostatecznym podsumowaniu braków i za­let, są co najmniej równie złe.

3. Systemy wcześniejsze posiadają jeden brak pierworodny: W pozbawionych lub w pokrzywdzonych w prawach wyborczych zradzają nieodparte przeświadczenie, że właśnie ta ich krzywda wyborcza jest głównym źródłem wszelkiego zła. To przeświadczenie znakomicie ułatwia demagogii zwalanie wszelkiego zła na rządzą­cych, i od razu uniemożliwia, wszelkie rzeczowe ustosunkowanie się pokrzywdzonych do rządzących. Przykłady przedwojennych Prus, Belgii a nawet Anglii, dostarczają, pod tym względem, aż nazbyt jaskrawych dowodów.

Wobec tego nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z 6-przy-miotnikowemi wyborami do izb poselskich.

Znacznie mniej głęboko tkwi skłonność do dogmatycznego adorowania 6-przymiotnikowych wyborów do izb wyższych.

Pomimo sprzeciwu polskiej lewicy zasadnicza niezbędność izby wyższej nie może ulegać najmniejszej wątpliwości. Przemawia za tym konieczność istnienia instancji, a więc ta sama okoliczność, która w zastosowaniu do organizacji władz administracyjnych i są­dowych uchodzi przecież za kanon praworządności i demokracji. Jasne jest, że to co w dziedzinie zasad organizacyjnych administra­cji i sądownictwa uchodzi za bezwzględnie bezsporne, raz na za­wsze na rzecz demokracji ostatecznie przesądzone, nie może od ­razu stać się antydemokratyczne z chwilą, gdy tej samą zasadę usi­łuje się zastosować do organizacji władz ustawodawczych.

Nie tylko, że nic podobnego stać się nie może, – ale ponadto, liczne okoliczności sprawiają, że konieczność instancji w ustawo­dawstwie jest bez porównania bardziej nieodzowna niż nawet w są­downictwie i administracji.

Okoliczności te są następujące:

1. W porównaniu do sądownictwa i administracji ustawodaw­stwo jest funkcją najwyższą, tym bardziej tedy organ funkcję tę sprawiający musi być wyposażony w to minimum gwarancji, jakie niższym funkcjom istnienie instancji zapewnia.

2. Organ tej władzy najwyższej kreowany jest w możliwie naj­gorszych okolicznościach: Pod wpływem demagogii, w atmosferze roznamiętnienia wiecowego i przez masy wyborców, nieposiadających, pod tym względem, absolutnie żadnych kwalifikacji. – Or­gany sądowe i administracyjne powoływane są według pewnych probierzów rzeczowych, w atmosferze spokojnej, przez czynniki niepozbawione kwalifikacji rzeczowych. Jeżeli pomimo to w organi­zacji władz, w ten sposób kreowanych, musi obowiązywać zasada instancji, to jest to po tysiąckroć bardziej niezbędne w organizacji władz, których kreowanie odbywa się w warunkach będących absolutnym zaprzeczeniem tych najelementarniejszych gwarancji.

3. Na stanowiska administracyjne i sądowe dobiera się jednostki z troską o kwalifikacje rzeczowe, – przy doborze posłów troska ta gra rolę najmniejszą. Decydujący zaś jest fakt, czy dany osobnik znalazł łaskę w oczach partyjnych matadorów.

Wobec powyższych bezsprzecznych faktów tylko demagogia i ciemnota polityczna izbę poselską, wybraną w 6-przymiotnikowem głosowaniu uważać może za wyraz woli społeczeństwa, i to taki wy­raz, od którego niemożliwe już jest żadne odwołanie.

Wręcz przeciwnie, odwołanie to jest wprost życiową koniecz­nością.

§ 4. Sposób obioru Senatu i jego kompetencje.

Z kolei wyłania się kwestia, dotycząca zasad organizacyjnych izby wyższej.

O wyborze tych zasad decyduje to zło, któremu mają one prze­ciwdziałać. Złem tym jest brak kwalifikacji wybierających i wyni­kająca stąd orgia demagogii. Niezbędne jest tedy, aby system wy­borów do senatu gwarantował wyższe kwalifikacje wybierających a przez to, ipso facto, zmniejszał szanse demagogii;.

Sposobem bardzo sprzyjającym osiągnięciu obu tych celów są wybory Senatu przez najwyższe ciała samorządowe i nominowanie senatorów przez Prezydenta Rzeczpospolitej.

Obiór senatorów przez najwyższe ciała sa­morządowe (a więc przez przyszłe sejmiki wojewódzkie i rady miejskie wielkich ośrodków miejskich) ma zalety następujące:

1. W dużym stopniu eliminuje partyjnictwo i demagogię. Tak wybitni znawcy przedmiotu, jak Lowi Bryce stwierdzają, że za­równo w Anglii, jak i Stanach Zjednoczonych, w wyborach do sa­morządów, pierwiastek zaciekłości partyjniackiej odgrywa znaczenie mniejszą rolę, niż w wyborach do ciał parlamentarnych, – że w wyborach samorządowych przeważają zazwyczaj względy natury rzeczowej, i że z tego powodu, znacznie jest też łatwiej o kompro­mis, niż w czasie wyborów do parlamentu. Wybory do samorządów ożywiają tendencje kompromisowe – wybory parlamentarne – partyjniacką zaciekłość, dążąca przede wszystkim do utrącenia prze­ciwnika.

Te obserwacje Low'a i Barce'a potwierdzają też i nasze doświadczenia: W całym szeregu samorządów istnieją zarządy, utworzone z trwałych koalicji tych samych stronnictw, które, na terenie parlamentarnym, z zapamiętałością skaczą sobie do oczu.

Jasne jest tedy, że wybory, dokonane przez ciała, nie zatrute jadem partyjnictwa i demagogii, – dadzą zupełnie inne wyniki, niż wybory, odbywające się w środowisku, całkowicie opanowaniem przez te klątwy, ciążące nad wszelkimi aktami, w których uczestniczą ciemne i bezwładne masy.

 

2. Obiór przez samorządy wprowadza do wyborów pewien czyn­nik kompetencji. Można bynajmniej nie przeceniać obecnego pozio­mu wyrobienia członków ciał samorządowych. Jednakże nie sposób jest nie przyznać, że praca w tych ciałach jest dobrą szkolą życia publicznego, – jest również szkołą stałą, w przeciwstawieniu do dorywczego „uświadamiania” na wiecach, które stanowi jedyną szkołę polityczną mas.

Poza tym nie mniej ważna jest okoliczność, że wyrobienie, względnie nieznacznej ilości jednostek, stale pracujących w samo­rządzie, wymaga bez porównania mniej czasu i wysiłku, niż wyro­bienie milionowych mas wyborczych, które ze sprawami rządzenia nie stykają się ani bezpośrednio ani stale.

Znacznie wyższy poziom parlamentu szwajcarskiego jest wyni­kiem właśnie okoliczności, iż w kraju tym praktyka, wymagająca, aby kandydat na posła posiadał za sobą znaczną pracę samorządo­wą, – dawno już stała się prawem zwyczajowym.

Tej też okoliczności przypisać należy fakt, że według omalże powszechnej opinii w Polsce, wyższe ciała samorządowe powinny być obierane przez niższe. Doświadczenie samorządu pruskiego prze­konało, że ten system wyborczy daje z punktu widzenia rzeczowo­ści, bardzo dodatnie wyniki.

§ 5. Nominaci w Senacie.

Na znaczne podniesienie kwalifikacji rzeczowych Senatu wpły­nąć może ustanowienie senatorów z mianowania Prezydenta.

Przemawiają za tym okoliczności następujące:

1. Tylko z nominacji łatwo znaleźć się mogą w parlamencie jednostki o znanych i uznanych kwalifikacjach.

Im jednostka bardziej wyrasta ponad przeciętność, tym bardziej niemożliwe staje się dla niej naginanie się do schematu doktrynek, ustanawianych przez partyjne wielkości o bardzo wątpliwych kwa­lifikacjach rzeczowych. Równie trudne jest kaptowanie sobie benewolencji miernot i nicości partyjnych, zwanych przewódcami, zaś bez tej benewolencji znalezienie się na liście kandydatów na po­słów jest niemożliwe.

To zaś umieszczenie pociąga za sobą dalszy, nader przykry obo­wiązek, kaptowania sobie benewolencji wyborców.

2. Tylko istnienie możności wpływania na skład ciał parlamen­tarnych przez mianowania daje możność względnie łatwego kształ­towania ich składu zgodnie z wielkimi zadaniami, którym aktu­alne, przypadkowe i partyjniackie większości sprostać nie potrafią. Należy przypomnieć, że jedynie możności mianowania lordów w nie­ograniczonej ilości, Anglia zawdzięcza znalezienie pokojowego wyj­ścia z sytuacji beznadziejnych. Wystarczy wymienić dla przykładu: Reformę wyborczą z r. 1832 i reformę Izby Lordów r. 1911.

„Obrońcy demokracji” wszczynają wiele wrzawy dokoła tych „mianowańców”. Byłaby ona uzasadniona, gdyby istotnie głowy państwa stale reprezentowały interesy klasowego wstecznictwa a izby „z wyborów powszechnych” sublimowaną mądrość stanu. Ponieważ tak bynajmniej nie jest, więc i nominaci nie powinni na­stręczać większych zastrzeżeń, niż „wybrańcy ludu”. Nominaci mogą tern mniej budzić nieufności, że pochodzić będą z mianowa­nia Prezydenta, obranego przez wybory powszechne.

3. Nominacje dokonywane przez głowę państwa są nieraz je­dyną formą, mogącą zagwarantować rzeczowość. Świadczy o tym fakt, że w nader licznych demokracjach sądy wyższych instancji są mianowane. Okoliczność, że mianowania te odbywają się na podsta­wie prezenty jest, ze stanowiska „praw ludu”, zupełnie bez znacze­nia, gdyż do prezenty uskutecznianej przez „mianowańców” w pełni stosuje się przecież prawda, że wart Pac paca.

4. Wymienione reformy angielskie z r. 1832, 1911 świadczą o wielkiej postępowej roli nominałów.

5. O takiej samej ich roli świadczy w Polsce Komisja Ankieto­wa, która zbadała warunki wytwórczości w przemyśle, a z której prasa socjalistyczna czerpie pełnymi garściami.

6. Za nominatami przemawia wreszcie okoliczność, że rządy, w bardzo wielu wypadkach, skuteczniej broniły postępu, niż parla­menty. Wystarczy przypomnieć dzieje pruskiej reformy wyborczej. Odpowiedź, że Sejm pruski kierował się względami klasowymi, nie dowodzi niczego, gdyż obecne sejmy „wyborów powszechnych”, aż nazbyt często, nie kierują się żadnemu względami, gdyż nie mają żadnej stałej większości. Najjaskrawiej objawy te występują obecnie znowu we Francji. Nie o wiele lepiej jest w Anglii i Niemczech.

Ponieważ nie ulega żadnej kwestii, że Senat obrany nie przez ignorantów, podbechtywanych przez partyjników i demagogów i nie składający się, w swej znacznej części, z ignorantów, partyjników i demagogów, – w niczym nie będzie ustępować Izbie poselskiej, – jasne jest przeto, że powinien mieć pełnię praw, co najmniej rów­ną kompetencjom Izby poselskiej.

§ 6. Wybory Prezydenta przez głosowanie powszechne.

Nieodzownym warunkiem stworzenia w państwie punktu sta­łego, w którym by ogniskowała się racja stanu Polski, jest danie Pre­zydentowi Rzeczpospolitej możności faktycznego sprawowania kompetencji, które ma na papierze.

Że ponad usprawiedliwionymi interesami klasowymi istnieją nie mniej realne i ważne interesy solidarystyczne, o tym nie wątpi dziś nikt komu doktrynerstwo lub demagogia nie przesłoniły wi­doku rzeczywistości (obszernie pisałem o tym w „Epoce” 1928. 16. IX. – 28. IX. oraz w „Polskiej Oświacie Pozaszkolnej” 1929 Nr. 6 p. 290-299). Te to interesy solidarystyczne muszą stanowić przedmiot szczególnej troski Głowy Państwa.

Aby obowiązkowi temu sprostać, Prezydent posiadać musi fak­tyczne, a nie papierowe tylko kompetencje. Na papierze kompeten­cje prezydenta francuskiego względem parlamentu, pod niejednym względem, są znacznie rozleglejsze niż nawet atrybucje prezydenta Stanów Zjednoczonych:

1. Prezydent francuski może rozwiązać Izbę Deputowanych za zgodą Senatu.

2. Może odroczyć obrady izb.

3. Może samodzielnie mianować rząd, na co prezydent amery­kański musi mieć zgodę Senatu.

Rola praktyczna tych bardzo rozległych kompetencji równa się omalże zeru, tak samo, jak i kompetencja domagania się od parla­mentu ponownych debat nad ustawą. Natomiast omalże wszystkie kompetencje prezydenta amerykańskiego są bardzo żywotne.

Najistotniejsza przyczyna tej uderzającej różnicy tkwi w sposo­bie obioru prezydenta. System francuski daje parlamentowi maximum możliwości obierania takiego prezydenta, któryby nie decy­dował się na skorzystanie z przysługujących mu kompetencji. Dla­tego to w r. 1920 nie tylko Clemenceau ale i Poincare upadł na rzecz Dechanela. W r. 1920 Poincare, jako kandydat na Prezydenta, otrzymał zdaje się 14 głosów. Fakt, że w r. 1913 Poincare został obrany, tłumaczy się zupełnie wyjątkową ówczesną sytuacją, kiedy to wojna europejska już wisiała w powietrzu. – Fakt zaś, że Cle­menceau okazał się godnym miana „ojca zwycięstwa”, a pomimo to, w tym właśnie charakterze nie okazał się godnym prezydentury, – fakt ten jest tak nieskończenie wymowny, że wszelkie komentarze stają się zbyteczne.

System francuski daje ponadto parlamentowi możność obale­nia prezydenta, tak samo, jak ministrów. Świadczą o tym losy Thiersa, Mac Mahona, Grevy'ego, Casimir-Periera, Milleranda. Przy systemie amerykańskim możność ta jest bez porównania mniejsza, gdyż obalenie prezydenta, za którym oświadczyły się milionowe rzesze obywateli, jest o wiele trudniejsza, niż polityka, który zazwyczaj jest mężem zaufania tylko pewnych koterii parlamentar­nych. Samo doświadczenie amerykańskie świadczy o tym niezbicie.

W przeciwstawieniu do systemu francuskiego, dającego koteriom parlamentarnym maximum wpływu na prezydenta, system amerykański możliwości te redukuje bardzo znacznie na skutek trzech okoliczności:

1. Parlament jako taki nie ma żadnego wpływu na ustalanie osoby prezydenta.

2. Parlament nie ma też możności obalania prezydenta.

3. Na skutek obu tych okoliczności istnieje też możliwość wy­boru i utrzymania się indywidualności wybitnych. Chociażby do­świadczenie w. 20-go świadczy o tym wymownie: Dwukrotny wy­bór Roosevelta (1901-9) i Wilsona (1913-21), wybór Hoovera nie pozostawiają co do tego żadnych wątpliwości.

Nawet najbardziej paradoksalny wynik wyborów powszech­nych, z których prezydentem wyszedł Hindenburg, jest jeszcze walnym argumentem na rzecz tego systemu – Hindenburg, w czasie swych już kilkuletnich rządów, dowiódł, że pomimo swej zdecydo­wanie monarchistycznej przeszłości, pomimo to, że był kandydatem Tirpitza, pomimo, wreszcie swego bardzo podeszłego wieku, po­trafi być prezydentem, którego takt, lojalność i rozum bardzo wy­soko ceni właśnie obóz republikański, a więc akurat ten, który w czasie wyborów prowadził przeciwko Hindenburgowi kampanię nieprzejednaną. W wyborach powszechnych wybitnej, historycznej indywidualności jest łatwiej zwyciężyć, niż miernocie. Hindenburg, na równi z Ludendorffem, ponosi odpowiedzialność za katastrofę, jaka poraziła Niemcy w r. 1918. Jednakże jako kandydat na prezy­denta Hindenburg otrzymał około 20 milionów głosów, gdy Ludendorff – 300 tysięcy!

Hindenburg jest gentleman a Ludendorff awanturnik. Na tej różnicy masy potrafiły się poznać.

To wenerowanie mas bynajmniej nie pozostaje w sprzeczności z tym, co wyżej powiedziane było o ich ciemnocie politycznej. Liczne głosy, które padły na Hindenburga były dowodem uznania przede wszystkim dla jego kwalifikacji ludzkich bynajmniej zaś nie wyłącznie – dla politycznych. Na Hindenburga bynajmniej nie głosowali jedynie wyznawcy zasad monarchicznych. Świadczy o tym fakt, że ilość głosów, która padła na Hindenburga znacznie przewyższa ogólną liczbę głosów, osiągniętych przez obóz monarchistyczny w wyborach. Ludzki typ Hindenburga bardzo przypo­mina Wilhelma I lub Aleksandra III, za których panowania Niem­cy i Rosja były państwami potężnymi i, pomimo wszystko, rozwijającymi się normalnie. Walory ludzkie obu tych władców wystę­pują w całej wyrazistości w zestawieniu z ich następcami Wilhel­mem II i Mikołajem II, których też rządy ściągnęły na ich państwa bezprzykładne katastrofy. Praktyka przekonała tedy, że na wa­lorach ludzkich wyborca poznać się potrafi.

§ 7. Ograniczenie politycznej odpowiedzialności Rządu.

Bezwzględnie konieczna jest zmiana art. 58 I w sensie zastąpie­nia „zwyczajnej większości”, wymaganej do obalenia Rządu przez „absolutną większość ustawowej liczby posłów”, jak to proponuje art. XLV projektu BBWR. Zupełnie tak samo stawia sprawę art. 57 V K. pruskiej, który wymaga połowy kompletu Sejmu krajowego. K. pruska jest, jak wiadomo, również dziełem koalicji weimarskiej, w której stronnictwa lewicowe bardzo znacznie przeważały.

Nawet najwybitniejsi radykałowie francuscy przyznają, że sytu­acja obecnych rządów francuskich wymaga zasadniczych zmian.

Gabrjel Seailles, członek komitetu centralnego stronnictwa ra­dykalnego i profesor Sorbony jeszcze w r. 1917 pisał o Francji: „Należy usunąć nadużycia jako to tyranię polityków, bonapartyzm parlamentarny. Należy zapobiec de­zorganizowaniu administracji przez faworytyzm. Należy zaradzić niestałości ministeriów, której przyczyną jest polowanie na teki Najgorszym nadużyciem jest polowanie na teki”.

Zupełnie to samo z powodu upadku gabinetu Tardieu'go pisał w „Robotniku” (3. 3. 30 p. 1 III) R. Winter:

„Grupa Louchera (lewica radykalna) nie jest odpowiednikiem żadnej partii, lecz luźnym związkiem osobników o rozbieżnych nie­raz przekonaniach polityczno-społecznych (najczęściej bez żadnych przekonań), złączonych jednym wspólnym celem, którym jest połów tek ministerialnych. Ta grupa poławiaczy tek, licząca 51 osób (mieszczą się między nimi jed­nostki bezinteresowniejsze), odegrała niezbyt pochlebną rolę, jesz­cze w poprzedniej Izbie, odrywając się od Kartelu lewicy, w najkrytyczniejszej dlań chwili, gdy reakcja wście­kle atakowała jego Rząd”.

Socjalista Frossard oświadcza się przeciwko rozbiciu Izby Depu­towanych na zbyt wielką ilość grup, gdyż „rozmnażanie się grup powoduje rozmnażanie się tek”. (Przemówienie, wygło­szone w Izbie dnia 5. 3. 30).

Komisja spraw politycznych Unii Inter-parlamentarnej przyjęła projekt uchwały, zwracającej uwagę konferencji na „nagłą konieczność” (Dringendlichkeit) zapewnienie większej sta­łości rządów i parlamentów przez recypowanie systemu powoływa­nia rządów, istniejącego w Szwajcarii lub w Stanach Zjednoczonych.

Ed. Herriot już w 10 dni po utworzeniu 13-go gabinetu Brianda stwierdzał, że sytuacja jego jest paradoksalna, i że „pewnego dnia Francja przeżyje polityczną sanację, która jest rów­nie konieczna, jak sanacja finansowa” (N. F. Presse 11. 8. 29 r. 3 I).

Upadek Brianda p. Bezmaski tłumaczył w Robotniku (24. 10. 1929) tyrn, że „na targowisku ambicji i próżności, jakim jest parlament, co kilka miesięcy rodzi się g e n i u s z”. Geniusza tego, rzecz oczywista, rozsadza żądza zostania ministrem. Dlatego Bezmaski słusznie przypomina powiedzenie Macdonalda, że „życie polityka (to) wieczna huśtawka”.

Ustalenie zasady, że obalanie Rządu możliwe jest tylko powyż­szą kwalifikowaną większością, ułatwi niewątpliwie dokonanie „owej koniecznej politycznej sanacji”, utrudni bowiem parlamentar­nym „geniuszom” wprawianie rządów w ruch „huśtawkowy”, gdyż geniusz żywi nadzieję, że w ten sposób „wyhuśta” tekę i dla siebie.

Wobec powyższych sądów obrona przez Niedziałkow­skiego stanu rzeczy, który w Polsce istniał przed majem r. 1926, jest tylko jeszcze jednym dowodem zupełnego braku zrozumienia sytuacji przez tego „przywódcę” parlamentarnego. Tyleż co ta obrona wart jest argument Niedziałkowskiego, zwalczający twierdzenie, że przedmajowy stan rzeczy nie wpływał niekorzystnie na stałość i siłę rządu. Twierdzi on, że z 13 przedmajowych gabine­tów tylko dwa zostały obalone przez wyraźne votum nieufności. Nie jest to żaden argument wobec wielce wymownej liczby 13 gabine­tów w ciągu 7 lat. Liczba ta aż nadto wymownie świadczy o tern, że przeciętna trwałość gabinetów była znikoma, czego, z koniecznością, wynikała ich słabość. Jasne jest przeto, że słabość ta jest nie do uniknięcia, skoro nad rządem ustawicznie wisi zmora obalenia po prostu „zwyczajną większością”, która wynosić może nawet 1 głos. (W swoim czasie min. Supiński uważał za swój obowiązek ustąpić dlatego, że otrzymał tylko jeden głos większości). Ten stan rzeczy stwarza dla rządu wielce demoralizującą i męczącą koniecz­ność każdorazowego kaptowania sobie klubów, a nawet nielicznych klubików, skwapliwie wyzyskujących swoją sytuację języczka uwagi.

Zupełnie demagogiczne jest twierdzenie, że i w okresie pomajowym rządy zmieniają się często. Zmiany te jednak mają na celu przede wszystkim szukanie ludzi, zmiany w „demokracji parlamen­tarnej” przede wszystkim wprawianie rządu w ruch huśtawkowy przez geniuszów, którym pilno do władzy.

Wreszcie, nic też nie jest wart argument, że parlamentarna Francja wygrała wojnę światową. Właśnie ta Francja była do wojny najzupełniej nieprzygotowana, i nikt inny tylko Poincare opowiada w swych pamiętnikach, że powszechny nastrój ogółu i władz przed bitwą nad Marną był skrajnie pesymistyczny. Do wygranej Francji, w wysokim stopniu przyczyniła się nieobliczalna dyplomacja Wil­helma II, która sprawiła, że, z chwilą wybuchu wojny Niemcy zna­lazły się w zupełnym osamotnieniu, chociaż sam Bethmann-Holweg przyznaje, że nawet Anglia nie dążyła do otoczenia Niemiec. A więc i tu przede wszystkim cudze błędy nie zaś własne cnoty „parlamen­tarnej demokracji”. Jeżeli o tę demokrację idzie, to ona właśnie zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby Francja w r. 1914, pod względem organizacyjnym, znalazła się w sytuacji jak najgorszej. Fakt ten rzucał się jak najjaskrawiej w oczy w zestawieniu z Niem­cami.



[1] Kautsky: Die materialistische Geschichtsauffassung. 2 A. (1929) 2/599 g.

[2] O społeczno-politycznej istocie tego zjawiska pisałem obszernie w ty­godniku Glos prawdy 1926, Nr. 161-165.

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05