Artykuł
Fascynujący wiek XIX i pokusy historii najbliższej (wywiad)
Data dodania: 2017-04-05
Data dodania: 2017-04-05
O urokach pamiętnikarstwa, o wolności polskiej myśli w czasach niewoli, o bohaterach porzuconych i zapoznanych, o przemianie chasyda w Polaka oraz o trzeciej stronie medalu PRL z prof. drem hab. Tomaszem Gąsowskim rozmawia Dobrosław Rodziewicz.

Wśród trzech wiodących nurtów badawczych swojej działalności naukowej jako pierwszy wymienia pan „dzieje polityczne, społeczne i militarne ziem polskich w XIX wieku”. Co zafrapowało pana w tym tak ponurym dla Polski i Polaków stuleciu? Wszak XIX wiek to czas, w którym poza momentami insurekcji narodowych i okresem istnienia Księstwa Warszawskiego byliśmy notorycznie kolonizowani, zniewalani, upokarzani.

Nie od razu zająłem się dziejami ziem polskich w XIX wieku. Studia historyczne ukończyłem na Uniwersytecie Jagiellońskim jako nieźle zapowiadający się mediewista. Zrobiłem magisterium u prof. Józefa Mitkowskiego, uczęszczałem też na inne seminaria poświęcone średniowieczu, ale po ukończeniu studiów nie za bardzo mogłem znaleźć sobie miejsce pracy, czy to na UJ, czy w innej instytucji z powodów – nie chwaląc się i nie żaląc – braku przynależności do PZPR. Trochę się więc tułałem, na co zresztą spoglądam dziś jako na dość szczęśliwe zrządzenie losu, bo pracowałem w Bibliotece Jagiellońskiej i to w dziale rękopisów będącym sercem tej książnicy, a następnie w Państwowych Zbiorach Sztuki na Wawelu u prof. Jerzego Szablowskiego, gdzie też się sporo nauczyłem. W obu miejscach spotkałem interesujących, mądrych i życzliwych ludzi, ale cały czas myślałem o kontynuacji pracy stricte naukowej. I tak się złożyło, że jedynym miejscem na UJ, w którym wówczas pojawił się dostępny dla mnie wakat, była Katedra Historii Polski i Nowoczesnej i Metodologii Historii. I tak znalazłem się w obszarze historii XIX-wiecznej, przy czym przez pewien czas zajmowałem się głównie zagadnieniami społeczno-gospodarczymi w dziejach Galicji, zwłaszcza szeroko rozumianymi kwestiami urbanizacji. Później moje zainteresowania ewoluowały w stronę problematyki politycznej a także kwestii, które z czasem stały się ważnym nurtem mojej działalności badawczej, czyli sytuacji Żydów na ziemiach polskich w XIX wieku ze szczególnym uwzględnieniem relacji polsko-żydowskich.

To drugi z głównych nurtów Pańskich zainteresowań badawczych…

…natomiast pozostając jeszcze przy pierwszym, wrócę do Pańskiego pytania o to, co jest takiego pociągającego w wieku XIX. Jest taka książka znanego historyka polskiego prof. Jerzego W. Borejszy zatytułowana „Piękny wiek XIX”. I bez wątpienia można w tamtym stuleciu znaleźć szereg rzeczy intrygujących, fascynujących. Wystarczy spojrzeć na wiek XIX choćby przez pryzmat literatury wspomnieniowej, pamiętnikarskiej, niezwykle wówczas obfitej i poprzez tę literaturę wczytać się, wniknąć w świat ówczesnej Polski i Europy. Miałem niedawno okazję na prośbę Wydawnictwa Literackiego wziąć udział w przygotowaniu do druku, poprzez opatrzenie komentarzem, wspaniałego tom wspomnień Jana Gawrońskiego, ojca Jasia Gawrońskiego.

Tego Jasia Gawrońskiego? Polityka z Włoch?

Tego samego. Ten tom to jest początek historii ojca Jana, dzieje ego rodziny, opis kraju młodości, którym była Gubernia Suwalska, a także Europy, bo Jan odebrał dobre wykształcenie odebrał w benedyktyńskim college’u w Anglii. Te wspomnienia zaczynają się mniej więcej w połowie XIX wieku w rodzinnych Szuklach a kończą się w roku 1919, kiedy młody ułan Jan Gawroński zdejmuje mundur i zostaje wysłany do Berna, gdzie zaczyna się jego długa kariera dyplomatyczna, która go do Włoch doprowadzi. To jest piękny, rozległy obraz świata z przełomu wieków. Takich wspomnień malujących obraz ówczesnego świata powstało mnóstwo. Lubiłem i lubię do dziś je czytać, a jeśli mają wysoki walor literacki, jak w tym właśnie przypadku, to wręcz chłonąć. W pewnym sensie także literatura piękna, u historyków nie zawsze ciesząca się uznaniem, jak choćby właściwie odczytana powieść Dąbrowskiej „Noce i dnie”, to także jeden z pomostów, po których można się przenieść w głąb XIX wieku i przyglądać się mu nie tylko przez pryzmat burz dziejowych, wielkich wydarzeń, ale także poznawać życie codzienne w środowiskach, które pozostawiły po sobie pisane świadectwa. Poza tym wychowałem się w domu, gdzie wisiała duża dziewiętnastowieczna litografia Tadeusza Kościuszki, wielkiego bohatera, dziś niestety mocno zapomnianego. Mamy właśnie Rok Tadeusza Kościuszki proklamowany przez sejm RP i przez UNESCO…

Jakoś trudno to na razie zauważyć.

Niestety. I wygląda na to, że poza działaniami Komitetu Kopca Kościuszki nic poważnego się dziać chyba nie będzie… Mieliśmy też w domu albumy z litografiami Grottgera. Ja do dziś Powstanie Styczniowe odbieram bardziej przez pryzmat Grottgera niż źródeł i opracowań, mimo iż wiem, że Grottger nigdy w Powstaniu nie był i to jest jego imaginacja, ale jakże sugestywna. I dalej, postać księcia Józefa Poniatowskiego na tle epoki napoleońskiej oraz dobra, choć dziś już niemal zapomniana, młodzieżowa literatura historyczna, a więc Walery Przyborowski czy Wacław Gąsiorowski – wszystko w sumie spowodowało, że chociaż propozycja zajęcia się historią XIX wieku – zwłaszcza społeczno-gospodarczą – nie wydawała mi się bardzo atrakcyjna, to przecież owo stulecie – dla jednych pary i elektryczności a dla innych niewoli i powstań – jakoś mnie już w młodości fascynowało. I tutaj dodałbym jeszcze jedną okoliczność: miałem szczęście być słuchaczem porywających wykładów prof. Henryka Wereszyckiego poświęconych dziejom tego właśnie stulecia. Kiedy studiowałem na uniwersytecie, nie brakowało bardzo dobrych wykładowców, każdy w swoim rodzaju. Prof. Batowski swoje wykłady po prostu dyktował, bo brakowało stosownego, polskiego podręcznika, prof. Krawczuk mówił, jakby czytał z jednej ze swych książek, świetne wykłady miał także prof. Gierowski, ale prof. Wereszycki wykładał tak, że siedziałem, jak zresztą wszyscy, kompletnie zasłuchany. Gdy wykład się skończył, zaglądałem do swoich notatek, a tam były raptem trzy zdania. Ale to się chłonęło, on przekazywał atmosferę epoki, tamtych lat, tamtych ludzi, których w dzieciństwie zdążył poznać, i te wykłady, a raczej barwne opowieści, wywarły na mnie pewien wpływ. Z czasem zacząłem patrzyć na wiek XIX jako na naszą polską próbę zmierzenia się – oczywiście ułomnego z powodu niewoli – z nowoczesnością, która napierała z Zachodu i zachęcała, a nawet zmuszała do dokonania kluczowych dla przyszłości wyborów, czy iść drogą modernizacji typu zachodniego czy też pozostać przy sianiu hreczki. Taki właśnie, bardzo poważny spór ideowy – obok innych – toczył się w dziewiętnastowiecznej Polsce, począwszy od lat 50. Również znakomite lektury dzieł historycznych Wacława Tokarza czy Szymona Aszkenazego wywierały mocne wrażenie.

Wróćmy na chwilę do Kościuszki z portretu w pańskim domu rodzinnym; on uosabiał nie tylko praktyczną odpowiedź na pytanie „bić się czy nie bić”. On uosabiał ideę powstania powszechnego, republikańskiego, przekraczającego granice stanowe, narodowego w sensie obywatelskim.

I jemu się to stosunkowo najbardziej udało wcielić w życie. Kościuszko, a w inny sposób książę Józef Poniatowski, to są dwaj bohaterowie, którzy towarzyszyli Polakom w wieku XIX. Moi rodzice urodzili się na krótko przed I wojną światową i pewnie dlatego tradycja dziewiętnastowieczna wychodziła u nas w domu i u naszych krewnych z wielu kątów. W związku z tym ten kult Kościuszki, który został odnowiony pod koniec XIX wieku z racji setnej rocznicy insurekcji, był wówczas ciągle jeszcze bardzo mocny. To nie tylko ta litografia, czy spinka do koszuli z miniaturą Kościuszki, miniaturowe popiersia bohaterów, bo byli przecież jeszcze książę Józef i Pułaski. A do tego wszystkiego pierścień – podobno z podków konia księcia Józefa, na którym utonął w Elsterze. Ktoś obliczył żartobliwie, ile kopyt musiałby mieć ten koń, żeby starczyło podków na te wszystkie pierścienie, ale liczyło się zapotrzebowanie i wiara. Kościuszko to był najbardziej znany w XIX wieku Polak, przyjaciel wolności, który w całym cywilizowanym świecie tego czasu był rozpoznawany i ceniony. I to jest bohater, z którego pomocy myśmy jakoś dziś zrezygnowali w promowaniu siebie, naszego dziedzictwa, kultury i państwa. Zrezygnowaliśmy z tego Kościuszki, którego UNESCO doceniło, m. in. za sprawą starań prof. Jacka Purchli i naszych, tj. Komitetu Kopca Kościuszki, też uznało go za patrona roku 2017. Szkoda, że rządzące współcześnie elity uważają, że ta postać to już jakiś antyczny rupieć, który nikogo dziś nie poruszy. I że jest to bohater jakby nieco zużyty, a nawet skompromitowany…

Kościuszko skompromitowany? Dlaczego?

Skompromitowany w tym sensie, że w czasach PRL należał do nielicznych postaci historycznych, które były eksponowane w mocno przesadny sposób. Miał zatem swoje ulice, place, różne instytucje cywilne i wojskowe, szkoły; sam jestem absolwentem szkoły podstawowej im. Tadeusza Kościuszki, której kierownikiem był kombatant z I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki armii Berlinga. To łapczywe sięganie po Kościuszkę przez komunistów spowodowało, że współczesne władze RP nie czują – być może także trochę z powodu niedostatków wykształcenia historyczno-humanistycznego – ogromnego potencjału, jakim nadal dysponuje postać Naczelnika w sukmanie, bohatera dwóch kontynentów. Szkoda, bo przecież nie mamy zbyt licznej galerii bohaterów narodowych o międzynarodowej renomie.

Co trzeba by dziś opowiedzieć o Kościuszce samym Polakom, by się nim przejęli.

Trzeba by go przypomnieć i pokazać jako – jeśli można tak powiedzieć – „apostoła” wolności, którego sposób myślenia wybiegał daleko poza standardy ówczesnych elit, nie tylko polskich, gdy chodzi o jego stosunek do pańszczyzny, do chłopów pańszczyźnianych i przekonaniu, że muszą stać się ludźmi wolnymi, o działaniach podjętych w trakcie Insurekcji, a także jeśli chodzi o jego stosunek do murzynów i instytucji niewolnictwa podczas pobytu w Ameryce. W Stanach Zjednoczonych Kościuszko jest wciąż bohaterem ożywiającym wyobraźnię, nie pierwszoplanowym, ale – obok Pułaskiego – cały czas pamiętanym i szanowanym. Natomiast w Polsce pamięć o nim kultywują spontanicznie niewielkie stowarzyszenia w miejscowościach z Kościuszką związanych poprzez jakieś wydarzenia historyczne, interesują się nim harcerze, ale w tym wymiarze państwowym, w państwowej polityce historycznej III RP ten bardzo ważny składnik naszego dziedzictwa nie został wykorzystany, no i szkoda.

Wspomniał pan o dziewiętnastowiecznych sporach na temat modernizacji Polski. Ale jeszcze wcześniej, bo w latach 90. XVIII wieku zaczął się spór nie mniej zasadniczy a popularnie streszczany w pytaniu „bić się czy nie bić?”.

W połowie lat 90. XVIII wieku wyraźnie rysują się dwie opcje, które w rozmaitych formach będą towarzyszyć Polakom przez cały wiek XIX i część wieku XX. Opcja pierwsza to przekonanie, że państwo polskie upadło bezpowrotnie, że nie ma już ratunku i nie ma co sobie zawracać głowy. Jak pisał jeden z Targowiczan, Seweryn Rzewuski do Szczęsnego Potockiego – „Nie masz już dawnej Polski” i teraz każdy musi sam zdecydować, czy chce być Rosjaninem, Austriakiem czy może Prusakiem. Ale równocześnie zarysowała się – i to w formie radykalnej – także odmienna postawa Polaków po upadku państwa w postaci tzw. prób powstańczych po trzecim rozbiorze, wyprawy pułkownika Deniski na Bukowinę, no i przede wszystkim czynu Legionów Polskich. Ich pieśń w prostych, ale niezwykle mocnych słowach, wyrażała przekonanie, że Polska żyje. A dlaczego żyje? Bo my tak uważamy i tak chcemy! I od tego momentu rozpoczyna się cykl różnych działań, które mają tę wiarę i wolę przeistoczyć w realność. Po jednej stronie mamy ludzi, którzy może bez entuzjazmu, ale godzą się na status quo, na życie pod zaborami. Warto jednak zauważyć, iż istniała tu jednak również widoczna dwoistość: oto jedni stoją na stanowisku, że mimo wszystko jesteśmy Polakami. Żyjemy w obcych państwach, ale musimy jednak bronić pewnego polskiego minimum, co nam ułatwia nasz dom rodzinny – musi pozostać polski i nasza wiara katolicka. I my tę polskość jesteśmy zobowiązani kultywować. Zaś z drugiej strony trzeba wspomnieć o grupie – wprawdzie bardzo nielicznej – która głosiła potrzebę wynarodowienia, że trzeba stać się np. Rosjaninem, jak w ślad za Rzewuskim, uważał Adam Gurowski i im podobni. Bywało też, że ktoś w młodości siadał na koń i pędził do powstania, a później, kiedy wybuchało następne, ten sam człowiek stawał się jego zdecydowanym jego przeciwnikiem, podczas gdy jego synowie znowu rwali się do walki. I taki cykl się powtarzał w kolejnych pokoleniach. Natomiast rzecznicy zabiegania o odzyskanie niepodległości mieli do wyboru także dwie opcje. Pierwszą z nich było nieustannie spiskować, szykować się do walki i wreszcie chwytać za broń przy każdej nadarzającej się sposobności. Drudzy uważali, że zrywy powstańcze nie są wprawdzie całkowicie wykluczone, ale w oczekiwaniu na naprawdę dobrą okazję, zwłaszcza pomyślną koniunkturę międzynarodową, trzeba umacniać polskość na drodze pokojowej. Należy zatem pracować nad podniesieniem poziomu cywilizacyjnego kraju w sferze materialnej i duchowej. Trzeba sprawić, aby nasz naród stał się mocniejszy i lepszy. Po klęsce powstania styczniowego, ostatniego dziewiętnastowiecznego zrywu niepodległościowego, taka postawa na przeciąg życia jednego pokolenia okazała się dominująca.

Postulaty pozytywistów?

Nie tylko. Lepiej nazywać taką postawę i wynikające z niej działania bardziej pojemnym pojęciem pracy organicznej, której zaczątki pojawiły się już w pierwszych latach XIX w. a następnie rozwinęły, przyjmując przemyślaną już, dojrzałą formułę w Wielkopolsce w latach 30. Stało się to w pokoleniu, które przeszło przez wojny napoleońskie a następnie powstanie listopadowe. Dobrze to ilustrują to koleje życia Dezyderego Chłapowskiego. Jako młody chłopak bierze udział w wojnach napoleońskich, jest jednym z adiutantów Bonapartego, po czym wraca do rodzinnego majątku. Jednak najpierw objeżdża Europę, w tym także Anglię i przygląda się nowoczesnemu rolnictwu. Po takiej podróży – nazwijmy to – studialnej wraca do rodzinnego majątku w Turwi i według pewnego przekazu każe zdjąć kartusz herbowy ze swojego pałacu i zawiesić tam zegar jako symbol nowych wartości: wartości czasu i pracy. Chłapowski staje się pionierem coraz bardziej nowoczesnego rolnictwa i wokół niego powstaje pewien krąg ludzi myślących podobnie, a ponieważ w zaborze pruskim zaczyna się już uwłaszczenie, to z czasem do tego kręgu są włączani również zamożni chłopi, których w Wielkopolsce było sporo, w odróżnieniu od pozostałych zaborów. Jednak wybucha powstanie listopadowe i Dezydery uważa, że nie ma wyboru; siada na koń, zostaje dowódcą brygady jazdy i bierze udział w wojnie z Rosją. Za udział w powstaniu zostaje przez Prusaków skazany na więzienie i odbywa karę. A później wraca do poprzedniej działalności i jego przykład zaczyna szerzej promieniować. Widzimy na tym konkretnym przykładzie jak alternatywa – „bić się czy nie bić” znajdowała różne odpowiedzi na różnych etapach w życiorysów tych samych ludzi. To się nie wykluczało, ale niekiedy dopełniało.

Tak mogło się to zmieniać i dopełniać w życiorysach, ale w świecie idei politycznych….

Tak, tu występowało ostre przeciwieństwo, które w polskim wieku XIX, trwającym od roku 1795 do 1918, po raz ostatni ostro rysuje się w przededniu i na początku I wojny światowej. Czy mamy wznowić walkę o niepodległość lub podjąć inne działania wiodące ku niej, czy też pozostać po prostu lojalnymi poddanymi i żołnierzami państw zaborczych zabijając się nawzajem w mundurach austriackich, rosyjskich i niemieckich.

W momencie wybuchu wojny wybór niekoniecznie wydawał się oczywisty…

Akurat większość Polaków uważała wtedy, że walka zbrojna, po pierwsze, nie ma sensu, a po drugie, podjęcie jej po stronie Austrii, a tak naprawdę Niemiec, to jest jakieś horrendum. Masy chłopskie, zwłaszcza w zaborze rosyjskim żywiły generalnie przekonanie, że Rosjanie to są „nasi”, którzy biją Niemców. Elity też były bardziej przekonane, że lepiej jest w Rosji, a Niemiec to dla Polaka najgorszy wróg.

W jednym ze swoich tekstów wspomniał pan profesor o warszawiankach żegnających kwiatami Kozaków ruszających na front.

Tak, to pokazywało jak pewne koncepcje polityczne, same w sobie klarowne i logiczne, mogą przybrać w odbiorze społecznym niespodziewany dla autorów kształt. Chodziło oczywiście o Romana Dmowskiego i jego przekonanie, że Polacy z zaboru rosyjskiego powinni w tym konflikcie opowiedzieć się po stronie Rosji, bo to Niemcy są wrogiem numer jeden. Jeśli więc opowiemy po stronie Rosji i będziemy ją wspierać, to możemy liczyć na to, że po jej zwycięstwie – osiągniętym za sprawą siły jej sojuszników Francji i Anglii – nasza sytuacja się poprawi. A poprawi się dlatego, że Rosja zabierze Austrii i Niemcom w części lub całości zajęte przez nich ziemie polskie i dojdzie do ich scalenia. Wtedy wprawdzie nadal będziemy bytem niesuwerennym, ale zintegrowanym w jednym obszarze państwowym. Władza rosyjska jest już słaba a będzie nadal słabnąć i dzięki temu pewnego dnia się od tej słabej Rosji się oderwiemy. To była pewna oryginalna koncepcja polityczna. Dmowski Rosji nie tylko nie lubił, ale pogardzał nią jako wschodnią barbarią i bynajmniej nie wzywał do tego, by Kozaków, którzy w 1905 roku szarżowali na ulicach Warszawy, teraz żegnać kwiatami. A jednak jego myśl przyjęta w sposób powierzchowny i naiwny spowodowała, że gdy przez Warszawę defilowały wojska carskie ruszające na front, na Zachód, damy rzucały kwiaty „naszym dzielnym żołnierzom” idącym bić Niemca.

Jak na tle opisanych przez pana kalkulacji Dmowskiego wyglądało myślenie galicyjskich konserwatystów? Czy ich zaangażowanie po stronie monarchii austrowęgierskiej było czysto taktyczne, wpisane w ewolucyjną drogę ku niepodległości, czy opcja niepodległościowa zniknęła z ich horyzontu myślowego?

Jeśli spojrzymy na Galicję lat 80. i 90. XIX wieku i nawet jeszcze na początku następnego stulecia, to tutaj takich samoistnych koncepcji stricte niepodległościowych nie znajdziemy. Klimat umysłowy zaczyna się zmieniać dopiero za sprawą okoliczności zewnętrznej, do której doszło w 1905 roku w po drugiej stronie granicznej Wisły, w Królestwie Polskim. Wybucha tam rewolucja mająca dość intensywny przebieg i dwa wymiary, co do których się zresztą historycy spierają, czym w istocie ona była. Tytuł jednej z dawniejszych, ale nie pozbawionych wartości prac, brzmi „Czwarte powstanie czy pierwsza rewolucja?” Bo rok 1905 miał dwa oblicza; można w nim bowiem dostrzec wątek rewolucyjny, socjalistyczny, ale także drugi, narodowo-niepodległościowy. Rewolucja jako taka ostatecznie przegrywa, ale jej dwuletni przebieg oddziałuje na atmosferę Krakowa, co nieźle zostało oddane w serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Do spokojnego i nieco sennego miasta docierają najpierw dramatyczne wiadomości, a potem pojawiają się ludzie, którzy po przegranej rewolucji chronią się w Galicji. Są to albo bojownicy („bojowcy” – jak ich nazywano), którzy się osiedlają przede wszystkim we Lwowie, ale też w Krakowie. I jest to grupa z natury bardziej radykalna, czyli młodzież. W lutym 1905 roku ogłoszono w Królestwie Polskim strajk szkolny. Spora część młodzieży nie wróciła już do szkoły carskiej, osiedlając się m. in. w zaborze austriackim. Razem ze swymi ideowymi przywódcami, czyli Piłsudskim i jego otoczeniem, wywołali tu ferment niepodległościowy, przede wszystkim wśród tutejszej młodzieży szkolnej i akademickiej. Następujące teraz coraz bardziej intensywne działania o charakterze niepodległościowym były możliwe, gdyż austriackie czynniki wojskowe, jak też władze galicyjskie, czyli namiestnik Michał Bobrzyński, uważały, że mogą one odegrać pożyteczną rolę jako element dywersji przeciwko Rosji w nadciągającym konflikcie zbrojnym. Dlatego, mimo rosyjskich protestów, władza otwarła parasol nad członkami kilku organizacji niepodległościowych zdobywającymi umiejętności żołnierskie, zamiast ich pozamykać czy też wydalić z kraju.

Tak kalkulowali, przede wszystkim, Austriacy. A jaki był sposób myślenia galicyjskich konserwatystów, no co oni liczyli?

Konserwatyści – w większości nadal Stańczycy, tylko trochę młodsza generacja – uważali, że naszym celem powinno być tak zwane wyodrębnienie Galicji, czyli kolejna przebudowa monarchii Franciszka Józefa – z dualistycznej na trialistyczną. Mieli zatem nadzieję, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności – jeśli przebieg wojny na to pozwoli – Galicja może nie tylko zyskać terytorialnie kosztem Rosji, ale przede wszystkim stanie się trzecią, obok Austrii i Węgier, częścią składową monarchii. Węgrzy, jak wiemy, po roku 1867 cieszyli się pełną suwerennością wewnętrzną i mieli też duży wpływ na politykę zagraniczną całej monarchii. Skoro Węgrom się udało, to my też możemy uzyskać podobny status a w dodatku będzie nas więcej i nasza pozycja będzie jeszcze mocniejsza. Tak kalkulowali konserwatyści. I już po wybuchu I wojny światowej utworzona w Krakowie polityczna reprezentacja Polaków galicyjskich, czyli Naczelny Komitet Narodowy, stoi właśnie na takim stanowisku. Władysław Leopold Jaworski właściwie niemal do końca wojny będzie utrzymywał, że niezależność Galicji to nasz cel strategiczny.

Trochę to zagadkowe. U schyłku I wojny światowej można było racjonalnie w sprawie polskiej mierzyć wyżej. A może przez młodsze pokolenie Stańczyków przemawiał w jakiejś mierze „separatyzm galicyjski” zadowolony z korzystnego dla polskich konserwatystów status quo i świadom, że w przypadku odrodzenia niepodległej Polski nic już nie będzie takie jak dotąd?

Druga, młodsza generacja krakowskich konserwatystów, której reprezentantem był znakomity prawnik, konstytucjonalista, prof. Władysław Leopold Jaworski, wystartowała do samodzielnego bytu w połowie lat 90. XIX wieku z ambitnym zamiarem zastąpienia swych poprzedników i zarazem mistrzów na niwie galicyjsko-polskiej polityki. Szło nie tylko o zajęcie ich miejsca, ale także o stworzenie nowej wersji konserwatyzmu lepiej odpowiadającej wyzwaniom nowych czasów. Ten drugi zamiar, mimo trwających kilka lat poszukiwań świeżych pomysłów na uprawianie polityki, ostatecznie się nie powiódł. O ile nieco kontestowani początkowo starsi Stańczycy byli w swoim czasie oryginalni i twórczy, o tyle ich następcom pozostała jedynie rola kontynuatorów i epigonów. Uwidoczniło się to szczególnie w trakcie „wielkiej wojny”. Brak wyobraźni politycznej związany z niedostatkiem odwagi intelektualnej oraz obawa przed napierającymi masami milczącego dotąd społeczeństwa, domagającego się coraz głośniej demokratyzacji, spowodowała kurczowe trzymanie się pierwotnej i kiedyś sensownej koncepcji trializmu. Zabrakło im też woli i determinacji, by konkurować z o wiele bardziej dynamicznymi konkurentami spod znaku Piłsudskiego czy Dmowskiego, początkowo całkowicie lekceważonymi za brak politycznego wyrobienia. Konserwatyści zapłacili za to wysoką cenę, tracąc w odrodzonej Polsce polityczną podmiotowość.

Historia Polaków w XIX wieku była szczególna. Pozbawieni – poza okresami insurekcyjnymi – możliwości kreowania własnej historii w wymiarze państwowym okazali się niezwykle płodni w kreowaniu idei, w twórczości intelektualnej, na niwie literatury, filozofii, myśli politycznej. Co pana zdaniem jako badacza stworzyliśmy wtedy – dla siebie i innych – najciekawszego, oryginalnego, budzącego podziw?

To, co najciekawszego Polacy wymyślili dla siebie, ale co miało być też ofertą dla świata, wiąże się z momentem, w którym ta erupcja intelektualno-duchowa była szczególnie intensywna i oryginalna. Była to trwająca około 40 lat epoka romantyzmu. Zasadniczym i zarazem oryginalnym składnikiem ideowym polskiej wersji tego nurtu kulturowego był mesjanizm. Widziano go jako drogę prowadzącą do wolności, także politycznej, poprzez odrodzenie duchowe narodu i głęboką religijność. Towarzyszyło mu głębokie przekonanie, że takie właśnie życie całego narodu kiedyś zostanie nagrodzone a cierpienie, którego doświadczaliśmy, doświadczamy i będziemy jeszcze doświadczać, nie jest daremne i zaowocuje tryumfem. Ale trzeba tu koniecznie dodać, że ta postawa nie ograniczała się wyłącznie działań na rzecz wolności Polski i Polaków. W dobie powstania listopadowego pojawia się wezwanie „Za wolność naszą i waszą”, nota bene adresowane wówczas do Rosjan, które następnie będzie towarzyszyć zrywom wolnościowym w dobie europejskiej Wiosny Ludów. Oparte na takim fundamencie myślenie i działanie przygasa rychło po powstaniu styczniowym. Ich miejsce zajmuje inna koncepcja, głosząca, że nie wolno się dalej bezowocnie wykrwawiać, trzeba natomiast wziąć się do pracy dla własnego, ale także społecznego czy narodowego pożytku. To epoka pozytywizmu. Jednak trzydzieści lat później, wraz z kolejną zmianą klimatu ideowego w całej Europie i pojawieniem się w życiu publicznym nowej generacji, następuje odejście od tej realistyczno-pragmatycznej postawy i znowu szukamy duchowej inspiracji, choć w nieco inny sposób. Neoromantyzm w postaci Młodej Polski dobrze się komponował z odradzaniem idei niepodległościowych, o których mówiliśmy wcześniej. No i nie jest rzeczą wymyśloną, że u młodych chłopców, legionistów ginących na frontach I wojny światowej znajdowano niekiedy w plecakach, na piersi pod mundurem, tomiki wierszy Słowackiego, czasem także odkrytego niedawno Norwida. Chcę tu podkreślić, niezależnie od oceny tego zjawiska, że walce o niepodległość w XIX ale i XX wieku Polakom towarzyszyło stale mocne przekonanie, że prowadzenie jej jest naszym nakazem moralnym. Nakazem, od którego się nie możemy uchylać bez względu na okoliczności, choćby z punktu widzenia reguł prowadzenia działań militarnych i politycznych taki zryw był kompletnie chybiony. I niewielu było ludzi, polskich przywódców, którzy w sposób wiarygodny potrafili postawić tę sprawę inaczej.

To może jakiś przykład z grona tych niewielu?

Taką bardzo interesującą postacią, która też jakoś mieści się kręgu twórców polskiej myśli politycznej, jest Stanisław Szczepanowski. Urodził się w Wielkopolsce, studiował w Wiedniu na politechnice i tam zastała go wieść o wybuchu Powstania Styczniowego. Szczepanowski, po dokładnym rozważaniu, czy lepiej dać się zabić dla Ojczyzny, czy też dla niej pracować, wybiera tę drugą opcję. Kontynuuje naukę, odbywa podróż po Europie i ląduje na Wyspach Brytyjskich, gdzie robi wielką karierę jako ekspert India House – ministerstwa do spraw Indii i bliski współpracownik Księcia Walii. Na krótko przed wyjazdem z ważną misją do Indii zdecydował się odwiedzić Polskę. Dotarł więc do Galicji i tu już pozostał. Szczęśliwe poszukiwania ropy naftowej czynią z niego człowieka bogatego i wtedy już zajmuje się także działalnością publiczną, polityczną i formułuje program pozytywnego działania dla ówczesnej inteligenckiej elity. Zadaniem, a wręcz nawet obowiązkiem inteligencji jest bowiem, jego zdaniem, praca dla kraju, dla ludu, skupiona na podnoszeniu poziomu cywilizacyjnego. Ten program nie tylko publikuje, głosi, ale stara się go również samemu wcielać w życie. Zaangażowanie w sprawy publiczne – zostaje z czasem posłem do Rady Państwa – sprawia, że nie dogląda należycie swojego biznesu naftowego i jako przedsiębiorca ostatecznie ponosi klęskę, m. in. z powodu – oto paradoks – defraudacji, jakiej dopuścił się zaufany i godny szacunku kombatant powstania styczniowego. Niefortunny przedsiębiorca zapisał się wszelako jako wpływowy i ceniony pod koniec XIX wieku myśliciel i działacz społeczny, autor głośnej w swoim czasie publikacji „Nędzy Galicji w cyfrach i programu energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego”. Współcześnie niezbyt obszerna, ale znacząca spuścizna Szczepanowskiego nie znajduje należnego miejsca w przekrojowych studiach nad dziejami polskiej myśli politycznej. A jest co badać. Warto, moim zdaniem, pozbierać to wszystko, co po Szczepanowskim pozostało i może przysporzyć nam dzisiaj kolejnej postaci mogącej służyć za wzór sensownych działań bez rzucania się z kosami na armaty.

Gdy umawialiśmy się na tę rozmowę, zachęcił mnie pan do zainteresowania życiorysem twórczym Wilhelma Feldmana. Postać faktycznie niezwykła. Czy podobnie dziś niedoceniana i zaniedbana badawczo jak Szczepanowski?

Tak, zdecydowanie niedoceniona i niedoinwestowana przez badaczy. Feldman nie doczekał się nadal nawet poważnej biografii. Mamy tylko rzetelny, ale z konieczności zwięzły biogram w Polskim Słowniku Biograficznym, ze dwa czy trzy artykuły, fragmentaryczną bibliografię i to tyle. Dla kogoś, kto chciałby zrobić coś interesującego w dziedzinie studiów nad dziejami polskiej myśli społecznej XIX wieku, kultury i wreszcie także polityki, to jest to postać interesująca z kilku powodów, ale przede wszystkim z dwóch. Po pierwsze, możemy go zaliczyć do kręgu osób, które mocno zaistniały w polskiej myśli politycznej, tak ze względu na swoje przemyślenia i przekonania, jak i jak i ze względu na społeczne oddziaływanie jego publikacji. Trzeba też Feldmana postrzegać jako pierwszego badacza dziejów polskiej myśli politycznej w jego własnej epoce. Powiedzielibyśmy dziś, że to taka „historia gorąca” albo to jest taki kompetentny i rzetelny raport publicysty, co w takich przypadkach nie jest regułą. Z dwóch jego prac traktujących o myśli politycznej, które ukazały się przed I wojną światową, jedna dotyczy ziem polskich w całości a druga zaboru austriackiego w epoce autonomicznej. Mimo, że były pisane na gorąco, zachowują nadal pewną wartość i późniejsi, także współcześni badacze, ciągle z nich korzystają. Należy ubolewać, że te książki Feldmana nie doczekały się nowej, najlepiej krytycznej edycji – to nowe zadanie dla Ośrodka Myśli Politycznej – czy choćby porządnego reprintu. Z jego dorobku zostały nieliczne egzemplarze, za którymi trzeba szperać w czeluściach Jagiellonki. Tymczasem dorobek Feldmana jako człowieka, który torował drogę studiom politologicznym zasługuje na wyeksponowanie.

Dorobek tym bardziej imponujący, że Feldman był samoukiem.

To postać niezwykła z różnych powodów. Był również wybitnym dziennikarzem, publicystą, a jego największe w tej materii osiągnięcie, czyli wydawany w Krakowie od 1901 roku kwartalnik „Krytyka” to wpływowy, opiniotwórczy periodyk szeroko czytany i komentowanym przez inteligencję nie tylko w Galicji, ale i w pozostałych zaborach a także na emigracji. Warto podkreślić, że poza walorami intelektualnymi, było to równocześnie czasopismo redagowane przezeń (przy współpracy żony Marii) w sposób bardzo nowoczesny jak na owe czasy, pierwszą dekadę XX wieku.

 Nie tylko sam się wykształcił, ale i zrobił z siebie Polaka…

Ponieważ był także płodnym pisarzem, opisał to później w powieści „Żydziak”. Urodził się w rodzinie chasydzkiej, czyli o wyjątkowo silnej tożsamości żydowskiej. W pewnym monecie, bardzo zresztą wcześnie i chyba nie do końca wiadomo dlaczego, dokonało się w nim otwarcie na Polskę i na polskość, podobno z racji życzliwości jakiej doznał od ze strony ojców Bernardynów w rodzinnym Zbarażu. W każdym razie w roku 1883 piętnastoletni Feldman dokonuje swoistego narodowościowego „coming out’u”…

I to w synagodze…

Tak i moment nie był przypadkowy, to wszak była dwudziesta rocznica wybuchu powstania styczniowego. Powstał ogromny skandal i żydowski nastolatek, czyli po prostu Żydziak, ucieka do Lwowa. Tam trafia pod opiekę dobrych ludzi, którzy pozwalają mu przeżyć, a po drugie dają mu książki, pomagają w nauce i tą drogą samouctwa, którą potem kontynuował w Krakowie a przez pewien czas w Berlinie, osiągnął ogromny zasób wiedzy z różnych dziedzin humanistyki. Równocześnie był nie tylko pisarzem, dziennikarzem, publicystą, ale także działaczem społecznym i człowiekiem, który pamiętając o swoich korzeniach musiał także pochylić się nad przyszłością Żydów na ziemiach polskich. Czynił to przede wszystkim w licznych tekstach, które pokazują drogę rozwojową jego koncepcji. W młodości, rozkochany w polskości, w polszczyźnie, Feldman uważał, że przyszłość Żydów leży w edukacji, polonizacji i wreszcie asymilacji, której efektem staną się z czasem Polacy wyznania mojżeszowego. W ten sposób pojawi się typ Żyda o nowej tożsamości wtopionego kulturowo, ale także politycznie, w polskość, zachowującego jednak wyznanie mojżeszowe jako składnik dawnej tożsamości. Nie wiem czy sam Feldman był specjalnie do przywiązany do religii, ale na pewno nie namawiał nikogo do jej zmiany, co niekiedy towarzyszyło agitacji asymilacyjnej. Sam przyjął chrzest dopiero na łożu śmierci.

Koncept Polaka wyznania mojżeszowego nie mógł przemówić do wielu…

I z czasem Feldman zauważył, że jego wezwania do takiej przemiany, które miały wpłynąć na Żydów zamieszkujących w Galicji, nie przynoszą efektu. Wtedy uznał, że była to koncepcja zbyt radykalna i na kolejnym etapie swoich przemyśleń i nawoływań zaproponował inną formułę nowej żydowskiej tożsamości w Polsce, wzorowaną na przykładzie Niemiec i innych europejskich krajów. Tym nowym wzorcem miał być polski Żyd, zachowujący swoją żydowskość wyznaniową i kulturową, ale równocześnie przekonany, że tu jest jego kraj, może nawet ojczyna, której jest obywatelem na równi z Polakami. Taki Żyd jako obywatel zabiega o to, by jego prawa były nie tylko deklarowane, ale także realnie wykonywane, ale z drugiej strony rozumie, że ma obowiązki względem swojego kraju, tak jak było to już wtedy bardzo widoczne wśród Żydów niemieckich. Ci ostatni w okresie przed I wojną światową, w jej trakcie i jeszcze po niej stawali się 120-procentowymi patriotami niemieckimi, podobnie na Węgrzech stali się wówczas w większości Madziarami.

Nawet ten model asymilacji nie stał się w Polsce masowy.

Rzeczywiście, na ziemiach polskich ten wzorzec się nie zrealizował; ani w Galicji ani w pozostałych zaborach. A byłby lepszą drogą, aniżeli to, co się ostatecznie utrwaliło – życie obok siebie – Polacy tu, Żydzi tam – z mocno ograniczonym obszarem kontaktów. Po obu stronach były oczywiście grupy czy środowiska nastawione na współpracę czy nawet jakąś formę dalej idącej integracji – obywatelskiej bądź narodowej, przeważała jednak formuła życia obok siebie. Przypomina to trochę współczesną sytuację sąsiedztwa wielkich blokach mieszkalnych. Mieszkam właśnie w takim bloku od połowy lat 70. i w tym czasie zostałem zaproszony do dwóch sąsiadów z mojej klatki schodowej. Z pozostałymi kłaniamy się sobie w windzie. Wiemy już co nieco o sobie i tyle. W Drugiej Rzeczpospolitej Polacy i Żydzi mieszkali wprawdzie blisko siebie, lecz nadal żyli najczęściej osobno, bez poczucia wspólnoty czy solidarności. Dlatego też trudno mówić o wspólnej polsko-żydowskiej przeszłości czy tym bardziej historii. Biegły one równolegle, niekiedy nakładały się na siebie, niekiedy zaś krzyżowały i dlatego nie sposób – moim zdaniem – ująć je w jedną formułę historycznej narracji.

Trzeci z wiodących nurtów pańskiej działalności badawczej to studia nad najnowszymi dziejami, zwłaszcza dotyczące opozycji solidarnościowej. Czy jest to postawa historyka-profesjonalisty, który spośród różnych możliwości wybiera taki właśnie obszar studiów, czy też wybór człowieka pragnącego pogłębić znajomość tej historii, w której sam uczestniczył?

Myślę, że jedno i drugie. Swoje role odegrały tu obie motywacje. Badanie i opisywanie nieodległej przeszłości, w której się uczestniczyło, uważam nie tylko za dopuszczalne, ale wręcz celowe, oczywiście pod warunkiem przestrzegania wszelkich wymogów warsztatu historyka. Z drugiej strony działa także swego rodzaju poczucie obowiązku, bo kiedy zacząłem się temu problemowi, tj. historii Polski i Polaków w latach 70. I 80. XX w. bliżej przyglądać, to odkryłem, że Instytucie Historii UJ nie było właściwie nikogo, kto by się tą „gorącą” historią zajmował. I ciągle unosi się tutaj taki duch charakterystyczny dla pierwszych pokoleń zawodowych historyków z końca XIX i początku XX wieku, że historyk, jeśli chce być uczonym, a nie pisarzem czy publicystą, to musi mieć dystans czasowy. Wtedy uważano, że badacza od epoki badanej powinno dzielić tak ze sto lat. Potem ten dystans zaczął się skracać. Książką, która miała charakter poniekąd przełomowy, była opublikowana w połowie lat 30. praca Adama Próchnika „Pierwsze 15-lecie Polski Niepodległej”. Towarzyszyły jej gorące spory, czy to jest studium historyczne czy tylko publicystyka nie warta poważnego, akademickiego traktowania. Także w okresie powojennym owo przekonanie o konieczności zachowania znacznego dystansu czasowego trwało nadal. Zainteresowanie historyków akademickich niedawną przeszłością było znikome. Mimo licznych przykładów płynących z Zachodu uważano ciągle, że to raczej zajęcie dla politologów. Ja uważałem i uważam trochę inaczej, i chciałem się zmierzyć też z pewną szczególną sytuacją, z doświadczeniem historyka-profesjonalisty, który pisze o epoce, której sam był świadkiem. Te dwie perspektywy: badacza i świadka są różne. Czasem mogą się dopełniać i współgrać, ale mogą też być źródłem zniekształcenia obrazu, kiedy świadek bierze górę nad badaczem. Takie ryzyko wzrasta, gdy mamy do czynienia z niedostatkiem materiałów źródłowych, na których moglibyśmy się opierać. To jest wyzwanie.

Jak bardzo i u kogo była intelektualnie zadłużona polska opozycja lat 70. i 80. Do jakich starszych, rodzimych tradycji intelektualnych nawiązywała?

Z dużym uproszczeniem można wskazać najpierw dwa zasadnicze nurty czerpiące z przeszłości. Zostały one w latach 90. zidentyfikowane trafnie przez Jerzego Giedroycia, który pisał pełnym sarkazmu tonem o „truchłach Piłsudskiego i Dmowskiego” władających współczesną Polską. Sam Giedroyć uważał się za człowieka wolnego od tych wpływów, ale to jest nieprawda, co widać, gdy się czyta jego – skądinąd nieliczne – rozważania. On sam niewiele publikował, ale zachowała się bardzo obfita korespondencja zawierająca wiele cennych refleksji politycznej natury. Innymi słowy, była to myśl piłsudczykowska, czyli niepodległościowa i myśl narodowo-katolicka w dwóch wersjach: jednej bardziej narodowej, drugiej – bardziej katolickiej. Ale trzeba dodać jeszcze dwie inne inspiracje, też zresztą niespecjalnie nowatorskie. Czytelny jest zatem wpływ społecznej myśli katolickiej np. nauczania prymasa Wyszyńskiego, ważnego dla części opozycjonistów. No i nie można zapominać o jeszcze jednym kierunku czy orientacji mającej charakter liberalno-lewicowy, laicki, sięgający niektórych nurtów myśli socjalistycznej.

Która z wymienionych tradycji była najbardziej wpływowa?

To widać już na przełomie lat 70. I 80 zanim jeszcze pojawiła się Solidarność, będąca wielką grupą ludzi o różnych poglądach, doświadczeniach. Ten nurt dominujący w opozycji, intelektualnie, bo niekoniecznie w praktyce politycznej, nazwałbym polskim socjalizmem, który krystalizował się na przełomie XIX i XX wieku. To był socjalizm o orientacji niepodległościowej z silną obecnością elementu etycznego, nie stroniącego od chrześcijaństwa. Dobrze to punktował tytuł jednej z książek Wojciecha Giełżyńskiego „Edward Abramowski, zwiastun Solidarności”. Istnieje bowiem pewna zbieżność przemyśleń Abramowskiego, który zwłaszcza w dobie rewolucji 1905 r. działał nie tylko intelektualnie ale także jako człowiek czynu, z głównym nurtem ideowym „Solidarności”. Wspomnę tu o jednej tylko kwestii za to wielkiej wagi. Mianowicie w czasie tejże rewolucji Abramowski stworzył teorię walki polegającą na „zmowie powszechnej przeciwko rządowi”, tj. w tym przypadku caratowi. Uważał, że totalny strajk spowoduje, iż system upadnie. Ta sama koncepcja pojawia się w tekstach internowanego Jacka Kuronia, kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego był on nastawiony nader wojowniczo.

Wiecznie żywy mit strajku generalnego…

To nawet było coś więcej. Abramowski pisał o strajku nie tylko generalnym, ale powszechnym, podczas którego strajkują nie tylko aktualnie pracujący, ale w ogóle wszyscy ludzie, którzy cokolwiek robią poza domem mają się do tego przyłączyć. Podobne było też odwoływanie się do obecnej może najbardziej w zachodnioeuropejskim ruchu socjalistycznym tradycji wolności, równości i braterstwa, mającej swe źródła w odleglejszej przeszłości. W latach 70. XX wieku doszło do wzbogacenia ponad stuletniej formuły praw człowieka i obywatela o przekonanie, że drogą działań pokojowych, np. biernego oporu, da się opresyjny system stopniowo skruszyć.

A „postpiłsudczykowska” myśl niepodległościowa?

Wśród opozycji lat 70. była ona dość anemiczna. Najwcześniej pod tym sztandarem, bo już w 1976 r. wystąpiło wprost Polskie Porozumienie Niepodległościowe – moim zdaniem reprezentujące wówczas najdojrzalszą refleksję polityczną, która jednak wtedy nie zdobyła szerszego poparcia społecznego. Przypomniana kilka lat temu w poświęconej jej książce wciąż budzi szacunek. Później pojawiła się Konfederacja Polski Niepodległej, partii politycznej. W ocenie wielu prominentnych działaczy opozycji demokratycznej lat 70. była jakąś dywersją, pchającą nas do wojny z Moskalami, której my nie możemy i nie chcemy prowadzić. Mówienie i pisanie wprost o wybijaniu się na niepodległość na tamtym etapie rozwoju opozycji w PRL na pewno nie mieściło się w jej głównym nurcie, ani później w głównym nurcie samej Solidarności. Dopiero Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego głosiła w latach 80. program niepodległościowy. Reszta opozycji dalej szukała rozwiązań ewolucyjnych w przekonaniu – trudno zresztą powiedzieć, że niemądrym – że póki Sojuz jest Sojuzem, to sami go nie obalimy, więc musimy się samoograniczyć w naszych wolnościowych dążeniach.

Czy w dziejach intelektualnych opozycji politycznej okresu PRL da się wskazać jakieś środowiska, nurty, koncepcje nadal słabo zbadane, poznawczo zaniedbane, omijane? Gdyby przyszedł do pana student lub doktorant chętny do penetrowania tamtego okresu, ale z pominięciem utartych ścieżek, to na jakie sugestie mógłby liczyć?

Trudno coś takiego wyrzucić z rękawa na poczekaniu. Ale uważam, że wciąż nie do końca opisane jest to, co było pomiędzy – pomiędzy ludźmi, którzy się zdecydowanie utożsamiali z PRL a tymi zbuntowanymi. A mamy tam szeroką przestrzeń, na którą wskazywał nieżyjący już znakomity historyk, Tomasz Strzembosz, mając na myśli ludzi, którzy kultywowali polskość, polską kulturę, polskie tradycje, także intelektualne, mieli jasno określony, niechętny stosunek do PRL, bywali albo oni albo ich rodziny dotknięci represjami komunistycznymi, ale nie podejmowali otwartej działalności opozycyjnej. Natomiast starali się w swoich kręgach rodzinnych, towarzyskich, w pewnych instytucjach, w organizacjach dających jakiś zakres swobody jak harcerstwo (rozumiane nie jako całość ZHP, ale jako pewne węższe kręgi w jego obrębie) PTTK, wspólnoty duszpasterskie czy parafialne. Taki rodzaj aktywności, takie enklawy niesformalizowanej niezależności są trudne do ogarnięcia, bo tutaj nie powstawały żadne manifesty, dokumenty programowe, deklaracje ideowe. A były jeszcze, obok znanego i opisanego Towarzystwa Kursów Naukowych, różne nieformalne inicjatywy edukacyjne. I to jest jeden obszar wart penetracji, żeby zbadać i opisać „trzecią stronę medalu”. Ale jest jeszcze jedno wyzwanie, może trudniejsze. Bo my na działalność opozycyjną czy niezależną patrzymy zwykle z perspektywy miasta, najczęściej dużego. A co poza nim? Z różnych źródeł wiemy, że w latach 70. były ośrodki kontestacji komunizmu na wsi, skupione wokół niektórych parafii. Wiemy też co nieco o kultywowaniu utajonych tradycji przed- i zaraz powojennego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przy zastosowaniu jakiegoś pomysłu badawczego, który by nas najpierw doprowadził do źródeł informacji, jak np. relacje świadków czy uczestników dałoby się jeszcze – czas pracuje tu wyraźnie na niekorzyść – być odkryć jeszcze inny składnik czegoś, co ja bym nazwał już nie badaniem opozycji, ale pogłębionej historii społecznej PRL, ówczesnego społeczeństwa w jego większym zróżnicowaniu, niż to dostrzegalne, gdy w polu naszego widzenia znajdują tylko środowiska władzy i środowiska opozycyjne, „my” i „oni”. Zachęcałbym do tego historyków i to nie tylko młodych.  

***

Rozmowa powstała w ramach projektu „Nauka i polskie dziedzictwo intelektualne. Program popularyzacji polskich nauk humanistycznych i społecznych” finansowanego w ramach umowy 986/P-DUN/2016 ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczonych na działalność upowszechniającą naukę.

 

Najnowsze artykuły

Myśl polityczna u progu Wielkiej Wojny (wywiad)

Andrzej Chwalba

Data dodania: 2017-05-16

Szukałem w źródłach innej Polski (wywiad)

Krzysztof Kawalec

Data dodania: 2017-04-05

Fascynujący wiek XIX i pokusy historii najbliższej (wywiad)

Tomasz Gąsowski

Data dodania: 2017-04-05